Lis 212013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 2

 

W lutym też udało się Niemcom ustabilizować obronę na linii Racibórz – Rybnik – Pszczyna – Bielsko. Na razie nie nastąpiło z obszaru Gliwic, Bytomia i Katowic natarcie na Rybnicki Okręg Węglowy i na Ostrawę, która była ostatnią kuźnią broni pozostającą jeszcze w rękach Niemców. Tego natarcia Niemcy się obawiali.

Doszło do pewnego uspokojenia. Wielu cywilów, którzy w pierwszej fazie walk opuścili swoje siedziby, widząc stabilizację na froncie, zdecydowało się na powrót do swoich miejscowości. Rolnicy przygotowywali się do wiosennych prac polowych. Jednak z miejscowości bezpośrednio przylegających do linii frontu mieszkańcy zostali przez wojsko usunięci. Znaleźli oni schronienie m. in. w Boguszowicach, gdzie przebywało wielu mieszkańców z Ligoty, Ligockiej Kuźni i Gotartowic. Kuzyn Józef Kula i jego sąsiad Sobik (dziadek Grzegorza Piechy) z rodzinami znaleźli schronienie u mojego stryja Konstantego Kuli. Wujek Wilhelm z Ligoty przebywał w domu mojej przyszłej teściowej Łucji. Z opowiadań pamiętam, że żywili się koniną, którą obrotny wujek pozyskał z zabitego konia. Inni ewakuowani udawali się jeszcze dalej na południe. W naszym domu znalazły schronienie trzy osoby. Jeden, starszy mężczyzna (nie był Ślązakiem) pracował jako fornal we dworze w Czuchowie, dwaj młodsi, chłopcy w wieku 16-18 lat pochodzili prawdopodobnie z okolic Szopienic. Zostali oni zmuszeni przez uchodzących Niemców do pędzenia bydła, które również „ewakuowano”. Z ich opowiadania wynikało, że po załadowaniu bydła do pociągu na jakiejś stacji w okolicy Wodzisławia zostali zwolnieni przez Niemców i wracali piechotą do domu. W Gotartowicach trwały już walki, nie mogli więc przekroczyć linii frontu. Tułali się po wsi. Zostali przygarnięci przez moich rodziców. Przebywali w chlewie5, w którym znajdował się też rozpłodowy knur „Fridolin” trzymany przez rodziców na polecenie władz niemieckich. Stanowił on coś w rodzaju ogrzewania. Spali na węglu przykrytym słomą. Wygód nie doznawali, ale głodu nie odczuwali. Przeżyli tak cały okres frontowy. Po ucieczce Niemców poszli do swoich miejscowości. Nie wiadomo, czy dotarli do nich. Nie przesłali żadnej wiadomości.

Schronienie w Boguszowicach znalazło także kilku Włochów, których Niemcy internowali po 1943 r. Przebywali oni w obozie przy kopalni, z którego usunięto wcześniej jeńców sowieckich, i nie chcieli się ewakuować pod strażą Niemców. Dwaj Włosi przebywali w domu mojej ciotki Waleski Skorupowej. Opiekowały się nimi kuzynki Monika, Berta i Helena. Eugenia Gorzyńska, która mieszkała w najbliższym sąsiedztwie, zapamiętała ich nazwiska – Angelo Quasca i Pasquoli Sandilo (Sandido?). Za pisownię nie ręczę.

Sowieci także usuwali mieszkańców z miejscowości frontowych. Ewakuowani przebywali we wsiach położonych na północ od linii frontu. (Wilcza, Leszczyny, Bełk, Palowice, Szczejkowice). Życie ewakuowanych było ciężkie. Po powrocie do domów znaleźli mieszkania albo zniszczone, albo splądrowane przez żołnierzy sowieckich, niemieckich a także przez nieuczciwych i chciwych sąsiadów.

