Marcin Skowronek

Lis 172007
 

Minęła kolejna rocznica zbrodni katyńskiej. Pomimo tylu lat od całego wydarzenia, nadal nie jest znana cała prawda. Chcieliśmy przedstawić takie małe podsumowanie całej sprawy.
W Starobielsku stracił życie rybniczanin, powstaniec śląski Nikodem Sobik

Raport Katyński

1. Warunki życia w obozach.

Obóz w Starobielsku znajdował się w dawnym klasztorze żeńskim. Większość budynków była murowana. Jeńcy mieszkali też w zbudowanych przez siebie dwóch drewnianych barakach. Sale były na 20 – 25 osób. Jeńcy spali na piętrowych pryczach, z siennikami. Przykrywali się kocami. Sami dbali o czystość. Mimo ostrej zimy (25 stopni mrozu) mieli ciepło, tylko około trzeciej nad ranem trochę marzli, zanim rano dyżurni nie napalili w piecach. Obóz tonął w błocie, więźniowie pobudowali więc chodniki z desek. Obóz okalał wysoki mur z wieżami strażniczymi. Naprzeciwko bramy stała cerkiew z obłamanymi krzyżami, służąca jako skład zboża. Dostawali dwa główne posiłki. Rano kaszę z olejem, o 16: 00 zupę z mięsem lub tłuszczem, czasami kluski. Chleb był smaczny (razowy lub pytlowy, żytni z domieszką mąki kukurydzianej) i w dostatecznej ilości. Dwa razy w miesiącu więźniowie otrzymywali cukier, herbatę, suszone owoce, mydło do prania, mydło toaletowe, zapałki jednak w niezbyt wystarczającej ilości. Opieka lekarska była dobra, higiena znośna, nie licząc pierwszych tygodni, gdy plagą były wszy. Więźniów nie zmuszano do pracy, wielu zgłaszało się dobrowolnie, bo praca była odtrutką na obozową nudę i odciągała od ponurych myśli. Kupować można było tylko w obozowym sklepiku, gdzie wybór był marny, bez tłuszczu i nabiału. Bułka kosztowała 65 kopiejek, kotlet siekany 1, 65, śledź 40 – 60 kopiejek. Papierosy były kiepskie i drogie. Kurs rubla w Starobielsku dochodził nawet do 18zł. Wszędzie stały głośniki, które bębniły antypolskimi audycjami przeplatanymi muzyką Chopina. Głośnik z radiem Moskwa wisiał na słupie telegraficznym pod cerkwią. Parę razy w tygodniu wyświetlano filmy, głównie propagandowe. W styczniu 1940 roku obóz odwiedził delegat Amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Był w barakach, rozmawiał po angielsku i francusku z jeńcami, którzy tego dnia dostali kakao, biały chleb i mięso. Korespondencji długo nie było, potem jedni dostawali dużo listów, inni mniej, niektórzy prawie wcale. Mówiono, że to zależało od NKWD i właśnie tym, którzy najbardziej okazywali tęsknotę, dawano mniej listów. Depesza kosztowała 30 kopiejek za słowo. Jeńcy martwili się o głód w Polsce. Myśleli, że oni odżywiają się lepiej niż ich rodziny. W Kozielsku jeńcy również mieszkali w budynkach poklasztornych. Obóz składał się z dwóch zasadniczych części klasztoru i tzw. skitu. Klasztor liczył kilkanaście budynków, przeważnie murowanych, w tym kilka cerkwi. Otoczony murem i fosą. Skit znajdował się w niedużym lasku. Kiedyś mieszkali w nim pustelnicy, potem powstały tam domy zajezdne dla pielgrzymów, w większości drewniane. W grubych murach klasztornych zimą (mróz przekraczał 40 stopni), mimo pieców było zimno. Listy wolno było pisać raz na miesiąc. Więźniowie musieli podać swój adres pocztowy jako „dom wypoczynkowy imienia Gorkiego” w Kozielsku, co czasami prowadziło do groteskowych nieporozumień. Jeden z oficerów dostał od żony list, że zażywa sobie wczasów, kiedy cała rodzina niemal głoduje. Więźniowie mogli słuchać wyłącznie radia moskiewskiego. Potajemnie wydawano gazetę obozową, dopóki władze jej nie wykryły.

