Jerzy Klistała

Sie 222013
 

W książce „Koszmary z hitlerowskich polenlagrów, więzień i konzentrationslagrów w latach 1939 – 1945”, do dosyć uproszczonego biogramu o byłym więźniu Leonie Foksińskim, dołączyłem istotny dla mnie szczegół marszu ewakuacyjnego więźniów w styczniu 1945 r. z Gliwic przez Rybnik. Zagadnienie to zostało także dosyć dokładne opisane przez Jana Delowicza w książce „Śladami krwi”, lecz właśnie Leon Foksiński brał bezpośredni udział w owym marszu – opowiedział mi o tych wydarzeniach jako świadek tamtego bestialstwa hitlerowskich oprawców.

 

Otóż, z więzienia w Gliwicach, gdzie doprowadzono część więźniów z transportu ewakuacyjnego z KL Auschwitz – Birkenau, załadowano więźniów do towarowych wagonów kolejowych i przewieziono z Gliwic do stacji Rzędówka, a tam na bocznicy kolejowej pociąg ten był przetrzymany był całą noc z dnia 22 na 23 stycznia 1945 r. Rano, 23 – go stycznia, po „wyładowaniu” więźniów z wagonów – przy akompaniamencie przekleństw, ordynarnych wyzwisk, kopniaków i uderzeń drewnianymi dragami lub czym popadło, na polecenie konwojentów uformowano szeregi po pięć więźniów w rzędzie i pochód ten ruszył poprzez wioskę Kamień w stronę Rybnika. W okolicach miejscowości Dębicze, na dużej przyleśnej polanie konwojujący więźniów esesmani utworzyli coś w rodzaj półkola i wydawszy polecenie rozwiązania szeregów, tak chaotycznie rozproszonym kazali biec w owo półkole pod pretekstem, że w lesie są partyzanci i będą do więźniów strzelać. Następnie, to konwojenci rozpoczęli strzelaninę do biegnących z broni maszynowej, więc skutki dla więźniów były makabryczne. Polana pokryła się setkami ciał w pasiakach, a po jakimś czasie i zaprzestaniu strzelaniny, esesmani przeprowadzili przegląd – sprawdzanie efektów swoich zbrodniczych dokonań. Podchodzili więc do leżących bezwładnie ciał i kopniakiem w twarz sprawdzali czy śmierć więźnia jest faktyczna a nie pozorowana, a dających oznaki życia dobijano pojedynczymi strzałami. Po tym masowym morderstwie w okolicach Kamienia, konwojenci ponownie uformowali z pozostałych przy życiu więźniów kolumny i kontynuowano marsz – poprowadzono ich do szosy Rybnik – Katowice – w kierunku Paruszowca (przedmieścia Rybnika), a stamtąd – 5 km leśną drogą obok rzeki Ruda przez Wielopole na teren sportowo – rekreacyjny, znajdujący się na północnych peryferiach Rybnika.

Przez cały czas, posuwającej się kolumnie towarzyszyły głośne przekleństwa konwojentów i strzały do skrajnie wyczerpanych więźniów – nie mających sił by iść dalej. W ten sposób zakrwawione zwłoki leżały wzdłuż trasy przemarszu – w przydrożnych rowach i pod drzewami. Na trasie ewakuacyjnej wiodącej przez Paruszowiec zebrano co najmniej 21 zwłok więźniów i pochowano je na cmentarzu Zakładu Umysłowo Chorych w Rybniku. Na teren noclegu w Rybniku, więźniowie przybyli o zmierzchu. Krańcowo wyczerpanych z głodu i zimna (według Foksińskiego był około 20 stopniowy mróz) więźniów wpędzono częściowo do sali restauracyjnej przy stadionie sportowym „Ruda”. Większość tego transportu nocowała na płycie stadionu pod gołym niebem, w szatniach, albo pod dachem trybuny, nakrywając się szmatami będącymi kiedyś kocami. W czasie noclegu na stadionie, konwojenci strzelali do skulonych i marznących więźniów, próbujących ogrzać się przez przytulanie się jednego do drugiego. Przez całą noc, słychać więc było strzały dochodzące z miejsca noclegu. Około 300 osób stłoczono w drewnianych szopach przystani wioślarskiej znajdującej się przy stawie – kąpielisku „Ruda”. Szopa zbita była dosyć prymitywnie z desek, które pod wpływem słońca i wyschnięciu utworzyły dosyć wielkie szpary na stykach jednej deski z drugą. Przez owe szpary mróz „wdzierał” się bez przeszkód do wewnątrz szopy, więc stłoczeni w niej więźniowie nie mieli szans na przeżycie – zamarzli w ciągu nocy. Według esencjonalnego opisu Jana Delowicza, kilkunastu więźniów mimo czujnej uwagi konwojentów, zdołało zbiec w lasy paruszowskie i znaleźć schronienie u Polaków zamieszkujących okoliczne miejscowości.

[…] Między innymi Franciszek Baron i Roman Pierchała z Rybnika wspólnie uratowali 2 więźniów, którzy ukryli się w lesie. Byli to polscy Żydzi, a jeden z nich pochodził z Łodzi. Nocą do okna domu Katarzyny i Józefa Fyrgutów w Kamieniu zapukał więzień, który – gdy wpuszczono go do środka – powiedział, że uciekł z Rybnika. Ukryto go w słomie na strychu obory. Nazywał się Karl Grün i był wiedeńczykiem. Tej samej nocy, około 23: 00, również Stanisława i Jan Zychowie, mieszkańcy przysiółka Młyny, usłyszeli stukanie w okno. Gdy otworzyli drzwi wejściowe, do wnętrza budynku weszło trzech mężczyzn w pasiakach. Byli to ojciec i jego dwaj synowie. Więzień ten powiedział w języku polskim, że uciekli z Rybnika. Gdy ogrzali się i zaspokoili głód, Jan Zych jeszcze tej samej nocy zaprowadził ich do stodoły w folwarku „Spendlowiec”, gdzie pracował, a już wcześniej ukryto więźniów zbiegłych podczas strzelaniny w lesie. Do domu Gertrudy Brzeziny w Kamieniu na Świerkach dotarł rano więzień ubrany w pasiak. Od niego (mówił po polsku) Gertruda oraz jej córki Marta i Elżbieta dowiedziały się, że uciekł z Rybnika. Zjadłszy podany mu posiłek, opuścił dom Brzezinów […]. O godzinie 6: 00 dnia 23 stycznia, nastąpił wymarsz kolumny z Rybnika. Najgorszy w skutkach była noc więźniów umieszczonych w owej szopie przystani wioślarskiej. Znajdowały się tam same zamarznięte szkielety ludzkie – w pozycji stojącej, jeden przy drugim. Kilkudziesięciu innych więźniów którzy z osłabienia i zimna nie mogli iść dalej, esesmani zamordowali przy ul. Gliwickiej – na mostku rzeczki Młynówki do której następnie zrzucili zwłoki. Niektóre z ofiar dawały jeszcze oznaki życia. Nie było jednak szans na uratowanie się, gdyż przydusiły je następne zrzucane do wody ciała pomordowanych. Kilka zwłok przyprószonych śniegiem leżało wzdłuż płotu na wysokości stadionu, ale po jego zewnętrznej stronie.Jest w książce Jana Delowicza i inny bardzo ważny opis dotyczący znanych w Rybniku gestapowców Sopali i Mainki:

[…] 23 stycznia, pomiędzy godziną 16: 00 a 17: 00, do sali restauracji „Wypoczynek” na Rudzie dwaj umundurowani gestapowcy, Georg Mainka i Sopalla, przyprowadzili około 35 więźniów, zbiegłych w czasie strzelaniny na terenie przysiółka Młyny. Przyszli oni pieszo z Kamienia przez Paruszowiec, a stamtąd obecną ul. Wyzwolenia i ul. Gliwicką dotarli do restauracji. Więźniów tych ustawiono przed północną ścianą szczytową (od strony Wielopola). Potem Mainka dwom więźniom dał polecenie wyjścia na zewnątrz. Tam na skarpie, w prawo od schodów prowadzących z tej sali na ul. Gliwicką, kazał im położyć się na brzuchu, głową do ul. Gliwickiej. Następnie dwa razy strzelił. Obaj zabici zostali strzałami w kark. Sopalla zaś w tym czasie pilnował w sali pozostałych więźniów.

Dokonawszy egzekucji, Mainka wrócił do sali i zawołał: „Zu zwei! ” Na zewnątrz wyszła kolejna dwójka więźniów, których zastrzelił w ten sam sposób jak poprzednich. Gdy już zamordował 8 więźniów, reszta nie chciała wychodzić z sali, wiedząc, co ich czeka. W odpowiedzi na odmowę Mainka otworzył do nich ogień z pistoletu maszynowego. Wszyscy więźniowie padli na podłogę, a na ścianie pełno było otworów po kulach karabinowych. Wybite również zostały szyby w oknach. Po tej masakrze Mainka wyszedł bez słowa z sali na zewnątrz, ku zwłokom wcześniej zastrzelonych 8 więźniów. Po chwili padł strzał. Przed budynkiem restauracji, obok zwłok więźniów, leżał na plecach ich morderca i całe usta miał zakrwawione. Był martwy, a w zaciśniętej dłoni trzymał pistolet, który zabrał mu gestapowiec Sopalla. Potem sprawdzał on, który z więźniów jeszcze żyje. Każdego, który zdradzał oznaki życia, dobijał strzałem w czoło. W ten sposób Sopalla zamordował 8 żyjących jeszcze więźniów, którym wcześniej udało się uniknąć śmiertelnej kuli, oraz dobił kilku rannych, którzy jęczeli z bólu. Z rozbitych czaszek mózg spływał na podłogę. Wszyscy byli młodzi; wiekiem nie przekraczali 40 lat. (Po wojnie na podłodze owej sali, na pół zburzonej w wyniku działań frontowych, znajdowały się ciemne plamy zakrzepłej krwi, około 1 m. średnicy). Po dokonaniu tej zbrodni gestapowiec opuścił salę. Zwłoki drugiego Niemca zaś pozostały w miejscu jego śmierci. Po upływie dwóch godzin, około 18: 00, jeden z leżących w sali więźniów zaczął głośno jęczeć. Był polskim Żydem. W tym momencie do sali weszło 2 innych gestapowców, z których jeden zastrzelił jęczącego. Przyprowadzili też oni kolejnych 6 więźniów. Wszyscy byli młodzi, mieli około 30 lat. Gdy weszli do sali, kazano im stanąć w szeregu pod ścianą, naprzeciw drzwi wejściowych, w odległości pół metra jeden od drugiego. Potem obaj zaczęli wyjmować pistolety z kabur. Wtedy więźniowie, zdając sobie sprawę z tego, co ich czeka, zaczęli prosić hitlerowców w języku polskim, aby darowali im życie, gdyż mają rodziny, dzieci. Niemcy jednak nie okazali litości i wszystkich zamordowali strzałami w czoło. Potem odeszli w stronę miasta. W tym samym dniu widziano również, jak jeden z gestapowców ścigał przed stadionem więźnia biegnącego od centrum Rybnika. Umundurowany był na czarno i na głowie miał czapkę polową z daszkiem. Przed nim zaś, w odległości około 100 m, uciekał 18 – letni chłopak. Zmierzał on w kierunku nie zamarzniętych stawów na Rudzie. Gdy dotarł do jednego z nich, bez zastanowienia wszedł do wody (drugi od ul. Gliwickiej). Chciał wpław przedostać się na drugą stronę, gdzie był las, a w nim ocalenie. Wcześniej jednak na brzeg stawu przybiegł gestapowiec, który natychmiast zaczął doń strzelać i po kilku strzałach trafił go w plecy. Więzień pogrążył się w wodzie i już się nie wynurzył. Gestapowiec jeszcze przez chwilę stał na brzegu, a potem zawrócił w stronę miasta. Nazajutrz, krótko przed południem, przed siedzibę gestapo w Rybniku zajechał wojskowy samochód ciężarowy w kolorze zielonym, cały kryty blachą. Gdy kierowca zameldował swój przyjazd, pijani gestapowcy wyszli z budynku i otworzyli tylne drzwi samochodu. Na podłodze leżało ciało Georga Mainki. Obejrzawszy zwłoki, wrócili do budynku, a samochód odjechał w nieznanym kierunku. […]

[…] Po wyzwoleniu, na stadionie w Rybniku, który był jednym z miejsc noclegu więźniów, odbyła się msza żałobna w ich intencji. Wzięli w niej tłumnie udział miejscowi i okoliczni mieszkańcy. Mszę celebrował ks. Maksymilian Goszyc. Po mszy wszyscy udali się na cmentarz Zakładu Umysłowo Chorych. Tam nastąpiło uroczyste odsłonięcie pomnika. Na zbiorowej mogile ustawiono drewniany krzyż, a harcerze z rybnickiego Hufca złożyli przyrzeczenie. Spoczywają na wieki, na wiecznie polskiej ziemi rybnickiej. A było ich 385, ludzi miłujących życie i swobodę, a których zamordowali w Rybniku zbrodniarze, dla których śmierć i mord były rzemiosłem, przed którym pochodnie Nerona stanowią drobne barbarzyństwo. Pamięci ich społeczeństwo Rybnika ofiarowało pomnik – dokument hitlerowskiego ludobójstwa i dowód wspaniałej ofiary, złożonej przez byłych więźniów politycznych na ołtarzu Ojczyzny. […]. Po masowych morderstwach więźniów w Rybniku, kolumna ewakuacyjna ruszyła dalej – w kierunku Raciborza, a stamtąd przez Głubczyce, Prudnik do Głuchołaz.

