Szymon Strzeja

Mar 152014
 

Henryk Postawka

Pierwsze osady śródleśne związane z początkiem hutnictwa w Bargłówce i Kuźni Raciborskiej na podstawie zachowanych dokumentów XVII, XVIII i XIX wiecznych.

Początki Bargłówki [Barglowka – Bargówka (Sl)] łączą się nierozerwalnie z kuźniczą osadą Kuźnia Raciborska. Obie osady powstały około 1640 roku. Pomimo dużej odległości pomiędzy Bargłówką a Kuźnia Raciborską, obie osady zostały połączone gospodarczo z powodu wspólnego właściciela. W połowie XVII wieku na terenie dzisiejszej północnej części Bargłówki odkryto pokłady rudy (obecna ulica Dolna i potocznie zwany teren przez miejscowych jako Doły zapewne od eksploatacji rudy). Było to przedłużenie pokładów rudy na terenie dzisiejszego przysiółka wsi cysterskiej Stanica – Górniki, a ciągnąca się dalej na Nową Wieś (obecnie Trachy). Pozostałość po eksploatacji rudy na głębokości 10 – 15 metrowych szybach są widoczne jeszcze na terenie lasów pomiędzy Białym Dworem i Stanicą oraz na terenie przysiółka Stanicy – Górniki. Najwięcej takich szybów widocznych jest na terenie Leśnictwa Bargłówka, oddziały 124 i 125 w Nadleśnictwie Rudy oraz Leśnictwa Stanica (Nadleśnictwa Rybnik, oddział 143). Bargłówka należała do dóbr zamkowych w Raciborzu (Herrschaft zu Ratibor), Stanica z Białym Dworem do cystersów z Rud (Herrschaft zu Rauden), a Nowa Wieś do dóbr księcia sławięcickiego (Herrschaft zu Schlawientzitz). Jednak ze względu na odległość do najbliższej kaplicy w Kuźni Raciborskiej od samego początku powstania osady Bargłówka została przypisana do parafii w Rudach. Dzięki odkrytym pokładom rudy w Bargłówce rozwinął się przemysł hutniczy w Kuźni Raciborskiej. A dzięki księgom parafialnym udało mi się odkryć pochodzenie pierwszej osady na ternie miasta Kuźnia Raciborska o nazwie: NIESTEMPÓW (NIESTEMPOWA KUŹNIA). Uważam, że wszystkie dotychczasowe opracowania nt. początków miasta podają mylną nazwę pierwotnej osady na zrębni leśnej POTEMPA. Prawdopodobnie chodzi o złą transkrypcję Niestępowa (Niestempowa). Kuźnia rudy nie miała prawa bytu bez rudy, wydobytej na własnym gruncie w Bargłówce. I ten zapewne fakt był przyczyną powstania tej osady.

Bargłowka na mapie Urmeßtischblatt z 1827 r.

Bargłowka na mapie Urmeßtischblatt z 1827 r.

Pierwsza kuźnica (pierwszy młot) na terenie obecnej Kuźni Raciborskiej powstała na wrzosowisku (moczarach czy pustkach), czyli dokładnie na podmokłych terenach po wyrębie lasu zwanego Niestempow i oficjalnie ochrzczonych na cześć ówczesnego właściciela dóbr zamkowych na Raciborzu Segenberg (w wolnym tłumaczeniu na polski: Góra Szczęścia) w 1641 roku. Pierwszym dzierżawcą został Henryk Helmes. To miejsce to okolica dzisiejszej Górnej Huty przed rozdzieleniem się rzeki Rudy na właściwą Rudę i jej odnogę Rudkę. Niestempow to zapewne miejsce sugerujące niedostępne miejsce lub trudno dostępne. Nigdzie w archiwalnych dokumentach nie znalazłem wzmianki nazwy Potempa. Natomiast Niestempow jest wielokrotnie wymieniany w księgach parafialnych kościoła NMP w Rudach. W transkrypcji dokumentu z zasobów archiwum w Raciborzu pomogła mi Pani Elżbieta Chroboczek. 

Dieser Eisenhammer ist Anno 1641 in der Heide auf dem Nastemper Grunde gennant, gebaut Segenberg gatauft worden, wird itzo in freiem Gange raűmlich und gebűhrent getrieben und dem Heinrich Helmes vermittet.

Dazu wird der Eisenstein gewohnenn im Walde auf dem Herrschaflichen Grunde wo sicherer freie die Gelengenheit geerbet und mann den Eisensteinhaben kann”.

Urbarz z 1670 roku Hammer (Kuźnia Raciborska) wspomina, że na Gruncie zwanym Niestempów w 1641 roku założono hutę nazwaną Segenberg.

Urbarz z 1670 roku Hammer (Kuźnia Raciborska) wspomina, że na Gruncie zwanym Niestempów w 1641 roku założono hutę nazwaną Segenberg.

Archiwum Państwowe w Raciborzu, Komora Książęca, Urabarium Hammer.

W matrykułach parafialnych NMP w Rudach znajdują się zapiski potwierdzające istnienie kuźni w Kuźni Raciborskiej. Pierwszy zapis dotyczył księgi chrztów z 9 maja 1666 roku dziecka Grzegorza Burdy i Ewy z Bargłówki. Ojcem chrzestnym był Georgio Mitręga Zniestępowy Kuźnice.

Dnia 20 stycznia 1669 roku chrzczone jest dziecko o imieniu Paul (Paweł) Chrzan z Bargłówki. Jego ojcem chrzestnym został kolejny mieszkaniec Thomas Potyka z Niestępowy Kuźnice. Jednakże spotykamy inny zapis tego miejsca. Dnia 24 grudnia 1669 roku , ojcem chrzestnym Andrzeja Schendzielarza, syna karczmarza był Pan (Dominum) Henryk Helmes de Ratiboriensi Kuznia. A rok później, 12 października 1670 r. Grzegorz Chrzan miał rodziców chrzestnych: Baltazara Bednarzuw w Kuznice Zamkowei i Barbara Potikowa z teyże Kuźnice.

Ciekawe zapiski przybliżające nam pierwsze osady przemysłowe dotyczą księgi ślubów (Heiraten Buch z Bargłówki). W dniu 12 sierpnia 1674 roku zapewne jeszcze w kościele p.w. św. Marcina w Stanicy Cystersi udzielili ślubu Piotrowi Gomowskiemu z Sandomierza (Sendomiria) z Anną, córką Jury (Jerzego) Schendzielarza z Niestępowskiej Kuźnicy na ten czas na Bargłówce. Dwa lata później, 8 listopada 1676 r. Krzysztof Chorobik z Raciborskiej Kuźnicy ożenił się z Mariną Cyrankową. Świadkiem był Georgius (Jerzy) Manczyk z Raciborskiej Kuznicy.

Najciekawszy zapis, który dowodzi, że kuźnia w Raciborskiej Kuźni i Niestępowa Kuźnia to to te samo miejsce na tak oznaczonym gruncie przynosi nam zapis ślubu z dnia 12 czerwca 1689 r. Wdowiec Jan Dolnik z Niestępowa alias Ratiboriensi Ferricudina ożenił się z Sophią córką Jerzego Jozek alias Kotzlayda z Bargłówki. Wszystkie śluby dotyczyły Bargłówki, gdyż panny młode pochodziły z Bargłówki. Pan młody w tych przypadkach pochodził z Raciborskiej Kuźni (Niestępowej Kuźni) . Zwyczajowo para musiała pochodzić z miejscowości Pana wsi.

Ferricudina Ratiboriensis – Niestempowa – Raciborska Kuźnia

Rok 1640 wskazuje na początek hutnictwa żelaza na gruntach księstwa raciborskiego (dóbr zamkowych w Raciborzu). Ówczesny właściciel Oktawian Segenberg sprowadził hutników do swoich dóbr z odległych zagłębi przemysłowych (Sandomierz, Częstochowa, Bytom). Na terenie Bargłówki powstała kopalnia rudy żelaza w postaci licznych szybów, z których fedrowano rudę żelaza na głębokości kilkunastu metrów. Na północy Bargłówki osiedlili się kurzoki i smolorze. Lasy obfite w drewno zapewniały budulca i materiały do produkcji węgla drzewnego oraz smoły. W tym samych czasie na zrębowisku Niestempowa powstała kuźnia żelaza oraz tartak. Niewykluczone, że w tym samym czasie z inicjatywy cystersów rudzkich został wybudowany kanał rzeczny (Fluss Kanal), obecnie zwany jako Pogonica. Tym kanałem spławiano ścięte drzewa, rudę żelaza zarówno wykorzystywane przez Cystersów, ale również przez O. Segenberga do tartaku w Niestempowie. W tym samym czasie powstały następne osady w Budziskach (1642), Rudzie i Solarni.

Obecnie przy leśnej drodze Hotelowa, niedaleko mostu prowadzącego na pożarzysko z 1992 roku (obecnie części Górnej Huty) rosną dwa potężne dęby o obwodzie 550 i 500 cm na grobli dawnej młynówki z resztkami zabudowań dawnej huty. Dęby pamiętają początki powstania kuźni Niestempowa (Ferricudina). Powinny zostać objęte ochroną pomnikową ze względu na rozmiary oraz miejsce dawnego przemysłu hutniczego. Nie przynosi chluby miastu nielegalne wysypisko śmieci w korycie młynówki i rozpadające się ruiny budynków hutniczych w dolinie rzeki Rudy.

Górki Śl. 13 marzec 2014 r.

Składam szczególne podziękowanie Pani Elżbiecie Chroboczek, Marianowi Franecki, Markowi Staneczek oraz Lucjanowi Durszlagowi za czas poświęcony, materiał oraz wiedzę, którą się podzielili ze mną.

Jan Kalemba. Przemysł metalowy ziemi raciborskiej w XIX i pierwszej połowie XX wieku (do 1945 r.) ze szczególnym uwzględnieniem Kuźni Raciborskiej i jej okolicy. S. 27-28. Fabryka obrabiarek „Rafamet” w Kuźni Raciborskiej. Próba zarysu historyczno – gospodarczego. Instytut Śląski w Opolu, pod red. Andrzej Brożek, Opole 1971. Kalemba J.

Roma Łobos, Fabryka Obrabiarek „Rafamet” w Kuźni Raciborskiej 1945 – 1970, Instytut Śląski w Opolu 1979.

Archiwum Państwowe, Komora Książęca.

Księgi parafialne Archiwum Parafialne w Rudach i Diecezjalne we Wrocławiu dostępne online.

Mar 022014
 

Henryk Postawka

Ludziom Majdanu poświęcam

Pierwsza katastrofa lotnicza na Górnym Śląsku

1. Sytuacja polityczna po zakończeniu I wojny światowej

Po zakończeniu I wojny światowej (1914 – 1918) rozpadł się stary porządek geopolityczny Europy. Losy państw biorących udział w wojnie po jednej i drugiej stronie konfliktu zbrojnego miały zostać rozstrzygnięte na konferencji pokojowej w Paryżu, w pałacu dawnej siedziby królewskiej w Wersalu. Również dzięki ustaleniom zwycięskich krajów Ententy powstały nowe państwa, m.in. Polska i Czechosłowacja. Do 1918 roku Polski nie było na mapie od wielu lat. Również Śląsk, na terenie którego rozbił się w sierpniu 1919 roku jako jeden z pierwszych w historii samolot niemiecki, czekał wkrótce rozdarcie, podział i plebiscyt. Na pokładzie „latawca”, jak nazwał maszynę dziennikarz ówczesnych Nowin Raciborskich, znajdowało się dwóch ukraińskich członków misji pokojowej w Paryżu i 6 członków niemieckiej załogi. W lasach rudzkich, na pograniczu powiatów raciborskiego i rybnickiego, gdzie owa maszyna latająca ze skrzyniami papierowych pieniędzy ukraińskich rozbiła się, mieli się według tradycji ustnej ukrywać już w następnym roku 1920 polscy powstańcy pochodzący zarówno ze Śląska jak i z Polski, walczący o przyłączenie Śląska do Polski. Nie należy wykluczyć, że wśród milionów hrywien ukraińskich przewożonych drogą lotniczą z Wrocławia na Ukrainę nad Rudami były również marki niemieckie a nawet złote monety waluty niemieckiej. Ówczesna prasa polskojęzyczna Nowin Raciborskich donosiła szczególnie w sierpniu 1919 o przypadkach rekwirowania waluty ukraińskiej po okolicznych miejscowościach. O ile hrywny drukowane w Niemczech nie przedstawiały dużej wartości, bowiem w 1923 roku Ukraina utraciła wszelką nadzieję na niepodległość, o tyle marki stanowiły dużą wartość dla okolicznych mieszkańców. Moim zdaniem nie jest przypadkiem, że ze wsi nad Odrą, Dziergowic i Solarni pochodziły oddziały powstańców pro-polskich, walczących o przyłączenie Śląska do Polski. Nie będę tutaj próbował łączyć ten fakt na razie z powstaniami śląskimi, z powodu słabej dokumentacji historycznej. Naświetlam jednak ten problem. Być może ktoś później powiążę te fakty.

2. Główny bohater katastrofy

Najważniejszym uczestnikiem tragedii lotniczej, która rozegrała się rankiem 4 sierpnia 1919 r. w lasach rudzkich była osoba Dmytro Witowskiego, jednego z dwóch Ukraińców obecnych na pokładzie. Najważniejsze wydarzenie w życiu oficera armii ukraińskiej Dmytro Witowskiego był jego udział i dowodzenie przynajmniej w początkowym okresie powstania ukraińskiego we Lwowie w listopadzie 1918 roku przeciw Polakom oraz uczestnictwo w pokojowej konferencji paryskiej. Był tam zwolennikiem pojednania pokojowego Zachodniej Ukrainy z Polską. Plan zajęcia Lwowa opracował właśnie pułkownik Dmytro Witowski razem z porucznikiem Petro Bubelą. [http://prawica.net/31998.] Dmytro Witowskij jako członek delegacji ukraińskiej lobbował W Paryżu na konferencji pokojowej w 1919 na rzecz zawieszenia broni w wojnie polsko – ukraińskiej w imieniu zachodniej prowincji Ukraińskiej Republiki Ludowej (URL).[http://www.encyclopediaofukraine.com/display.asp?linkpath=pages%5CP%5CA%5CParisPeaceConference.htm]

Jest to przykład człowieka oddanego swojemu narodowi a jednocześnie racjonalnie myślącemu. Opinia na temat jego misji w Wersalu nie pochodzi bynajmniej ze środowisk polocentrycznych, lecz ze środowisk emigrantów ukraińskich w Kanadzie, którzy założyli angielskojęzyczną encyklopedię historyczną.

3. Kim był Dmytro Witowski?

Dmytro Witowski (www.wikipedia.org)

Dmytro Witowski (www.wikipedia.org)

Dmytro Witowski (ukr. Дмитро Вітовський) urodził się 6 listopada 1877 r. we wsi Miedusa w Galicji. Pochodził z rodziny szlacheckiej. Był znanym ukraińskim politykiem, dobrze wykształconym wojskowym wysokiej rangi. Ukończył gimnazjum w Stanisławowie, następnie wydział prawa Uniwersytetu Lwowskiego, gdzie aktywnie działał w organizacjach studenckich. Został członkiem Zarządu Ukraińskiej Partii Radykalnej, organizował „Sicz” (Towarzystwo Gimnastyczno – Pożarnicze ). Brał udział w walce o utworzenie ukraińskiego uniwersytetu we Lwowie. Za aktywną działalność polityczną utracił austro–węgierski stopień oficerski w 1908 roku. Został przeniesiony do legionu USS (Ukraińskych Strzelców Siczowych), gdzie doczekał się wybuchu I wojny światowej. 

Dmytro Witowski w środku.(www.wikipedia.org)

Dmytro Witowski w środku.(www.wikipedia.org)

W latach 1916 – 1917 razem z czetarem M. Sajewiczem i M. Hawrylukiem organizują ukraińskie szkolnictwo na Wołyniu a w 1918 na Podolu. Jeden z przywódców walk o Lwów w listopadzie 1918 przeciwko Polakom. W maju 1919 delegat na konferencję pokojową w Paryżu, mającą na celu przerwanie walk polsko – ukraińskich. Wracając z Paryża, zginął pod Raciborzem na terytorium Niemiec. Pochowany 14 sierpnia 1919 na cmentarzu Hugenotów w Berlinie. Dnia 1 listopada 2002 jego ciało przeniesiono i pochowani na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. [http://pl.wikipedia.org/wiki/Dmytro_Witowski] Warto w tym miejscu zauważyć rozbieżności w dacie śmierci w 3 wersjach językowych. Ukraińska Wikipedia podaje datę 2 sierpnia, polska 4 sierpnia a angielska nawet 8 lipiec.

 

4. Pierwsze doniesienia prasowe: „Nieszczęście lotnicze pod Dziergowicami” z 6 sierpnia 1919 roku.

Nowiny Raciborskie z 6 sierpnia 1919 r.

Nowiny Raciborskie z 6 sierpnia 1919 r.

Polskojęzyczne „Nowiny Raciborskie” z Raciborza w dniu 6 sierpnia 1919 roku donoszą czytelnikom na Górnym Śląsku o „Nieszczęściu lotniczym pod Dziergowicami”, które miało się wydarzyć dwa dni wcześniej.