2. Na Pożegnanie „Kawior Wino Kotlety

Likwidacja więźniów była perfekcyjnie przygotowana. Już od lutego administracja sowiecka rozpowszechniała plotki, że jeńcy zostaną odesłani do Polski, a nawet do Francji. W Starobielsku więźniowie dostali mapkę z trasą podróży przez Mołdawię. Z niecierpliwością oczekiwali na swoją kolej i zazdrościli tym, którzy wyjeżdżali wcześniej. W pierwszych transportach wywieziono generałów, którzy wyjeżdżali po obiedzie z „kawiorem winem i kotletami„. W Kozielsku oficerowie żegnali ich, ustawiając się w honorowy szpaler. Również strażnicy urządzili im „prawdziwą owację„. Wyjeżdżający dostawali na drogę żywność starannie zawiniętą w biały papier, który wcześniej był niedostępnym luksusem. Jeńcy opuszczali obozy w grupach od 50 do 360 osób. Oficerowie starali się rozgryźć system podziału na te grupy, doszli jednak do wniosku, że żadnego systemu nie było. Przemieszane były wiek, stopnie wojskowe, zawody, miejsca zamieszkania, poglądy polityczne. System jednak był i polegał właśnie na przypadkowości, co sprawiało, że każdy transport był jedynie zbieraniną byłych żołnierzy, a nie zwartą grupą, która mogłaby na przykład zorganizować opór. Oprócz generałów, w pierwszych transportach wywożono oficerów o wyróżniających się zdolnościach przywódczych. Rozdzielano również braci czy ojców z synami. Gdy w Starobielsku oficerowie próbowali zmieniać skład grup, władze obozowe odpowiedziały im „Wkrótce się wszyscy spotkacie„. Listę osób przeznaczonych w danym dniu do transportu władze obozowe dostawały przez telefon z Moskwy. Procedura się przeciągła, bo strażnicy musieli spisywać ze słuchu nazwiska, które często były dla nich trudne. Polscy oficerowie podsłuchiwali pod oknami biura, jeżeli lufcik był otwarty, mogli nawet zidentyfikować nazwiska. To, że rozkazy o wyjeździe w sprawie każdego więźnia przychodziły z Moskwy, dla wielu oficerów było znakiem, iż o ich losie decyduje jakaś komisja, aliancko sowiecka lub niemiecko sowiecka.

katyn_oficerowie

3. Jak mordowano.

W Katyniu znaleziono osiem masowych grobów. Ciała leżały warstwami, od sześciu do dwunastu, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała związanymi z tyłu. Niemal wszyscy zginęli od strzału w tył głowy. Strzelano kulami kalibru 7, 65mm (niekiedy 6, 35) amunicją niemiecką (znaleziono też łuski sowieckie), firmy Gustawa Genschowa „Geco” z Durlach. Amunicja ta była od końca lat 20 masowo eksportowana do Polski krajów bałtyckich (Litwy Łotwy i Estonii) oraz do ZSRR. Powszechnie uważa się, że jeńców mordowano bezpośrednio nad grobami w pozycji klęczącej lub leżącej. Odkrycie w latach 90. grobów polskich jeńców z Ostaszkowa i Starobielska wskazuje, że chyba było inaczej. Więźniów z tych dwóch obozów przetransportowano do wewnętrznych więzień NKWD – z Ostaszkowa do Tweru (wówczas Kaliniana), a ze Starobielska do Charkowa. Pod pozorem czynności administracyjnych wprowadzano ich do piwnic, gdzie znienacka (zwykle w chwili, gdy jeniec odpowiadał na pytanie o nazwisko) strzelano im z pistoletu w tył głowy. Ściany piwnic były specjalnie wyciszone, a podłogi wyłożone trocinami, które wchłaniały krew. Czekający na swoją kolej na zewnątrz niczego się nie domyślali. Następnie zwłoki wywożono do oddalonych miejsc pochówku (Miednoje i Piatichatki) i wrzucano warstwami do wykopanych dołów. W Miednoje pomordowani policjanci często mieli głowy owinięte w płaszcze, aby w czasie transportu nie sączyła się krew. W lesie katyńskim znajdowała się willa NKWD, z dużymi piwnicami. Po wojnie została rozebrana, a na jej fundamentach w latach 60 postawiono sanatorium. W piwnicach jest kotłownia centralnego ogrzewania. Polscy uczeni, którzy w latach 1994 1995 badali groby katyńskie, nie uzyskali zgody na zbadanie tych piwnic.