Powołam się kolejny raz na relację Leona Foksińskiego znajdującego się w tej kolumnie ewakuacyjnej:

[…] „28 stycznia doszliśmy w okolice Głuchołaz. Tam zaprowadzono nas do jakiegoś dworu, gdzie spędziliśmy noc w stodole. Było nas już wtedy bardzo mało, ok. 600 osób. ”

[…] „W ciągu 10 dni transportu ewakuacyjnego zaledwie 4 razy podano nam posiłek – i to tylko same kartofle. Nie dostaliśmy jednak niczego do picia, więc pragnienie zaspakajaliśmy śniegiem”.

Z Głuchołaz, „oświęcimski” transport „przez Rzędówkę” rozdzielał się w taki sposób, że część więźniów prowadzono dalszą drogą przez Świdnicę, Strzegom do KL Gross – Rosen, natomiast druga grupa skierowana została w kierunku zachodnim – do Wałbrzycha. Niewiele więźniów przeżyło ów transport – poza tymi, którym jak Leonowi Foksińskiemu udało się z tego transportu szczęśliwie uciec. Odsyłam jednak zainteresowanego czytelnika do książki Jana Delowicza „ŚLADAMI KRWI”, gdzie bardzo szczegółowo opisane są poszczególne fragmenty marszu oraz zeznania świadków o tej tragedii – spowodowanej przez złoczyńców z pod znaku „SS”.

Jerzy Klistała

Mar 192008
 

Po wakacjach które kolejny raz spędziłem na wiosce w poznańskim, drugi rok nauki w Technikum rozpoczął się od dokładniejszego poznawania kolegów, z którymi zaledwie oswoiłem się przez to jedno półrocze nauki w pierwszej klasie. Dotyczy to oczywiście tzw. „oswajania” tak z moimi rówieśnikami, jak i nauczycielami. Powtórzę zresztą to, co napisałem w poprzedniej części wspomnień, że poznałem wiele ciekawych i wspaniałych ludzi, którzy bezsprzecznie mieli wpływ na kształtowanie się mojego – i chyba nie tylko mojego charakteru, gdy przypadało fizjologiczne „przechodzenie” z wieku dziecięcego w wiek młodzieńczy. Niezależnie od tego, jak ktoś czytający niniejsze wspomnienia oceni moje wywody, odnoszę wrażenie, że chyba dopiero w tym okresie życia, rozpoczęło się kojarzenie w trwalsze przyjaźnie, tworzenie się tzw. grup czy „paczek koleżeńskich”. Okres dojrzewania, na innych zasadach niż w szkole podstawowej pobudzał chęć nawiązania kontaktu z dziewczynami, zaś z osobistych obserwacji wiem, że jedni koledzy „pobudzenia” te traktowali dosadniej, natomiast inni dosyć wstrzemięźliwie i z rezerwą okazywali tego rodzaju „ciągoty”. Tak czy inaczej, powstały pierwsze pary sympatyzujące ze sobą (chłopaków z dziewczynami), powstawały pierwsze młodzieńcze miłości. Wówczas też „czas” – w sensie upływu dni czy miesięcy, nie stanowił zbyt wielkiej wartości. Chyba dla każdego czasu było zbyt wiele do „użycia” i „przeżycia”, w przeciwieństwie do tego, jak cenną wartość stanowi dla osoby w sile wieku, gdy dziękuje się Bogu za każdy dodatkowo darowany dzień! Wywody powyższe, choć może nudnawe, przytaczam, by uzasadnić jak to od któregoś dnia zacząłem mądrzej i samodzielniej myśleć, co nie znaczy, że poczynania swoje od tego konkretnego dnia uznaję za wyłącznie rozsądne, bez popełnianych błędów!

Ponieważ mam zamiar nieco więcej uwagi poświęcić poszczególnym kolegom – czyniąc coś w rodzaju modnego obecne portalu „Nasza Klasa”, więc obecnie chociaż w zarysie nawiąże do sylwetek naszych wspaniałych nauczycieli. Zapamiętałem niestety tylko kilka nazwisk owych wychowawców: dyrektor Technikum Budowy Maszyn Górniczych – Magnor, Golik, Widzisz, mgr Mura, mgr T. Heimroth, Innocenty Libura, Nardeli, M. Ziewiec, S. Warchoł, Z. Słobudzki, Sianos. Byli także wykładowcy przedmiotów technicznych dochodzący na wykłady jako pracownicy – fachowcy z Rybnickiej Fabryki Maszyn – a zakład ten był opiekunem naszego Technikum.

klistala_klasa_1953_6

Nauczyciel Widzisz – widoczny na zdjęciu wykonanym w kwietniu 1952 r. uczył nas języka polskiego. Prawdopodobnie dzięki Jego zainteresowaniu talentem poetyckim i zdolnościom polonistycznym kolegi Tadeusza K., – Tadeusz po skończoniu nauki w Technikum wybrał się na studia na UJ w Krakowie – zdobywając następnie (w kolejnych latach i etapach swojego życia) wysoką pozycję społeczną. Dyrektor Magnor – osoba o bardzo dobrotliwym sercu, oprócz „zarządcy” T. B. M. G., był także wykładowcą matematyki – a o problemach wynikających z tej okoliczności, wspomniałem w cz. 9 wspomnień. Nauczyciel Golik – z małym wąsikiem pod nosem, kojeny bardzo dobry polonista, widoczny w gronie uczennic i uczniów na poniższej zamieszczonym zdjęciu wykonanym 30. 05. 1953 r.,

klistala_klasa_1953_30_05

 

Zdjęcie to, tak bardzo mnie roztkliwiające, wykonane było z okazji wystawienia przez naszą klasę bardzo ambitnej sztuki teatralnej wg Bolesława Prusa Powracająca Fala, a inicjatorem takiego zaakcentowania naszych zdolności aktorskich był opiekun klasy właśnie nauczyciel Golik. (w dalszej części wspomnień – nawiąże do wspomnień o koleżankach i kolegach z tego zdjęcia). Nauczyciel T. Heimroth – od drugiego roku nauki i w latach następnych uczył nas matematyki. Chociaż bardzo nie lubiłem tego przedmiotu z powodów wyjątkowo osobistych (wielkiej awersji do matematyki), to jednak nauczyciel Heimroth był „mistrzem nad mistrze” na swoich wykładach. Był typem flegmatyka, starający się bez emocji i pośpiechu przybliżyć każdemu uczniowi tajniki formułek matematycznych, a to, że niektórzy z nas zrozumieć nie potrafili, było powodowane – tak jak u mnie, niezbyt chętnym przyswajaniem owych formułek. Tak czy inaczej, nie miał w zwyczaju stawiania za otrzymaną odpowiedź zbyt wysokich ocen, a nieraz te 3 z trzema minusami odbierane było przez ucznia z rozbawieniem całej klasy (wówczas „1” była stopniem najlepszym, zaś „4” było stopniem niedostatecznym). Oczywiście rozbawienie powodował komentarz jaki wygłaszał z podziwu godnym humorem nauczyciel! Wiem, że wszystcy darzyliśmy profesora Heimrota i szacunkiem i serdecznością – bardzo pozytywnie. Pozostałych nauczycieli wspominam z równie wielką sympatią, lecz o jednym z Nich czuję się w obowiązku napisać nieco więcej, gdyż był i jest dla mnie wyjątkową osobowością, czego nie doceniałem wówczas, gdy miałem możliwość bycia Jego uczniem. Często odczytuję ów cytat: „Gdy ostatni już z nich odchodzą od nas, niech te kartki przekażą nowym pokoleniom pamięć o nich i o wartościach duchowych, które wypracowali, równie cennych jak materialne skarby tej ziemi”. No właśnie, jak cenną była dla Niego ZIEMIA RYBNICKA – o której tak wspaniale napisał w książce: Z DZIEJÓW DOMOWYCH POWIATU – Gawęda o ziemi rybnickiej. On właśnie był takim skarbem… skarbem tej rybnickiej ziemi!

LIBURA INNOCENTY,

Więzień oflagu Woldenberg.

Urodzony 17. 04. 1901 r. w Michałkowicach. Od 1915 r. członek Polskiej Organizacji Skautowej, a następnie Związku Harcerstwa Polskiego, harcmistrz. Od 1926 r. nauczyciel w Państwowym Gimnazjum i Liceum Męskim w Rybniku. Drużynowy, a następnie opiekun IV Drużyny Harcerzy im. Henryka Sienkiewicza przy Gimnazjum i Liceum w Rybniku. Członek Komendy Hufca ZHP w Rybniku (w okresie międzywojennym i powojennym). Uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 r. jako dowódca kompanii. Dostał się do niemieckiej niewoli, osadzony w oflagu w Woldenbergu gdzie przebywał do zakończenia wojny w 1945 r. Po wyzwoleniu, ponownie wybitny pedagog, działacz Ligi Ochrony Przyrody i PTTK. Zmarł 1. 05. 1993 r. w Rybniku. Gdy pisałem książkę o harcerstwie Bielska i Białej, w mojej świadomości zawsze był On, najwierniejszy symbol harcerskich zachowań. Pisałem wówczas to co zapamiętałem, w oparciu o wzorce jakie przecież z Rybnika się wywodziły poprzez postawy tak wyjątkowych ludzi jak Józef Pukowiec, Alojzy Hałas (chociaż pochodził z Czechowic), Innocenty Libura i nieco młodszy od nich Longin Musiolik. To Oni powodowali że napisałem: Kim byli ci młodzi ludzie gotowi bez wahania stanąć przeciwko najeźcy i oddać dla Polski życie? Czy wyróżniali się czymkolwiek ze swego otoczenia? Przecież w cywilnych ubraniach, czy w harcerskich mundurkach byli jednakowo skromni i prości. A jednak wyróżniało ich serce bijące dla ojczyzny, poczucie odpowiedzialności za jej los oraz odziedziczona po rycerskich przodkach dzielność i odwaga. Wielu z nich zginęło, wielu już odeszło na „wieczną wartę”, ale żyją jeszcze niektórzy uczestnicy i świadkowie czasów wojny, dawni harcerze, a my niejednokrotnie być może przechodzimy obok nich, ocieramy się o nich w tłumie nie zdając sobie sprawy, że oto minęliśmy kogoś wielkiego, godnego naszego szacunku i podziwu, bo ONI nadal są skromni i prości i nic ich w otoczenia nie wyróżnia. Można dziś, oczywiście, wymieniać liczne przykłady heroizmu i poświęcenia tych wspaniałych patriotów z czasów ich młodości, ale wystarczy jedno słowo „harcerz”, i w naszej świadomości powstają właściwe skojarzenia i budzą się liczne refleksje. Czy jednak można się dziwić czemukolwiek, jeżeli młodzi zapaleńcy ochoczo, świadomie i dobrowolnie przyjmowali z bezwzględną aprobatą kodeks zachowań i postępowania ujęty w niewielu wierszach Przyrzeczenia i Prawa Harcerskiego?