„Racibórz. 4 sierpnia. Pod Dziergowicami runął dziś przed południem o godzinie 11 wielki samolot o 2 motorach w płomieniach na ziemię. Podróżni, 8 ludzi, ponieśli śmierć na miejscu. W samolocie znajdowało się kilka gołębi, które jeszcze żyły, oraz wielki worek z rosyjskimi pieniędzmi, które kolejarze pozbierali. Sprowadzony z Raciborza grencszuc odstawił resztki samolotu wraz z gołębiami do Rud. Biuro Wollfa, donosząc o wypadku pisze, iż prawdopodobnie był to samolot polski” 

[http://www.biblrac.com.pl/files/nowiny_raciborskie_1919_nr_94_1374680207.pdf]

5 . Ówczesne stosunki polsko – ukraińskie w skrócie

Polska odzyskała niepodległość 11 listopada 1918 roku. Natomiast Ukraińcy uprzedzili Polaków o 10 dni. W listopadzie wybuchło powstanie ukraińskie we Lwowie, którego plan opracował Dmytro Witowskij. Traktat pokojowy w Wersalu kończący I wojnę światową został podpisany dnia 28 czerwca 1919 roku. Zachodnioukraińska Republika Ludowa to jedno z dwóch państw ukraińskich, które pretendowało do niepodległego bytu. Na drodze do niepodległości Zachodniej Ukrainy stanęła odrodzona właśnie Polska. Po abdykacji w dniu 15 marca 1917 roku cara Mikołaja II powstały zalążki państwa ukraińskiego. Nowe państwo od samego początku prowadziło wojny z bolszewikami, biało armistami, Polską i Rumunią. W 1918 roku trwały walki o Lwów. Początkowo na czele Ukraińców stał Dmitro Witowskij, który zginął w katastrofie w lasach rudzkich dnia 4 sierpnia 1919 roku. Zaledwie miesiąc po konferencji paryskiej. Dnia 22 kwietnia 1920 Polacy z Ukraińcami podpisali umowę tzw. warszawską, na mocy której Piłsudski z Petlurą mieli prowadzić wspólną wojnę przeciwko bolszewikom oraz mieli wyznaczyć przyszłą wspólną granicę na rzece Zbrucz. Strona polska jednak nie dotrzymała warunków umowy. Podczas zawieszenia umowy z bolszewikami w październiku 1920 roku w Rydze,strona ukraińska z URL nie została dopuszczona do rozmów, co praktycznie położyło kres istnienia niezależnego państwa ukraińskiego.
[
http://nadbuhom.pl/art_1679.htm]

6. Niemieckie Towarzystwo Lotnicze – DLR (Deutsche Luft Reederei), czyli dlaczego niemiecki bombowiec transportował ukraińskie hrywny.

Holenderski historyk lotnictwa międzynarodowego Bob Mulder, na stale mieszkający w Norwegii prezentuje artykuły przedstawiające historię towarzystw lotniczych. Niemiecki rząd udzielił zezwolenia Niemieckiemu Towarzystwu Lotniczemu (DLR) na wyczarterowanie w 1919 roku pewną liczbę samolotów ukraińskiemu rządowi.

Mapa Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (1918-1919) (www.wikipedia.org)

Mapa Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (1918-1919) (www.wikipedia.org)

 

Trzy wynajęte bombowce miały przetransportować nową walutę na teren zachodniej Ukrainy, niezbędne do prowadzenia wojny i rozwijającej się gospodarki nowego państwa. Młode państwo ukraińskie było w stanie wojny (m.in. z Rumunią i Polską). DLR (Deutsche Luft Reederei) było jednym z większych kompanii lotniczych w Niemczech po zakończeniu I wojny światowej. Dnia 5 lutego 1919 roku towarzystwo DLR otrzymało pozwolenie na usługi lotnicze krajowe pasażerskie, cywilne, regularne pomiędzy Berlinem a Weimarem. Największym problemem DLR była flota lotnicza. Towarzystwo używało dwóch oficjalnych rejestrów samolotów (LFR- A oraz LFR – B) a poza tym jeszcze nie oficjalnej wewnętrznej listy towarzystwa.

Na początku samoloty wyczarterowane z Niemiec zostały w ukryciu przetransportowane na Ukrainę. Ukraiński rząd wyczarterował 3 pięciosilnikowe samoloty Staaken R.XIV a, które były w dyspozycji DLR. Jeden z tego typu samolotów z numerem konstrukcyjnym R 70 posiadał numer floty DLR 70 i numer rejestracyjny D.130, podczas gdy dwa inne samoloty o numerze konstrukcyjnym LFR – A miały numery rejestracyjne D.129 oraz D.131. Niestety wszystkie trzy samoloty zostały utracone w czasie służby. Pierwsza maszyna o numerach D.130 została skonfiskowana przez francuskich żołnierzy w dniu 29 lipca 1919 r. w imieniu organizacji międzynarodowej IAACC na lotnisku we Wiedniu, Aspern. Drugi samolot, najbardziej nas interesujący, rozbił się i spalił 4 sierpnia na Górnym Śląsku. Ostatni Staaken R.XIVa dowodzony przez kapitana księcia Hansa Wolfvon Harah z załogą: Heinrich Smiltz oraz Henrig Tretken był zmuszony do przymusowego lądowania z powodu problemów z paliwem w dniu 19 września 1919 r. w czasie lotu do Kamieńca Podolskiego. Po lądowaniu załoga została aresztowana przez żołnierzy 37 rumuńskiego Regimentu Piechoty, który przebywał w pobliżu. Na pokładzie Rumuni znaleźli 303 miliony hrywien ukraińskich, wydrukowanych 5, 6 i 24 października 1918 roku. Członkowie z Ukrainy zostali zwolnieni i odesłani na tereny kontrolowane przez Ukraińców, na drugi brzeg Dniestru, podczas gdy Niemców uwięziono. Maszyna została naprawiona ponownie przez rumuńskich mechaników i pilotowane przez pułkownika technicznego Petro Macavei. Do stolicy Rumuni, Bukaresztu samolot zatrzymany w Rumuni nigdy więcej nie wzniósł się, lecz stacjonował na lotnisku przez kilka następnych lat zanim został ostatecznie zdemontowany. Jego drewniane śmigła powędrowało do muzeum wojskowego w Bukareszcie. Z powodu braku maszyn DLR musiało dostarczyć Ukraińcom nowe samoloty Friedrichschafen G IIIa (znane jako FF 45).

Według historyka lotnictwa Roba Muldera flota DLR w całym sezonie 1919 roku przewiozła 2921 pasażerów oraz 93 150 kg towaru. Najlepszym miesiącem był lipiec z 727 pasażerami. W opinii Roba Muldera nikt nie zginął ani nie został ranny. Niestety mamy niezbite dowody, że w lasach na północ od Rud i Kuźni Raciborskiej zginęło 8 uczestników misji transportu waluty ukraińskiej z Psiego Pola pod Wrocławiem do Kamieńca Podolskiego w dniu 4 sierpnia 1919 roku.

[Rob Mulder Deutsche Luft – Reederei Geselschaft mit beschrankter Haftung – DLR (1917 – 1923) www.europeairlines.no , w tłumaczeniu Henryka Postawki]

7. Następne doniesienia prasowe Nowin Raciborskich
http://www.biblrac.com.pl/pl/site/nowiny.html

Jak się później okazało nie był to samolot polski, lecz Niemieckiego Towarzystwa Lotniczego (Deutsche Luft Reederei) wyczarterowany przez młode państwo o nazwie: Zachodnia Ukraińska Republika Ludowa. Nie była to również waluta rosyjska (ruble), lecz hrywny ukraińskie wydrukowane w Niemczech. Nie tylko kolejarze zbierali pieniądze ukraińskie, lecz także liczni zbieracze owoców leśnych wówczas tak licznie obecni w lasach księcia raciborskiego, mającego swoją siedzibę w Rudach Wielkich. Ze względu na bliskość miejsca katastrofy lotniczej Nowiny podają, że miało to miejsce pod Dziergowicami. Niestety redakcja nie mogła podać dokładnego miejsca tragedii. Taką dokładna informację udało mi się otrzymać dopiero niedawno z aktów zgonów w Urzędzie Stanu Cywilnego w Kuźni Raciborskiej wszystkich ofiar. Zastanawiające wydaje się mi, skąd redakcja polsko języcznej gazety posiadała tak dokładne informacje na terenie państwa niemieckiego. 

Fotografia z miejsca tragedii. (www.theaerodrome.com)

Fotografia z miejsca tragedii. (www.theaerodrome.com)

8. Opisy świadków katastrofy według Nowin

Nowiny Raciborskie zwracają uwagę na pewne fakty katastrofy. Samolot zapalił się i spadł wskutek eksplozji motoru. Krótko przed upadkiem słyszano wyraźnie huk, jaki towarzyszy zwykle wybuchowi. Wydanie z 13 sierpnia (numer 97) dodaje, że „samolot leciał od Kędzierzyna w kierunku Dziergowic, gdzie opuścił się na mniej więcej 50 metrów ponad ziemią. W tej chwili nastąpiła eskplozya a równocześnie zeskoczył jeden z pasażerów latawca, którego znaleziono nieżywego niedaleko miejsca nieszczęśliwego wypadku. Kilka kroków dalej znaleziono kasetę do pieniędzy, niestety próżno, gdyż zawartość jej, składającą się z pieniędzy złotych i srebrnych, rozebrali niezawodnie ciekawi, którzy najpierw na miejsce katastrofy przybyli. Latawiec spadł do lasu, łamiąc około 300 drzew bardzo grubych. Dostęp do niego był bardzo utrudniony, gdyż ogień palącego się aparatu przybierał coraz szersze rozmiary. To też zdołano zaledwie uratować dwie skrzynki pieniędzy papierowych, jakie opodal latawca leżały”.

[ http://www.biblrac.com.pl/files/nowiny_raciborskie_1919_nr_97_1374680438.pdf ]

Jeszcze bardziej rewelacyjnie wieści podają Nowiny z 22 sierpnia 1919 r. (numer 101): Ostrzeliwany samolot zapalił się. Widziałem, jak jeden z pasażerów wyrzucił ze statku dwie skrzynie a potem zaopatrzony w przyrząd ratunkowy z aeroplanu sam wyskoczył. Aparat ratunkowy jednak zawiódł a wyskakujący rozbił się o ziemię. Samolot niebawem spadł także na ziemię, grzebiąc pod sobą 8 pasażerów. Katastrofa nastąpiła nad lasami i nim ludzie nadbiegli, wszelka pomoc była spóźnioną. W samolocie wieziono ukraińskie i niemieckie banknoty oraz kilka worków monety złotej. Części pieniędzy niespalonych nadbiegający rozdzielili między siebie. Nadeszły później grencszuc przeszukiwał obecnych i część papierów odebrał”.

http://www.biblrac.com.pl/files/nowiny_raciborskie_1919_nr_101_1374680726.pdf

9. Świadek Josef Tworuschka

Oprócz doniesień prasy lokalnej po polsku zachowało się wspomnienie Pana Josefa Tworuschki, który udawał się tego dnia na spacer do Jagdhaus Przy Mostku. Wspomnienia opublikowane zostały w książce o Kuźni Raciborskiej w języku niemieckim:

„Naraz usłyszeliśmy głośny szum silnika. Byłby to ktoś z książęcej administracji, lub może sam Herzog? Jednak jak twierdził leśniczy, takie odwiedziny nie były zapowiadane. Szum motoru stawał się coraz głośniejszy. Nie można było uspokoić psa. Spojrzeliśmy w niebo, widzimy samolot , który zbliżał się ku nam. Obserwując go przez lornetkę stwierdziliśmy, że coś było z nim nie w porządku. Tracił ciągle na wysokości. Czyżby pilot chciał awaryjnie lądować w środku lasu? Teraz patrzyliśmy uważnie: była to ciężka maszyna z wieloma członkami załogi. Leciała coraz to niżej i niżej. Z samolotu były wyrzucane skrzynie. Krzyki członków załogi przebijały się poprzez hałas silnika. Coraz więcej paczek papieru było wyrzucanych, ponad całym lasem ścieliła się chmura latających kartek. Cały las zdawał się być kotłem czarownic. Zbieracze jagód podnieśli krzyk i lament, nie można było własnych słów usłyszeć. Mnóstwo młodzieży pobiegło w kierunku samolotu. Nagle z samolotu buchnął płomień. Ludzie w środku ciągle jeszcze wyrzucali skrzynie i papier luzem. Prawdopodobnie chcieli odciążyć maszynę, daremna była jednak ich praca. W ciągu paru chwil cały samolot stanął w płomieniach. Jeden z pilotów próbował w ostatniej chwili na stosunkowo małej wysokości ratować się skokiem ze spadochronem. Nie powiodło mu się, znaleziono go martwego.

Samolot był teraz tak nisko, że ocierał o korony drzew. Usłyszeliśmy, jakby samolot został zestrzelony. Albo była to amunicja, która eksplodowała w płomieniach? W międzyczasie osiągnęliśmy drogę i dobiegliśmy do samolotu. Był rozbity. Miejsce katastrofy przedstawiało obraz zniszczenia. Grupa drzew została całkowicie połamana, szczątki samolotu rozrzucone zostały na wiele metrów. Nie trwało to długo, gdy przybyli żołnierze Straży Granicznej, którzy stacjonowali w Rudach i odgrodzili miejsce wypadku. Dopiero gdy ustały eksplozje, miejsce zostało udostępnione. Choć sam przeżyłem okropności wojny, to co zobaczyłem poruszyło mnie. Tutaj chodziło o ciężką maszynę z ośmioma ludźmi załogi. Z maszyny pozostała kupa złomu, siedmiu ludzi zostało nie do rozpoznania zwęglonych. Na podstawie resztek materiału zostało stwierdzone, że nosili rosyjskie mundury. Pilot, który wyskoczył był cywilem. Nieszczęśnicy zostali pochowani na cmentarzu w Rudach. Maszyna transportowała ładunek ukraińskich banknotów. Prawie wszystkie dzieci, które znalazły się w lesie, napchały swoje kieszenie papierowymi banknotami, które jak się zaraz wyjaśniło były bezwartościowe. Jaki był cel tego nieszczęsnego transportu pieniędzy nie dowiedzieliśmy się.”

[Tłumaczenie Jarosław Dziemidowicz z oryginału Chronik, Ratiborhammer Oberschlesische Heimat im Kreise Ratibor, 1995. s. 240 – 241.]

10. Czy katastrofa wydarzyła się 2 czy 4 sierpnia 1919 roku?

Historyk ukraiński Pavlo Hai – Nyzhnyk, który zawodowo zajmuje się historią Ukrainy uważa, że Witowskij zginął nie 4, lecz 2 sierpnia. Opisał szczegółowo misję ukraińskiej agencji finansowej w Niemczech. Zgodnie z śledztwem specjalnej komisji śledczej w dniu 2 sierpnia 1919 roku z Wrocławia do Kamieńca Podolskiego (na Ukrainę) miały odlecieć dwa samoloty o numerach R – 70 oraz R – 71. Pierwszy samolot R- 70 wziął na pokład oprócz pieniędzy osobę U. Baczyńskiego i odleciał zgodnie z planem. Druga maszyna o numerach R -71, którym miał podróżować Dmitro Witovskij z Wrocławia nie odleciał z powodu awarii silnika i miał zostać naprawiony. Tego samego jeszcze dnia samolot odleciał z Witovskim na pokładzie z Wrocławia (lotnisko w Psim Polu) około 10:00 przed południem. To się zgadza z raportem Specjalnej Komisji Rewizyjnej w Berlinie dla Ukraińskiej Republiki Ludowej pod przewodnictwem Fogt’a [ Biblioteka Narodowa w Warszawie. – Скр. 23 ХХІV-10 (17). – К. 30-30 зв.]. Według Pavla Hai – Nyzhnyka ten samolot mógł się rozbić przelatując około godziny 11:00, 2 sierpnia 1919 r. na granicy polsko – niemieckiej. [Biblioteka Narodowa w Warszawie. – Скр. 23 ХХІV-10 (17). – К. 32 зв.] 


Nowiny Raciborskie z 22 sierpnia 1919 r. podają interesujący szczegół:
Przy jednym z zabitych znaleziono list tej treści: „Wczoraj lądowaliśmy w Psiempolu, jutro jedziemy na Ukrainę”. Wczoraj znaczyło 2 sierpnia, kiedy uległ awarii na lotnisku, bowiem nie wzniósł się w powietrze. A jutro znaczyło 4 sierpnia. W związku powyższym, samolot nie został naprawiony, ani tego samego dnia tj. 2 sierpnia, ani nawet następnego tj. 3 sierpnia 1919 r. Również Nowiny Raciborskie od samego początku konsekwetnie podawały (tj. od wydania z 6 sierpnia) datę katastrofy 4 sierpnia. Wreszcie najbardziej przeknowujących dowodów na moją tezę dostarczyły mi akty zgonów 8 osób w tym (Witowskiego i Czuczmana) oraz 6 niemieckich członków załogi, którzy zginęli tego samego dnia i w tym samym miejscu. Akty zgonu został wydany dopiero 21 sierpnia 1919 roku.

Artykuł ukraińskiego historyka wprowadza pewne zamieszanie, gdyż pisze o kolejnej katastrofie samolotu R – 71 w dniu 24 sierpnia 1919 roku w pobliżu Rud na Górnym Śląsku. Moim zdaniem chodzi o ten sam wypadek samolotu, który miał się rozbić dnia 4 sierpnia 1919 r. [Biblioteka Narodowa w Warszawie. – Скр. 23 ХХІV-10 (17). – К. 99 зв.].

11. Załoga tragicznego lotu samolotu DFL wyczarterowanego przez rząd Ukraińskiej Republiki Ludowej, który rozbił się w dniu 4 sierpnia 1919 roku z Dymytro Witowskim na pokładzie na podstawie aktów zgonu USC Kuźnia Raciborska

 

Nazwisko I imię, zawód

Wiek

Zamieszkały

Urodzony

1.

Sekretarz Ministerstwa Spraw Wojskowych
Dmitro Witowskij

(1877 -1919)

Ukraina

Miedusa, Ukraina

2.

podporucznik Czuczmann Julian

(1895 – 1919)

Ukraina

 
3.

Johann Ohlrau, Wegführer

26 lat i 8 miesięcy

Berlin , Charlottenburg, Nieburhstrasse 76

Eckernhörde

4.

Erich Stein, Flugzeugführer, kawaler

23 lata 2 miesięcy

Berlin , Schöneberg, Kolonnenstrasse 1

Görlitz

5.

Hermann Vermehr, Flugzeugführer, żonaty

27 lat 3 miesiące

Cassel , Franzgreten 14

Mackenrode, Kreis Gottingen

6.

Binereif Josef, Monteur, kawaler

22 lata i 3 miesiące, kawaler

Siemenstadt, Siemenstrasse 27a.

Sontheheim am Neckar

7.