Sowieci przeprowadzali nieustannie nękające ataki na pozycje niemieckie. Ostrzeliwali także miejscowości przyfrontowe działami lekkiego i średniego kalibru. Nie używali wtedy pocisków zapalających. W Boguszowicach straty były nieznaczne. Większość pocisków eksplodowała na wysokich drzewach, które otaczały zabudowania. W pobliżu starego kościoła zginął 1 lutego 1945 r. Ortsbauernführer Paweł Rojek trafiony odłamkiem pocisku artyleryjskiego

Na gotartowickim odcinku udało się Sowietom na jakiś czas przesunąć linię frontu na południe od szosy Rybnik – Żory. Trwały już walki w tzw. „Granicach” i w rejonie na południe od dzisiejszego lotniska. Niemcy bronili się zaciekle6.

Moździerz

Moździerz (fot. red.)

Ich przeciwuderzenie odrzuciło Sowietów za szosę. Byłem świadkiem przygotowań do tego przeciwuderzenia, gdyż przez kilka dni przebywali w naszym domu żołnierze niemieccy należący do elitarnego oddziału, który miał to przeciwuderzenie przeprowadzić. Z podsłuchanych rozmów można było wywnioskować ich rosnące zdenerwowanie. Narzekali na brak wsparcia artylerii. Podobno obiecano im wystrzelenie zaledwie kilkunastu pocisków. Jeden żołnierz pozbył się przydzielonej mu broni przeciwczołgowej, chowając ją za beczką ze smołą, która przylegała do południowej ściany szczytowej naszego domu. Zapalnik wyrzucił w innym miejscu. Broń ta miała kształt lejka, u którego podstawy były umieszczone trzy silne magnesy. Te magnesy później odkręciłem. Jeden „wyłapywał” metalowe zanieczyszczenia zboża w śrutowniku. Innymi bawili się jeszcze moi synowie.

Wyrzucona przez Niemca broń przeciwczołgowa.

Wyrzucona przez Niemca broń przeciwczołgowa. (fot. red.)

Pewnego wczesnego ranka podnieceni żołnierze w pełnym wyposażeniu bojowym opuścili dom. Kilku z nich przed wyjściem przystawało przed krzyżem wiszącym w izbie. Nieco później dochodziły do nas odgłosy strzelaniny z Gotartowic. Niemcy odrzucili Sowietów za szosę. Wzięli jednego czerwonoarmistę do niewoli. Z ich słów wynikało, iż strzelał z karabinu maszynowego aż do otumanienia go rzuconym w jego kierunku granatem. Po stronie niemieckiej odnotowano tylko jedną stratę. Ciężko ranny został oficer prowadzący natarcie niemieckie. Żołnierze go niezbyt żałowali. Nie cieszył się u nich dobrą opinią. Po przejściu frontu, idąc do Gotartowickiej Huty do stryja Wincentego, widziałem w okolicy dzisiejszej szkoły kilka wraków sowieckich czołgów.

Niemcy zostawili także ulotkę, w której pouczano żołnierzy, jak obchodzić się z uszkodzonym sowieckim sprzętem wojskowym (czołgi, działa, ciągniki itp.). Zalecano, by zniszczyć go całkowicie lub odtransportować na tyły w celu uniemożliwienia sowieckim służbom technicznym remontu. Uderzyła mnie wysoka ocena tych służb, bowiem w oficjalnej propagandzie hitlerowskiej zawsze podkreślano prymitywizm sowieckich sił zbrojnych.

Południowa ściana domu, gdzie żołnierz niemiecki ukrył broń przeciwczołgową. Na przednim planie siostra Helena z bratem Pawłem.

Południowa ściana domu, gdzie żołnierz niemiecki ukrył broń przeciwczołgową. Na przednim planie siostra Helena z bratem Pawłem.

Zamek w Gotartowicach. Spłonął 30.1.1945

Zamek w Gotartowicach. Spłonął 30.1.1945

Potem aż do 23 marca na froncie w Gotartowicach panował względny spokój. Jednak trwała wymiana ognia karabinowego. Słyszeliśmy „koncerty” niemieckich i sowieckich karabinów maszynowych. Niemieckie trajkotały szybko ale krótko, sowieckie wolniej, za to długo.