Przepraszam, rozczuliłem się, lecz Innocentemu Liburze – mojemu byłemu wychowawcy, nawet po upływie tylu lat od czasu gdy byłem uczniem, mogę przy tej właśnie dzisiejszej okazji wyrazić swoją wdzięczność za to, że uświadomił mi z jakimi wzorcami należy pokonywać trudy życia!

Lut 292008
 

Chyba za szybko zakończyłem wspomnienia młodzieńcze związane z rodzinnym miastem, a poznawałem wówczas bardzo zacne osoby, więc chociażby przez to, kilka wątków tych wspomnień pozwalam sobie przekazać do opublikowania. Otóż, w czerwcu 1950 r. skończyłem naukę w szkole podstawowej i otrzymałem „Świadectwo Ukończenia Szkoły Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego”. Chyba przez nadmiar innych trosk o zabezpieczenie godziwych warunków bytu, mama zapomniała uzgodnić ze mną, w jakim kierunku chciałbym kontynuować dalszą naukę. Tak więc, niemal w ostatniej chwili, tuż przed wakacjami, zaczęła intensywniej się nad tym zastanawiać i czyniła stosowne starania.

Niestety, do szkoły średniej – technikum, obowiązywały przyjęcia po pozytywnym zdaniu egzaminu wstępnego, a i listy zgłoszeń były już zamknięte. Pozostała zatem możliwość zapisania się do szkoły zawodowej, gdzie był znacznie niższy poziom nauczania. Miałem wprawdzie nieco większe ambicje – zdobycia wykształcenia wyższego niż zawodowe, lecz wyboru innego nie było. „W owym czasie” – jakiego to zwrotu często używają starsi ludzie, tytuł technika miał prawie równorzędne znaczenie jak inżyniera. Aby jednak nie przedłużać wątku rozpoczęcia nauki od nowego roku szkolnego w szkole ponad podstawowej, zakończę ten wywód na informacji, że przyjęty zostałem do Średniej Szkoły Zawodowej mającej swoją siedzibę naprzciw Gimnazjum – przy ul. Chrobrego. Po jej ukończeniu, zdobywało się uprawnienia do samodzielnego wykonywania zawodu ślusarza, tokarza lub frezera. Ja uczęszczałem do klasy „ślusarskiej”, więc miałem zostać „wyuczonym” ślusarzem. Nauka odbywała przez trzy dni w tygodniu, a w pozostałe trzy odbywały się zajęcia w warsztatach szkolnych. Dla uściślenia dodam, że nauka ta miała trwać trzy lata, natomiast zajęcia praktyczne – w warsztacie ślusarskim miało się rozpocząć od drugiego pólrocza pierwszej klasy. Opanowanie materiału w tej początkowej fazie nauki nie sprawiało mi kłopotów, byłem wręcz jednym z lepszych uczniów. Jednym z zapamiętanych wykładowców w tej szkole, był znajomy z harcerstwa – harcmistrz Alojzy Hałas. Miał około 40 lat i był człowiekiem o wyjątkowo wielkiej kulturze osobistej, bardzo opanowany, darzony przez uczniów wielkim autorytetem, prezentującym w dosłownym tego znaczeniu „człowieka honoru”. Dodam, że w latach 1936 – 1939 A. Hałas – pochodzący z Dziedzic pow. bielski, był nauczycielem szkoły na Smolnej, a także drużynowym tamtejszej V – tej Drużyny Harcerskiej.

Alojzy Hałas

Alojzy Hałas

Wobec faktu, owych dobrych wyników uczenia się, w rodzinnym gronie zapadła decyzja, że od drugiego półrocza – pierwszego roku szkolnego, przeniesiony zostanę do pierwszej klasy Technikum Budowy Maszyn Górniczych w Rybniku. Technikum to zostało założone w 1950 r. na potrzeby szkolenia kadry technicznej dla przedsiębiorstw budowy i naprawy maszyn górniczych. Technikum to nie miało jednak własnego budynku szkolnego a dzierżawiło klasy lekcyjne na II – gim piętrze w budynku rybnickiego gimnazjum, natomiast wykłady odbywały się w godzinach popołudniowych. Na pierwszym piętrze tego budynku także na zasadach dzierżawy i w godzinach popołudniowych, uczyli się uczniowie Technikum Mechanicznego Huty „Silesia” w Rybniku. W godzinach dopołudniowych, budynek był w dyspozycji jego właściciela – dla uczniów gimnazjum. Byłem usatysfakcjonowany, że po skończeniu nauki będę technikiem, a nie zwykłym ślusarzem. Gorzej było z nauką i opanowaniem materiału lekcyjnego, gdyż w technikum uczniowie przerabiali materiał znacznie obszerniejszy – w stosunku do tego, jaki przerabiałem w zawodówce. Nieco inaczej jednak wyglądała sprawa z poziomem matematyki, gdyż w zawodówce był on nieco wyższy więc zlekceważyłem przyłożenie się w technikum do „wkuwania” matematyki, a gdy się ocknąłem i poważniej chciałem potraktować naukę tego przedmiotu, nagromadziło się już sporo zaległości. Niestety, do matematyki miałem wstręt już w szkole podstawowej, a i teraz przez moje „zagapienie się” zaczęły się z tym poważniejsze kłopoty. Nie mogłem sobie poradzić ze zrozumieniem reguł matematycznych, a rozumienie ich było potrzebne także przy nauce fizyki, mechaniki itd. Oczywiście nie przyznawałem się mamie do szkolnych kłopotów ale i nie przyłożyłem solidnej do nauki, a to w konsekwencji powodowało „moje – szkolne kłopoty”. Wykładowcą matematyki w naszej klasie był dyrektor technikum. Jego rozliczne obowiązki służbowe, nie pozwalały jednak na systematyczne prowadzenie lekcji. Aby tą niewłaściwość zminimalizować, w zastępstwie wyznaczał do prowadzenia lekcji najlepszego ucznia naszej klasy Henryka Lacha. Uczeń ten posiadał tak wielkie zdolności i zamiłowanie do matematyki, że na własny użytek (w sensie rozrywki) rozwiązywał zadania z matematyki przerabianej w szkole wyższej. Był kolegą bardzo uczynnym, nie zarozumiałym, koleżeńskim, – a tych Jego zalet można wymieniać sporo. Jednym słowem – wspaniały kolega! Kiedy jednak zastępował dyrektora i prowadził owe lekcje matematyki, niewielu z nas traktowało to poważnie. On zatem prowadził wykład, a my lekceważąc jego wysiłek, zajmowaliśmy się wszystkim innym, lecz nie nauką! Taki sposób „uczenia się” matematyki kontynuowany był do końca drugiej klasy. Nie pamiętam jak było z ocenami na zakończenie pierwszego roku nauki, ale promocje do drugiej klasy otrzymałem.

Sty 112008
 

Nawiązując do moich wspomnień (z części 7) o przynależności do harcerstwa, chętnie wracam pamięcią do tego okresu, gdyż byłem jeszcze uczniem Szkoły Podstawowej Nr 2, a ten okres pozostawił w mojej świadomości wyjątkowe serdeczne skojarzenia.

Ale… – w związku z harcerstwem, przy ulicy Wodzisławskiej (naprzeciw nowego budynku szkolnego) między „starą szkołą” (w stylu gotyckim) a z drugiej strony budynkiem mieszkalnym Marcolów – był budyneczek przedszkola. Ściślej, pomieszczenia przedszkola znajdowały się na parterze i piętrze, zaś na strychu tego budynku, w jednym pokoiku mieściła się harcówka. Korzystały ze zbiórek w tejże harcówce dwa lub trzy zastępy, więc spotkania poszczególnych zastępów odbywały się według wcześniej uzgodnionego terminarza. Naszym zastępowym był chłopak o nazwisku Haparta. Gdy więc uzyskałem od mamy zgodę na wstąpienie do harcerstwa, to właśnie z tym zastępowym załatwiałem formalności członkostwa. Byłem oczywiście bardzo dumny z przynależności do tak pozytywnie ocenianej organizacji młodzieżowej, wzorującej się na tradycjach i regulaminie harcerstwa przedwojennego – sięgającego do tradycji skautingu którego założycielem był w Anglii Baden – Powell, a rozpowszechnionego w Polsce przez Olgę i Andrzeja Małkowskich. Dopiero w późniejszym okresie tj. po 1949 r. – zmieniono ten regulamin i do harcerstwa wszczepiano wzorce z organizacji istniejących w ZSRR czyli Pionierów i Komsomołu. Ze względu na upływ tak wielu lat, pamięć moja nieco się przytępiła, lecz pamiętam, że wyjątkowo wysoką pozycję – funkcję pełnił wówczas druh Longin Musiolik – harcmistrz.

Longin Musiolik w roku 1947

Longin Musiolik w roku 1947

Wówczas jednak druh Musiolik był zbyt wysoko usytuowaną „personą” w hierarchii funkcji harcerstwa, więc nie miałem możliwości bezpośredniego zetknięcia się z osobistością tej rangi. Wiem jednak, że był to człowiek o wyjątkowym autorytecie moralnym, emanujący wysoką kulturą osobistą, a w wymianie „poglądów” o Nim z innymi szeregowymi członkami zastępu – był dla nas wzorem do naśladowania.

Longin Musiolik

Longin Musiolik

Nawet w tej najmniejszej jednostce organizacyjnej jakim był zastęp, istniała funkcja skarbnika – zajmującego się sprawami finansowymi jakie ewentualnie znalazły się w kasie np. zbiórka pieniężna na wycieczkę od poszczególnych członków zastępu, czy inne celowe „dochody”. Była także funkcja sekretarza – zajmującego się dokumentacją zastępu a więc pisaniem coś na wzór protokołów ze spotkań, prowadzeniem pamiętnika zastępu. Tą właśnie funkcję powierzono mnie, co było moją pierwszą – jakże zaszczytną „funkcją społeczną”. Starsi harcerze jeździli w okresie wakacji na obozy, sypiali w namiotach, uczyli się zbiorowego pokonywania trudu codziennego życia obozowego, zdobywali sprawności różnego rodzaju np. kucharza, zwiadowcy, zbieracza ziół, fotografa, reportera itp. Po pozytywnej opinii przez „Radę Drużyny” o przyznaniu danej specjalności tzn. po zdaniu czegoś na wzór egzaminu teoretycznego i praktycznego, można było nosić naszywkę na rękawie mundurka, z symbolem danej „specjalności”. Uczestniczyłem i ja podczas mojej dosyć krótkiej przynależności do harcerstwa, w trzydniowym biwaku pod namiotami, zorganizowanym około 5 km za Rybnikiem – w kierunku Zebrzydowic. Wspominam o tym dlatego, że zaistniały wówczas pewne emocjonalne wydarzenia, jaką urządziła nam miejscowa łobuzeria. Otóż, do przewiezienia namiotów i sprzętu gospodarczo – kuchennego, zastępowy chcąc ulżyć nam w marszu (uwolnić nasze plecaki od nadmiaru ciężaru), załatwił do przewozu tego sprzętu – wóz konny. Jak się okazało, zaprzęgnięto jako siłę pociągową do niezbyt wielkiego woziku – niewielkiego i mizernie wyglądającego konika. Wymaszerowaliśmy z Rybnika po południu, a równocześnie z nami wyjechał ów wóz konny z bagażami. Na miejsce biwakowe dobrnęliśmy późnym popołudniem o tzw. „szarówce”, więc odpowiednie – nawet pospieszne rozlokowanie się na biwaku i rozładunek wozu zakończyło się o zmroku. Żeby zatem woźnica z koniem i słabo oświetlonym wozem nie wracał w ciemnościach do Rybnika, został z nami na noc – na terenie biwakowym. Po niezbędnych czynnościach z „urządzeniem się” – zakwaterowaniem, zjedzeniu wspólnej biwakowej kolacji (z domowych zapasów), rozpaleniu ogniska i odśpiewaniu kilka harcerskich piosenek, rozdzielono warty i zarządzono udanie się na spoczynek. Niestety, nie zdążyliśmy jeszcze zasnąć, gdy około godziny 23 – ciej, przez głośne okrzyki wartownika, w nocnych ciemnościach, między namiotami, rozpoczęła się bezładna bieganina. Wnet jednak zaczęły ciemności przecinać strumienie świetlne powyciąganych w pośpiechu latarek, ale i migotać zaczęły płomyczki zapalonych kilku świeczek. Nie wiadomo było początkowo o co w tym rozgardiaszu chodzi! Dopiero po jakimś czasie, zastępowemu udało się zapanować nad bezładną bieganiną i wyjaśniło się, że miejscowe łobuzy, chyba dla kawału, chcieli uprowadzić tego mizernego konika który z woźnicą i wozem został na noc w obrębie naszego biwakowiska. Łobuzów jednak szybko przegoniono, a dla zwiększenia naszego bezpieczeństwa, podwojono warty na resztę nocy. Na tym zakończyła się ta nocna przygoda i do końca pobytu na biwaku, nie było już innych niespodzianek.