Karl Löffler, monteur, kawaler

26 lat i 5 miesiący, kawaler

Staaken bei Berlin , Russenweg 6.

Oelsnitz im Vogtland

8.

Johann Pokraut, Monteur, kawaler

25 lata I 2 miesięcy, kawaler

Charlottenburg , Wilmersdorferstrasse 75

Nakel an der Netze (Nakło nad Notecią )

Akty zgonu w Rudach wydano 21 sierpnia 1919 roku, opracowanie Marian Franecki i Henryk Postawka ze zbiorów Urzędu Stanu Cywilnego w Kuźni Raciborskiej. Księga zgonów.

Kopia aktu zgonu Dmitro Witowskiego wydanego 21 sierpnia 1919 r. Podana data i godzina śmierć to 4 sierpnia 1919 roku „im Segen 32 der Forstrevier Rauden am vierten August des Jahres 1919 vormitags um achteinviertel Uhr”

Kopia aktu zgonu Dmitro Witowskiego wydanego 21 sierpnia 1919 r. Podana data i godzina śmierć to 4 sierpnia 1919 roku „im Segen 32 der Forstrevier Rauden am vierten August des Jahres 1919 vormitags um achteinviertel Uhr”

12. Jak wyglądał samolot, którym leciał Witowskij

Zeppelin Staaken R. III

Zeppelin Staaken R. III

Niemieckie Towarzystwo Lotnicze (DLR) posiadało 18 bombowców „Zeppelin Staaken”. Tylko 3 z nich zostało wyczarterowane ukraińskiemu rządowi. Większość z nich walczyła na frontach I wojny światowej. Podobna maszyna R-14 wzniosła się po raz pierwszy w niebo w 1917 roku w największej bitwie lotniczej tej wojny. Rozpiętość skrzydeł dwupłatowca: 4,6 m wyższego płatu, 3,6 niższego. Szybkość maksymalna jaką mógł osiągnąć ten bombowiec to 135 km/h. Załoga składała się z 7 osób. R -69, R-70 i R-71 ukraińskiego rządu mogła wziąć na pokład ponad 4 tony bagażu (bomb), podczas gdy rosyjski „Il’ya Muromets” mógł tylko 500 kg tonażu, a największy francuski i angielski odpowiednik niewiele więcej niż ponad tonę. Odległość jednorazowego lotu maszyna DLR mogła osiągnąć 1300 km. Posiadał silnik „Maybacha” o mocy 260 koni mechanicznych I 180 KVt.

Zeppelin-Staaken R.XIV - dokładnie taki sam jak rozbity samolot. (http://de.valka.cz/viewtopic.php/t/54604/start/-1)

Zeppelin-Staaken R.XIV – dokładnie taki sam jak rozbity samolot. (http://de.valka.cz/viewtopic.php/t/54604/start/-1)

Pavlo Hai – Nyzhnyk „Matter of Deutsche Luft Reederei” Ukraina dyplomatychna. Kiev, 2009. Is.X. –P.424 – 438.

 

Film o samolocie podobnym do tego, jaki się rozbił (źródło: Bundesarchiv)

13. Podsumowanie

Na podstawie zebranego materiału udało się zlokalizować miejsce i czas katastrofy lotniczej w lasach na północny – zachód od Rud. Dymitro Witowski po powrocie z konferencji pokojowej w Paryżu miał odlecieć na Ukrainę wspólnie ze swoim adiutantem w towarzystwie 6 członków załogi Niemieckiego Towarzystwa Lotniczego (LDR). Reprezentowali rząd Zachodnio Ukraińskiej Republki Ludowej z misja finansową dostarczenia hrywien na teren państwa walczącego o swój niepodległy byt. Pierwszą osobą, która zwróciła mi uwagę na katastrofę lotniczą w lasach rudzkich był historyk – amator Henryk Guzdek. Wyszukał w bibliotece cyfrowej Powiatowej Biblioteki Publicznej w Raciborzu archiwalne numery Nowin Raciborskich z 1919 roku, które okazały się najbardziej cennym materiałem tej katastrofy. Gros materiałów pochodzi z Internetu z całego świata (Norwegii, Ukrainy i Kanady). Najwięcej na temat samej osoby Dymitro Witowskiego i polityki Zachodniej Ukraińskiej Republiki Ludowej w latach 1918 – 1923 i jej dążeń do uzyskania niepodległości pochodzą od historyka, który para się tą dziedziną zawodowo, Pavlo Hai Nyzhnyka, szczególnie z jego strony o profilu historycznym. W jednej kwestii pozwoliłem się z nim nie zgodzić. Chodzi o datę dokładnej śmierci Witowskiego. W dniu 4 sierpnia 1919 roku Witowskij i Czuczman pojawili się we Wrocławiu, na lotnisku zwanym wówczas Psie Pole. Mieli odlecieć w dniu 2 sierpnia 1919 roku, ale nie udało się ze względu na awarię silnika. Awaria okazała się na tyle poważna, że samolot odleciał dopiero 4 sierpnia około godziny 6 lub 7 rano. Zgodnie z aktami zgonu, jedynym dokumentem potwierdzającym śmierć nie tylko dwóch Uraińców, ale 6 obywateli Niemiec – agentów ukraińskiego rządu zgon nastąpił o 7:45 nad ranem w rewirze leśnym Rudy o numerze 32 (niemiecka numeracja do lat 30 XX wieku). Zgodnie z zachowanymi niemieckimi mapami leśnymi jesteśmy w stanie określić miejsce tragedii lotniczej. Samolot zbliżał się od Kędzierzyna Koźla w kierunku na Rudy. Nad obecnym pożarzyskiem (pożar 1992) lasów rudzkich samolot R – 71 tracił wysokość. Gdy był w pobliżu skrzyżowania dwóch obecnych leśnych dróg: Zakazanej (prowadzi z Brantolki do Solarni) i Barachowskiej (prowadzi z Bargłówki do Kuźni Raciborskiej) na wysokości 50 metrów dawny ciężki bombowiec – transportowiec był widoczny dla zbieraczy runa leśnego, pracowników leśnych, leśników oraz kolejarzy. Bardzo szybko rozeszła się wieś po okolicznych wsiach o rozbiciu się samolotu z pieniędzmi na pokładzie. Nie trudno sobie wyobrazić, że liczba gapi, ciekawskich oraz chcących się wzbogacić zwiększyła się błyskawicznie. Nowiny Raciborskie publikowały szczególnie w miesiącu sierpniu o przypadkach rekwirowania przez policję niemiecką hrywien ukraińskich długo po wypadku. Na tak niskiej wysokości w pobliżu dawnej gajówki Przy Mostku z samolotu zaczęto wyrzucać skrzynie z pieniędzmi oraz ponoć z srebrnymi monetami marek niemieckich. Krótko przed rozbiciem samolot zaczął kosić drzewa (ponoć 300 egzemplarzy). Z samolotu ktoś wyskoczył, ale nie otworzył się spadochron lub było już za późno. Przed zetknięciem się z ziemią nastąpiła eksplozja silnika. I wkrótce samolot runął na ziemię mniej więcej koło 7:45 nad ranem. Zginęło 8 osób (Patrz tabela) w miejscu, gdzie prowadzi droga Zakazana i krzyżuje się z potokiem zwanym Pogonica. Pogonica to dawny kanał wybudowanym przez cystersów jeszcze przed 1810 rokiem. Obecnie nie może być mowy o spływie drzewa ani żadnych materiałów tym potokiem, ponieważ woda nie spływa wręcz stoi. A jedynie widoczny jest zbiornik przeciwpożarowy przy Zakazanej. Tragedia miała miejsce w rewirze leśnym 32 Rudy. Obecnie pokrywa się z oddziałami leśnymi 123 i 122, na wschód od Pogonicy (dawnego kanału spławnego, rzecznego). Bardzo pomocną dłoń podał mi Pan Marian Franecki, który dokonał transkrypcji wszystkich aktów zgonów członków tragicznego lotu oraz prowadzi cały czas poszukiwania w Bibliotece Narodowej w Warszawie (Archiwum Ukrainy). Dzięki artykułowi w języku angielskim Boba Muldera z Norwegi (opisany wyżej) jesteśmy w stanie zrozumieć misję niemieckich ciężkich samolotów (dawnych bombowców) na użytek ukraińskiej misji finansowej Zachodnio – Ukraińskiej Republiki Ludowej. Spośród 1 miliarda hrywien, które miało być przetransportowane do kraju docelowego zaledwie 25 % z tej sumy osiągnęło cel. Jeden z samolotów rozbił się, inny zarekwirowały kraje, gdzie zostały zatrzymane. Bardzo ryzykowna misja zważywszy, że kraje sąsiadujące z państwem ukraińskim nie były życzliwe dążeniom Ukraińców. Należy tutaj podziękowania tłumaczowi, którego bardzo cenię za warsztat Panu Jarosławowi Dziemidowicz, które przełożył z niemieckiego na polski opis tragedii opis katastrofy mieszkańca Kuźni Raciborskiej Josefa Tworuschki. Prawdopodobnie jest to druga katastrofa lotnicza samolotu w Europie, w której zginęło więcej niż dwie osoby po rozbiciu się samolotu dwa dni wcześniej we Włoszech. 

Mapa przedstawiająca rewir leśny 32 na wschód od Kanału rzecznego (obecnie potok Pogonica) i przy drodze leśnej Zakazana. Miejsce katastrofy lotniczej.

Mapa przedstawiająca rewir leśny 32 na wschód od Kanału rzecznego (obecnie potok Pogonica) i przy drodze leśnej Zakazana. Miejsce katastrofy lotniczej.

 

25 lutego 2014 r.

 

Gru 052013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

Część 5

Na koniec podaję fragmenty artykułów zamieszczonych w tamtych dniach w prasie polskiej. Dokumenty te zebrał dr Alfred Mura i zamieścił w Nowinach Rybnickich w 1974 r.:

Nr 16 (864) z 17 IV, s. 3

Pierwsze dni na łamach prasy

W CYKLU felietonów dokumentalnych przypomnimy informacje prasy wojewódzkiej – „Trybuny Robotniczej” i „Dziennika Zachodniego” – z ziemi rybnickiej z pierwszych dni i miesięcy jej niepodległego bytu. Stanowią one dziś dokument tamtych bohaterskich i pracowitych dni, dokument wystawiający chlubne świadectwo naszym czynom i dokonaniom w latach, które stanowiły etap wyjściowy do budownictwa nowego i sprawiedliwego ustroju polityczno-społecznego Polsce — socjalizmu.

Materiału publicystycznego, jakim dysponujemy, celowo nie układaliśmy w cykle tematyczne, pozwoliwszy mu płynąć chronologicznie, by oddać pełnym autentyzmem atmosferę tych czasów, narastanie spraw i problemów w procesie ich rodzenia się. Będą się tu przeplatać sprawy wojny i jej bolesnych skutków, odbudowy życia gospodarczego, aprowizacji i mieszkań, oświaty i kultury, reformy rolnej, kształtowania się władzy ludowej. Trudy tych dni osładzała świadomość wolności, a świadomość ta rodziła uczucie prawdziwej wdzięczności dla Armii Radzieckiej. wyrażające się w różnych aktach dziękczynnych społeczeństwa ziemi rybnickiej.

DR ALFRED MURA

NA ŚLĄSKU UWOLNIONO RYBNIK, WODZISŁAW, STRZELNO! ARMIA CZERWONA 20 KM OD OSTRAWY! („Dziennik Zachodni” Nr 45 z 28 III 1945):

Wczoraj zdobyto Rybnik i Wodzisław. Marszałek Stalin w rozkazie specjalnym, ogłoszonym we wtorek, wyróżnił dowódcę I Frontu Ukraińskiego, marszałka Koniewa za zdobycie dwóch ważnych punktów oporu niemieckiego — Rybnika i Strzelna, co w Moskwie uczczono salutem 20 strzałów z 124 dział. Wojska I Frontu Ukraińskiego oprócz Rybnika i Strzelna zdobyły Wodzisław i 40 innych miejscowości, wśród nich Jankowice, Mszanę i Jastrzębie.

NA PROGU WOLNOŚCI (‚„DZ” Nr 60 z 14 IV 1945)

Armia Czerwona stanęła u wrót Rybnika. Niemcy zaczęli masowo ewakuować ludność z miasta. Opornych rozstrzeliwali bandyci z SS, chcieli złupić i zniszczyć wszystko, co pozostało.

Szkody wojenne są znaczne. Sam rynek nie ucierpiał wiele, kilka domów uszkodzonych, wieża ratuszowa. Najbardziej zniszczone są ul. Poprzeczna, Barbary, Gliwicka i Wodzisławska, spalony częściowo Stary Kościół. Nowy Kościół został znacznie uszkodzony. Ludzie powracają z ewakuacji. Nad miastem powiewają biało-czerwone sztandary.

Starostwo powiatowe ukonstytuowało się w Knurowie na kilka tygodni przed wyzwoleniem Rybnika. Tu powołano Referat MO, Referat Informacji i Propagandy. Starostą rybnickim został ob. dr Gawlik, wicestarostą ob. Biały. Władze dokonują objazdu wyzwolonych terenów. Do pracy zabrał się Zarząd Miasta z burmistrzem dr Weberem na czele. Czyni się duże wysiłki, aby w jak najkrótszym czasie dać miastu wodę, gaz i elektryczność. Ulicom przywraca się korzystny wygląd, usuwa się napisy niemieckie i nadaje im się nowe, polskie nazwy. Prace wokół usuwania gruzów postępują szybko naprzód. Reguluje się kwestię mieszkaniową i zabezpiecza mienie poniemieckie. Poważnym problemem jest zaopatrzenie mieszkańców w żywność. Z wielką pomocą przychodzi społeczeństwu Armia Radziecka dostawami cukru, mąki, mięsa i tłuszczów dla ludności pracującej.

Niemcy wywieźli zapasy, wykradli bydło i ziarno. Najgorzej przedstawia się południowa część powiatu, zwłaszcza okolice Żor, które najbardziej ucierpiały wskutek działań wojennych i zostały doszczętnie złupione. Niebawem uruchomionych zostanie kilka piekarń i rzeźni dla zaopatrzenia ludzi pracy. Uruchomi się też kilka stołówek. Dzięki energicznej pracy Referatu Informacji i Propagandy przy Starostwie Rybnickim, pod kierunkiem Ob. Grabca, zaczyna się budzić życie kulturalne i oświatowe. W 13 miejscowościach powstały domy kultury. Bardzo aktywnie w dzieło odbudowy włącza się młodzież. Żywą działalność przejawia PPR i ZWM.

TĘDY PRZESZŁA WOJNA. Reportaż z Rybnika T. Bartosza („Trybuna Robotnicza”, w dalszym ciągu „TR”, nr 66, z 30 IV 1945 r.).

Pociąg rusza z Katowic przeładowany pasażerami. Celem jazdy jest Rzędówka — ostatnia stacja przed Rybnikiem (…). Przy torze, po polach i drogach leżą graty rozbitych czołgów, samochodów i innych pojazdów wojskowych, pokryte już rdzą, porozrywane na strzępy. Wiadomo – tu była walka. Z Rzędówki trzeba iść pieszo. „Regulirowszczyk” zatrzymuje falę ludzi idących od pociągu. Teren szosy aż do samego Rybnika jest gęsto podminowany i stąd ta ostrożność radzieckich władz wojskowych. Po bokach szosy leżą węzły splątanego drutu, wiszą tabliczki z napisem w języku rosyjskim – „miny”. Radzieccy żołnierze pracują nad wykrywaniem potwornych hitlerowskich urządzeń. Przy zburzonym moście kolejowym w Paruszowcu pracują jacyś ludzie (…). Wkrótce stanie most, a wtedy ruszy transport kolejowy z Katowic w kierunku niedawno zdobytego Raciborza.

W Rybniku na ulicach pełno radzieckich żołnierzy. Z domów, z pustych oczodołów okien, powiewają biało – czerwone flagi. Rybnik zniszczony jest w 40 proc. Ileż ofiar i krwi kosztowało radzieckich żołnierzy zdobycie miasta. Kilkanaście razy przechodziło ono z rąk do rąk (..). Na skwerku obok magistratu kilka świeżych mogił żołnierskich, obok napis: „W bojach o socjalistyczną ojczyznę i niepodległość Polskiej Republiki zginęli śmiercią chrobrych. (…)

W powiecie mamy siedem dużych zakładów pracy — mówi starosta ob. dr Gawlik – wszystkie uruchomione. Wydobywamy już węgiel Na kopalni „Emie”, „.Marcel” i kopalni „Knurów” otrzymujemy benzol z węgla dla walczących armii. W powiecie rybnickim jeszcze toczy się wojna. Całe gminy i wsie są zburzone, pola posiane minami. Zewsząd grozi śmierć.

W mieście panuje jeszcze atmosfera przyfrontowa. Po niebie przelatują eskadry samolotów z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach, spoglądam na nie z radością, przyniosły nam wolność.

Nr 17 (865) z 24 IV 1974, s. 4

Pierwsze dni….

KOPALNIA „DĘBIEŃSKO w CZERWIONCE JEDEN Z WIĘKSZYCH ZAKŁADÓW PRZEMYSŁU WĘGLOWEGO W POWIECIE RYBNICKIM („TR” nr 71 z 1 IV 1945 r.)

W czasie okupacji pracowało w kopalni „Dębieńsko” 4 000 robotników; obecnie kopalnia zatrudnia 900 pracowników. W czasie działań wojennych przed kilkoma tygodniami robotnicy, wraz ze swym sztygarem Szymikiem na czele, uniemożliwili wycofującym się Niemcom zniszczenie kopalni.

Tereny Czerwionki przechodziły podczas ciężkich walk z rąk do rąk. Pierwszy raz wkroczyła Armia Czerwona do Czerwionki 25 stycznia. Robotnicy dzień i noc, z narażeniem własnego życia, bronili swego warsztatu pracy, pracowali i czuwali. Dziś kopalnia „Dębieńsko” jest czynna (…) W chwili obecnej z węgla z kopalni „Dębieńsko” odciąga się benzol na potrzeby walczących wojsk radzieckich i polskich.