4. Trzy komisje.

Groby polskich oficerów w Katyniu odkryli latem 1942 roku polscy robotnicy przymusowi, którzy dowiedzieli się o tym od miejscowej ludności. We wskazanym miejscu wykopali zwłoki ubrane w polski mundur. Niemcy początkowo się tym nie zainteresowali, ale po klęsce pod Stalingradem postanowili wykorzystać odkrycie grobów do skłócenia aliantów. 13 kwietnia 1943 roku niemieckie radio poinformowało, że jedno sprzymierzone państwo wymordowało niemal połowę korpusu oficerskiego innego sprzymierzeńca. Moskwa zareagowała dwa dni później, oskarżając Niemców o zbrodnię i prowokację. Rząd RP w Londynie zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie z prośbą o zbadanie tej sprawy. O to samo poprosili Niemcy, co Stalinowi dało pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych z Polską pod absurdalnym zarzutem, że rząd w Londynie współpracuje z hitlerowcami. 2. Trzy Komisje Poszukują Prawdy Wobec sprzeciwu Związku Sowieckiego, Międzynarodowy Czerwony Krzyż odrzucił prośby Polski i Niemiec o przysłanie komisji międzynarodowej. Niemcy utworzyły więc międzynarodową komisję złożoną z wybitnych specjalistów medycyny sądowej z 12 państw Belgii, Bułgarii, Danii, Finlandii, Włoch, Chorwacji, Holandii, Protektoratu Czech i Moraw, Słowacji, Rumunii, Węgier i Szwajcarii. Był też obserwator z Francji. Wszystkie te kraje, poza neutralną Szwajcarią, w 1943 roku były zależne od Niemiec, mimo to komisja miała całkowitą swobodę badań, co jej członkowie potwierdzili później po wojnie. Komisja przesłuchała okolicznych mieszkańców, przeprowadziła sekcję dziewięciu uprzednio nienaruszonych zwłok oraz przebadała 982 ciała ekshumowane wcześniej. Niemcy powołali też własną komisję lekarską którą kierował prof. Gerhard Buhtz. Badania prowadziła też 12 – osobowa komisja Polskiego Czerwonego Krzyża wysłana tam na żądanie Niemców, ale działająca w tajnym porozumieniu z Armią Krajową. Polacy również mieli swobodę badań. Te trzy komisje działały osobno i każda opracowała własne raporty, które jednoznacznie wskazują iż zbrodni dokonali Sowieci.

Stacja Gniezdowo

Stacja Gniezdowo

5. Czwarta komisja nieudolnie kłamie.

Komisja sowiecka składała się ze specjalistów z zakresu medycyny sądowej oraz znanych osobistości, jak pisarz Aleksy Tołstoj czy metropolita Mikołaj. Przewodniczył jej doktor N. Burdenko, główny chirurg – konsultant Armii Czerwonej. Komisja przesłuchiwała świadków od 26 września 1943 do 24 stycznia 1944 roku, ale groby badano tylko przez tydzień, od 16 do 23 stycznia 1943 roku. Ekshumowano 925 ciał, ale przez obliczenie określono liczbę zwłok na 11 tysięcy, powtarzając tezę niemiecką. Według komisji, tuż przed agresją niemiecką na ZSRR, polscy jeńcy budowali drogę pod Smoleńskiem i wpadli w ręce hitlerowców. Dom wypoczynkowy NKWD stał się kwaterą niemieckiego 537 pułku łączności. Dowódcą był płk. Ahrens i to on, pomiędzy wrześniem a grudniem 1941 roku, dowodził rozstrzeliwaniem polskich jeńców, co komisja ustaliła z całą pewnością. W roku 1943 Niemcy postanowili urządzić prowokację. Ekshumowali wszystkie 11 tysięcy ciał, usunęli z ubrań dokumenty z datami późniejszymi niż kwiecień 1940 roku i ponownie zakopali zwłoki. Użyli do tego 500 sowieckich jeńców, których następnie rozstrzelali. Komisja nie wyjaśniła, gdzie są zwłoki tych 500 jeńców.