Broń żołnierska

Sowieckie samoloty patrolowały linię frontu. Za dnia były to szybkie myśliwce, w nocy tzw. kukurużniki, które mogły w sprzyjających warunkach szybować z wyłączonym silnikiem i zaskakiwać Niemców.

Sowiecki myśliwiec

Sowiecki myśliwiec (fot. red.)

Sowiecki samolot patrolowy „kukuruźnik”

Sowiecki samolot patrolowy „kukuruźnik” (fot. red.)

Niemcy ich nie ostrzeliwali. Przez kilka dni na początku marca nad wsią przelatywały pociski ze wschodu na zachód. Wybuchały potem w „Malidze”7. Po wojnie, przechodząc przez ten las, próbowałem dociec celu tego ostrzału, lecz za wyjątkiem pojedynczych niemieckich rowów strzeleckich na skraju lasu niczego nie znalazłem. Wieczorami Sowieci nadawali z okopów w Gotartowicach melodie wojskowe przerywane głosem kobiety, która namawiała niemieckich żołnierzy do rzucenia broni i do przechodzenia na stronę sowiecką. „Audycja” była prowadzona bardzo umiejętnie. Wywoływała smutny nastrój graniczący z nostalgią.

Mimo pozornego spokoju Niemcy, nie mając wystarczających sił, skracali linię frontu i oddawali Sowietom tu i tam pewne tereny, których nie byli w stanie utrzymać.

Zarówno Niemcy jak i Sowieci zmuszali ludność do kopania rowów strzeleckich. Działo się to często pod obstrzałem, który powodował straty wśród cywilów. W lutym 1945 r. zginęła 18 letnia Helena Piątek. W czasie kopania rowów strzeleckich na polach między Boguszowicami a Kłokocinem została ciężko ranna na skutek ostrzału artyleryjskiego. Niemcy wywieźli ją na południe. Nie są znane bliższe okoliczności jej śmierci.

Takie rowy kopali także jeńcy sowieccy, których Niemcy za bardzo nie pilnowali, ale również nie żywili. Ci więc chodzili po domach i prosili o jedzenie. Pamiętam, że do naszego domu przyszli raz kolejno jeńcy i stawali w drzwiach nic nie mówiąc. Matka pokrajała im cały chleb. Nie wiem, co się stało później z tymi jeńcami.

Przybliżona linia frontu sowiecko-niemieckiego (25.01.-23.03.1945) Linia ciągła: linia frontu (25.01.-23.03.1945) Linia z przekreśleniami: oś ofensywy sowieckiej z Żor do Wodzisławia od 23.03.1045

Przybliżona linia frontu sowiecko-niemieckiego (25.01.-23.03.1945)
Linia ciągła: linia frontu (25.01.-23.03.1945)
Linia z przekreśleniami: oś ofensywy sowieckiej z Żor do Wodzisławia od 23.03.1045

Po ustaniu ataków sowieckich na Boguszowice i zaprzestaniu ostrzału artyleryjskiego życie mieszkańców wsi w pewnym stopniu się ustabilizowało. Przez cały czas trwania frontu była dostarczana do wsi energia elektryczna. Mieszkańcy nie odczuwali głodu. Niemcy już pod ostrzałem sowieckim zdołali opróżnić magazyny żorskiego młyna. Nie byli już jednak w stanie wywieźć tego zboża na południe. Rozwieźli je po wsiach, gdzie je śrutowano, a śrutę, z której można było ugotować

popularny u nas żur, przydzielano mieszkańcom. Taki punkt śrutowania znajdował się w stodole mojego ojca. Śrutownik pracował całymi dniami do późnych godzin wieczornych. Pomagał ojcu w tej pracy kuzyn Nikodem Kula8.

Śrutownik bardzo zbliżony wyglądem do używanego w 1945 r. Nasz śrutownik miał rusztowanie drewniane.