KRONIKA ŚLĄSKA I ZAGŁĘBIA. LESZCZYNY RYBNICKIE

(„Dz. Zach. nr 53 z 7 IV 1945 r.)

W dniu 25. III. 1945 roku odbyło się w Leszczynach pierwsze zgromadzenie gminy, na którym dokonano wyboru Zarządu Samopomocy „Chłopskiej” w składzie: Piotr Kober.. Sprus, Ryszard Kucharczyk.

KRONIKA ŚLĄSKA I ZAGŁĘBIA. RYBNIK (DZ. nr 56, ? 1945 r.)

Zorganizowany przy Starostwie Rybniku Powiatowy Oddział Propagandy i Informacji wykazuje bardzo ożywioną działalność. W stosunkowo krótkim czasie i w nader trudnych warunkach utworzono w 13 miejscowościach domy kultury, mianowicie: w Chudowie, Dębieńsku, Czuchowie, Paniówkach. Leszczynach, Przyszowicach, Bujakowie, Orzepowicach, Gierałtowicach, Czerwionce, Szczygłowicach, Knurowie i Kamieniu. Kierownikiem Oddziału jest ob. Antoni Grabiec‚ referentem świetlicowym ob. Jan Gacek.

Z WOJEWÓDZTWA ŚLĄSKIEGO. RYBNIK, („.DZ” nr 58 z 12 IV 1945 r.)

Dyrekcja Męskiego i Żeńskiego Gimnazjum im. Karola Miarki w Żorach zawiadamia, że wpisy do niżej podanych zakładów odbywają się domu Kusa przy ul. Szeptyckiego, codziennie godzinach od ? Do 13, do dnia 17. VI. 1945 roku.

Z WOJEWÓDZTWA ŚLĄSKO-DĄBROWSKIEGO, RYBNIK (,,DZ.” z 24 IV 1945 r.)

20 bm. odbył się w Rybniku Powiatowy Zjazd „Samopomocy Chłopskiej”, na który przybyło około ? delegatów ze wszystkich ośrodków gminnych. Wybrano władze….

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Gru 012013
 

Przygotowuję do wydania Katalog notgeldów Rybnika oraz dawnego powiatu Rybnickiego 1914 – 1924 , katalog obejmuje emisje papierowych pieniędzy zastępczych , monety zastępcze oraz żetony do roku 1924, w suplemencie przedstawione będą wybrane pieniądze zastępcze po roku 1924, bony rabatowe, bony towarowe, talony na towary, bony żywnościowe, bony pomocy społecznej oraz inne „płacidła” Rybnika i miejscowości wchodzących w skład dawnego powiatu Rybnickiego. Wszyscy posiadający interesujące mnie materiały uprzejmie proszeni są o kontakt .

Wykaz miejscowości i emitentów które mnie interesują:

Rybnik – emisja magistrat, Emaillewerke Rybnik, opieka społeczna, Państwowy Szpital dla Psychicznie i Nerwowo Chorych, współczesne bony towarowe kopalń Rybnickich

Biertułtowy – Franciszek Dziwoki

Boguszowice – Boguschowitz – emisja kopalnia Jankowice – Blücherschächte Schlafhaus

Chwałowice – Chwallowitz – emisja kopalnia Chwałowice – Chwallowitz Donnersmarckgrube , Dom noclegowy I – Donnersmarckgrube Schlafhaus I

Czernica – Czernitz – emisja Gwarectwa Koplani Węgla Kamiennego Charlotte , Steinkohlengewerkschaft Charlotte – Erbreichschacht, Leo – Schacht, Lager Neuhof , Lager Schreiberschacht

Czerwionka – emisja Kopalnia Dębieńsko – Dubenskogrube , Koksownia – Kokerei

Jastrzębie Zdrój – opieka społeczna, współczesne bony towarowe JSW S.A.

Knurów – Knurow – emisja IV Królewski Inspektorat Górniczy – Königlische Berginspection IV , Obóz jeniecki – Königlische Berginspection IV Kriegsgefangene , Zarząd Gminy Knurów – Gemeinde Knurow

Niedobczyce – Niedobschütz – emisja kopalnia Rymer – Römergrube

Niewiadom Górny – Ober Niewiadom – emisje Hoymgrube, Hoym – Lauragrube,
Czernitzer Steinkohlen – Bergbau A.G. Hoymgrube, kopalnia Szczęście Beaty – Beatensglückgrube, Czernitzer Steinkohlen – Bergbau A. G. Kriegsgefangenenlager Hoymgrube

Paruszowiec – Paruschowitz – emisja Betriebsdirektion der Eisenhütte Silesia , Eisenhütte Silesia Kriegsgefangenenlager, Eisenhüttenwerk „ Silesia ’’

Pszów – Pschow – emisja kopalnia Anna – Annagrube

Radlin – emisja kopalnia Emma – Rybniker Steinkohlen Gewerkschaft Emmagrube , domy noclegowe kopalni Emma – Schlafhäuser der Emmagrube , J. Kolibaj – Emmagrube

Rudy Wielkie – Gross Rauden – emisja Gemeinde & Darlehnskasse

Rydułtowy – Nieder Rydultau – emisja gmina

Wodzisław – Loslau – emisja magistrat

Żory – Sohrau – emisja magistrat

Górnośląski Okręg Przemysłowy – Oberschlesischer Industriebezirk – emisja wspólna dla miast i powiatów Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego : Bytom, Gliwice, Zabrze, Katowice, Królewska Huta (dzisiejszy Chorzów), Pszczyna, Rybnik i Tarnowskie Góry.

W suplemencie katalogu chciałbym przedstawić współczesne bony towarowe / żywieniowe /, które maja wszelkie znamiona pieniądza zastępczego a wydawane są przez różne zakłady pracy z naszego rejonu. O ile do bonów JSW S.A. mam dostęp i od kilku lat już je zbieram i kataloguje to do bonów innych zakładów czy kopalń Rybnickich nie mam dostępu. Może ktoś mógłby mi udostępnić skany takich bonów lub same bony / oczywiście odpłatnie / . Interesują mnie również wszelkie stare i współczesne bony czy talony opieki społecznej z rejonu który kataloguję.

Interesują mnie również inne niewymienione wyżej materiały do których jeszcze nie dotarłem kontakt: fish007@o2.pl

Więcej na ten temat można przeczytać na naszym forum: http://forum.zapomniany.rybnik.pl/viewtopic.php?f=4&t=1252

Lis 272013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 4

 

Docierały do nas różne informacje o zbrodniach i gwałtach popełnionych przez żołnierzy sowieckich. Lecz nie tylko oni je popełniali. Najpierw dotarła do nas wiadomość o zbrodniach dokonanych przez Niemców na ewakuowanych więźniach Auschwitz w Roju, gdzie zamordowano 25 więźniów. SS mani zabijali więźniów na całej trasie ewakuacji, w Żorach – około 40, w Świerklanach Dolnych – 10, w Marklowicach Dolnych – 7.

Pomnik 24 więźniów oświęcimskich zamordowanych w Roju

Pomnik 24 więźniów oświęcimskich zamordowanych w Roju

W dniu 22 stycznia 1945 r. niemieccy konwojenci rozstrzelali na stadionie sportowym „Ruda” przy ul. Gliwickiej w Rybniku grupę około 400 więźniów. W pobliżu stacji kolejowej Rzędówka zamordowano 292 więźniów.

Wiadomości o zbrodniach Niemców były nagłaśniane, natomiast o zbrodniach sowieckich milczano. Ludzie podawali je sobie z ust do ust. Mówiono o gwałtach dokonywanych na kobietach w Żorach i w miejscowościach na trasie Żory-Wodzisław. Podobnie działo się gdzieindziej, zwłaszcza we wsiach położonych w dawnym pasie granicznym między Polską a Niemcami.

Pomnik ofiar Auschwitz w Rybniku

Pomnik ofiar Auschwitz w Rybniku

W Niemczech dużo pisano i pisze się nadal o gwałtach, kręcono filmy, prowadzono wywiady radiowe i telewizyjne. Na postawie tych relacji można odnieść wrażenie, jakoby głównymi ofiarami II wojny światowej byli Niemcy.

Po roku 1989 pojawiły się także w Polsce wiadomości o gwałtach sowieckich. Opowiem o kilku z nich. Na stronie internetowej Przyszowic można przeczytać, co następuje: „Rosjanie wkroczyli do Przyszowic – niewielkiej wsi w gminie Gierałtowice – od strony Gliwic. Pomylili kierunki i byli przekonani, że są już na terytorium Niemiec. Tymczasem była to ostatnia polska wieś przed granicą z Niemcami, przyłączona do Macierzy po plebiscycie 1921 roku. Błąd topograficzny kosztował życie co najmniej 60 osób, w tym kilku więźniów obozu oświęcimskiego, którzy uciekli z marszu śmierci. Spłonęło prawie 70 domów i zabudowań gospodarczych. Dramat Przyszowic trwał jeszcze wiele miesięcy. W czerwcu 1945 roku w szczerym polu samolot sowiecki obrzucił bombami dwóch mieszkańców koszących trawę. Jeden zginął na miejscu. Ostatnia ofiara czerwonoarmistów w tej miejscowości to kobieta, która zginęła w lipcu 1945 roku. Zastrzelili ją dwaj Rosjanie, kiedy podniosła krzyk, że kradną jej krowę.

W Gliwicach w ciągu tygodnia wkraczająca do Gliwic Armia Czerwona wymordowała blisko 800 cywilów. Z rąk Rosjan zginął w maju 1945 roku wiceprezydent Gliwic – Tadeusz Gruszczyński z Sosnowca.

W Miechowicach, w obecnej dzielnicy Bytomia, żołnierze sowieccy wymordowali ponad 200 osób, wśród nich znalazł się miejscowy ksiądz.

Również w Raciborzu dokonano masowych mordów.

W Gierałtowicach pijani Rosjanie wpadli nocą do domu i wymordowali 7-osobową rodzinę.

W Pstrążnej dokonano straszliwego mordu na miejscowym proboszczu, ks. Rasku. Ciało zmaltretowanego w bestialski sposób znaleziono wdeptane do okopu19.

W styczniu 1945 r. sowieci wkroczyli od strony Wielopola do folwarku Józefowiec, który był wtedy własnością Zakładu Psychiatrycznego w Rybniku. Tam z niewiadomych przyczyn rozstrzelali 8 osób. Z Józefowca oddział sowiecki skierował się do oddalonej o 1,5 km Rybnickiej Kuźni. Czerwonoarmiści wdarli się do budynku szpitalnego, na którym wywieszona była biała flaga z czerwonym krzyżem i wymordowali około 40 umysłowo chorych. Ich wściekłość podobno wywołało załamanie się mostu, przez który przejeżdżał sowiecki czołg. Razem z chorymi zginęła ich opiekunka i dwóch pielęgniarzy.

W Ochojcu wymordowana została zamożna rodzina właściciela tartaku, u której były zatrudnione Rosjanki jako pracownice przymusowe. Prawdopodobnie stały się one informatorkami żołnierzy. Wszystko wskazuje na to, że i one zginęły, gdyż potraktowano je jako zdrajczynie pomagające Niemcom. Jedną zastrzelił żołnierz na oczach ludzi. Według relacji mieszkańców Ochojca pozostałe Rosjanki pracujące w tartaku zostały też rozstrzelane przez sowieckich żołnierzy w lesie.

W lesie pod Zwonowicami Sowieci wymordowali cywilów uciekających przed nimi z rejonu Gliwic.

Do mordów doszło także w Stodołach. Niemcy urządzili tam 27 stycznia 1945 r. zasadzkę, w której zginęło sześciu żołnierzy sowieckich. Sowieci oskarżyli o tę zbrodnię mieszkańców. W odwecie zamęczyli pięciu gospodarzy. Później zdarzały się tam jeszcze pojedyncze mordy.

Latem 1946 r. byłem razem z kuzynem, przyszłym księdzem śp. Tadeuszem w klasztorze w Mikołowie, gdzie odbyło się spotkanie związane z zakładaniem Sodalicji Mariańskiej Młodzieńców. Pokazywano nam tam grób siostry zakonnej zamordowanej przez Sowietów chcących ją zgwałcić.

Naszą szeroką rodzinę dotknęło również nieszczęście. Wiedzieliśmy już o śmierci w Oświęcimiu stryja Józefa, którego nazywaliśmy Zeflikiem, kuzyna Sylwestra z Gotartowic i kuzyna z Krasów, którego imienia nie pamiętam. Obaj również zginęli w Oświęcimiu. Dopiero później dotarła wiadomość o zgonie w niewyjaśnionych okolicznościach stryja Franciszka (Francik) i kuzyna Wilhelma Marcisza, którego ostatni raz widziano w styczniu 1945 r. w czasie przemarszu więźniów Oświęcimia, zakutego w kajdany. Zamordowano go prawdopodobnie w drodze20. Wiedzieliśmy także o śmierci jego braci Józefa i Alojzego Marciszów, którzy zginęli w mundurach Wehrmachtu pod Stalingradem.

21 czerwca 1945 roku zginął także nieszczęśliwie mój starszy 38-letni kuzyn Józef Kula, który mieszkał w Gotartowicach przy ul. Żorskiej. Z zawodu był elektrykiem i naprawiał trakcję elektryczną zerwaną w czasie działań wojennych. W pobliżu były zmagazynowane miny usunięte z pól przez sowieckich saperów. Ktoś nieopatrznie włączył prąd i drut upadł na stos min. Nastąpił wybuch, w wyniku którego kuzyn zginął.

 Nagrobek z nazwiskiem Józefa Kuli na cmentarzu w Boguszowicach


Nagrobek z nazwiskiem Józefa Kuli na cmentarzu w Boguszowicach

Kilka dni później (30 czerwca) zginął ojciec Józefa, mój stryj, 63 letni Wincenty Kula, który mieszkał w Gotartowickiej Hucie. Pojechał on do pobliskiej piaskowni po piasek potrzebny do remontu domu, który ucierpiał w czasie działań wojennych. Natrafił tam na minę, od której wybuchu zginął. By dopełnić wiadomość o smutku w tej rodzinie, muszę jeszcze dopisać, że kilkanaście dni wcześniej, (11 czerwca) zmarła Zofia, druga żona stryja Wincentego.

Nagrobek z nazwiskami Wincentego i Zofii Kulów na cmentarzu w Boguszowicach

Nagrobek z nazwiskami Wincentego i Zofii Kulów na cmentarzu w Boguszowicach

Życie toczyło się jednak własnym torem, chociaż w Boguszowicach nie było spokoju, gdyż „Michel” i związani z nim partyzanci przeszli znów do podziemia i zwalczali nową władzę.

 

Pragnieniem moich rodziców i moim było dalsze kształcenie się. Dołączył do mnie nieżyjący już Alfred Mura, z którym się zaprzyjaźniłem i pomagałem mu później w nauce. Przygotowywał nas krótko do egzaminu nauczyciel Dominik Michalski, którego w czasie wojny przygarnął proboszcz Tobola i zatrudnił jako organistę. Lekcje odbywały się w domu mojego wujka Pawła Konska, do którego p. Michalski przychodził pograć na fisharmonii.

Na przełomie kwietnia-maja poszliśmy z Alfredem do Rybnika, by zapisać się do szkoły. Widzieliśmy zniszczenia w mieście. Przed Rybnikiem niedaleko toru kolejowego stały dwa wypalone sowieckie czołgi. W samym mieście musieliśmy się przemykać, by nie natknąć się na żołnierzy sowieckich, którzy wyłapywali ludzi do różnych prac porządkowych. Udało nam się bez przeszkód dotrzeć do punktu zapisu, który znajdował się przy dzisiejszej ul. Miejskiej naprzeciw kina. Zapisy przyjmowali prof. prof. Libura i Jochemczyk, obaj w mundurach oficerskich. W maju odbył się egzamin wstępny. Alfred został przyjęty do klasy pierwszej, ja do klasy drugiej. Nauka rozpoczęła się 7 czerwca 1945 r.21 Do szkoły udawaliśmy się piechotą przez tzw. „Krzyżówki”. Droga nie była dla nas uciążliwa. Razem z nami chodziły Bronisława Bulandówna (zam. Juraszczyk) i śp. Marta Przeliorzówna (zam. Król), które później przeniosły się do szkoły handlowej, oraz nieżyjący już Alfred Musiolik, który uczęszczał do gimnazjum przemysłowego. Musiał on jednak przerwać naukę, bo nie pozwalała mu na nią sytuacja materialna rodziny. Musiał zarabiać na jej utrzymanie.

Liceum Powstańców Śl. w Rybniku

Liceum Powstańców Śl. w Rybniku

 

Nauka odbywała się w trudnych warunkach. Uczniów było dużo. W klasie I uczono w 9 oddziałach (a-i), w klasie 2 w 8 (a-h). Nie było ławek ani stolików. W szkole przebywali Ukraińcy, którzy wracali z robót przymusowych. W oknach wybijali szyby i wypuszczali na zewnątrz rury kuchenek węglowych lub piecyków. Palili meble, czasem zrywali klepki podłogowe. Siedzieliśmy na deskach. Brakowało podręczników i pomocy naukowych. Był jednak zapał do nauki.

Życie zaczęło się powoli normalizować, chociaż nie bez przeszkód. Świadczy o tym wstrząsający zapis w Księdze pogrzebów parafii NSPJ w Boguszowicach, z którego możemy się m.in. dowiedzieć, że 15.4.1945, godz. 9.30. zginęła Łucja Szewczyk z Roja, ur. 25.2.1908 r. w Ciścu, pow. Żywiec. Idąc z kościoła została trafiona strzałem, który padł z przejeżdżającego auta wojskowego. Córka jej również została podstrzelona.