6. Czas zbrodni wskazuje mordercę.

Ustalenie, jak długo zwłoki znajdowały się w grobach, automatycznie dawało odpowiedź na pytanie, kto popełnił tę zbrodnię, Niemcy czy Sowieci. Wszystkie trzy komisje orzekły, że ofiary zabito i pogrzebano trzy lata przed ekshumacją, w przybliżeniu wiosną 1940 roku. Dowody na to były wielorakie analiza lekarska ciał (stopień zwapnienia czaszek i mózgowia, zmiany w mięśniach), daty ostatnich zapisków w pamiętnikach, sowieckiej prasie i dokumentach wydanych przez władze sowieckie (nie znaleziono daty późniejszej niż 6 maja 1940), wiek posadzonych na grobach sosen. Poza tym zabici mieli na sobie zimowe mundury, a w grobach nie było martwych owadów, co wykluczyło sowiecką wersję, iż zrobili to Niemcy latem lub wczesną jesienią 1941 roku.

7. Liczba ofiar

Niemcy powiedzieli, że Polacy poszukują 15 tysięcy oficerów, dlatego od razu ogłosili, że w Katyniu leży 10 – 12 tysięcy zabitych. Tymczasem każda z trzech komisji wyliczyła, że ciał jest około 4, 5tysiąca. Naciskano na polską komisję, by podała, że ciał jest 12 tysięcy, ale Polacy odmówili. Zatrudniono więc 50 jeńców sowieckich, aby szukali następnych grobów. W czerwcu ekshumacje przerwano. Oficjalnie z powodu upałów (fetoru i milionów much, a fetor był nie do wytrzymania) i zbliżającej się Armii Czerwonej. Pozwoliło to Niemcom twierdzić, że grobów jest więcej. W obozach Starobielskim, Ostaszkowskim oraz Kozielskim wiosną 1940 roku wymordowano dokładnie 14 587 osób. Inne grupy jeńców skierowano do budowy magistrali komunikacyjnej Równe – Lwów, do pracy w kopalniach wapienia i żelaza Zjednoczenia „Nikopol – Marganiec” , do systemu łagrów tzw. Północnego Obozu Kolejowego „Siewżełdorłag” w dorzeczu Peczory. Straszne warunki pracy powodowały wielką śmiertelność wywołaną wyczerpaniem i epidemiami, jednak łączne straty wśród jeńców nie są możliwe do oszacowania. Wiadomo jedynie, że musiały to być straty dotkliwe.