Śrutownik bardzo zbliżony wyglądem do używanego w 1945 r.
Nasz śrutownik miał rusztowanie drewniane.

We wsi przebywali żołnierze niemieccy wycofani na jakiś czas z linii frontu. Byli oni do tego stopnia zmęczeni, że cały czas odpoczynku przeznaczali na spanie na słomie w pomieszczeniach budynku gminnego, które po ich opuszczeniu przez Niemców wyglądały żałośnie. Wróciły też władze niemieckie, lecz w innym składzie personalnym. Miałem „przygodę” osobistą z nowym Bürgermeistrem. Pewnego dnia przybył do naszego domu i polecił mi chodzić po domach i zapraszać ludzi do sali w urzędzie gminnym na film, który miano tam wyświetlać. Oświadczyłem mu, że to nie ma sensu, bo w tych warunkach nikt nie przyjdzie do kina. Popatrzył na mnie dziwnie i poszedł. Dopiero po jego odejściu uświadomiłem sobie, że głupio postąpiłem tą odmową. Pilnowałem się odtąd. W tym samym dniu przyszedł jeszcze raz i pytał się „Wo ist der Bursche?” („Gdzie jest ten pachołek?”). Skryłem się w stodole, gdzie w sąsieku miałem przygotowany już wcześniej schowek. Chciał, bym czyścił pomieszczenia w budynku gminnym zabrudzone przez żołnierzy. Drugi raz nie przyszedł.

Niemieccy żołnierze zabrali nam jednego konia. Drugiego konia ukryliśmy w szopie przylegającej do stodoły. Wszystkie ściany tej szopy wymościliśmy wiązankami słomy. Ani Niemcy, ani później Sowieci nie znaleźli tego konia.

Niemieccy żandarmi chodzili w nocy po domach i wyłapywali mężczyzn i chłopców w moim wieku. Ojciec miał skrytkę we framudze drzwi między kuchnią a izbą zakrytej szafą. Niemcy go nie znaleźli. Nie szukali zresztą zbyt intensywnie, gdyż nasz dom stał w centrum wsi blisko urzędu gminnego, w którym wtedy przebywały władze niemieckie. Nie przypuszczali, że ktoś w takim miejscu będzie szukał schronienia.

Pewnego dnia ogłoszono, że wszyscy chłopcy z roczników 1928 i 1929 mają się zgłosić do urzędu gminnego. Ci, którzy się zgłosili, zostali wywiezieni na zachód, gdzie ich ubrano w mundury i wręczono im broń. Ich drogi powrotu do domu były bardzo skomplikowane. Jedni uciekli już w Wodzisławiu (nieżyjący Edward Kula), inni mniej odważni zostali wywiezieni dalej. Nieżyjący już Walenty Malina opowiadał mi, że dotarł pod Berlin. Sadzę jednak, że przesadził nieco. Mnie rodzice doradzili nie zgłaszać się. Tak też uczyniłem. Od tego dnia nie pokazywałem się ludziom i nie spałem w domu, tylko w stodole, z której wychodziłem na krótko wieczorami.

We wschodniej części powiatu Sowieci parli naprzód w kierunku Żor i przez Pawłowice wkroczyli do powiatu pszczyńskiego, podążając w stronę Pszczyny i Strumienia, nie napotykając początkowo na opór uchodzących wojsk niemieckich. Pszczyna została zdobyta 11 lutego. Stąd oddziały sowieckie posunęły się za Golasowice na zachodniej granicy powiatu pszczyńskiego.

Również na drugim odcinku frontu – pod Bielskiem i Żywcem – ofensywa oddziałów sowieckich odniosła sukces. Uwolniono Żywiec, Czechowice-Dziedzice, Bielsko, oraz ponad 30 innych miejscowości, wśród nich: Strumień, Jasienicę, Jaworze, Wilkowice, Buczkowice i Golasowice.

