Lis 212007
 

Od września 1945 r. zacząłem chodzić do szkoły – Szkoły Powszechnej Nr 2 na „Smolnej” – przy ulicy Wodzisławskiej. Ponieważ w czasie okupacji byłem już uczniem drugiej klasy, więc po wyzwoleniu, rozpocząłem naukę od klasy trzeciej.Pierwszą wychowawczynią naszej klasy, była wspaniała nauczycielka o nazwisku tak doskonale zapamiętanym do dnia dzisiejszego – Nowakowska. Okazywała nam dzieciom bardzo dużą serdeczność, chciała przekazać wiele wspaniałej wiedzy, a ponieważ potrafiła ładnie rysować, przekazywała nam wiele podstawowych wiadomości szkolnych w sposób obrazowy – poprzez rysunek.

Kiedy patrzę na zdjęcie które na całe szczęście nam wówczas zrobiono, ogarnia mnie tęsknota za tamtym czasem, od którego upłynęło tyle lat. Zdjęcie było zrobione 20. 05. 1946 r., miałem więc 10 lat i 5 miesięcy. Pozostali koledzy i koleżanki z tego wspólnego zdjęcia także mieli około 11 lat. Niektóre nazwiska po 50 – ciu latach pamiętam nawet do dnia dzisiejszego: Janek Halamoda, Janek Klimek, Jerzy Kuwaczka, Ledwoń, Grzonka, Urszula Sładkówna, Tomczyk, Tomanek, Nokielska, Podleśny, Grzesik, Trelówna i -… niestety, to chyba wszystkie nazwiska jakie zapamiętałem. Jak ułożyły się losy tych koleżanek i kolegów, co porabiają?

klistala_szkola

W szkole o której tyle co wspomniałem z taką nostalgią, chyba byłem mało komunikatywny z innymi koleżankami i kolegami. Mama bardzo zwracała uwagę na czystość wymowy, stąd różniliśmy się wymową od innych dzieci nie używając nadmiaru wtrąceń gwarowych podczas wspólnych zabaw. Przez to właśnie uważano mnie za „gorola”, a to znaczyło, że traktowano mnie za przybysza z „centralnej polski”, nie „swojaka”, gdy faktycznie jestem rodowitym rybniczaninem – Ślązakiem z krwi i kości, urodzonym w Rzędówce, portem nazywano ten teren Kamień pow. rybnicki, później Leszczyny a teraz teren ten należy bezpośrednio do Rybnika. W szkole, w dalszym ciągu używaliśmy tabliczek – jak w okresie okupacji, a jak pamiętam, bardzo dużo się ich rozbijało. Wystarczyła drobna niezgrabność by tabliczka spadła na podłogę, a wówczas trzeba było zbierać jej kawałki. To samo było, gdy nieostrożnie niosło się torbę lub uderzyło nią o coś twardego. Dopiero w czwartej klasie zaczęliśmy używać zeszytów z wąskimi liniami do języka polskiego i w kratkę do rachunków, a do pisania używaliśmy ołówków. Co zaś do moich postępów w nauce, były takie sobie – dostateczne. Byłem mało ambitnym uczniem i nie potrafiłem się zdobyć na lepsze oceny w szkole. Mijały dosyć wolno dni, tygodnie i miesiące od „powojennych” wydarzeń. Skromne odszkodowanie jakie mama otrzymała z tytułu poniesionych szkód wojennych szybko stopniały, bo i dużo trzeba było dokupić przedmiotów codziennego użytku oraz odzieży. Renta po ojcu z kolei – PKP, była dosyć niska. Zatrudnienia mama nie mogła otrzymać, więcmusieliśmy się liczyć z tzw. każdym groszem. Może niezbyt zrozumiałe jest odczucie biedy dla kogoś kto nigdy jej nie zaznał. Ja stykałem się z nią co chwilę, a żeby nie posądzano mnie o gołosłowność, przytaczam kilka przykładów. Bez wątpienia nie tylko ja, od rozpoczęcia się ocieplenia na dworze, przestawałem ubierać obuwie i chodziłem na „bosaka” do późnej jesieni – także do szkoły. Jedynie na okazję pójścia do kościoła a następnie przez okres zimowy do wiosny, ubierałem buty, które otrzymywałem od dziadka (ojciec mojego ojca) o on dostawał je na kolei z tzw. sortów mundurowych. Były to zatem zwyczajne robocze buty – ale na ich wygląd nie miałem żadnego wpływu. Byłem szczęśliwy niemniej od mamy, że mam w czym chodzić. Gdy więc mama spełniwszy moje świąteczne marzenia (święta Bożego Narodzenia) i dała mi w prezencie pod choinkę piękne chromowane łyżwy, mogłem nimi tylko sycić wzrok, gdyż o przymocowaniu ich do jedynych butów jakie miałem nie było mowy. A nuż urwała by się podeszwa – ich mocowania były na tzw. ściski żabkowe z boku dokręcane.