W lipcu 1945 r. przeżyłem i zapamiętałem jako furman jeszcze inne zdarzenie. Otóż, jak wynika z zapisu w Księdze pogrzebów parafii NSPJ w Boguszowicach, 26.3.1945 r. poległ w Wodzisławiu Józef Adamski, ur. 25.2.1926 r. Pochowany został 6 lipca 1945 r. w Boguszowicach. Pochodził on z rodziny Poznaniaków, którzy po I wojnie światowej przybyli do Boguszowic za chlebem. Do rodziców, którzy od 1945 r. zamieszkali na kopalni, dotarła informacja o tym smutnym zdarzeniu. Postanowili go ekshumować i pochować na cmentarzu w Boguszowicach, co nastąpiło pod wyżej wymienioną datą. Pamiętam to zdarzenie, ponieważ przewoziłem szczątki poległego na cmentarz do Boguszowic. Podróż była dla mnie przeżyciem. Ze mną odbywali ją dwaj starsi mężczyźni: Kuśka i Copik. W godzinach popołudniowych pojechaliśmy do stolarni p. Dudka w Jankowicach, skąd zabraliśmy przygotowaną trumnę. Potem udaliśmy się przez Świerklany i Marklowice do Wodzisławia. Odkryty już grób znajdował się na skraju miasta w pobliżu dworca kolejowego. Stał przy nim mężczyzna. Zwłoki zostały wyciągnięte z grobu i włożone do trumny, którą zabito gwoździami. Konwojenci byli „przygotowani” do transportu. Każdy z nich zaopatrzył się wcześniej w lizol i litrową butelkę wódki. (Wtedy można było najłatwiej nabyć wódkę, która nazywała się „Perła”, w litrowych butelkach. Prawdopodobnie takie butelki ocalały w magazynach gorzelni). Wóz, na którym wiozłem trumnę, to tak zwany „rafiok”, którego koła nie łagodziły wstrząsów. Wtedy jeszcze nie używano „balonioków”, których koła z oponami umożliwiały łagodniejszą jazdę. Szosa była rozjechana przez czołgi i inne pojazdy wojskowe, gdyż tędy przebiegała sowiecka ofensywa. Wozem trzęsło niesamowicie, co miało swoje skutki. Wtedy obaj konwojenci lali lizol na trumnę i zaczęli też opróżniać swoje butelki. W Świerklanach już śpiewali, początkowo cicho, potem coraz głośniej. Przy konsumie na kopalni czekali żałobnicy, którzy dołączyli do wozu z trumną. Orszak pogrzebowy udał się do Boguszowic a po krótkich ceremoniach żałobnych na cmentarz.

 

Mieczysław Kula

 

W opracowaniu wykorzystałem:

1. Georg Gunter, Letzter Lorbeer, Geschichte der Kämpfe in Oberschlesien von Januar bis Mai 1945, Darmstadt 1976,

2. Chronik von Rybnik O/S, herausgegeben von der Bundesheimatgruppe Rybnik mit Unterstützung der Patenstadt Dorsten, Dorsten, po 1972.

3. Paweł Dubiel, Wyzwolenie Śląska w 1945 roku, Katowice 1969.

4. Józef Kolarczyk, Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz 2004.

5. W odzyskanej szkole. Jednodniówka Państwowego Gimnazjum i Liceum w Rybniku. Rybnik 1946.

6. Agnieszka Rusok, Pstrążna moja wioska ukochana. Pstrążna 2006.

c.d.n.


19 Agnieszka Rusok, Pstrążna moja wioska ukochana. Pstrążna 2006, s. 104.

20 „W odzyskanej szkole.” Jednodniówka Państwowego Gimnazjum i Liceum w Rybniku. Rybnik 1946.

21 „W odzyskanej szkole”, Jednodniówka, Rybnik czerwiec 1946, s. 1.

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Lis 232013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 3

 

Boguszowice uniknęły szczęśliwie walk. Sowieci zajęli Kłokocin, w którym zabierali ludziom, co się dało. Znam też przypadek sowieckiego barbarzyństwa, jaki zdarzył się w tej miejscowości. Moja babcia Marianna, którą nazywaliśmy starką, wracając z codziennej mszy porannej, odprawianej w dni powszednie, mimo poświęcenia już nowego kościoła, nadal w starym kościele, zapraszała do siebie dwie Marianki – Stanowską, nazywaną Katla oraz Mariankę Szuła z Kłokocina i częstowała je „prażonkami”10. Ta ostatnia przychodziła nadal ogrzać się do naszego domu po śmierci starki, która zmarła w czerwcu 1941 r. Po przejściu frontu przestała przychodzić. Później dowiedzieliśmy się, że została utopiona w potoku przez sowieckiego żołdaka, kiedy próbowała bronić dobytku przed grabieżą.

Na kilka dni (do 26 marca) front zatrzymał się na obrzeżach Boguszowic. Niemcy okopali się w nieistniejącym już dziś odcinku lasu zajętym w latach 60. pod piaskownię, na wschód od domów przy drodze prowadzącej do Kłokocina, dalej na południe od polnej drogi, którą górnicy z Kłokocina udawali się do pracy na kopalnię.

Morale żołnierzy niemieckich musiało być w tych dniach niskie. Byłem świadkiem, jak koło sklepu Szewczyka na ulicy Kłokocińskiej oficer grożąc pistoletem, zmuszał ich do powrotu na opuszczone stanowiska na wschodnim krańcu wsi.

Sowieci okopali się w lesie farskim. Po przejściu frontu widziałem w tym lesie płytkie rowy strzeleckie, zwłoki żołnierza sowieckiego oraz karabin ze zniszczoną kolbą. Sowieci zajęli też kopalnię. Nocą ostrzeliwali Boguszowice pociskami zapalającymi. Tej nocy, w której Niemcy opuszczali bez walki wieś, uchodząc w kierunku Chwałowic, spaliło się kilka stodół a także kryty słomą dom mieszkalny, który wchodził swoją północną ścianą w nasze obejście11, w miejscu, w którym stoi dziś słup elektryczny. W domu tym przebywali Niemcy ale go opuścili tej nocy. Zostawili w nim granaty, które wybuchały w ogniu.

Dom Franciszka Gruszczyka. Spłonął w marcu 1945 r.

Dom Franciszka Gruszczyka. Spłonął w marcu 1945 r.

Na naszej parceli rósł blisko tej chaty modrzew, który też się zapalił. Od palącego się domu prowadził w kierunku naszej drewnianej stodoły stary drewniany płot, według opowiadania ojca postawiony a właściwie pleciony przez mojego dziadka Józefa. W płocie tym nie było ani jednego gwoździa. Ten płot zaczął się też palić. Ogień przesuwał się po nim w kierunku stodoły. Całe szczęście nie było wtedy wiatru. Gasiliśmy płot gnojówką, gdyż wody w studni było mało. Stodoła ocalała.

Zagroda rodziców – stan z r. 1945

Zagroda rodziców – stan z r. 1945

Widok przed domem od strony szosy nie był zachęcający. „Urozmaicał” go gnojownik.

Widok przed domem od strony szosy nie był zachęcający. „Urozmaicał” go gnojownik.

Na planie przednim Martusia Przeliorz w dniu przystąpienia do 1. Komunii. Z tyłu z prawej ustęp, w środku dom.

Na planie przednim Martusia Przeliorz w dniu przystąpienia do 1. Komunii. Z tyłu z prawej ustęp, w środku dom.

Niemcy uchodzili z Boguszowic w kierunku Chwałowic. Musiało im się spieszyć, gdyż pod lasem przy dzisiejszej ul. Kolberga zostawili zmarłego żołnierza, którego nie pochowali, co im się zdarzało rzadko. Uczynili to mieszkańcy okolicznych domów. W okresie frontowym spadł także w lesie „Gać” niemiecki myśliwiec. Lotnik, który zginął, został pochowany w miejscu zgonu. Grób ten znajduje się tam jeszcze dzisiaj (2012).

W końcowych dniach marca zanotowano jeszcze jedną ofiarę. 24 marca zginął „trafiony ułamkiem pocisku” Izydor Siemianowski, ur. 24.3.1901. Taki zapis znalazłem w parafialnej księdze zgonów. Jego dom stał przy drodze prowadzącej do Kłokocina jako jeden z ostatnich i został uszkodzony pociskiem artylerii. Niektórzy sąsiedzi posądzali go o współpracę z niemiecką policją polityczną i twierdzili, że bojąc się odpowiedzialności popełnił samobójstwo. Nie dowiemy się już, jak było naprawdę.

Na froncie w Gotartowicach panował w tych dniach spokój. Niemcy prawdopodobnie opuścili okopy bez walki i uszli na południe. Sowieci ich na tym odcinku nie ścigali, gdyż do Boguszowic przybyli z kierunku Kłokocina i kopalni.

Dom od strony płn. zach. Dachówka została zmieniona po wojnie. Miała ona ten sam kształt, co dawna. Ojciec nabył ją w czasie wojny. Szosą idzie orszak pogrzebowy. Zdjęcie wykonane w latach 70. ubiegłego wieku.

Dom od strony płn. zach. Dachówka została zmieniona po wojnie. Miała ona ten sam kształt, co dawna. Ojciec nabył ją w czasie wojny. Szosą idzie orszak pogrzebowy. Zdjęcie wykonane w latach 70. ubiegłego wieku.

Stary dom przed rozbiórką.

Stary dom przed rozbiórką.

Stary dom z lat 70. XIX w. W tym domu się urodziłem i wychowałem.

Stary dom z lat 70. XIX w. W tym domu się urodziłem i wychowałem.

W nocy, w której Niemcy opuszczali wieś, partyzanci „udekorowali” słupy i płoty powieszonymi do góry nogami portretami różnych hitlerowskich dygnitarzy. Pojawiły się na domach polskie flagi. Miejscowy oddział AK przejął na kilka dni władzę. Naczelnikiem został Wilhelm Kula (Michel, ps. Bogacki).

Pierwsze nasze zetknięcie z Sowietami było szokujące. Do wsi wkroczył najpierw z kierunku Kłokocina lub kopalni mały patrol rozpoznawczy. Ludzie chcieli ich powitać. Sowieci jednako zaczęli im odbierać zegarki i rowery. Polowali szczególnie na konie, których Niemcy nie zdołali zarekwirować. U naszego sąsiada Konstantego Motyki przebywał robotnik przymusowy, podobno Ukrainiec12. Pokazywał on żołnierzom gospodarstwa z pozostałymi jeszcze końmi. Przybył z nimi również do naszego domu. Zachowywali się grubiańsko. Kiedy zaczęli węszyć po obejściu, zaczynając od kurnika, zobaczyli przez płot wujka Pawła Konska wyprowadzającego parę koni ze stajni do stodoły. Wujek kochał konie, dobrze je karmił. Były więc narowiste. Przy wyprowadzaniu zaczęły wierzgać. Sowieci opuścili nasze obejście przeskakując przez płot, gdyż wtedy nie było jeszcze wrót z tej strony domu. Zabrali wujkowi oba konie. Nasz koń schowany w stodole ocalał. Prawdopodobnie znaleźliby go, gdyż przed nimi nie można było niczego ukryć, ale tym razem wystarczyły im konie wujka.

Stary dom rodzinny z najbliższym otoczeniem (lata 70. XIX w.) wybudowany wg opowiadań ojca przez dziadka Józefa za jego kawalerskich czasów. Dom był kryty dachówką, jednak wnętrze było bardzo prymitywne. Najdokuczliwsze było wejście do chlewa bezpośrednio z sieni. Na strych prowadziły strome schody. Do piwnicy schodziło się stromymi schodami z kuchni. W latach 30. ojciec dobudował od strony wschodniej chlew a od strony zachodniej studnię.

Stary dom rodzinny z najbliższym otoczeniem (lata 70. XIX w.) wybudowany wg opowiadań ojca przez dziadka Józefa za jego kawalerskich czasów. Dom był kryty dachówką, jednak wnętrze było bardzo prymitywne. Najdokuczliwsze było wejście do chlewa bezpośrednio z sieni. Na strych prowadziły strome schody. Do piwnicy schodziło się stromymi schodami z kuchni. W latach 30. ojciec dobudował od strony wschodniej chlew a od strony zachodniej studnię.

Boguszowiczanki miały szczęście. Nie było we wsi rozstrzeliwań i nie dokonywano gwałtów, co miało miejsce w Żorach i we wsiach, przez które przechodzili pijani żołnierze frontowi. Po przejściu frontu przebywali we wsi żołnierze z jednostek transportowych oraz z technicznej obsługi lotniska, którzy byli już bardziej ogładzeni. Jednak gwałtów nie uniknęły kobiety, wskazane żołnierzom przez „życzliwych” sąsiadów jako Niemki. U Franciszka Mury mieszkała żona niemieckiego żandarma. Nie urzędował on w Boguszowicach. Uszedł przed Sowietami, zostawiając żonę i córkę. „Zagościł” u niej oficer sowiecki, którego musiała „obsługiwać”. Byłem w tym mieszkaniu (nie pamiętam, z jakiej przyczyny. Prawdopodobnie posłała mnie tam matka z żywnością.) i widziałem tego oficera. Obraz nie był sympatyczny. To smutne doświadczenie zadecydowało o całym dalszym życiu tej kobiety, która pozostała we wsi wraz z córką i zarabiała na życie swoim ciałem. Proboszcz Tobola wspomagał ją materialnie, próbując ją odwieść od tego procederu. Nie wiem, z jakim rezultatem.

Po kilku bezpańskich dniach została we wsi zorganizowana sowiecka komendantura wojenna. Komendant zamieszkał w domu Konstantego Motyki przy dzisiejszej ulicy Małachowskiego13. Obecność komendanta temperowała zachowanie żołnierzy.

Zakończenie wojny ogłoszono 9 maja. Wieczorem tego dnia lub dzień później proboszcz Tobola odprawił uroczystą mszę zakończoną pieśnią „Boże coś Polskę”. Kościół był pełny. Wielu ludzi płakało, nie zawsze ze szczęścia, gdyż nie wrócili jeszcze z wojny mężczyźni-mężowie, ojcowie, synowie, przyjaciele. Przyszłość była niepewna.

A tak w ogóle to mieliśmy szczęście. Parę dni później odbyła się rekwizycja „nadwyżki” zbóż. Przyszedł oficer sowiecki, chodził po strychu i wyznaczył ilość żyta i owsa do oddania. Ojciec odwiózł zarekwirowane ziarno. Nie zabrano nam wszystkiego.

Mieliśmy też inne przeżycia z żołnierzami sowieckimi. W kwietniu zobowiązano ojca do wyjazdu z koniem i wozem na Paruszowiec, gdzie w miejscu betonowego mostu zniszczonego przez Niemców saperzy budowali nowy drewniany most.

Most kolejowy nad Rudą na Paruszowcu przed zniszczeniem w 1945 r.

Most kolejowy nad Rudą na Paruszowcu przed zniszczeniem w 1945 r.

Ojciec wraz z innymi furmanami przywoził z pobliskiego lasu bale drewniane. Pilnował go przez cały czas żołnierz o mongolskim wyglądzie. Wieczorem przyjeżdżał z ojcem do domu i nocował u nas. Spał na ławie w kuchni. Nie chciał skorzystać z łóżka. Matka bała się go strasznie z powodu jego wyglądu, chociaż zachowywał się spokojnie. Z naszego trwożliwego zachowania musiał wyciągnąć niewłaściwe wnioski. Myślał chyba, że go lekceważymy. Kładąc się spać, powtarzał jakieś słowa, których wtedy nie rozumieliśmy. Zapamiętałem niektóre, np. „kak sobaka”. Dopiero po latach doszedłem do wniosku, że było mu przykro. Kiedy pytałem się ojca, dlaczego tak się bał tego żołnierza, powiedział mi, że zachowywał się on w lesie dziko i dziwnie. Według ojca, kiedy kopnął do korzenia wystającego na leśnej drodze, strzelał do niego. Nie mam pewności, czy rzeczywiście tak było. Żołnierz nie chciał jeść niczego, co mu matka podawała. Może bał się otrucia.

Taka nieuzasadniona w tym przypadku obawa towarzyszyła też niektórym innym żołnierzom. Nieco później, po zakończeniu wojny, kiedy sowieckie oddziały wojskowe wracały piechotą lub konno przez Ligotę i Świerklany na wschód, gdyż pociągi nie były w stanie pomieścić tak wielkiej liczby żołnierzy, przybyli do naszego domu na pięknych wypasionych koniach dwaj Sowieci i zażądali świeżego krowiego mleka. Zaniosłem im je w szklankach. Musiałem upić trochę przed wręczeniem go żołnierzom. Widocznie mi nie ufali. Razem z regularnym wojskiem wracali również maruderzy.

Sprzedawali oni za wódkę konie zdobyte na terenach niemieckich. Handlował z nimi wujek Wilhelm (Wiluś) z Ligoty. Ojciec kupił za jego pośrednictwem ciężarną klacz, która dzień po jej przyprowadzeniu zaczęła rodzić. Była ona prawdopodobnie zagoniona marszem, gdyż zarówno źrebię jak i klacz nie przeżyły porodu. Zakopałem je w ogrodzie za stodołą. Transakcje te nie zawsze były bezpieczne. Zdarzało się, że maruderzy wracali w nocy i zabierali nabywcom to, co im uprzednio sprzedali.

Mieliśmy też inne przygody z koniem, którego nam nie zabrano. Gdzieś na początku maja pod wieczór wiozłem na pole obornik. Przed kościołem zatrzymał mnie żołnierz i zmusił do zrzucenia obornika z wozu i do pojechania z nim na przykopalniany tartak po deski, które po załadowaniu zawiozłem na plac przy dzisiejszym przedszkolu. Potem zwolnił mnie. Załadowałem ponownie obornik i zawiozłem do „Płotek”14. Wróciłem do domu o zmroku. Zaniepokojeni rodzice mieli do mnie pretensje o późny powrót.

Mniej więcej w tym samym czasie bronowałem pole „Za lasem”15. Przy ul. Rajskiej stał wtedy tylko jeden dom Motyki. Poza tym istniała wolna przestrzeń. Przy tej ulicy znajdował się też strącony samolot, prawdopodobnie sowiecki. Na Papieroku grupa pijanych żołnierzy łowiła ryby, rzucając granaty do wody. Kiedy mnie zobaczyli, zaczęli strzelać w moim kierunku. Słyszałem świst pocisków. Bronowałem jednak lekkomyślnie dalej, starając się chodzić skryty za koniem. Po pewnym czasie strzelanina ustała.