Rok 1949 był przedostatnim rokiem mojej edukacji w zakresie zdobywania wiedzy stopnia podstawowego. Zrobiono nam jednak pamiątkowe zdjęcie które pozwalam sobie zamieścić przy niniejszym tekście.

zdjecie_szkolne_klistala

 Wyglądamy już znacznie doroślejsi, i miło po latach popatrzeć na koleżanki oraz kolegów, chociaż rodzi się momentalnie sentymentalne pytanie – jak potoczyły się ich późniejsze losy, jak ukształtował się ich byt do chwili, gdy piszę te zdania?

Z nazwisk nauczycieli zapamiętałem Panią Kolarzową – uczącą nas języka rosyjskiego, Pana Staniędę – uczącego chemii, lecz… – zapomniałem niestety nazwiska widocznej jeszcze jednej nauczycielki. Przy tej to okazji dodam, że nauczyciel Stanięda był pasjonatem kolejnictwa. Zabrał któregoś dnia całą naszą klasę do siebie do domu i oniemieliśmy z zachwytu – gdy pokazał wykonaną osobiście makietę jakiejś okolicy, z pagórkami, dolinami, domkami, kościółkami, rzeczkami, mostami i tunelami. Między tymi górami i dolinami, na ułożonych torach kolejowych, poruszały się miniaturowe pociągi osobowe i towarowe. Oczywiście nie tylko owe pociągi poruszały się w różnych kierunkach i według określonego rozkładu jazdy – by nie doszło do kolizji na rozjazdach. Działała także sygnalizacja kolejowa – semafory, szlabany na przejazdach kolejowych. Zapalały się światełka w domkach, obracały skrzydła wiatraków i praktycznie ożywiało się wiele innych symbolicznych „obiektów” (także figurek) – oznajmiających przybyszowi, że wszystko na makiecie żyje zgodnie z założeniami twórcy tego zminiaturyzowanego fragmentu świata. Od tego dnia, mieliśmy dla nauczyciela Staniędy znacznie pozytywniejszy stosunek uczuciowy – doceniając jego umiejętności konstrukcyjne i zdolności manualne. Wprawdzie nie dysponuję zdjęciem naszego ówczesnego dyrektora szkoły Jana Nowomiejskiego więc zamieszczam w tym miejscu skopiowane (niezbyt wyraźne) zdjęcie z książki L. Musiolika Rybniczanie słownik biograficzny.

Jan Nowomiejski

Jan Nowomiejski

Dyrektor Nowomiejski był człowiekiem bardzo szanowanym przez uczniów, posiadającym wyjątkowo dużo ciepła nie tylko dla uczniów, ale cieszący się dużym autorytetem u nauczycieli. Zresztą…. – chyba ówczesne czasy, tyle co zabliźnione rany po okupacyjnych przeżyciach, powodowały inny stosunek emocjonalny człowieka do człowieka. Nie było tyle agresji, mściwości – ludzie byli bardziej sobie życzliwi, myśleli przede wszystkim o jako takim urządzeniu się w powojennej rzeczywistości. Inaczej wartościowano potrzeby materialne, niewielu myślało o zapewnieniu sobie przepychu czy szybkim wzbogaceniu się (z dnia na dzień) kosztem innego człowieka – mniej rezolutnego, czy mniej przedsiębiorczego. Pewnego dnia, Dyrektor Nowomiejski przyprowadził do naszej klasy swojego syna – wówczas studenta prawdopodobnie pedagogiki. Wzruszająca była duma ojca (Dyrektora Nowomiejskiego) gdy nam uczniom przedstawiał swojego syna, a później temu synowi polecił prowadzenie lekcji matematyki. Posiadam więc tak miłe wspomnienia o jakże wspaniałych naszych wychowawcach, którzy potrafili pozyskiwać dla siebie tak wielki szacunek wówczas, a co w nas przetrwało po dzień dzisiejszy – co czcimy jak świętość, z tak wielką nostalgią

Gru 222007
 

Blachnicki Franciszek ks.,

Więzień więzienia w Raciborzu, Rawiczu, Börgermooru, Zwickau, Lengenfeld, KL Auschwitz nr 1201, KL Flossenbürg. Urodzony 24.03.1921 r. w Rybniku w wielodzietnej rodzinie Józefa i Marii z d. Müller. Ojciec był pielęgniarzem. Do szkoły podstawowej uczęszczał w Orzeszu, a zamieszkawszy z rodzicami w Tarnowskich Górach, tam uczęszczał do gimnazjum, zdając maturę w 1938 r. Chciał pracować w dyplomacji i dlatego we wrześniu rozpoczął służbę wojskową w Dywizyjnym Kursie Podchorążych Rezerwy w Katowicach. Niestety, plany te pokrzyżował wybuch drugiej wojny światowej – brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r. w stopniu plutonowego – podchorążego.

ks. Franciszek Blachnicki

ks. Franciszek Blachnicki

Po kapitulacji polskich sił zbrojnych dostał się do niewoli, z której zbiegł i wrócił do Tarnowskich Gór, gdzie rozpoczął działalność konspiracyjną. W marcu 1940 roku musiał uciekać przed Gestapo, jednak i tak aresztowano go w Zawichoście. Po długim okresie uciążliwych przesłuchań – przez kilka tygodni w miejscowości zatrzymania, przesłany został do KL Auschwitz i tam 25. 06. 1940 r. zarejestrowany w obozowej ewidencji jako więzień nr 1201. Zatrudniony był przez dziewięć miesięcy w karnej kompanii – przebywał w bloku 13. Dnia 20.02.1941 r. został osadzony w bunkrze bloku 11 i tam przebywał do 17.03.1941 r.

Franciszek Blachnicki w Oświęcimiu

Franciszek Blachnicki w Oświęcimiu

19.09.1941 r. przeniesiono go z KL Auschwitz do więzienia śledczego w Zabrzu, a stamtąd do więzienia Gestapo w Katowicach. W marcu 1942 r. „za działalność konspiracyjną przeciw hitlerowskiej Rzeszy” został skazany na karę śmierci przez ścięcie gilotyną. Na wykonanie wyroku oczekiwał niemal 5 miesięcy, lecz dzięki intensywnym staraniom rodziny, karę śmierci zamieniono mu na 10 lat więzienia. Jak podają źródła kościelne – to w czasie pobytu na oddziale skazańców w Katowickim więzieniu, dokonało się w Franciszku Blachnickim jego przeorientowanie psychiczne, nasilona wiara w Chrystusa oraz decyzja poświecenia swojego życia służbie Bogu. Przenoszony do różnych więzień: Racibórz, Rawicz, Börgermoor, Zwickau i Lengenfeld w 1944 r. dostał się do KL Flossenbürg (Schwarzwald – Bawaria). Mimo ciężkich warunków panujących w więzieniach i obozach w których przebywał, przeżył i 17. 04.1945 r. doczekał się wyzwolenia przez wojska amerykańskie. Po powrocie 20.07.1945 r. z tułaczek więzienno – obozowych do Tarnowskich Gór, już 6 sierpnia tegoż roku spełniając podjęte duchowe zobowiązania, wstąpił do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie – studiował na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, uzyskując magisterium z teologii, natomiast 25.06.1950 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował jako duszpasterz – wikariusz w kilku parafiach diecezji katowickiej: w Tychach, Łaziskach Górnych, Rydułtowach, Cieszynie i Bieruniu Starym, wypracowując system dziecięcych rekolekcji zamkniętych tzw. Oaza Dzieci Bożych, założył ruch oazowy Światło – Życie, Krucjatę Wyzwolenia Człowieka i Chrześcijańskiej Służby Wyzwolenia Narodów. W latach 1954 – 1956 r., w okresie wysiedlenia biskupów śląskich, uczestniczył w pracach tajnej Kurii w Katowicach. W październiku 1956 roku uczestniczył w organizowaniu powrotu biskupów do diecezji, rozpoczynając jednocześnie pracę w Referacie Duszpasterskim Kurii diecezjalnej w Katowicach i w redakcji tygodnika  „Gość Niedzielny”, prowadził także Ośrodek Katechetyczny, zaś od 1957 r. prowadził działalność pod nazwą „Krucjata Wstrzemięźliwości” – mającej charakter ruchu odnowy religijno – moralnej, opartego na duchowości o. Maksymiliana Kolbego. Krucjata wydawała swój dwutygodnik pt. „Niepokalana zwycięża”. Tak jawna i wszechstronna działalność ks. Franciszka Blachnickiego, zbyt negatywnie oceniana przez ówczesne władze polityczne, spowodowała, że 29.08.1960 r. władze te zlikwidowały Centralę Krucjaty a jej założyciela aresztowano w 1961 r. Po czterech miesiącach aresztu w katowickim więzieniu, osądzony, otrzymał wyrok 13 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Po zwolnieniu z więzienia, w październiku 1961 r. rozpoczął studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1963 r. podjął się prowadzenia rekolekcji oazowych metodą 15 – dniowych rekolekcji przeżyciowych – dobierając je stopniowo do różnych grup młodzieży, dorosłych i całych rodzin. W latach 1964 – 1972 pracował na KUL – u w charakterze asystenta i adiunkta – współorganizował Instytut Teologii Pastoralnej, wypracował koncepcję i podwaliny metodologiczne pod katechetykę fundamentalną i teologię pastoralną ogólną. W latach 1964 – 1980 rozwijał też ożywioną działalność w dziedzinie posoborowej odnowy liturgii w Polsce. Założył,, Lubelski Zespół Liturgistów”. Przez 10 lat był redaktorem „Biuletynu Odnowy Liturgii”. Od roku 1967 był Krajowym Duszpasterzem Służby Liturgicznej. Praca zapoczątkowana w oazie rekolekcyjnej, była kontynuowana w małej grupie w parafii. W ten sposób oazy rozwinęły się w ruch, zwany obecnie Ruchem Światło – Życie. Celem Ruchu (dotyczącym osób w każdym wieku), było i jest wychowanie świadomych chrześcijan i wypełnienie soborowej wizji Kościoła. Ruch ten rozwijał się nie tylko w Polsce, ale przeniósł się także za granicę – na Słowację, do Czech, nawet do Boliwii. W 1980 r. znowu pracował naukowo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w Lublinie. W okresie 1980 – 1981, gdy powstała Solidarność, powołał do istnienia Niezależną Chrześcijańską Służbę Społeczną, mającą upowszechniać ideę „Prawda – Krzyż – Wyzwolenie”, tzn. działać w duchu chrześcijańskiej nauki społecznej i ruchu wyzwolenia bez przemocy. Wyjechał do Rzymu 10.12.1981 r., i tam zastał go stan wojenny. W roku 1982 osiadł w ośrodku polskim Marianum w Carlsbergu w RFN, gdzie rozpoczął organizowanie Międzynarodowego Centrum Ewangelizacji Światło – Życie. Prowadził w nim pracę duszpasterską wśród polskich emigrantów, wydawał biuletyn „Prawda – Krzyż – Wyzwolenie”, zaś w czerwcu 1982 roku założył „Chrześcijańską Służbę Wyzwolenia Narodów” – stowarzyszenie skupiające Polaków i przedstawicieli innych narodów Europy Środkowo – Wschodniej wokół idei suwerenności wewnętrznej i jedności narodów w walce o wyzwolenie. Tę działalność społeczno – wyzwoleńczą prowadził z pobudek religijnych, inspirowany nauką Jana Pawła II, wierny zasadzie „światło – życie”. Jeszcze w Polsce, a potem także zagranicą nawiązywał kontakty ekumeniczne z różnymi ruchami odnowy. Zmarł nagle 27.02.1987 r. w Carlsbergu w Niemczech. Odznaczony: pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta (17.02.1994 r.), Krzyżem Oświęcimskim (5.05.1995 r.).