W maju 1946 r., po ukończeniu nauki katechetycznej u OO Franciszkanów przy ul. Wodzisławskiej, przystąpiłem do Komunii Świętej tymże kościele OO Franciszkanów. Gdy porównuję obecne imprezy odprawiane z tej to okazji, tamto moje przyjęcie komunijne, było nad wyraz skromne. Warto też poruszyć sprawę prezentów, jakie otrzymałem z tej okazji. Najwartościowszym dla mnie prezentem, była książeczka do nabożeństwa Droga do Nieba, którą otrzymałem od dziadków (rodziców i rodzeństwa ojca). Innych „rzeczowych” prezentów nie otrzymałem. Poza tym, byłem obdarowany paroma symbolicznymi złotówkami, które natychmiast oddałem mamie. My dzieci brat i ja) nie mieliśmy nigdy własnych pieniędzy. Nikt nas nimi nie obdarowywał, ale ze wzglądu na skromne dochody, jakimi nasza mama dysponowała – na życie, było nie do pomyślenia, byśmy mieli jakiejś skarbonki czy oszczędności, którymi moglibyśmy dowolnie dysponować. Wszystko co powinniśmy mieć „do życia”, zabezpieczała nam mama. Stąd nawet te ewentualnie otrzymane przy jakiejś nadzwyczajnej okazji grosze, były mamie oddawane bez przymusu.

By zamknąć tą część wspomnień, bardzo istotną dla mnie jest sprawa mojego wstąpienia w szeregi Związku Harcerstwa Polskiego. Otóż, wstąpiłem do harcerstwa początkiem 1949 r., do zastępu będącego częścią składowa istniejącej drużyny harcerskiej przy Szkole Podstawowej Nr 2 w Rybniku. Było to na krótko przed decyzją ówczesnych władz politycznych, podporządkowujących harcerstwo pod organizację młodzieżową ZMP i w następstwie tych zmian dotychczasowe ZHP przyjęło nazwę „Organizacja Harcerska”. Jak wielu moim rówieśnikom, marzyłem o ubraniu mundurka harcerskiego i zasłużeniem na noszenie przymocowanego do lewej kieszeni bluzy mundurka – jakże zaszczytnego symbolu – krzyża harcerskiego. Niestety, nie złożenie Przyrzeczenia Harcerskiego, uniemożliwiało realizację tego marzenia, mimo że wszedłem w posiadanie takiego krzyża – otrzymawszy go w prezencie od wujka, przedwojennego harcerza. Pojmowałem bowiem, że upoważniać może do jego noszenia, to szczególne i wyjątkowe przyzwolenie – złożenie Przyrzeczenia. Gdy więc nasza drużyna (i składające się na nią zastępy) rozwiązała się wraz przerwaniem istnienia harcerstwa na przedwojennych tradycjach, byłem bardzo rozgoryczony, że moje marzenie ubrania mundurka i noszenie krzyża harcerskiego nigdy nie zostaną zrealizowane. Jak zaś rozgoryczenie to było głębokie, niech świadczy fakt, że trwało ono przez cały okres mojego dojrzałego życia, czułem się stale harcerzem niepełnoprawnym.

Dodam nawiązując do tamtych czasów, że dopiero po 55 latach, 15. 12. 2004 r., na spotkaniu w Hufcu Beskidzkim – spotkaniu opłatkowym szacownego Kręgu Seniora „Orla Brać”, doznałem nie lada zaszczytu i wzruszenia. Zorganizowano dla mojej skromnej osoby uroczystość wielkiego formatu, miałem bowiem możliwość złożenia Przyrzeczenia Harcerskiego, a druhna Ewa Kossowska przypięła mi w klapę marynarki – tak upragniony Krzyż Harcerski. Wzruszenie nie pozwoliło wypowiedzieć nawet słów podziękowań dla organizatorów tak ważnej dla mnie uroczystości. Ten skromny dla innych gest, był dla mnie wyjątkowej miary wydarzeniem. W świadomości – przeleciał jak na ekranie kinowym tekst Bronisława Janika „Droga do Krzyża” (opisałem to w książce: Harcerstwo w miastach i powiatach Bielska i Białej w latach 1925 – 1949. Relacje, wspomnienia, życiorysy. W tych wspomnieniach Janik wiernie opisał dzieciństwo i przeżywaną przygodę poprzez przynależność do harcerstwa i jakże ambicjonalne pojmowanie zdobycia uprawnień do noszenia Krzyża Harcerskiego. Wśród uczestników spotkania opłatkowego był druh hm. Bronisław Wyrwicz, z którego osobą mam inne miłe skojarzenia. W krótkiej Jego pisemnej relacji znalazłem fragment przeżyć wigilijnych z 1931 r.:

„Wychowywano młodzież w duchu patriotycznym, przysposabiając ją do życia obywatelskiego. Patron drużyny, słynny rycerz Zawisza Czarny, stanowił wzór wszelkich cnót. Słowa Przyrzeczenia i treść Prawa Harcerskiego wryły się w pamięć każdego z nas, stając się przewodnią ideą w codziennym życiu. Częstokroć zbiórki odbywały się zwoływane systemem alarmowym. Pamiętna była Wigilia – 24. 12. 1931 r. Po wigilijnej wieczerzy otrzymałem alarmową wiadomość, że mam zgłosić się na Pasterce w zabytkowym kościele w Mikuszowicach. Stamtąd cala drużyna udała się na Błonia, gdzie rozpalono ognisko, a na rosnącym świerku zapalono świeczki. Po odśpiewaniu kilku kolęd i harcerskich pieśni, phm. Leon Łaciak wezwał niektórych z nas do złożenia Przyrzeczenia Harcerskiego na sztandar Hufca. Były to niezapomniane chwile. Hymnem harcerskim drużyna zakończyła wzruszającą uroczystość. Do domów wracaliśmy prawie nad ranem”.

Dodaj komentarz