Staw Papierok

Staw Papierok

Pewnego razu jechaliśmy z ojcem na to samo pole. Zatrzymał nas żołnierz, który jechał wozem ciągnionym przez małego huculskiego konika. Koniecznie chciał się „zamienić” końmi. Z trudem udało się nam go przekonać, że na takiej zamianie straci, bo nasz koń jest chory. Była to chyba prawda, gdyż koń ten posiadał na nodze narośl, która wskazywała na chorobę. Zdechł on zresztą po roku. Broniliśmy go, gdyż mały konik, którego posiadał żołnierz, nie byłby w stanie uciągnąć naszego większego wozu i naszych narzędzi rolniczych.

Sowieci, ludzie Wschodu, reprezentowali inną nieznaną we wsi kulturę. Widziałem ich kąpiących się w stawie nago, kobiety razem z mężczyznami, co u nas nie było wtedy do pomyślenia.

W naszej wsi przebywały także w czasie wojny na pracach przymusowych kobiety, przeważnie Ukrainki. Dwie z nich pracowały u wujka Ernesta Konska, którego Niemcy powołali do wojska. Po przyjściu Sowietów kobiety te zachowywały się bardzo swobodnie, nieraz baraszkowały z żołnierzami na oczach dzieci. Przygotowując się do balu, rozpruły dwie pierzyny i uszyły sobie suknie balowe z inletu. Zapamiętałem, że ten bal odbył się w lesie po lewej stronie drogi do Świerklan, w którym stacjonowała też jednostka wojska polskiego, gdyż wtedy doszło do konfliktu z Czechami o Zaolzie, które Czesi przyłączyli znów do swojego państwa16. Rościli oni pretensje nie tylko do Zaolzia lecz także do Raciborza i okolic. Spór przeciął Stalin, który przyznał Zaolzie Czechom, gdyż nie uznawał on układu monachijskiego z 1938 r., w wyniku którego Polska weszła w posiadanie tej ziemi zamieszkałej przez większość polską.

Pewnego dnia przybył do naszego mieszkania żołnierz z budzikiem w ręce i długo żądał od ojca wskazania mu adresu „majstra” który umiałby przerobić ten zegarek na kilka zegarków ręcznych. Był bardzo niezadowolony, kiedy mu tłumaczyliśmy, że tego nie można wykonać. Zegarki ręczne były u sowieckich żołnierzy bardzo w cenie. Zabierali je ludziom. Widziałem żołnierza, który nosił na jednej ręce zegarki od nadgarstka dłoni aż po pachę.

Wielką gratką dla sołdatów były rowery, które też zabierali ludziom. Często zjeżdżali na nich bez powietrza w dętkach od budynku gminnego w dół. Droga była wtedy utwardzona drobnymi kamieniami, które w czasie deszczy wypłukiwała woda. Jeżdżący na takiej drodze a właściwie uczący się jazdy na rowerach często się wywracali. Zachowanie niektórych po upadku było dziwne. Strzelali do rowerów, co sam widziałem na własne oczy.

Sowieci polowali też na wszystko, co wyglądało na złoto. Odbijali od filiżanek złocone ucha i inne detale. Kiedy uczyłem w Gotartowicach, uczniowie pokazywali mi mieszki wypełnione takimi „skarbami”, które znajdywali w sowieckich okopach w lesie. Gdyby mi ktokolwiek dziś opowiadał takie historie, nie bardzo bym mu wierzył, ale widziałem to wszystko na własne oczy.

Rower męski

Rower męski

Rower damski

Rower damski

Konstanty Motyka z żoną

Konstanty Motyka z żoną

Swoistą przygodę z sowieckimi żołnierzami miał także nasz sąsiad Konstanty Motyka. Nosił on dobre buty z cholewami. Żołnierzom musiały się te buty podobać. Pod jakimś pozorem kazano mu iść z nimi do Kłokocina. Za ostatnimi domami grozili mu zastrzeleniem. Kazali mu ściągnąć buty i spodnie. Rozmyślili się jednak i puścili go do domu, boso i w kalesonach. Buty i spodnie zabrali.

Pewnego dnia przybiegła do nas kuzynka Maria, po mężu Zimończyk17.Bała się, że Sowieci odkryją niemieckie książki znajdujące się w jej domu i prosiła mnie, bym pomógł jej je ukryć. Uczyniłem to. Przywiozłem je na tragaczu do naszego obejścia i schowałem pod drewnem pod wiatą stojącą wtedy w miejscu, w którym wybudowałem później dom. Jak się uspokoiło, książki wróciły do właściciela. Książki przechowałem, bo od młodych lat byłem z nimi za pan brat. Chociaż wszystko skończyło się szczęśliwie, nie jestem jednak przekonany, czy postąpiłem wtedy rozsądnie.

Tragacz

Tragacz

Z tyłu wiata na wozy. Przechowywałem pod nią książki Brunona Zimończyka.

Z tyłu wiata na wozy. Przechowywałem pod nią książki Brunona Zimończyka.

Sowieci bardzo sprawnie organizowali prace zbiorowe z wykorzystaniem miejscowej siły roboczej. Na polach dworskich w Gotartowicach, w miejscu, w którym znajduje się dzisiaj lotnisko sportowe, urządzili lotnisko polowe, z którego startowały samoloty bojowe wspomagające piechotę w czasie walk o Racibórz, Wodzisław i inne miejscowości na szlaku do Bramy Morawskiej. Przez kilka dni przechodziły przez wieś liczne grupy ludzi z Roja, Chwałowic, Jankowic, Świerklan, Połomi i innych wsi – zaopatrzonych w łopaty, kilofy i inne narzędzia i udawały się na miejsce przyszłego lotniska. Ludzie wyrównywali nierówności, zasypywali leje po wybuchach bomb i pocisków artyleryjskich, ciągnęli walce ubijające ziemię. Lotnisko powstało w ciągu kilku dni.

Sowiecki samolot bojowy

Sowiecki samolot bojowy

Chłopców, wśród nich i mnie, intrygowały samoloty. Udawaliśmy się na lotnisko i ochoczo pomagaliśmy żołnierzom przy przewożeniu bomb z magazynów zorganizowanych poza lotniskiem przy drodze na „Kyncyrz” za spalonym domem wybudowanym przez Niemców na początku wojny dla niemieckiego kierownika szkoły. Po załadowaniu bomb zawoziliśmy je samochodem na lotnisko. Kierowca samochodu był ekshibicjonistą. Cały czas miał odkryte swoje genitalia. Nie zważał na nas kilkunastoletnich chłopców. Przypadłość tego kierowcy musiała być znana obsłudze lotniska i lotnikom, w tym kobietom, gdyż podchodzono do niego, podglądano go i żartowano. Pamiętam, że było ze mną jeszcze dwóch chłopców. Jeden z nich to nieżyjący już Konrad Buchalik, który stracił później niedaleko składowiska bomb oko i sprawność w nodze, gdyż w jego pobliżu wybuchła mina. W czasie tego zdarzenia nie było mnie na lotnisku.

Pomagaliśmy też przy wykonywaniu taśm z pociskami do pokładowych karabinów maszynowych. Pracę tę wykonywaliśmy w obejściach dwóch domów po obu stronach dzisiejszej ul. Jutrzenki. Jeden należał do Cymbora. Praca ta bardzo mnie zaciekawiła. Najpierw impregnowaliśmy w gorącym płynie podobnym do rozcieńczonej smoły luźne elementy ogniw. Potem wykonywaliśmy z nich taśmy, przy czym pociski stanowiły sworznie. Co dziesiąty pocisk był pociskiem świetlnym oznakowanym żółtym kolorem. Następnie przepuszczaliśmy gotowe już taśmy przez urządzenie poruszane korbą, które wyrównywało pociski. Wymykałem się rodzicom na lotnisko przez kilka dni. Obserwowałem też samoloty i lotników, wśród których były też żołnierki w randze oficerskiej.

Kilku lotników poległo w walkach. Zostali oni pochowani w Boguszowicach naprzeciw budynku gminnego. Chowano ich z honorami żołnierskimi. Grobów było prawdopodobnie sześć. Sowieci na każdym z nich postawili drewniany ostrosłup zwieńczony gwiazdą. Na nagrobku widniało nazwisko i stopień wojskowy pochowanego. Lotnicy ci zostali ekshumowani w 1947 r.18

Takiego kształtu drewniane nagrobki sowieckich lotników stały również w Boguszowicach.

Takiego kształtu drewniane nagrobki sowieckich lotników stały również w Boguszowicach.

c.d.n.


10 Ugotowane żyto, okraszone rozpuszczonym masłem i cukrem.

11 Zgodę na budowę w tym miejscu dał prawdopodobnie mój dziadek, który był zięciem Leopolda Sobika, właściciela tego domu. Teść dziadka, będąc już na wyłamku, po śmierci żony ożenił się powtórnie i zamieszkał w tym domu. Nasz sąsiad Paszek uznał pierwotnie, że dom stał w granicy, chciał poszerzyć swoją parcelę. Świadczy o tym kawałek płaskownika wchodzącego w naszą parcelę. Jednak żyjący jeszcze wtedy szwagier Paszka odradził mu takie stawianie płotu. Obyło się bez konfliktu.

12 Niemcy kierowali do gospodarstw, z których mężczyzn powołali do wojska robotników przymusowych, mężczyzn i kobiety.

13 Dzisiaj dom należy do Jerzego Reginka, wnuka Konstantego Motyki.

14 „Płotki” to pole w rejonie dzisiejszego Gimnazjum nr 7.

15 Mniej więcej w rejonie dzisiejszego kościoła pod wezwaniem św. Barbary na Osiedlu.

16 Przypuszczam, że mało kto wiedział o stacjonowaniu w lesie jednostki polskiej, gdyż prości żołnierze nie mieli prawdopodobnie zgody na opuszczanie lasu a chodzący po wsi oficerowie byli Rosjanami. Dowiedziałem się o pobycie polskiego wojska od kierowcy, któremu popsuł się niedaleko naszego domu samochód i prosił o klucze, których nie miał przy sobie. Byłem zaskoczony jego śpiewną polską mową, którą słyszałem po raz pierwszy. On też mówił o wojsku polskim stacjonującym w lesie. Wtedy nie znałem okoliczności pobytu polskich żołnierzy w lesie.

17 Teść kuzynki, Bruno Zimończyk był w latach międzywojennych znany jako Niemiec. Należał do Volksbundu. Swoich dwóch synów posyłał do niemieckiej szkoły mniejszościowej, która do 1934 r. mieściła się w budynku przykopalnianym. Starszy Rajmund ożenił się z kuzynką Marią Konsek z Roja. Ich wspólne życie trwało krótko. Rajmund został powołany do Wehrmachtu, został ranny. Po wojnie pozostał w Niemczech. Kuzynka sama wychowywała syna. Młodszy syn Brunona – Reinhold uczęszczał do niemieckiej szkoły średniej w Chorzowie. Został też powołany do armii. Stracił oko i sprawność jednej nogi. Po wojnie zamieszkał na terenie przyszłej NRD. Był nauczycielem języka rosyjskiego. Bruno był światłym człowiekiem. Zmeliorował m.in. łąkę, czego inni rolnicy w Boguszowicach nie robili. W jego domu znajdowało się dużo niemieckich książek rolniczych. Był on tak zwanym „dobrym Niemcem”. Jak mógł, pomagał boguszowiczanom zagrożonym przez władze. W 1945 r. został pozbawiony obywatelstwa polskiego i zarekwirowano mu ziemię. Nie został jednak deportowany do Niemiec i w 1950 r. zwrócono mu ziemię. Znalazłem w Archiwum Państwowym w Raciborzu dokument o następującej treści: Propozycje podkomisji przy P.P.R.N. w Rybniku dotyczące odwołania od decyzji pozbawiającej obywatelstwo polskie (Sp.4/1212/47 z dnia 30.11.1950) Zimończyk Brunon – ur. 19.9.1892 w Boguszowicach, zam. w Boguszowicach, rolnik, organizator V.B. przez 2 lata Ortsbauernführer. Podkomisja zajmuje stanowisko pozytywne o przyznaniu obywatelstwa …był zwyczajnym członkiem NSDAP….

18 W Archiwum Państwowym w Raciborzu znalazłem notatkę informującą o ekshumacji w r. 1947 w Boguszowicach 6 żołnierzy sowieckich za pieniądze z dotacji państwowej w wys. 7.520 zł.

 

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Lis 212013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 2

 

W lutym też udało się Niemcom ustabilizować obronę na linii Racibórz – Rybnik – Pszczyna – Bielsko. Na razie nie nastąpiło z obszaru Gliwic, Bytomia i Katowic natarcie na Rybnicki Okręg Węglowy i na Ostrawę, która była ostatnią kuźnią broni pozostającą jeszcze w rękach Niemców. Tego natarcia Niemcy się obawiali.

Doszło do pewnego uspokojenia. Wielu cywilów, którzy w pierwszej fazie walk opuścili swoje siedziby, widząc stabilizację na froncie, zdecydowało się na powrót do swoich miejscowości. Rolnicy przygotowywali się do wiosennych prac polowych. Jednak z miejscowości bezpośrednio przylegających do linii frontu mieszkańcy zostali przez wojsko usunięci. Znaleźli oni schronienie m. in. w Boguszowicach, gdzie przebywało wielu mieszkańców z Ligoty, Ligockiej Kuźni i Gotartowic. Kuzyn Józef Kula i jego sąsiad Sobik (dziadek Grzegorza Piechy) z rodzinami znaleźli schronienie u mojego stryja Konstantego Kuli. Wujek Wilhelm z Ligoty przebywał w domu mojej przyszłej teściowej Łucji. Z opowiadań pamiętam, że żywili się koniną, którą obrotny wujek pozyskał z zabitego konia. Inni ewakuowani udawali się jeszcze dalej na południe. W naszym domu znalazły schronienie trzy osoby. Jeden, starszy mężczyzna (nie był Ślązakiem) pracował jako fornal we dworze w Czuchowie, dwaj młodsi, chłopcy w wieku 16-18 lat pochodzili prawdopodobnie z okolic Szopienic. Zostali oni zmuszeni przez uchodzących Niemców do pędzenia bydła, które również „ewakuowano”. Z ich opowiadania wynikało, że po załadowaniu bydła do pociągu na jakiejś stacji w okolicy Wodzisławia zostali zwolnieni przez Niemców i wracali piechotą do domu. W Gotartowicach trwały już walki, nie mogli więc przekroczyć linii frontu. Tułali się po wsi. Zostali przygarnięci przez moich rodziców. Przebywali w chlewie5, w którym znajdował się też rozpłodowy knur „Fridolin” trzymany przez rodziców na polecenie władz niemieckich. Stanowił on coś w rodzaju ogrzewania. Spali na węglu przykrytym słomą. Wygód nie doznawali, ale głodu nie odczuwali. Przeżyli tak cały okres frontowy. Po ucieczce Niemców poszli do swoich miejscowości. Nie wiadomo, czy dotarli do nich. Nie przesłali żadnej wiadomości.

Schronienie w Boguszowicach znalazło także kilku Włochów, których Niemcy internowali po 1943 r. Przebywali oni w obozie przy kopalni, z którego usunięto wcześniej jeńców sowieckich, i nie chcieli się ewakuować pod strażą Niemców. Dwaj Włosi przebywali w domu mojej ciotki Waleski Skorupowej. Opiekowały się nimi kuzynki Monika, Berta i Helena. Eugenia Gorzyńska, która mieszkała w najbliższym sąsiedztwie, zapamiętała ich nazwiska – Angelo Quasca i Pasquoli Sandilo (Sandido?). Za pisownię nie ręczę.

Sowieci także usuwali mieszkańców z miejscowości frontowych. Ewakuowani przebywali we wsiach położonych na północ od linii frontu. (Wilcza, Leszczyny, Bełk, Palowice, Szczejkowice). Życie ewakuowanych było ciężkie. Po powrocie do domów znaleźli mieszkania albo zniszczone, albo splądrowane przez żołnierzy sowieckich, niemieckich a także przez nieuczciwych i chciwych sąsiadów.

Sowieci przeprowadzali nieustannie nękające ataki na pozycje niemieckie. Ostrzeliwali także miejscowości przyfrontowe działami lekkiego i średniego kalibru. Nie używali wtedy pocisków zapalających. W Boguszowicach straty były nieznaczne. Większość pocisków eksplodowała na wysokich drzewach, które otaczały zabudowania. W pobliżu starego kościoła zginął 1 lutego 1945 r. Ortsbauernführer Paweł Rojek trafiony odłamkiem pocisku artyleryjskiego

Na gotartowickim odcinku udało się Sowietom na jakiś czas przesunąć linię frontu na południe od szosy Rybnik – Żory. Trwały już walki w tzw. „Granicach” i w rejonie na południe od dzisiejszego lotniska. Niemcy bronili się zaciekle6.

Moździerz

Moździerz (fot. red.)

Ich przeciwuderzenie odrzuciło Sowietów za szosę. Byłem świadkiem przygotowań do tego przeciwuderzenia, gdyż przez kilka dni przebywali w naszym domu żołnierze niemieccy należący do elitarnego oddziału, który miał to przeciwuderzenie przeprowadzić. Z podsłuchanych rozmów można było wywnioskować ich rosnące zdenerwowanie. Narzekali na brak wsparcia artylerii. Podobno obiecano im wystrzelenie zaledwie kilkunastu pocisków. Jeden żołnierz pozbył się przydzielonej mu broni przeciwczołgowej, chowając ją za beczką ze smołą, która przylegała do południowej ściany szczytowej naszego domu. Zapalnik wyrzucił w innym miejscu. Broń ta miała kształt lejka, u którego podstawy były umieszczone trzy silne magnesy. Te magnesy później odkręciłem. Jeden „wyłapywał” metalowe zanieczyszczenia zboża w śrutowniku. Innymi bawili się jeszcze moi synowie.

Wyrzucona przez Niemca broń przeciwczołgowa.

Wyrzucona przez Niemca broń przeciwczołgowa. (fot. red.)