Dnia 9.12.1996 r. rozpoczął się proces beatyfikacji Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, 1.04.2000 r. jego szczątki zostały przeniesione do Krościenka i złożone w kościele pw. Dobrego Pasterza w jego dolnej kaplicy.

Bibliografia: I. Pająk Mieszkańcy Śląska, Podbeskidzia, Zagłębia Dąbrowskiego w KL Auschwitz, Katowice 1998, s. 33; L. Musiolik Rybniczanie słownik biograficzny, Rybnik 2000, s. 21, Dokumentacja APMA – B: numerowe wykazów transportów przybyłych do KL Auschwitz, zbiór obozowych fotografii więźniów, księga bunkra, „Transportettel”, Ankieta wypełniona osobiście w 1971 r. oraz fragment relacji A. Gołki – byłego więźnia KL Auschwitz nr ob. 1209.

Jerzy Klistała

Lis 212007
 

Od września 1945 r. zacząłem chodzić do szkoły – Szkoły Powszechnej Nr 2 na „Smolnej” – przy ulicy Wodzisławskiej. Ponieważ w czasie okupacji byłem już uczniem drugiej klasy, więc po wyzwoleniu, rozpocząłem naukę od klasy trzeciej.Pierwszą wychowawczynią naszej klasy, była wspaniała nauczycielka o nazwisku tak doskonale zapamiętanym do dnia dzisiejszego – Nowakowska. Okazywała nam dzieciom bardzo dużą serdeczność, chciała przekazać wiele wspaniałej wiedzy, a ponieważ potrafiła ładnie rysować, przekazywała nam wiele podstawowych wiadomości szkolnych w sposób obrazowy – poprzez rysunek.

Kiedy patrzę na zdjęcie które na całe szczęście nam wówczas zrobiono, ogarnia mnie tęsknota za tamtym czasem, od którego upłynęło tyle lat. Zdjęcie było zrobione 20. 05. 1946 r., miałem więc 10 lat i 5 miesięcy. Pozostali koledzy i koleżanki z tego wspólnego zdjęcia także mieli około 11 lat. Niektóre nazwiska po 50 – ciu latach pamiętam nawet do dnia dzisiejszego: Janek Halamoda, Janek Klimek, Jerzy Kuwaczka, Ledwoń, Grzonka, Urszula Sładkówna, Tomczyk, Tomanek, Nokielska, Podleśny, Grzesik, Trelówna i -… niestety, to chyba wszystkie nazwiska jakie zapamiętałem. Jak ułożyły się losy tych koleżanek i kolegów, co porabiają?

klistala_szkola

W szkole o której tyle co wspomniałem z taką nostalgią, chyba byłem mało komunikatywny z innymi koleżankami i kolegami. Mama bardzo zwracała uwagę na czystość wymowy, stąd różniliśmy się wymową od innych dzieci nie używając nadmiaru wtrąceń gwarowych podczas wspólnych zabaw. Przez to właśnie uważano mnie za „gorola”, a to znaczyło, że traktowano mnie za przybysza z „centralnej polski”, nie „swojaka”, gdy faktycznie jestem rodowitym rybniczaninem – Ślązakiem z krwi i kości, urodzonym w Rzędówce, portem nazywano ten teren Kamień pow. rybnicki, później Leszczyny a teraz teren ten należy bezpośrednio do Rybnika. W szkole, w dalszym ciągu używaliśmy tabliczek – jak w okresie okupacji, a jak pamiętam, bardzo dużo się ich rozbijało. Wystarczyła drobna niezgrabność by tabliczka spadła na podłogę, a wówczas trzeba było zbierać jej kawałki. To samo było, gdy nieostrożnie niosło się torbę lub uderzyło nią o coś twardego. Dopiero w czwartej klasie zaczęliśmy używać zeszytów z wąskimi liniami do języka polskiego i w kratkę do rachunków, a do pisania używaliśmy ołówków. Co zaś do moich postępów w nauce, były takie sobie – dostateczne. Byłem mało ambitnym uczniem i nie potrafiłem się zdobyć na lepsze oceny w szkole. Mijały dosyć wolno dni, tygodnie i miesiące od „powojennych” wydarzeń. Skromne odszkodowanie jakie mama otrzymała z tytułu poniesionych szkód wojennych szybko stopniały, bo i dużo trzeba było dokupić przedmiotów codziennego użytku oraz odzieży. Renta po ojcu z kolei – PKP, była dosyć niska. Zatrudnienia mama nie mogła otrzymać, więcmusieliśmy się liczyć z tzw. każdym groszem. Może niezbyt zrozumiałe jest odczucie biedy dla kogoś kto nigdy jej nie zaznał. Ja stykałem się z nią co chwilę, a żeby nie posądzano mnie o gołosłowność, przytaczam kilka przykładów. Bez wątpienia nie tylko ja, od rozpoczęcia się ocieplenia na dworze, przestawałem ubierać obuwie i chodziłem na „bosaka” do późnej jesieni – także do szkoły. Jedynie na okazję pójścia do kościoła a następnie przez okres zimowy do wiosny, ubierałem buty, które otrzymywałem od dziadka (ojciec mojego ojca) o on dostawał je na kolei z tzw. sortów mundurowych. Były to zatem zwyczajne robocze buty – ale na ich wygląd nie miałem żadnego wpływu. Byłem szczęśliwy niemniej od mamy, że mam w czym chodzić. Gdy więc mama spełniwszy moje świąteczne marzenia (święta Bożego Narodzenia) i dała mi w prezencie pod choinkę piękne chromowane łyżwy, mogłem nimi tylko sycić wzrok, gdyż o przymocowaniu ich do jedynych butów jakie miałem nie było mowy. A nuż urwała by się podeszwa – ich mocowania były na tzw. ściski żabkowe z boku dokręcane.

W maju 1946 r., po ukończeniu nauki katechetycznej u OO Franciszkanów przy ul. Wodzisławskiej, przystąpiłem do Komunii Świętej tymże kościele OO Franciszkanów. Gdy porównuję obecne imprezy odprawiane z tej to okazji, tamto moje przyjęcie komunijne, było nad wyraz skromne. Warto też poruszyć sprawę prezentów, jakie otrzymałem z tej okazji. Najwartościowszym dla mnie prezentem, była książeczka do nabożeństwa Droga do Nieba, którą otrzymałem od dziadków (rodziców i rodzeństwa ojca). Innych „rzeczowych” prezentów nie otrzymałem. Poza tym, byłem obdarowany paroma symbolicznymi złotówkami, które natychmiast oddałem mamie. My dzieci brat i ja) nie mieliśmy nigdy własnych pieniędzy. Nikt nas nimi nie obdarowywał, ale ze wzglądu na skromne dochody, jakimi nasza mama dysponowała – na życie, było nie do pomyślenia, byśmy mieli jakiejś skarbonki czy oszczędności, którymi moglibyśmy dowolnie dysponować. Wszystko co powinniśmy mieć „do życia”, zabezpieczała nam mama. Stąd nawet te ewentualnie otrzymane przy jakiejś nadzwyczajnej okazji grosze, były mamie oddawane bez przymusu.

By zamknąć tą część wspomnień, bardzo istotną dla mnie jest sprawa mojego wstąpienia w szeregi Związku Harcerstwa Polskiego. Otóż, wstąpiłem do harcerstwa początkiem 1949 r., do zastępu będącego częścią składowa istniejącej drużyny harcerskiej przy Szkole Podstawowej Nr 2 w Rybniku. Było to na krótko przed decyzją ówczesnych władz politycznych, podporządkowujących harcerstwo pod organizację młodzieżową ZMP i w następstwie tych zmian dotychczasowe ZHP przyjęło nazwę „Organizacja Harcerska”. Jak wielu moim rówieśnikom, marzyłem o ubraniu mundurka harcerskiego i zasłużeniem na noszenie przymocowanego do lewej kieszeni bluzy mundurka – jakże zaszczytnego symbolu – krzyża harcerskiego. Niestety, nie złożenie Przyrzeczenia Harcerskiego, uniemożliwiało realizację tego marzenia, mimo że wszedłem w posiadanie takiego krzyża – otrzymawszy go w prezencie od wujka, przedwojennego harcerza. Pojmowałem bowiem, że upoważniać może do jego noszenia, to szczególne i wyjątkowe przyzwolenie – złożenie Przyrzeczenia. Gdy więc nasza drużyna (i składające się na nią zastępy) rozwiązała się wraz przerwaniem istnienia harcerstwa na przedwojennych tradycjach, byłem bardzo rozgoryczony, że moje marzenie ubrania mundurka i noszenie krzyża harcerskiego nigdy nie zostaną zrealizowane. Jak zaś rozgoryczenie to było głębokie, niech świadczy fakt, że trwało ono przez cały okres mojego dojrzałego życia, czułem się stale harcerzem niepełnoprawnym.

Dodam nawiązując do tamtych czasów, że dopiero po 55 latach, 15. 12. 2004 r., na spotkaniu w Hufcu Beskidzkim – spotkaniu opłatkowym szacownego Kręgu Seniora „Orla Brać”, doznałem nie lada zaszczytu i wzruszenia. Zorganizowano dla mojej skromnej osoby uroczystość wielkiego formatu, miałem bowiem możliwość złożenia Przyrzeczenia Harcerskiego, a druhna Ewa Kossowska przypięła mi w klapę marynarki – tak upragniony Krzyż Harcerski. Wzruszenie nie pozwoliło wypowiedzieć nawet słów podziękowań dla organizatorów tak ważnej dla mnie uroczystości. Ten skromny dla innych gest, był dla mnie wyjątkowej miary wydarzeniem. W świadomości – przeleciał jak na ekranie kinowym tekst Bronisława Janika „Droga do Krzyża” (opisałem to w książce: Harcerstwo w miastach i powiatach Bielska i Białej w latach 1925 – 1949. Relacje, wspomnienia, życiorysy. W tych wspomnieniach Janik wiernie opisał dzieciństwo i przeżywaną przygodę poprzez przynależność do harcerstwa i jakże ambicjonalne pojmowanie zdobycia uprawnień do noszenia Krzyża Harcerskiego. Wśród uczestników spotkania opłatkowego był druh hm. Bronisław Wyrwicz, z którego osobą mam inne miłe skojarzenia. W krótkiej Jego pisemnej relacji znalazłem fragment przeżyć wigilijnych z 1931 r.:

„Wychowywano młodzież w duchu patriotycznym, przysposabiając ją do życia obywatelskiego. Patron drużyny, słynny rycerz Zawisza Czarny, stanowił wzór wszelkich cnót. Słowa Przyrzeczenia i treść Prawa Harcerskiego wryły się w pamięć każdego z nas, stając się przewodnią ideą w codziennym życiu. Częstokroć zbiórki odbywały się zwoływane systemem alarmowym. Pamiętna była Wigilia – 24. 12. 1931 r. Po wigilijnej wieczerzy otrzymałem alarmową wiadomość, że mam zgłosić się na Pasterce w zabytkowym kościele w Mikuszowicach. Stamtąd cala drużyna udała się na Błonia, gdzie rozpalono ognisko, a na rosnącym świerku zapalono świeczki. Po odśpiewaniu kilku kolęd i harcerskich pieśni, phm. Leon Łaciak wezwał niektórych z nas do złożenia Przyrzeczenia Harcerskiego na sztandar Hufca. Były to niezapomniane chwile. Hymnem harcerskim drużyna zakończyła wzruszającą uroczystość. Do domów wracaliśmy prawie nad ranem”.

Lis 142007
 

Z krótkotrwałej „ewakuacji” (na czas działań frontowych) wracaliśmy do Rybnika przez Rudy, Wilczę, Wielopole. Zmierzaliśmy wprost na Smolną, spodziewając się odnaleźć tam dziadków (rodziców mamy) – w miejscu ich zamieszkiwania podczas okupacji. Niestety, jak się okazało, nie mogli wrócić do mieszkania w „pawilonie sklepowym”, gdyż budynek ten był uszkodzony – miał wyrwę po bombie w jednej ze ścian. Ich sąsiedzi wiedząc gdzie dziadkowie znaleźli dla siebie nowe mieszkanie, przekazali tę informację mojej mamie.