Marcin Skowronek

Sie 102007
 
Z serii ciekawa broń – działo kolejowe „DORA”
dora1
800mm armata kolejowa Gustav Dora
Gustav 800mm niemiecka armata kolejowa znana jako 80cm nazywana DORA opracowana przez firmę Krupp w drugiej połowie lat trzydziestych. W 1937r. została zaproponowana armii niemieckiej jako środek do niszczenia umocnień lini Maginota. Ze względu na trudnośći konstrukcyjno technologiczne budowa armaty została ukończona w 1941r. Po badaniach działo skierowano do Sewastopola, gdzie oddało 30-50 strzałów, a następnie do Leningradu gdzie nie zostało użyte. W 1944r. działo prawdopodobnie używane do ostrzeliwania Warszawy. Nazwa broni pochodzi od imienia Gustava von Bohlen und Halbach, Męża Berty Krupp ostatniej właścicielki koncernu. Armata zbudowana na specjalnym podwoziu kolejowym i poruszała się po torowisku czteroszynowym. Lufa bruzdowana o długości 32480mm zamek klinowy. Do transportu działo było rozkładane za pomocą dźwigu na szereg części, przewożonych na oddzielnych platformach kolejowych. Złożenie działa wymagało zatrudnienia około 1420 ludzi w czasie 3 tydodni. Do strzelania stosowano pociski przeciwbetonowe o masie 7100kg imasie ładunku miotającego 1850kg oraz pociski burzące o masie 4800kg i masie ładunku miotającego 2000kg. masa działa 1350ton długość 42976mm szerokość 7010mm wysokość 11600mm, kąt ostrzału w płaszczyźnie pionowej od 10* do 65*, donośność pocisku przeciwbetonowego 47000m, prędkość początkowa pocisku przeciwbetonowego 710m/s, burzącego 820m/s żywotność lufy ok 100 strzałów, szybkostrzelność 3 strz/min (w/g książki ENCYKLOPEDIA WSPÓŁCZESNEJ BRONI PALNEJ ANDRZEJ CIEPLIŃSKI RYSZARD WOŹNIAK wyd. WIS)
dora2
Hitler inspektujący Dore
pociskdora
Pocisk 800 mm
Sty 242007
 
Leszczyny. Na wzgórzu obok stacji kolejowej Rzędówka ustawiono potężny pomnik z piaskowca, przedstawiający kobietę, która jedną ręką przyciska zranione serce,a drugą, skierowaną ku niebu, zdaje się oskarżać i ostrzegać. Pomnik ten odsłonięto 8 maja 1966 roku, w związku z obchodami 1000-lecia Państwa Polskiego by uczcić ofiary faszyzmu.