Pewnego wczesnego ranka podnieceni żołnierze w pełnym wyposażeniu bojowym opuścili dom. Kilku z nich przed wyjściem przystawało przed krzyżem wiszącym w izbie. Nieco później dochodziły do nas odgłosy strzelaniny z Gotartowic. Niemcy odrzucili Sowietów za szosę. Wzięli jednego czerwonoarmistę do niewoli. Z ich słów wynikało, iż strzelał z karabinu maszynowego aż do otumanienia go rzuconym w jego kierunku granatem. Po stronie niemieckiej odnotowano tylko jedną stratę. Ciężko ranny został oficer prowadzący natarcie niemieckie. Żołnierze go niezbyt żałowali. Nie cieszył się u nich dobrą opinią. Po przejściu frontu, idąc do Gotartowickiej Huty do stryja Wincentego, widziałem w okolicy dzisiejszej szkoły kilka wraków sowieckich czołgów.

Niemcy zostawili także ulotkę, w której pouczano żołnierzy, jak obchodzić się z uszkodzonym sowieckim sprzętem wojskowym (czołgi, działa, ciągniki itp.). Zalecano, by zniszczyć go całkowicie lub odtransportować na tyły w celu uniemożliwienia sowieckim służbom technicznym remontu. Uderzyła mnie wysoka ocena tych służb, bowiem w oficjalnej propagandzie hitlerowskiej zawsze podkreślano prymitywizm sowieckich sił zbrojnych.

Południowa ściana domu, gdzie żołnierz niemiecki ukrył broń przeciwczołgową. Na przednim planie siostra Helena z bratem Pawłem.

Południowa ściana domu, gdzie żołnierz niemiecki ukrył broń przeciwczołgową. Na przednim planie siostra Helena z bratem Pawłem.

Zamek w Gotartowicach. Spłonął 30.1.1945

Zamek w Gotartowicach. Spłonął 30.1.1945

Potem aż do 23 marca na froncie w Gotartowicach panował względny spokój. Jednak trwała wymiana ognia karabinowego. Słyszeliśmy „koncerty” niemieckich i sowieckich karabinów maszynowych. Niemieckie trajkotały szybko ale krótko, sowieckie wolniej, za to długo.

Broń żołnierska

Sowieckie samoloty patrolowały linię frontu. Za dnia były to szybkie myśliwce, w nocy tzw. kukurużniki, które mogły w sprzyjających warunkach szybować z wyłączonym silnikiem i zaskakiwać Niemców.

Sowiecki myśliwiec

Sowiecki myśliwiec (fot. red.)

Sowiecki samolot patrolowy „kukuruźnik”

Sowiecki samolot patrolowy „kukuruźnik” (fot. red.)

Niemcy ich nie ostrzeliwali. Przez kilka dni na początku marca nad wsią przelatywały pociski ze wschodu na zachód. Wybuchały potem w „Malidze”7. Po wojnie, przechodząc przez ten las, próbowałem dociec celu tego ostrzału, lecz za wyjątkiem pojedynczych niemieckich rowów strzeleckich na skraju lasu niczego nie znalazłem. Wieczorami Sowieci nadawali z okopów w Gotartowicach melodie wojskowe przerywane głosem kobiety, która namawiała niemieckich żołnierzy do rzucenia broni i do przechodzenia na stronę sowiecką. „Audycja” była prowadzona bardzo umiejętnie. Wywoływała smutny nastrój graniczący z nostalgią.

Mimo pozornego spokoju Niemcy, nie mając wystarczających sił, skracali linię frontu i oddawali Sowietom tu i tam pewne tereny, których nie byli w stanie utrzymać.

Zarówno Niemcy jak i Sowieci zmuszali ludność do kopania rowów strzeleckich. Działo się to często pod obstrzałem, który powodował straty wśród cywilów. W lutym 1945 r. zginęła 18 letnia Helena Piątek. W czasie kopania rowów strzeleckich na polach między Boguszowicami a Kłokocinem została ciężko ranna na skutek ostrzału artyleryjskiego. Niemcy wywieźli ją na południe. Nie są znane bliższe okoliczności jej śmierci.

Takie rowy kopali także jeńcy sowieccy, których Niemcy za bardzo nie pilnowali, ale również nie żywili. Ci więc chodzili po domach i prosili o jedzenie. Pamiętam, że do naszego domu przyszli raz kolejno jeńcy i stawali w drzwiach nic nie mówiąc. Matka pokrajała im cały chleb. Nie wiem, co się stało później z tymi jeńcami.

Przybliżona linia frontu sowiecko-niemieckiego (25.01.-23.03.1945) Linia ciągła: linia frontu (25.01.-23.03.1945) Linia z przekreśleniami: oś ofensywy sowieckiej z Żor do Wodzisławia od 23.03.1045

Przybliżona linia frontu sowiecko-niemieckiego (25.01.-23.03.1945)
Linia ciągła: linia frontu (25.01.-23.03.1945)
Linia z przekreśleniami: oś ofensywy sowieckiej z Żor do Wodzisławia od 23.03.1045

Po ustaniu ataków sowieckich na Boguszowice i zaprzestaniu ostrzału artyleryjskiego życie mieszkańców wsi w pewnym stopniu się ustabilizowało. Przez cały czas trwania frontu była dostarczana do wsi energia elektryczna. Mieszkańcy nie odczuwali głodu. Niemcy już pod ostrzałem sowieckim zdołali opróżnić magazyny żorskiego młyna. Nie byli już jednak w stanie wywieźć tego zboża na południe. Rozwieźli je po wsiach, gdzie je śrutowano, a śrutę, z której można było ugotować

popularny u nas żur, przydzielano mieszkańcom. Taki punkt śrutowania znajdował się w stodole mojego ojca. Śrutownik pracował całymi dniami do późnych godzin wieczornych. Pomagał ojcu w tej pracy kuzyn Nikodem Kula8.

Śrutownik bardzo zbliżony wyglądem do używanego w 1945 r. Nasz śrutownik miał rusztowanie drewniane.

Śrutownik bardzo zbliżony wyglądem do używanego w 1945 r.
Nasz śrutownik miał rusztowanie drewniane.

We wsi przebywali żołnierze niemieccy wycofani na jakiś czas z linii frontu. Byli oni do tego stopnia zmęczeni, że cały czas odpoczynku przeznaczali na spanie na słomie w pomieszczeniach budynku gminnego, które po ich opuszczeniu przez Niemców wyglądały żałośnie. Wróciły też władze niemieckie, lecz w innym składzie personalnym. Miałem „przygodę” osobistą z nowym Bürgermeistrem. Pewnego dnia przybył do naszego domu i polecił mi chodzić po domach i zapraszać ludzi do sali w urzędzie gminnym na film, który miano tam wyświetlać. Oświadczyłem mu, że to nie ma sensu, bo w tych warunkach nikt nie przyjdzie do kina. Popatrzył na mnie dziwnie i poszedł. Dopiero po jego odejściu uświadomiłem sobie, że głupio postąpiłem tą odmową. Pilnowałem się odtąd. W tym samym dniu przyszedł jeszcze raz i pytał się „Wo ist der Bursche?” („Gdzie jest ten pachołek?”). Skryłem się w stodole, gdzie w sąsieku miałem przygotowany już wcześniej schowek. Chciał, bym czyścił pomieszczenia w budynku gminnym zabrudzone przez żołnierzy. Drugi raz nie przyszedł.

Niemieccy żołnierze zabrali nam jednego konia. Drugiego konia ukryliśmy w szopie przylegającej do stodoły. Wszystkie ściany tej szopy wymościliśmy wiązankami słomy. Ani Niemcy, ani później Sowieci nie znaleźli tego konia.

Niemieccy żandarmi chodzili w nocy po domach i wyłapywali mężczyzn i chłopców w moim wieku. Ojciec miał skrytkę we framudze drzwi między kuchnią a izbą zakrytej szafą. Niemcy go nie znaleźli. Nie szukali zresztą zbyt intensywnie, gdyż nasz dom stał w centrum wsi blisko urzędu gminnego, w którym wtedy przebywały władze niemieckie. Nie przypuszczali, że ktoś w takim miejscu będzie szukał schronienia.

Pewnego dnia ogłoszono, że wszyscy chłopcy z roczników 1928 i 1929 mają się zgłosić do urzędu gminnego. Ci, którzy się zgłosili, zostali wywiezieni na zachód, gdzie ich ubrano w mundury i wręczono im broń. Ich drogi powrotu do domu były bardzo skomplikowane. Jedni uciekli już w Wodzisławiu (nieżyjący Edward Kula), inni mniej odważni zostali wywiezieni dalej. Nieżyjący już Walenty Malina opowiadał mi, że dotarł pod Berlin. Sadzę jednak, że przesadził nieco. Mnie rodzice doradzili nie zgłaszać się. Tak też uczyniłem. Od tego dnia nie pokazywałem się ludziom i nie spałem w domu, tylko w stodole, z której wychodziłem na krótko wieczorami.

We wschodniej części powiatu Sowieci parli naprzód w kierunku Żor i przez Pawłowice wkroczyli do powiatu pszczyńskiego, podążając w stronę Pszczyny i Strumienia, nie napotykając początkowo na opór uchodzących wojsk niemieckich. Pszczyna została zdobyta 11 lutego. Stąd oddziały sowieckie posunęły się za Golasowice na zachodniej granicy powiatu pszczyńskiego.

Również na drugim odcinku frontu – pod Bielskiem i Żywcem – ofensywa oddziałów sowieckich odniosła sukces. Uwolniono Żywiec, Czechowice-Dziedzice, Bielsko, oraz ponad 30 innych miejscowości, wśród nich: Strumień, Jasienicę, Jaworze, Wilkowice, Buczkowice i Golasowice.

Taki rozwój działań zmusił Niemców do wycofania się na linię Skoczów – Strumień i na północ od tej linii. Gdy pod koniec drugiej dekady lutego walki na tych odcinkach przejściowo ustały, front na Śląsku Górnym i Cieszyńskim przebiegał wzdłuż linii: pasmo wyżyn na zachód od Żywca i na południe od Bielska, a dalej na wschód od Skoczowa i pod Strumieniem oraz na północ Pawłowic – Żor – Rybnika – Raciborza.

Równocześnie z operacją pod Bielskiem i Pszczyną rozwinął się atak sowiecki wzdłuż obu stron Odry w kierunku południowym, co pozwoliło Sowietom na podsunięcie się bliżej pod Racibórz. W następnych dniach (16-18 lutego) oddziały sowieckie z przyczółka pod Raciborzem przystąpiły do jego rozszerzenia, co im się w pełni udało.

Na odcinku żorskim Niemcy zdołali zatrzymać Sowietów na północnym skraju miasta. Utrzymywali tu linię frontu do 23 marca, kiedy to ci ostatni rozpoczęli ofensywę wzdłuż szosy Żory – Rogoźna – Rój – Świerklany – Marklowice – Wodzisław w kierunku Bramy Morawskiej. Ofensywa biegła także na południe od tych miejscowości. Przygotowując ofensywę na Żory, Sowieci artylerią i samolotami dokonali zniszczenia centrum miasta.

Pamiętam ten dzień. Spałem w stodole. Obudziłem się wcześnie, gdyż zaczęły dochodzić do nas silniejsze niż zwykle odgłosy wybuchów z kierunku Żor. W ciągu dnia odgłosy te przesuwały się coraz bardziej na południe w kierunku Roja. Rozpoczęła się sowiecka ofensywa, w wyniku której Sowieci, atakując na odcinku najbliższym Boguszowic wzdłuż szosy Żory-Rogoźna-Świerklany-Marklowice, odrzucili front obrony Niemców aż do terenu dworca kolejowego na północny wschód od Wodzisławia. W tym samym dniu przybyły koleją na teren walki oddziały niemieckiej 715 dywizji piechoty sprowadzonej z Włoch jako wzmocnienie frontu. Transport został zaskoczony przełamaniem sowieckim. Gwałtowny ostrzał podczas wyładowywania dywizji spowodował wśród jej żołnierzy straszliwe straty i wywołał panikę wśród nich. Nie mieli oni doświadczenia w walkach na froncie wschodnim. Byli też źle wyposażeni. Nie przywieźli amunicji do artylerii. Dywizja została rozjechana i rozbita. Wściekły Hitler zdegradował dowódcę, zmusił żołnierzy do złożenia ich odznaczeń i odznak honorowych i zabronił dalszych odznaczeń.

Niemcy ponieśli w okolicy Wodzisławia duże straty osobowe, które przekroczyły liczbę 1200. Miasto przechodziło z rąk do rąk. 24 marca toczyły się walki koło dworca kolejowego w północno-wschodniej części miasta. Sowieci bombardowali i ostrzeliwali miasto, które paliło się w kilku miejscach.

W walkach o Żory uczestniczyła także po stronie sowieckiej czechosłowacka jednostka pancerna. Walki toczyły się też w rejonie Radlina i Kokoszyc, gdzie dochodziło do starć wręcz. W Pszowie Sowieci spędzili mężczyzn w jedno miejsce i rozstrzelali 40, natomiast w pobliskich Krzyżkowicach sowiecki oficer zastrzelił podwładnego, który chciał zgwałcić dziewczynę. Takie pojedyncze przypadki też się zdarzały. Dalej na zachód toczyły się walki o Racibórz. Miasto zostało zdobyte 30 marca (Wielki Piątek). Sowieci zachowywali się okrutnie. Plądrowali, gwałcili i podpalali domy w centrum miasta. Ludność została ewakuowana. Po powrocie zastała wypalone gruzy. W cenzurowanej literaturze zaprzeczano temu wszystkiemu. Paweł Dubiel pisał9 „…Generał major Hax, komendant 8 dywizji pancernej, który 27 marca zdążał przez Racibórz na odsiecz Rybnika, stwierdził, że „…Racibórz już wówczas wykazywał poważne ślady zniszczeń…, a było to wtedy, nim jeszcze samo miasto stało się ośrodkiem walk. Podczas działań wojennych … 60% miasta legło w gruzach. Zniszczeniu uległy także Żory, zamienione przez Niemców w silny bastion systemu obronnego. Na przedpolu miasta założono cały labirynt pól minowych, zasieków kolczastych, żelazobetonowych bunkrów obronnych. Po złamaniu oporu Niemców miasto było jedną wielką ruiną”.

Prawda jest zwykle w środku. To, że Sowieci gwałcili, plądrowali i palili, potwierdzają liczne przykłady. Mogę przytoczyć jeden łagodny fakt, który dawał wiele do myślenia. W naszym domu po przejściu frontu nocował przez kilka dni kierowca samochodu z jednostki transportowej, która dowoziła zaopatrzenie do wojsk walczących pod Raciborzem. Jego samochód stał w naszym obejściu. Widzieliśmy żołnierza czyszczącego ten samochód szatami kościelnymi, w tym ornatami. Matka, kobieta bardzo religijna, płakała widząc tę profanację. Kierowca przechowywał w szafie wino mszalne oraz różne kosztowności. Wino wypił sam. Ojcu groził, że go zastrzeli, jeśli je tknie.

c.d.n.


5 W domu mieszkalnym nie było miejsca. W izbie składowano żyto.

6 Przypominam sobie, że matka, która miała kontakt z miejscową partyzantką, prosiła mnie o udanie się na skraj dzisiejszej ul. Baczyńskiego i o wypatrzenie żołnierzy niemieckich. W dolince między tzw. „Gotartowskim Lasem” a „Murową Kępą” zobaczyłem niemieckie moździerze strzelające w kierunku północnym. W latach 70. ubiegłego wieku teren ten został zmieniony przez wydobywanie piasku.

7 Las w Boguszowicach graniczący od płd. zach. z Chwałowicami i od zach. z Brzezinami Rybnickimi.

8 Śrutownik został zakupiony przez ojca w 1938 r. W czasie wojny został najpierw zaplombowany a później zabrany przez Ortsbauernführera Pawła Rojka do gospodarstwa należącego do jego siostry Heleny, żony Franciszka Kuli, i tam był używany. W styczniu 1945 r., w dniu, w którym panował we wsi wielki rwetes, jakieś rozbite niemieckie oddziały wojskowe ciągnęły od Gotartowic na południe, między nimi spanikowani cywile i nikt nie myślał o śrutowniku, nagle na nasze podwórze wjechał wóz i jacyś mężczyźni, którzy pracowali w gospodarstwie Kulowej, zrzucili śrutownik na ziemię i odjechali. Staliśmy z ojcem na placu i nie mogliśmy zrozumieć tego gestu. Jednak wnet zrozumieliśmy. Po pewnym czasie przyjechał jakiś cywil w towarzystwie nieznanego nam żandarma i oświadczył ojcu, że są w drodze furmanki ze zbożem, które ojciec będzie śrutował. Wozy te przyjechały. Zboże zmagazynowano w dużej izbie naszego domu. Sięgało ono sufitu. O tym, że było to zboże z żorskiego młyna, dowiedziałem się po latach z lektury książki „Chronik von Rybnik O/S” wydanej po 1970 r. w Dorsten. W mieście tym zamieszkało wielu rybnickich Niemców. Nie wiem, co myśleć o ludziach, którzy przez lata korzystali z śrutownika a potem tak łatwo pozbyli się kłopotu. Skrajny egoizm.

9 Paweł Dubiel, Wyzwolenie Śląska w 1945 roku. Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1969, s. 107.

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Lis 182013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 1
Styczeń 1945 roku to miesiąc, w którym zapoczątkowane zostało wyzwolenie ziemi rybnickiej spod okupacji niemieckiej. Nie było to pełne wyzwolenie, gdyż obecność Sowietów na tym terenie przyniosła także wiele zła. Reprezentowali oni inną kulturę. Dokonywali gwałtów na ludności cywilnej, od których ucierpiało także wielu mieszkańców ziemi rybnickiej. Sytuację komplikowała bliskość terenów niemieckich sprzed 1939 r., na których żołnierze sowieccy otrzymali od przełożonych wolną rękę w stosunku do miejscowej ludności. Najgorzej działo się w miejscowościach, w których prowadzono bezpośrednie walki. Sowieccy żołnierze, rozpaleni walką, prawie zawsze pijani, do tego mało zorientowani co do granicy polskoniemieckiej sprzed 1939 roku, dawali upust nienawiści do Niemców, uważając albo udając, że znajdują się na ziemiach niemieckich a ludzie tam mieszkający to Niemcy.