Jak się później sprawa wyjaśniła, dziadkowie zmuszeni do zabezpieczenia sobie nowego lokum, znaleźli mieszkanie „poniemieckie” w budynku jednopiętrowym przy ulicy Piaskowej nr 49 – później zmieniono nazwę tej ulicy na Reymonta. Budynek był własnością Niemca Fojcika – zwolennika Hitlera, a na skutek przegranej wojny przez Niemcy, opuścił w czasie działań wojennych Polskę udając się prawdopodobnie do Niemiec. W budynku tym były cztery mieszkania składające się z pokoju i kuchni, a jedynie mieszkanie po właścicielu – Fojciku miało duży pokój, mały pokoik, kuchnię, przedpokój z „przeszkloną” werandą – oddzielającą przedpokój od klatki schodowej, oraz balkon. To właśnie mieszkanie zajęli dziadkowie. Budynek ten nie posiadał kanalizacji, instalacji wodnej, więc wodę wydobywało się za pomocą pompy ręcznej ze studni usytuowanej na podwórzu. Do ubikacji trzeba było chodzić na dwór – do murowanego wolno stojącego pomieszczenia, w którym mieściły się dwie „kabiny” z oddzielnymi wejściami. W dniu wzajemnego „odnalezienia” się z dziadkami, zostaliśmy u nich na noc, a dopiero następnego dnia mama ze swoim bratem poszła sprawdzić stan naszego mieszkania na „Maroko”. Niewiele było stamtąd do zabrania. Mieszkanie to było splądrowane, większość naszych rzeczy zostało skradzionych lub poniszczonych. Przywieźli więc na ręcznym – czterokołowym wózku to, co nadawało się do użytku, a było tego naprawdę niewiele. Zaistniała jednak okoliczność sprzyjająca i naszemu „urządzeniu” się w budynku zamieszkałym przez dziadków. Tuż obok nich, mieszkał tymczasowo rosyjski oficer, o dosyć specyficznych uprawnieniach. Nie miał dystynkcji na mundurze, lecz widać było po jego sposobie zachowywania się, że posiada dużo osobistej kultury i jest kimś znaczącym w wojsku. Babcia często zapraszała go na herbatę, więc przychodził wieczorami do dziadków i łamaną polszczyzną prowadził z nimi towarzyskie rozmowy o różnych życiowych sprawach. Gdy więc oficer ten podpowiedział dziadkom że za kilkanaście dni zwolni swoją kwaterę, a córka (moja mama) nie ma mieszkania, to „kwaterę” ową można będzie przejąć dla naszych potrzeb. O randze i uprawnieniach tego oficera, przekonaliśmy się po dosyć przykrym incydencie, gdy któregoś dnia po południu (oficer ten był gdzieś w „terenie”), przyszło do dziadków kilku podpitych oficerów rosyjskich wraz z dziewczynami w rosyjskich mundurach i żądali alkoholu. Gdy babcia odpowiedziała że wódki nie ma, zaczęli przeszukiwać mieszkanie, by zabrać coś wartościowego, co można by było wymienić na alkohol. Zauważywszy maszynę do szycia i parę innych przedmiotów, przywołali z przed domu kilku szeregowych żołnierzy i kazali wynieść wskazywane rzeczy. Bezskuteczne były protesty babci, a najmłodszy z oficerów (około 22 letni kapitan) postraszył Ją, że następnego dnia przyjdą znowu i zabiorą jeszcze więcej rzeczy. W ówczesnych warunkach, nie można było bagatelizować takich gróźb, gdyż wiadomo było do czego byli zdolni żołnierze, uzasadniający wszystko okolicznościami działań wojennych i „frontu”. Pod wieczór, zjawił się „nasz” oficer i po chwili zjawił się u dziadków na tradycyjnej herbacie. Zauważywszy ponury nastrój u dorosłych domowników, zagadnął o powód tego przygnębienia, a po babci wyjaśnieniach, skrócił wieczorne odwiedziny i powiedział, by się nie martwić, że wszystko będzie dobrze. Następnego dnia, ku naszemu zdumieniu, niemal zaraz po jego wyjściu z domu, podjechał ten sam wóz konny i dwaj rosyjscy żołnierze w pośpiechu wnieśli do mieszkania dziadków, rzeczy zabrane w dniu poprzednim. Zjawił się też ten młody kapitan wraz z pozostałymi uczestnikami buńczucznych zachowań. Byli bardzo trzeźwi, bardzo wystraszeni i pokornie przepraszali dziadków za swoje niestosowne zachowanie w dniu poprzednim.

Z tego, co dowiedzieliśmy się nieco później (po kilku miesiącach), „nasz” oficer był komisarzem politycznym – Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych. Tacy „wybrańcy” funkcjonowali w wojsku rosyjskim bez widocznych dystynkcji na mundurach, ale posiadali bardzo duże uprawnienia w zakresie utrzymywania porządku w wojsku. Pełnili funkcję sędziów, a za niesubordynację żołnierzy, za nie wykonanie rozkazu, za dezercję – mieli prawo orzekania kary do wyroku kary śmierci włącznie. W przypadku wyżej opisanego zdarzenia u dziadków, w sposób sobie wiadomy odnalazł tą grupę rozzuchwalonych oficerów musiał ich nieźle nastraszyć, że przyszli tacy skruszeni, z tak szczerymi przeprosinami. Po około trzech tygodniach od tego incydentu, „nasz” oficer przyszedł się pożegnać z dziadkami i odjechał wraz z wojskiem – przemieszczającym się w kierunku Berlina. Opuszczoną przez niego „kwaterę” (pokój z kuchnią) zajęła nasza mama i oczywiście natychmiast załatwiła wszystkie niezbędne formalności związane z oficjalnym przydziałem tego lokalu mieszkalnego.

Wspomniałem już, że z mieszkania na „Maroku”, tj. po pozostawionych tam meblach, przedmiotach codziennego użytku, bieliźnie i ubraniach, niewiele było do zabrania. Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych w Katowicach przydzieliła nam skromną miesięczną „rentę” po ojcu, i tak zaczęliśmy życie w pierwszych dniach i tygodniach po wyzwoleniu. Były jednak i przykrości, w tej nowotworzonej rzeczywistości polityczno – społecznej, gdyż w ramach przeprowadzanej w maju 1945 r. akcji rehabilitacyjnej osób wpisanych do trzeciej grupy niemieckiej (grupy narodowej lub do grupy tzw. „Leistungs – Pole”), mama była wezwana do Starostwa w Rybniku i musiała składać „deklarację wierności Narodowi Polskiemu i demokratycz­nemu Państwu Polskiemu”. Było wręcz upokarzające, że po takiej krzywdzie jaką doznaliśmy od okupanta – gdy nasi najbliżsi złożyli ofiarę życia za Ojczyznę, w tejże wyzwolonej ojczyźnie mama musiała składać „deklarację wierności”! W nawiązaniu do deklaracji lojalności, dowiedzieliśmy się, że po wyzwoleniu Rybnika, odnaleziono w byłym budynku gestapo wykazy osób, – które miały być wysłane do KL Auschwitz i tam uśmiercone gazem. Dzięki przyspieszonym o parę tygodni działaniom wojennym – zamiar ten nie został zrealizowany. Były na tych wykazach wpisane osoby z rodzin, z których kogoś wcześniej aresztowano czy uśmiercono – członków konspiracyjnych organizacji ruchu oporu, a więc wrogów Rzeszy. Na listach tych były wpisane i nasze nazwiska. Były także niepokojące okoliczności, dotyczące cioci Zofii Sobik, która nie zdążyła jeszcze wrócić z poobozowej „tułaczki” do domu, a już była poszukiwana przez rosyjskie jednostki „służby bezpieczeństwa”. Funkcjonariusze ci przyszli do dziadków i wypytywali o ciocię, a gdy nie zastali Jej u dziadków, poszli do jej teściów – Sobików, czy się tam nie ukrywa. Więźniarki z Auschwitz – Birkenau (między nimi Zofia Sobik) przesłane do Ravensbrück, stamtąd były ewakuowane w głąb Niemiec. W czasie kolejnej ewakuacji więźniarek, gdy kolumna przemieszczała się do następnej miejscowości, Zofia zdobyła się na odwagę i w dogodnym momencie wraz z koleżanką – współwięźniarką, wyskoczyła z kolumny. Po oddaleniu się kolumny więźniarek i eskorty SS, upewniwszy się, że jest już bezpiecznie, znalazły jakieś bezpieczne schronienie do spędzenia nocy, a w następnym dniu, po ustaleniu nazwy miejscowości w jakiej się znajdują, ruszyły w kierunku swoich domów. Nawiązując do poszukiwania Zofii Sobik przez Rosjan, prawdopodobnie dowiedziały się o tym („zbliżaniu” się do domu) osoby, dla których stanowiło to jakieś zagrożenie. Może sądziły, że po powrocie będzie mogła wskazywać „odpowiednim” służbom czy instytucjom, kto oprócz zdrajcy Zientka mógł donieść na gestapo o konspiracyjnej działalności jej męża Stanisława Sobika, że np. w ich mieszkaniu odbywały się konspiracyjne spotkania. Wiadome natomiast było, że funkcjonariusze rosyjskich służb bezpieczeństwa nie „bawili” się w drobiazgowe dochodzenie by ustalić prawdę. Aresztowali wskazanego osobnika i wysyłali w głąb Rosji. Zanim sprawa się wyjaśniła, lub gdy okazało się że zaistniała pomyłka w doniesieniu, często było za późno lub ciężko było z naprawieniem krzywdy wobec danej osoby. Tak więc, oczekując powrotu Zofii, dziadkowie i mama świadomi takich zagrożeń, mieli dużą obawę, czy Rosjanie nie pojawią się ponownie by Ją aresztować, a oficer który mieszkał obok w tym „naszym” mieszkaniu, i z którym można by wyjaśnić sprawę, już się wyprowadził i nie mógł nam pomóc.

W pierwszej połowie maja 1945 r., Zofia dotarła wreszcie do domu. W tym naszym budynku z mieszkania na parterze wyprowadziła się samotna starsza kobieta, więc ciocia postarała się o przydział na to mieszkanie i w ten sposób zamieszkaliśmy wszyscy w jednym budynku.

Lis 032007
 
Przedstawiamy dzisiaj kolejna postać społecznika z Rybnika -dzisiejszym bohaterem będzie Teodor Augustyn
Teodor Augustyn

Teodor Augustyn

Augustyn Teodor pseud. Tadeusz Twardowski,

Więzień więzienia Montelupich w Krakowie, KL Auschwitz nr 6164, KL Mauthausen nr 117524, podobozu Melk, podobozu Ebensee.

Urodził się 17. 04. 1895 r. w Rozbarku Bytomskim, w rodzinie robotniczej. Ukończywszy niemiecką szkołę powszechną i nie mając warunków do dalszego kształcenia się, podjął pracę zarobkową jako robotnik w górnictwie, a po jakimś czasie przeniósł się do pracy w hucie. W 1915 r. został powołany do armii niemieckiej – biorąc udział w walkach frontowych, skutkiem czego dwukrotnie ranny, jako inwalida został zwolniony z wojska (w 1917 r.) i wrócił do pracy w przemyśle – w hutnictwie, angażując się równocześnie w pracę konspiracyjną, mającą na celu szerzenie polskości na Śląsku. Współpracował z tak wybitnymi działaczami jak doktor Rostek1, doktor Hlond2 i profesor Ligoń3. W 1919 r. był organizatorem oddziałów POW Górnego Śląska w Rozbarku i Bytomiu, w miejscowościach tych organizował także oddziały bojowe. Uczestniczył we wszystkich trzech powstaniach śląskich. W pierwszym powstaniu, przy pomocy konfidentów prowadził wywiad, używając pseudonimu Tadeusz Twardowski. Był członkiem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”4 oraz chóru „Halka”. Od połowy grudnia 1919 r. do końca maja 1921 r. należał do kierownictwa Polskiego Komisariatu Plebiscytowego na powiat bytomski – sekretarz powiatowy. W okresie 1. 03 – 15. 06. 1922 r. pracował przejściowo pod kierunkiem doktora Emila Cyrana w PCK w Katowicach w charakterze rewizora, a po plebiscycie zamieszkał w Rybniku. Od 16. 06. 1922 r. został zarządcą administracyjnym Zakładu Psychiatrycznego w Rybniku. We wrześniu 1929 r. – po kursie wojskowym w Grudziądzu, otrzymał nominację na ppor. rezerwy WP. W 1930 r. został służbowo przeniesiony do Zakładu Psychiatrycznego w Lublińcu gdzie pracował jako zarządca od 1. 04. 1930 do 1. 07. 1937 r. Następnie, ponownie przeniesiono go do Rybnika gdzie pracował jako zarządca do ostatnich dni sierpnia 1939 r.