Taki rozwój działań zmusił Niemców do wycofania się na linię Skoczów – Strumień i na północ od tej linii. Gdy pod koniec drugiej dekady lutego walki na tych odcinkach przejściowo ustały, front na Śląsku Górnym i Cieszyńskim przebiegał wzdłuż linii: pasmo wyżyn na zachód od Żywca i na południe od Bielska, a dalej na wschód od Skoczowa i pod Strumieniem oraz na północ Pawłowic – Żor – Rybnika – Raciborza.

Równocześnie z operacją pod Bielskiem i Pszczyną rozwinął się atak sowiecki wzdłuż obu stron Odry w kierunku południowym, co pozwoliło Sowietom na podsunięcie się bliżej pod Racibórz. W następnych dniach (16-18 lutego) oddziały sowieckie z przyczółka pod Raciborzem przystąpiły do jego rozszerzenia, co im się w pełni udało.

Na odcinku żorskim Niemcy zdołali zatrzymać Sowietów na północnym skraju miasta. Utrzymywali tu linię frontu do 23 marca, kiedy to ci ostatni rozpoczęli ofensywę wzdłuż szosy Żory – Rogoźna – Rój – Świerklany – Marklowice – Wodzisław w kierunku Bramy Morawskiej. Ofensywa biegła także na południe od tych miejscowości. Przygotowując ofensywę na Żory, Sowieci artylerią i samolotami dokonali zniszczenia centrum miasta.

Pamiętam ten dzień. Spałem w stodole. Obudziłem się wcześnie, gdyż zaczęły dochodzić do nas silniejsze niż zwykle odgłosy wybuchów z kierunku Żor. W ciągu dnia odgłosy te przesuwały się coraz bardziej na południe w kierunku Roja. Rozpoczęła się sowiecka ofensywa, w wyniku której Sowieci, atakując na odcinku najbliższym Boguszowic wzdłuż szosy Żory-Rogoźna-Świerklany-Marklowice, odrzucili front obrony Niemców aż do terenu dworca kolejowego na północny wschód od Wodzisławia. W tym samym dniu przybyły koleją na teren walki oddziały niemieckiej 715 dywizji piechoty sprowadzonej z Włoch jako wzmocnienie frontu. Transport został zaskoczony przełamaniem sowieckim. Gwałtowny ostrzał podczas wyładowywania dywizji spowodował wśród jej żołnierzy straszliwe straty i wywołał panikę wśród nich. Nie mieli oni doświadczenia w walkach na froncie wschodnim. Byli też źle wyposażeni. Nie przywieźli amunicji do artylerii. Dywizja została rozjechana i rozbita. Wściekły Hitler zdegradował dowódcę, zmusił żołnierzy do złożenia ich odznaczeń i odznak honorowych i zabronił dalszych odznaczeń.

Niemcy ponieśli w okolicy Wodzisławia duże straty osobowe, które przekroczyły liczbę 1200. Miasto przechodziło z rąk do rąk. 24 marca toczyły się walki koło dworca kolejowego w północno-wschodniej części miasta. Sowieci bombardowali i ostrzeliwali miasto, które paliło się w kilku miejscach.

W walkach o Żory uczestniczyła także po stronie sowieckiej czechosłowacka jednostka pancerna. Walki toczyły się też w rejonie Radlina i Kokoszyc, gdzie dochodziło do starć wręcz. W Pszowie Sowieci spędzili mężczyzn w jedno miejsce i rozstrzelali 40, natomiast w pobliskich Krzyżkowicach sowiecki oficer zastrzelił podwładnego, który chciał zgwałcić dziewczynę. Takie pojedyncze przypadki też się zdarzały. Dalej na zachód toczyły się walki o Racibórz. Miasto zostało zdobyte 30 marca (Wielki Piątek). Sowieci zachowywali się okrutnie. Plądrowali, gwałcili i podpalali domy w centrum miasta. Ludność została ewakuowana. Po powrocie zastała wypalone gruzy. W cenzurowanej literaturze zaprzeczano temu wszystkiemu. Paweł Dubiel pisał9 „…Generał major Hax, komendant 8 dywizji pancernej, który 27 marca zdążał przez Racibórz na odsiecz Rybnika, stwierdził, że „…Racibórz już wówczas wykazywał poważne ślady zniszczeń…, a było to wtedy, nim jeszcze samo miasto stało się ośrodkiem walk. Podczas działań wojennych … 60% miasta legło w gruzach. Zniszczeniu uległy także Żory, zamienione przez Niemców w silny bastion systemu obronnego. Na przedpolu miasta założono cały labirynt pól minowych, zasieków kolczastych, żelazobetonowych bunkrów obronnych. Po złamaniu oporu Niemców miasto było jedną wielką ruiną”.