W październiku 1939 r. Górny Śląsk, w tym nasza wieś Boguszowice, został wcielony do Rzeszy. 90% mieszkańców zostało wpisanych na tzw. volkslistę i podzielonych na cztery grupy. Grupę pierwszą i drugą przyznano Niemcom lub też uznanym przez władze za Niemców. Przeważającą liczbę ludności Górnego Śląska przydzielono do grupy trzeciej i przyznano im obywatelstwo niemieckie „do odwołania”1. Niemcom chodziło o siłę roboczą i o mężczyzn, których powoływano do wermachtu. Czwartą grupę przyznano Ślązakom, którzy uczestniczyli w powstaniach śląskich a w okresie międzywojennym brali aktywnie udział w polskim życiu politycznym. Zajęto im majątek, potrącano pobory. Nie pochodzących z byłego zaboru pruskiego nie przyjmowano do volkslisty. Tych, których nie wysiedlono, potraktowano jako podludzi o jeszcze mniejszych prawach. Naszej rodzinie przyznano trzecią grupę. Były do decyzje podjęte na okres wojny. Nie wiadomo dziś dokładnie, jakie plany powojenne snuli Niemcy.

Ludzie byli już zmęczeni wojną i niemiecką okupacją. Czekali na zmianę, na wyzwolenie. Informacje prasowe i radiowe o gwałtach sowieckich uważali za element propagandy hitlerowskiej, której nie wierzyli. Matki bały się o synów, których powołano do armii. Coraz częściej otrzymywały zawiadomienia o ich śmierci. W 1944 r. zaczęto powoływać 17 letnich chłopców z rocznika 1927 do służby pomocniczej w obronie powietrznej. W 1945 r. zaczęto już zaciągać chłopców z roczników 1928 i 1929.

Latem 1944 r. front zatrzymał się na linii Wisły. Niemcy przygotowywali obronę. Jednym z jej elementów było kopanie okopów i rowów przeciwczołgowych. Do tych prac zabierano także mężczyzn, kobiety a także 15 letnich chłopców. Jedni kopali takie rowy w Generalnej Guberni, inni na Opolszczyźnie, dokąd wywieziono zwartą grupę chłopców z Boguszowic, wśród nich też mnie. Przebywaliśmy w miejscowości Groß Zeidel (dziś Staniszcze Wielkie) położonej na północ od Strzelec Opolskich. Z uczestników zapamiętałem następujące nazwiska: Rafał Kostorz, niejaki Krawczyk z Nowego Dworu, którego rodzice utrzymywali się z handlu warzywami2, Langocz z kopalni, Walenty Malina, Ryszard Naczyński, Paweł Smyczyk, niejaki Szymura z Ligockiej Kuźni, Leon Śpiewok. Powołany został także Ryszard Kula nazywany przez rówieśników Bartkiem. Był on pasierbem Wilhelma Kuli, który walczył w partyzantce akowskiej pod pseudonimem Bogacki. Ryszard znikł po kilku dniach. Wypytywano mnie dość długo o niego ze względu na to samo nazwisko3. Wstąpił on do partyzantki pod pseudonimem „Kucz”. Zginął tragicznie 5 maja 1946 r. od wybuchu własnego granatu podczas nieudanego ataku na posterunek Milicji Obywatelskiej w Gorzycach. Chłopcy, z którymi przebywałem, mieli większe doświadczenie ode mnie, gdyż wszyscy już pracowali zawodowo. Paweł Smyczyk miał już narzeczoną, której raz wysłał paczkę z zupami, tzw. knorrami, gdyż nic innego nie można było w miejscowym sklepie kupić. Prawie wszyscy palili papierosy i to za aprobatą rodziców. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy 16-letniemu wtedy chłopcu odwiedzająca go matka przywiozła kartkę uprawniającą do zakupu określonej ilości tytoniu. Kopaliśmy rowy przeciwpancerne w lesie na podmokłym terenie. Brzegi rowów wykładaliśmy faszyną. Nasza wydajność pracy była znikoma. Wtedy zrozumiałem, dlaczego starożytni niewolnicy niszczyli narzędzia pracy, bo my czyniliśmy to samo. Naszą grupą dowodził mężczyzna ubrany w mundur SA. Raz w czasie apelu pobił na naszych oczach przechodzącego Polaka – robotnika przymusowego za to, że nie oddał należytego hołdu fladze hitlerowskiej. Poszczególne oddziały były zorganizowane na wzór „Hitlerjugend”. Po pracy odbywały się ćwiczenia wojskowe. „Wykłady” na leśnej polanie prowadzili żołnierze z doświadczeniem frontowym.

Kopanie rowu przeciwczołgowego w lesie k. Groß  Zeidel - lato 1944. Zdjęcie pochodzi z książki G. Guntera, Letzter Lorbeer, Augsburg 1976.

Kopanie rowu przeciwczołgowego w lesie k. Groß Zeidel – lato 1944. Zdjęcie pochodzi z książki G. Guntera, Letzter Lorbeer, Augsburg 1976.

W 1944 r. alianci, głównie Amerykanie, przeprowadzali naloty na fabrykę benzyny syntetycznej w Kędzierzynie. Słyszeliśmy odgłosy wybuchów bomb. Pewien żołnierz SS nawoływał nas do mordowania zestrzelonych lotników amerykańskich. Werbował również do SS. Werbunkowi poddawano wszystkich, którzy przekroczyli wzrostem 1,70 m. Kierownictwo obozu wiedziało, że byłem uczniem niemieckiej szkoły ponadpodstawowej i lepiej niż moi rówieśnicy mówiłem po niemiecku, dlatego naciskano na mnie silniej niż na pozostałych, bym się zgłosił „ochotniczo” do SS. Byłem zrozpaczony. Musiałem stosować wybieg, by się nie zapisać. Kiedy werbownicy przychodzili do naszego oddziału, przechodziłem chyłkiem do grupy, w której już przeprowadzono werbunek, a kiedy przeszli, wracałem szybko do swoich. Wybieg był ryzykowny ale skuteczny, gdyż w ten sposób uniknąłem członkostwa w SS. Nie wszystkim udało się uniknąć zapisu. Postanowiłem nie wymieniać nigdy ich nazwisk, bo wiem, że ich decyzje nie były dobrowolne, lecz wymuszone. Nie wiem, czy poprzestano na zapisie, czy też powołano tych chłopców do oddziałów SS.

Przeżyłem nalot aliantów na dworcu kolejowym w Toszku, dokąd kilku z nas zostało wysłanych po deski zmagazynowane na dworcu. Chowaliśmy się naiwnie za stosami desek. Na szczęście bomby spadły nieco dalej koło budynku dworca. Mieliśmy potem trochę wolnego czasu, który wykorzystałem na zwiedzenie sennego, jak mi się wydawało, miasteczka.

Stacja kolejowa w Toszku

Stacja kolejowa w Toszku

Do domu wróciłem parę tygodni wcześniej niż pozostali chłopcy. Matka przywiozła zaświadczenie o chorobie ojca i wyjednała moje zwolnienie. Pamiętam, że przed zwolnieniem badał mnie pochodzący z Boguszowic lekarz Józef Bulanda, który sprawował nad nami opiekę lekarską.

Wielka ofensywa sowiecka zaczęła się 12 stycznia 1945 r. Zmiotła ona niemiecką obronę. Nastąpił paniczny nieuporządkowany odwrót Niemców. Na szosie prowadzącej z Żor do Rybnika widziano uchodzących Niemców, głównie cywilów. Przy przejeździe kolejowym leżał wrak niemieckiego samolotu myśliwskiego. Pędzono także bydło. Ucieczka niczym nie przypominała triumfalnego marszu Niemców na Wschód we wrześniu 1939 r. Samochody były nieliczne. Przeważały wozy ciągnione przez małe koniki huculskie. Wśród uciekających przeważali osadnicy niemieccy, których sprowadzono na gospodarstwa rolne odebrane Polakom a także wszelkiego rodzaju urzędnicy niższej rangi.

Przyglądałem się tej ucieczce, gdyż uczęszczałem wtedy do szkoły w Rybniku4.

22 stycznia rozpoczęła się ewakuacja z Rybnika i okolicy władz niemieckich oraz ludzi o nastawieniu proniemieckim, o nieczystym sumieniu lub też takich, którzy woleli uniknąć działań frontowych. Z Boguszowic uchodzili tylko Niemcy i to nie wszyscy, natomiast opuściła swoje mieszkania większość urzędników niemieckich mieszkających w domach przykopalnianych.

Pierwsze odgłosy walk dochodziły do Boguszowic wieczorem, 25 stycznia z Rybnika. Niemcy postanowili bronić odcinka Rudy między Rybnikiem a Pszczyną. Początkowo wydawało się, że ten zamiar się nie powiedzie, gdyż 25 stycznia Sowieci po gwałtownym przygotowaniu ogniem moździerzy i artylerii wtargnęli w pierwszych godzinach nocnych od północy i północnego wschodu czołgami do Rybnika, przekraczając planowaną przez Niemców linię przechwytującą. Sowiecki ogień artyleryjski był tak silny, że obezwładnił początkowo słabą obronę niemiecką złożoną w przeważającej części z volkssturmu i policji wspomaganej przez jednostkę artylerii przeciwlotniczej. Czołgi sowieckie dotarły do centrum miasta. Niemcy bronili się w oddzielnych punktach oporu, nie mających łączności ze sobą. Jednak Niemcom udało się utrzymać te punkty oporu aż do przybycia z południa batalionów strzelców górskich.

Niemieckie działo przeciwlotnicze

Niemieckie działo przeciwlotnicze

„Panzerfaust” – groźna niemiecka broń przeciwczołgowa (fot. red.)

„Panzerfaust” – groźna niemiecka broń przeciwczołgowa (fot. red.)

W bitwie o Rybnik uczestniczyła również niemiecka jednostka artylerii stacjonująca w końcowych dniach stycznia w Boguszowicach. Jednostka ta była uzbrojona w działa samobieżne. Zajęły one pozycje na łąkach po północnej stronie dzisiejszej ulicy Kolberga oraz na tzw. oborze i ostrzeliwały Rybnik. Nie stały tam jednak długo, gdyż Sowieci je wnet namierzyli i odpowiedzieli gwałtownym ogniem swojej artylerii.

Niemieckie samobieżne działo polowe (fot. red.)

Niemieckie samobieżne działo polowe (fot. red.)

Około 20 stycznia, kiedy Niemcy wycofywali się na łeb i szyję, przez dwa dni stało u nas na placu przed domem takie działo. Żołnierze nocowali w domu. Odjeżdżając, nie otwierali wrót, tylko ruszyli w kierunku południowym przez ogródek i zniszczyli drewniany płot z desek. Później resztę desek zabrali niemieccy piechurzy i użyli je do umocnienia swoich rowów strzeleckich, które wykopali w obejściu p. Gembalczyka na wschodnim krańcu wsi.

Od prawej siostra Helena i brat Paweł (czwarty od prawej) i ja. Za nami płot z desek.

Od prawej siostra Helena i brat Paweł (czwarty od prawej) i ja. Za nami płot z desek.

W tym samym czasie niemiecki żołnierz umieścił także na jedną noc konie w naszej stajni. Spytał się mnie, jak daleko znajdują się Sowieci. Kiedy mu odpowiedziałem, że w odległości trzech kilometrów, przestał zdejmować koniom uprząż.

Niemcy dysponowali w Raciborzu 8 dywizją pancerną. Otrzymała ona rozkaz natarcia z Raciborza na Rybnik. Oddziałom tej dywizji udało się chwilowo zatrzymać Sowietów na obszarze leśnym na północ od linii kolejowej Nędza – Rybnik i uzyskać łączność z batalionem stojącym na lewym skrzydle dywizji strzelców górskich.

Czołg niemiecki

Czołg niemiecki (fot. red.)

Niemiecki gąsienicowy transporter opancerzony

Niemiecki gąsienicowy transporter opancerzony (przyp. red.)

Około południa 28 stycznia rejon miasta Rybnika został przez Niemców obroniony. Na zachodnim skraju miasta, działania bojowe stopniowo wygasały, natomiast na sąsiednich wschodnich odcinkach

niemieckiej obrony Rybnika walczono jeszcze okresami mocno. Centrum miasta pozostawało w rękach niemieckich i jego obrona była stosunkowo łatwa. Jednak na peryferiach miasta trwały twarde starcia. Sowieci próbowali atakować kilka razy dziennie i po części większymi jednostkami, po części oddziałami uderzeniowymi lub czołgami wtargnąć znowu do miasta.

Mimo ataków niemieckich czerwonoarmiści nie dali się wyprzeć z północnego obszaru Zakładu Psychiatrycznego. Przed ich odrzuceniem na ten obszar otworzyli bramy zakładu i pozwolili wybiec pacjentom, których los zakończył się tragicznie. Strzelano do nich z obu stron. Niemcy w swoich wspomnieniach piszą, że przez kilka dni w sposób więcej lub mniej planowy urządzali polowanie na obłąkanych, którzy biegali między stanowiskami.

Szkic z książki Józefa Kolarczyka, Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz 2004, s. 52.

Szkic z książki Józefa Kolarczyka, Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz 2004, s. 52.

Wewnątrz strefy, która pozostała obsadzona przez Sowietów, znajdowała się wieża ciśnień. W tej wieży usadowili się sowieccy snajperzy, którzy mocno Niemcom dokuczali. Pod ich ostrzałem znajdowały się nawet stanowiska bojowe Niemców urządzone w budynku odległym od wieży o 400 do 500 m przy rybnickim placu targowym. Do zwalczania snajperów Niemcy użyli ciężkiego działa przeciwlotniczego, z którego niszczono wieżę piętro po piętrze. Według zeznań Sowieci przetrzymywali w wieży cywilów jako zakładników, co nie powstrzymało Niemców przed jej „rozstrzelaniem”. Uznali, że straty śmiertelne ponoszone od strzelców wyborowych w tym miejscu były dla nich zbyt dokuczliwe. Wojna ukazała swoje okrutne oblicze.

Wieża ciśnień na terenie szpitala psychiatrycznego w Rybniku.

Wieża ciśnień na terenie szpitala psychiatrycznego w Rybniku. (fot. i przyp. red.)

Niemcy upublicznili też inny akt okrutnego prowadzenia wojny. Podczas ich przeciwuderzenia, które wyparło Sowietów z północnego obszaru miasta, znaleźli w domu naprzeciw nowego cmentarza ciała ogrodnika Dzierżonia i jego 24 letniej córki oraz starego umierającego inwalidę, który pracował w ogrodnictwie jako pomocnik. Opowiedział on żołnierzom przed zgonem, że 65 letni ojciec dziewczyny został zabity, kiedy śpieszył z pomocą swojej gwałconej córce. Inwalida chciał pomóc dziewczynie, lecz został postrzelony, w wyniku czego zmarł.

Niemcy odzyskali Paruszowiec wraz z Hutą „Silesia”. Udało im się wymontować najważniejsze maszyny, przede wszystkim tokarki do produkcji amunicji i wywieźć w kierunku Wodzisławia.

By przeprowadzić z powodzeniem atak na Rybnik, Niemcy musieli postawić prawie wszystko na jedną kartę, gdyż nie byli w stanie zabezpieczyć całej 20-kilometrowej linii między Rybnikiem a Odrą. Sukces ich obrony na całej linii nie był do pomyślenia. Przekraczało to możliwości jednej dywizji. Udała im się jednak odbudowa jednolitego frontu obronnego. Sowietom nie powiodło się uderzenie z marszu na rybnicki okręg węglowy oraz obszar uprzemysłowionych Wschodnich Moraw.

W Rybniku, po pełnym odzyskaniu przez Niemców centrum miasta i terenów na jego obrzeżu, trwała nadal walka obronna Niemców z Sowietami uderzającymi kilka razy dziennie. Mimo stałego zagrożenia niemiecka dywizja pancerna musiała przesunąć pewne oddziały do Raciborza, gdzie Sowietom udało się po zdobyciu przez nich Kuźni Raciborskiej zagrozić niemieckiej obronie. W tej sytuacji Niemcy nie byli w stanie utrzymać wschodnich obrzeży Rybnika, w wyniku czego 3 lutego Paruszowiec przeszedł ostatecznie w ręce Sowietów. W nowej sytuacji także trzymanie północnej części kompleksów zakładu psychiatrycznego okazało się niemożliwe i z uwagi na nowy przebieg linii frontu na północnym obrzeżu miasta nieuzasadnione.

Sowietom udało się 4 lutego włamanie czołgowe, które jednak zostało w tym samym dniu zlikwidowane. W drugiej połowie lutego nacisk wojsk sowieckich na odcinku Rybnik – Racibórz stopniowo malał.

Sowiecki czołg T 34

Sowiecki czołg T 34

c.d.n.


1 W jęz. niemieckim „auf Widerruf”.

2 Właściciel domu, w którym przebywaliśmy, uprawiał w swoim ogródku przydomowym tytoń. Krawczyk podkradał mu suszące się liście i palił je. W nocy często moczył się. Mieliśmy z nim kłopot.

3 Drugi raz wypytywał mnie o Ryszarda w 1945 r. funkcjonariusz UB. Chciał ode mnie uzyskać jego zdjęcie, którego mu nie pokazałem. Przeglądał nasz album ze zdjęciami. Ryszard był razem ze mną na zdjęciu pierwszokomunijnym z 7 maja 1939 r. Funkcjonariusz oglądał to zdjęcie, ale nie rozpoznał Ryszarda.

4 Od r. szk. 1941/42 uczęszczałem do Hauptschule w Rybniku. Mimo słabej znajomości jęz. niemieckiego uzyskiwałem co roku promocję. W 1945 r. byłem uczniem czwartej klasy. Po 12 stycznia odbywały się jeszcze przez kilka dni normalne zajęcia. Potem przychodziło już coraz mniej uczniów. Ubywało też nauczycieli. Wyświetlano nam filmy oświatowe. Do szkoły chodziłem wtedy pieszo i wracałem z niej przez Ligotę. Przyglądałem się wtedy ruchowi panującemu na szosie Rybnik-Żory.

 

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.