We wrześniu 1939 r., opuścił Rybnik, przebywał w Podhajcach, Lublinie i Lwowie, a następnie ukrywał się w Krakowie, pracując na stacji benzynowej. Przez przypadek aresztowany 2. 10. 1940 r. i więziony w więzieniu na Montelupich w Krakowie. Oskarżony wpierw niesłusznie o udział w zaginięciu kasy szpitala w Kobierzynie, po dokładniejszym sprawdzeniu jego akt personalnych, ujawniło się, że jest w „Specjalnej książce poszukiwawczej” miasta Bytomia – gdzie był znanym działaczem powstańczym. Z więzienia Montelupich 9. 11. 1940 r. w transporcie zbiorowym przewieziony został do KL Auschwitz, zarejestrowany w obozowej ewidencji jako więzień nr 6164. W obozie brał udział w obozowym ruchu oporu.

Zdjęcie obozowe Teodora Augustyna

Zdjęcie obozowe Teodora Augustyna

W styczniu 1945 r. (nocą 17/18) brał udział w marszu ewakuacyjnym więźniów z Oświęcimia do Wodzisławia Śl., a stamtąd w transporcie zbiorowym koleją (w wagonach towarowych) przewieziony do KL Mauthausen i zarejestrowany jako więzień nr 117524. Po jakimś czasie, przeniesiono go do podobozu Melk i Ebensee. Przeżył obóz, wrócił do Rybnika i uczestniczył w odbudowie Zakładu Psychiatrycznego ze zniszczeń wojennych. Na przełomie lat 1945 – 1946 r. przeniesiony do szpitala w Branicach na stanowisko kierownika administracji. W 1947 r. wrócił do Rybnika i pracował w Szpitalu Psychiatrycznym do 1962 r. Był członkiem Zarządu Miejskiego Związku Powstańców Śląskich, Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, brał czynny udział w pracach Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia. Za wybitne zasługi w walce o polskość Śląska, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej odznaczony wieloma odznaczeniami: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, dwukrotnie Złotym Krzyżem Zasługi, Śląskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Niepodległości. Zmarł 6. 11. 1963 r. – pochowany w Rybniku.

Teodor Augustyn w rozmowie z Rafałem Klistałą

Teodor Augustyn w rozmowie z Rafałem Klistałą

Bibliografia: L. Musiolik Rybniczanie słownik biograficzny, Rybnik 2000, s. 10; L. Musiolik Od Związku Powstańców Śląskich do Związku Kombatantów RP, s. 37; Tygodnik Rybnickiego Okręgu Węglowego i Ziemi Raciborskiej Nowiny, nr 24 (1401) z 1886 r.; Pismo Pracowników Służby Zdrowia Służba zdrowia, Nr 50 (746) z 1963 r.; Ziemia rybnicko – wodzisławska, pod red. J. Ligenzy, Katowice 1970, s. 304; Życiorys T. Augustyna (z archiwum rodziny T. Augustyna – dr S. Wyciszczoka)

Paź 292007
 

Wielu z Nas kupowało książki w popularnej  kiedyś księgarni „Basista” – a ilu z Nas wie kim był ów Basista? Zapraszam do przeczytania informacji na temat tego wspaniałego polskiego patrioty – rybniczanina.

Maksymilian Basista podczas 1 wojny śwatowej

Maksymilian Basista podczas 1 wojny śwatowej

Basista Maksymilian pseud. „Kwiecień”, „Gołucki”,

Więzień więzienia Montelupich w Krakowie, KL Auschwitz nr 152740.

Urodzony 7. 08. 1883 r. w Górkach pow. raciborski, syn Jana i Franciszki z d. Kałuża (Maksymilian był jednym z dziewięciorga dzieci Basistów). Od najmłodszych lat pomagał rodzicom w pracach gospodarskich. W latach 1889 – 1896 chodził do szkoły ludowej – niemieckiej, a po jej ukończeniu, w czternastym roku życia podjął pracę w hucie „Silesia” jako pracownik fizyczny. Po dwóch latach, zwolnił się z „Silesii” i w 1899 r. wyjechał z kolegami do Westfalii, gdzie został górnikiem w kop. Prosper II w Bottrop. Dodać należy, że w owym czasie Westfalia była ośrodkiem skupiającym wyjątkowo dużą ilość polskiej emigracji zarobkowej. Maksymiliana Basisty oprócz pracy w Bottrop, zdobył dla siebie podatny grunt – dla działalności kulturalnej i społecznej. Pełen zapału, wyróżniający się intelektualnie, zajął się niemal natychmiast działalnością kulturalno – oświatową wśród zbiorowości polskiej. Chłonny na wiedzę, przystąpił do intensywnej pracy nad sobą, do samokształcenia. W 1903 r. został powołany do wojska i wcielony do 56 pułku piechoty w Cleve i Wessel nad Renem. Po powrocie z wojska na początku 1906 r., zainteresował się nim Wincenty Lutosławski, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Spotkanie to spowodowało wstąpieniem Maksymiliana do „Eleusis”1 i miało wielki wpływ na kształtowanie się jego młodej osobowości. Dzięki wsparciu kolegów z pracy, w lutym 1906 r. rozpoczął kształcenie się w Seminarium Wychowania Narodowego im. A. Mickiewicza które prowadził W. Lutosławski w Krakowie.

Po ukończeniu Seminarium nie wracał już do Bottrop, lecz odbywał praktykę w słynnej księgarni firmy Gebethner i Wolf w Krakowie, a od 1907 r. rozpoczął naukę rzemiosła drukarskiego w firmie W. L. Anczyca i Spółki. Po trzech latach tj. 15. 01. 1910 r. został czeladnikiem sztuki drukarskiej. Ukończywszy ostatecznie naukę zawodu u Anczyca, powrócił w rodzinne strony – do Rybnika, gdzie prowadził intensywną działalność polityczną a zwłaszcza kulturalno – oświatową, organizując front oporu przeciw napływowi tzw. niemczyzny. Znamienna to data 14. 04. 1910 r., gdyż Maksymilian Basista otworzył w Rybniku księgarnię polską oraz skład materiałów piśmiennych. W tym też 1910 r. zawarł związek małżeński z Marią z d. Burda. W 1911 r. nawiązał kontakt z dyrektorem Towarzystwa Czytelni Ludowych (TCL) ks. Antonim Ludwiczakiem i jako dobry organizator sprawił, że w Rybnickiem powstała gęsta sieć bibliotek TCL, a on sam został wybrany na prezesa TCL w Rybniku (funkcję tę sprawował do 1938 r.). Ważnym akcentem jest założenie w tymże 1911 r. pierwszej polskiej gazety w Rybniku o nazwie „Straż nad Odrą”. W tym okresie stronił od polityki, niemniej, w 1912 oraz 1913 r. wspierał strajki rybnickich górników. Najwięcej jednak czasu oraz zabiegów organizacyjnych poświęcił utworzeniu amatorskiego ruchu śpiewaczego i powiązanego z nim amatorskiego ruchu teatralnego. Dzięki jego staraniom 18. 05. 1913 r. powołano do życia Towarzystwo Śpiewu „Seraf” w Rybniku – został jego prezesem i funkcje te sprawował do 1929 r.

Wybuch pierwszej wojny światowej spowodował zaprzestanie przez Maksymiliana działalności społecznej a także zawodowej. Został zmobilizowany do armii pruskiej i walczył pod Verdun, gdzie w lutym 1915 r. odniósł ciężkie rany. Po szpitalnym leczeniu, niezdatny do służby frontowej, został skierowany do kompani roboczych budujących umocnienia wojskowe, drogi, mosty w okolicach Brześcia, na Litwie, Łotwie, Estonii. Pracując w jednej z tych miejscowości 20. 09. 1918 r. otrzymał telegramem (telegram był fortelem) od chorej żony, wzywający do pilnego przyjazdu do domu. Otrzymał więc urlop z którego do kompanii roboczej już nie wrócił.

Od listopada 1918 r. wspólnie z Ludwikiem Piechoczkiem organizował wśród młodzieży rybnickiej oddziały bojowe, a 18. 01. 1919 r. gdy powstała Polska Organizacja Wojskowa – został jej członkiem. Jego dom i księgarnia stały się ośrodkiem działalności kierownictwa POW w Rybniku. Niestety, 23. 03. 1919 r. został aresztowany wraz z kilkoma innymi członkami POW i 14. 04. 1919 r. sądzony przez Nadzwyczajny Sąd Wojskowy w Raciborzu, że „z bronią w ręku usiłował oderwać Śląsk od Niemiec i udostępniał lokal księgarni dla zbrodniczej działalności organizacji polskich”. Otrzymany wyrok 3 lata więzienia, później sąd przysięgłych złagodził na karę 9 miesięcy, a ponieważ był bardzo schorowany, po wpłaceniu kaucji w wysokości 5000 marek został wypuszczony na wolność.

Po opisanych powyżej perypetiach, Maksymilian Basista opuścił Rybnik i aby uniknąć ponownego aresztowania, ukrywał się w Piotrowicach na Śląsku Cieszyńskim, skąd już 17. 08. 1919 r. wraz z zorganizowanym oddziałem szturmowym, wyruszył na teren powiatu rybnickiego by nieść wsparcie dla miejscowych powstańców. Niestety, silny opór Grenzschutzu zmusił oddział do odwrotu, i w taki to sposób znalazł się nadgranicznych wówczas Dziedzicach. Tam dotarł do niego rozkaz zorganizowania punktu powstańczego i utworzeniu grup bojowych, które odpowiednio przeszkolone, miały prowadzić działania destrukcyjne – antyniemieckie na Górnym Śląsku. Gdy powstanie się zakończyło, w pierwszych dniach września 1919 r. znalazł się w Sosnowcu i powołano go do służby w Milicji Górnośląskiej jako kierownik oddziału aprowizacyjnego, a nominacje tę wydał kierownik Ekspozytury Oddziału II Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Końcem listopada tegoż roku, powrócił do Rybnika i zabrał się za uporządkowanie zniszczonej księgarni – przenosząc ją początkiem 1920 r. do własnego domu. Z wielkim zapałem organizował koła śpiewacze, zespoły teatralne, wiece i uroczystości narodowe. To z inicjatywy Maksymiliana Basisty rozpoczęły (przerwaną na czas wojny) działalność chóry: „Słowiczek” w Wielopolu, „Harmonia” w Jejkowicach, „Paderewski” w Grabowni, „Orzeł” w Ochojcu, „Kościuszko” w Zamysłowie, „Kochanowski” w Czuchowie, „Mickiewicz” w Chwałęcicach, „Gwiazda” w Zebrzydowicach. Powstawały też gniazda Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. W lutym 1920 r. założył oddział Związku Śląskich Kół Śpiewaczych i jako prezes kierował jego działalnością, zaś w czasie kampanii plebiscytowej był założycielem i redaktorem „Gazety Rybnickiej”.

Basista przed swoją księgarnią na ulicy Kościelnej.

Basista przed swoją księgarnią na ulicy Kościelnej.