Pomnik w Leszczynach

Pomnik w Leszczynach

W 1945 roku kiedy to armia radziecka była coraz bliżej, Niemcy likwidowali z wielkim pośpiechem obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. 18 stycznia 1945 roku, 6000 więźniów opuściło teren obozu, skierowano ich do Gliwic gdzie załadowano do węglarek. Pociąg miał ruszyć w kierunku Wrocławia, ale musiał przepuścić pociągi wojskowe. Skład z byłymi więźniami z Oświęcimia stał w miejscu kilka dobrych godzin po czym ruszył przez Makoszowy, Knurów do Raciborza. Pociąg tylko dojechał do Leszczyn , grupa polskich dywersantów przerwała połączenie telefoniczne między stacją Leszczyny a Paruszowcem.
Niemcy spodziewali się pułapki i nie wypuszczali pociągów w tym kierunku. Przeładowany zziębniętymi i wygłodzonymi więźniami pociąg, stał przez 3 dni i noce na bocznicy mimo głodu i mrozu więźniowie zachowywali sie spokojnie. Dopiero w Niedzielę okoliczna ludność usłyszała tupot i jęki rozgrzewających się ludzi. W poniedziałek komendant dowodzący telefonował do zwierzchnictwa, z pytaniem co ma robić z tymi ludźmi. Najprawdopodobniej dostał rozkaz zlikwidowania wszystkich. Wydał rozkaz opróżnienia pociągu i wymarszu.
Słabych, chorych, i próbujących ucieczki zastrzelono na miejscu. W wagonach zostało wielu zamarzniętych, podduszonych czy zmarłych z głodu. Z ocalałych, uformowano pochód, który miał ruszyć przez Kamień do Rybnika. Podzielono grupę na trzy części, każda inną drogą. Wygłodniali wymarznięci okrywali się kocami, na nogach mieli drewniaki albo kawałki tektury owiniętej szmatami. Byli tacy, którzy szli boso. Miseczki, garnuszki do jedzenia ciągnęli za sobą na sznurkach bo wypadały im ze zgrabiałych rąk, ukradkiem lizali śnieg. Okoliczni mieszkańcy widząc to, usiłowali podarować im kawałek chleba jednak próby jakiejkolwiek pomocy kończyły sie śmiercią. Zastrzelono każdego kto poprosił o szklankę wody. W restauracji obok drogi stacjonowali niemieccy żołnierze oni sami widząc te okropności mówili, że nigdy by nie pomyśleli że Niemcy mogą robić coś podobnego, że są do tego zdolni. Inni zastanawiali się, co będzie z nimi jak nadejdą Rosjanie, którzy już są tak blisko. Z czasem czujność oprawców osłabła. Komendant prowadzący grupę ul. Szewczyka specjalnie wytworzył taką sytuację, że więźniowie mogli ratować się ucieczką.
Pierwsza kolumna – 300 osób została rozstrzelana koło zakładu psychiatrycznego, druga w Młynach, w czasie postoju upozorowano napad partyzantów i rozpoczęto strzelanie. Więźniowie którzy nie padli od strzału rozpierzchli się po lasach okolicznych domach stodołach, szopach. Kilku Niemców korzystając z wielkiego zamieszania zmieniło mundur na pasiak i przyłączyło się do szukających schronienia. Mieszkańcy Młynów rozdali wszystkie zapasy chleba, gotowanych ziemniaków. Po godzinie rozpoczęto poszukiwania. Niektórzy więźniowie nadal trzymali się SS-manów i przez pola wrócili z nimi na peron, zostali wywiezieni pociągiem do Rybnika. Następnego dnia, Niemcy przyjechali szukać uciekinierów za pomocą psów. Około 15-stu znaleziono, zabrano na teren zakładu psychiatrycznego i rozstrzelano. O ich losie dowiedziano się od więźnia, który pod trupami przeleżał całą noc, a następnie ukrywał się w Kamieniu. Po południu na stację sprowadzono kilku miejscowych mężczyzn oraz Ukraińców pracujących w Leszczyńskim dworze by zakopali trupy.
Spora ilość więźniów przeżyła. Chowali się w Młynach i Świerkach na drzewach. Bali się wychodzić do ludzi, bo Niemcy powiedzieli im że to teren zamieszkały przez Niemców, jednak mroźnymi wieczorami głód wypędzał ich do pobliskich domostw. W tajemnicy dostarczano im do ich kryjówek żywność i ciepłą wodę. Wśród nich byli Czesi, Żydzi polscy i niemieccy, Francuzi, Belgowie i Węgrzy a nawet jeden obywatel Algierii, który przez pomyłkę zamiast do obozu jenieckiego trafił do koncentracyjnego. 28 stycznia 1945 nadjechali Rosjanie, chcieli ich także rozstrzelać jednak dzięki wstawiennictwu miejscowych ludzi kazali im po prostu stracić się z oczu, uciekać do lasu. Część ocalałych znajdowała schronienie w odleglejszych miejscowościach w Książenicach Lasokach, Ochojcu, Golejowie i Wielopolu. W tym samym czasie gospodarze ukrywali u siebie jeńców zatrudnionych w czasie okupacji w pobliskich kopalniach. Po wkroczeniu wojsk radzieckich, 46 osób zmarłych w krwawych dniach styczniowych pochowano we wspólnej mogile na cmentarzu w Książenicach, a 29 lipca 1945 roku urządzono uroczysty pogrzeb wszystkim pomordowanym na Rzędówce, zakończony uroczystą procesją na masowy grób obok torów kolejowych. Postawiono tam krzyż, a potem tablicę pamiątkową z napisem „Chwała poległym w walkach o wolność ziemi śląskiej, zamęczonym w obozach koncentracyjnych oraz 447 bezimiennym więźniom politycznym pomordowanym w styczniu 1945 roku na Rzędówce. Liczba osób, które straciły wtedy życie, nie była ustalona ostatecznie. Wielu z nich pochowano w Książenicach, niektórych w pobliżu torów. Protokół z ekshumacji zwłok, której dokonano w 1958 roku wyjaśnia, że było tam 288 nie rozpoznanych zwłok z terenu przy stacji kolejowej Rzędówka. Spoczywają oni na cmentarzu w Gliwicach, zaś w Leszczynach koło stacji kolejowej stoi wspomniana na wstępie kobieta z piaskowca, niemy świadek oskarżenia…
Krzyż obok torów

Krzyż obok torów

Tablica

Tablica

Tablica pod pomnikiem

Tablica pod pomnikiem