Prawda jest zwykle w środku. To, że Sowieci gwałcili, plądrowali i palili, potwierdzają liczne przykłady. Mogę przytoczyć jeden łagodny fakt, który dawał wiele do myślenia. W naszym domu po przejściu frontu nocował przez kilka dni kierowca samochodu z jednostki transportowej, która dowoziła zaopatrzenie do wojsk walczących pod Raciborzem. Jego samochód stał w naszym obejściu. Widzieliśmy żołnierza czyszczącego ten samochód szatami kościelnymi, w tym ornatami. Matka, kobieta bardzo religijna, płakała widząc tę profanację. Kierowca przechowywał w szafie wino mszalne oraz różne kosztowności. Wino wypił sam. Ojcu groził, że go zastrzeli, jeśli je tknie.

c.d.n.


5 W domu mieszkalnym nie było miejsca. W izbie składowano żyto.

6 Przypominam sobie, że matka, która miała kontakt z miejscową partyzantką, prosiła mnie o udanie się na skraj dzisiejszej ul. Baczyńskiego i o wypatrzenie żołnierzy niemieckich. W dolince między tzw. „Gotartowskim Lasem” a „Murową Kępą” zobaczyłem niemieckie moździerze strzelające w kierunku północnym. W latach 70. ubiegłego wieku teren ten został zmieniony przez wydobywanie piasku.

7 Las w Boguszowicach graniczący od płd. zach. z Chwałowicami i od zach. z Brzezinami Rybnickimi.

8 Śrutownik został zakupiony przez ojca w 1938 r. W czasie wojny został najpierw zaplombowany a później zabrany przez Ortsbauernführera Pawła Rojka do gospodarstwa należącego do jego siostry Heleny, żony Franciszka Kuli, i tam był używany. W styczniu 1945 r., w dniu, w którym panował we wsi wielki rwetes, jakieś rozbite niemieckie oddziały wojskowe ciągnęły od Gotartowic na południe, między nimi spanikowani cywile i nikt nie myślał o śrutowniku, nagle na nasze podwórze wjechał wóz i jacyś mężczyźni, którzy pracowali w gospodarstwie Kulowej, zrzucili śrutownik na ziemię i odjechali. Staliśmy z ojcem na placu i nie mogliśmy zrozumieć tego gestu. Jednak wnet zrozumieliśmy. Po pewnym czasie przyjechał jakiś cywil w towarzystwie nieznanego nam żandarma i oświadczył ojcu, że są w drodze furmanki ze zbożem, które ojciec będzie śrutował. Wozy te przyjechały. Zboże zmagazynowano w dużej izbie naszego domu. Sięgało ono sufitu. O tym, że było to zboże z żorskiego młyna, dowiedziałem się po latach z lektury książki „Chronik von Rybnik O/S” wydanej po 1970 r. w Dorsten. W mieście tym zamieszkało wielu rybnickich Niemców. Nie wiem, co myśleć o ludziach, którzy przez lata korzystali z śrutownika a potem tak łatwo pozbyli się kłopotu. Skrajny egoizm.

9 Paweł Dubiel, Wyzwolenie Śląska w 1945 roku. Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1969, s. 107.

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Dodaj komentarz