Podczas trzeciego powstania, Maksymilian Basista bez reszty zaangażował się w kolejne ważne wydarzenia na ziemi rybnickiej – był bowiem członkiem komendy powiatowej, odpowiedzialnym za akcję propagandową. W 1923 r. powołano Komisaryczną Radę Miejską pod przewodnictwem A. Prusa, a Basista wszedł w skład pięcioosobowej rady jako sekretarz. W 1930 r. za ogromne zasługi w krzewieniu idei Towarzystwa Czytelni Ludowych, nadano mu godność członka honorowego TCL. W 1934 r. został wiceburmistrzem w Rybniku, stając się bliskim współpracownikiem Władysława Webera. W zakres jego kompetencji wchodziły sprawy gospodarcze i kulturalne. Jako prezes Stowarzyszenia Kupców i członek Izby Przemysłowo – Handlowej w Katowicach (także Zarządu Wojewódzkiego Kupiectwa Polskiego), doprowadził do powstania w Rybniku Szkoły Handlowej. W latach 1936 – 1938 organizował Targi Rybnickie. Gdy 1. 09. 1939 r. około godz. 5: 00 oddziały Wehrmachtu wkraczały do Rybnika, po namowach przychylnych przyjaciół, uchodził z rodzinnego miasta a także Śląska. Jego nazwisko jeszcze przed wybuchem wojny (w 1939 r.) wpisane było do „księgi gończej” Sonderfahndungsbuch Polen (strona zarejestrowania 9B) – czyli przewidziany przez hitlerowców do „likwidacji” w pierwszej kolejności. Przedostał się do Krakowa, skąd 4 września ruszył na dalszą tułaczkę na wschód, docierając do Żółkiewki w Lubelskiem, jednak obawiając się nacjonalistów ukraińskich, powrócił do Krakowa. Miał jednak świadomość, że i to miasto – stolica Generalnego Gubernatorstwa nie jest dla niego bezpieczna. Przybierając więc fałszywe nazwiska „Kwiecień” lub „Gołucki” ukrywał się w okolicznych wioskach – w Mnikowie, Wielkiej Wsi, Ojcowie, Nowym Kościele.

Powojenne zdjęcie Basisty w pasiaku.

Powojenne zdjęcie Basisty w pasiaku.

Niestety, 3. 09. 1943 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu krakowskim – na Montelupich, skąd przesłano go do KL Auschwitz i tam został zarejestrowany jako więzień nr 152740. Dnia 11. 11. 1944 r. transportem zbiorowym przesłany do obozu pracy w Bawarii, lecz po likwidacji tego obozu 2. 04. 1945 r. dostał się do obozu leśnego w Mattenheim. Mimo trudnych warunków panujących w obozach w których przebywał, przeżył i odzyskał wolność 5. 05. 1945 r. – wyzwolony przez wojska amerykańskie. Po powrocie do Rybnika (miał już 62 lata), przystąpił kolejny raz do odbudowy księgarni i prowadził ją do 1948 r. Wówczas to, w związku z upaństwawianiem niemal wszystkiego, jego księgarnia przejęta została przez Spółdzielnię Spożywców.

Legitymacja Maksymiliana Basisty.

Legitymacja Maksymiliana Basisty.

Wznowił wprawdzie działalność społeczną, z której jednak wycofał się zdecydowanie w 1950 r. W uznaniu zasług – odznaczony Orderem Polonia Restituta. Zmarł 3. 11. 1967 r. w Rybniku.

Informacja dodatkowa. Gdy zbliżały się do Oświęcimia wojska rosyjskie (a więc pod koniec funkcjonowania KL Auschwitz), władze obozowe SS niszczyły dowody popełnianych zbrodni na więźniach, niszczono także dokumentację obozową. Skutkiem tego, nie było śladu pobytu w tym obozie Maksymiliana Basisty. Autor niniejszego opracowania dostarczył do APMA – B wiarygodne informacje na ten temat – w oparciu o zdobyte zeznania świadków. Zdjęcie w ubraniu obozowym nie jest typowym zdjęciem wykonywanym w obozie, lecz wykonanym na własny użytek przez Maksymiliana Basistę po powrocie do domu.

Bibliografia: L. Musiolik Śląscy patroni rybnickich ulic, 1994 r. s. 1; L. Musiolik Rybniczanie słownik biograficzny, Rybnik 2000, s. 14; I. Libura Z dziejów domowych powiatu – gawęda o ziemi rybnickiej, Opole 1984, s. 127 – 140; Ziemia rybnicko – wodzisławska, red. J. Ligenzy, Katowice 1970, s. 186 – 188, 199, 201, 202, 293 – 295; A. Mrowiec Z dziejów okupacji hitlerowskiej w rybnickiem, Katowice 1958, s. 29, I. Libura Maksymilian Basista rybnicki księgarz i społecznik (1883 – 1967), Zeszyty Rybnickie nr 2, rok 1991, s. 37, 38.

Zdjęcia Maksymiliana Basisty pochodzą ze zbiorów archiwalnych Muzeum w Rybniku (fotografia z ksiegarnią to MRy/H/616 i legitymacja MRy/ADH/415).

Paź 062007
 
Jesienią 1944 r., coraz częściej słyszalny był „na niebie” warkot silników samolotowych, a po nasileniu się owego warkotu, pojawiały się widoczne z ziemi srebrzyste sylwetki alianckich  „bombowców”. Niezliczona ilości srebrzystych punkcików, kierowała się  nad Kędzierzyn – noszący wówczas nazwę „Hajdebrek”. Leciały tam by bombardować Zakłady Chemiczne, w których Niemcy produkowali materiały wybuchowe na użytek wojska niemieckiego. Kiedy zaś samoloty przelatujące nad olbrzymimi połaciami pól uprawnych i lasów „Maroka” ginęły na horyzoncie, od Kędzierzyna dały się słyszeć wybuchy bomb, zrzucanych na wyznaczony cel. Po około półgodzinnych bombardowaniach, samoloty wraca­ły tym samym „kursem” skąd przyleciały. Czasem, pod wysoko lecącymi bombowcami, odbywała się walka powietrzna, szybciej i zwinniej poru­szających się „myśliwców” tzn. ochrony alianckiej – z myśliwcami niemieckimi. Zbliżające się do siebie z wiel­ką szybkością samoloty, oddawały w kierunku przeciwnika serie, co z dołu wyglądało jak wypuszczane dużej ilości przerywanych ogników, ale wyraźnie słychać było ów charakterystyczny jazgot karabinu maszynowego. Nie widziałem jednak, by któryś samolot spadł – pikując w kierunku ziemi.
Parę razy, kiedy wysoko na niebie pojawiały się alianckie bombowce, zaczęły z nieba opadać srebrne pasemka podobne do choinkowej lamety. Baliśmy się dotykać tych świecidełek, gdyż propaganda niemiecka chcąc w ludziach wzbudzić gniew wobec aliantów, podpowiadała różne nonsensy na ten temat. Opowiadano więc, że sreberka te posiadają właściwości wybuchowe lub samozapalające się przy dotyku, że są silnie trujące itd. Gdy jednak teraz o tym myślę, najprawdopodobniej były to przeciwzakłóceniowe sposoby mylenia namiarów radiowych, ułatwiających bezpieczny przelot bombowców.
W końcowych dniach listopada lub na początku grudnia, coraz  głośniej mówiło się o zbliżających się (od wschodu) działaniach wojennych, a skutkiem tego, niedale­ko naszego domu – kawałek za skrzyżowaniem obecnej ulicy Obrońców Rybnika i ulicy Wieczorka, niemieccy żołnierze zaczęli ustawiać działo. Nie znam technicznych określeń, jakiego typu było to działo, tyle że miało koła na oponach gumowych, posiadało pokrętło do podnoszenia lub opuszczania dosyć długiej lufy (około trzy metrowej), a jego obsługę stanowiło około ośmiu żołnierzy. Świadczyły te przygotowania o zbliżających się działa­niach wojennych, więc to o czym mówiło się dotychczas szeptem, teraz przybrało postać realną.
Ewidentne znaki zbliżającego się frontu do Rybnika spowodowały, że moja mama, po wcześniejszych przygotowaniach, podjęła decyzję przeniesienia się na okres działań wojennych – do piwnicy. Przygotowała tam legowiska do spa­nia, zniosła stół kuchenny, krzesła, oraz zmagazynowała zapasy żywności. Nie pamiętam jak przyrządzane były gorące posiłki, czy gotowała je w kuchni (w naszym mieszkaniu), czy też był jakiś prowizoryczny piecyk w piwnicy, ale jadaliśmy i ciepłe posiłki.
Wraz z nami, w pi­wnicy – tyle że w swojej części, przebywała rodzina P. – lokatorów z piętra. Mąż Pani P. był Niemcem i powołany został do wojska. Był w pełni tego słowa znaczeniu prostackim fanatykiem hitlerowców. Pracował jako pracownik fizyczny w rybnickim browarze. Jako Niemiec i wielki zwolennik hitlerowców, otrzymał zezwolenie na posiadanie radioodbiornika, więc w niedzielne dni, od rana rozbrzmiewały przez na oścież otwarte okna jego mieszkania – melodie niemieckich marszów i hitlerowskich pieśni! Jego żona także była prostą kobietą, ale zachowywała się rozsądnie. Z wyrozumiałością znosiła fanatyzm męża i odczuwała wobec naszej mamy coś w rodzaju zakłopotania głupotą męża. Wręcz zdawało mi się, że ulżyło jej, kiedy P. zabrano do wojska, tyle, że sama musiała się opiekować czwórką dzieci. Z naszą mamą żyła w zgodzie, a w piwnicy wzajemnie sobie pomagały. Oczywistą natomiast sprawą było, że my dzieci bawiłyśmy się razem.
Gdy front zbliżał się do przedmieścia Rybnika, a i wybuchy bomb oraz nalo­ty samolotów było coraz głośniej słyszalne, mama wraz z P. poszły na strych, skąd można było lepiej ocenić bliskość działań wojennych. Przyleciały jednak dosyć szybko do piwnicy i były bardzo wystraszone, a z późniejszych opowiadań wyniknęło, że podczas ja­kiegoś wybuchu bomby – gdy były na strychu, jeden z odłamków rozpalony do białości, spadł tuż obok mamy i byłby Ją zabił. Od tego czasu, ani mama ani P. nie na strych nie wychodziły.
Po jakimś czasie przebywania w piwnicy, słyszeliśmy nad sobą (w naszym mieszkaniu na parterze) kroki w wojskowych butach, co świadczyło, że wchodzą do budynku żołnierze, a z usłyszanej mowy zorientowaliśmy się, że są to żołnierze niemieccy. Po krótkiej strzelaninie z okien naszego mieszkania, żołnierze ci wyszli, ale po chwili znowu słychać było odgłos kroków, znowu odbywała się strzelanina, a tym razem dolatywała do piwnicy mowa rosyjska. Znaczyło to, że front już przebiega przez nasz teren.
Nie wiem, ile dni czy tygodni przebywaliśmy w piwnicy, ale któregoś rana usłyszeliśmy łomotanie w drzwi wejściowe do piwnicy, a gdy mama je otworzyła, wszedł do piwnicy rosyjski oficer w jasnym kożuchu z dużym futrzanym kołnierzem. Kożuch przepasany był pasem wojskowym, przy którym przyczepiona była kabura z dosyć długim pistoletem. Na głowie miał baranicę ze sre­brnych karakułów z wpiętą z przodu czerwoną gwiazdą. Za nim weszło chyba pięciu szeregowych żołnierzy z pistoletami maszynowymi (pepeszami) gotowymi do strzału.
Germańcy u was jest”? – zapytał oficer!
Nie,- prawie z krzykiem odpowie­działa mama i P.!
A wy czto suda rabotajecie”? – zapytał ponownie oficer.
Mama i P. chcąc by ich Rosjanin zrozumiał, tłumaczyły pomagając sobie rękami, że schowaliśmy się w piwnicy przed strzelaniną i działaniami wojennymi. Oficer ten, oceniając naszą sytuacja jako niebezpieczną, oświadczył że nie możemy nadal przebywać w tej piwnicy, że jego żołnierze wywiozą nas w bezpieczniejsze miejsce.
Zgodnie z tą decyzją, przyjechały za około pół godziny dwa wozy konne i w asyście chyba dziesięciu żołnierzy ulokowano nas na wozach i wie­ziono poza linię frontu – w to bezpieczniejsze miejsce. Pamiętam, że jechaliśmy polnymi drogami w kierunku ulicy Gliwi­ckiej, potem przez Wielopole, przez Wilczę, Rudy do wioski Pilchowice, – niedaleko Knurowa, a dojeżdżając w okolice Rud, przeprawialiśmy się przez jakiś mostek nad niewielką rzeczką. Przed mostkiem i w koło niego, leżały trupy ludzi cywilnych, żołnierzy, oraz kilka zabitych koni i krów.
Pozostaje w mojej świadomości znamienne wydarzenie z tego okresu – wydarzenie wręcz symboliczne, że nie wolno w „czambuł” potępiać wszystkich Rosjan, dla prymitywnego koniunkturalizmu. Otóż, w pewnym momencie, rozległa się strzelanina krótkimi seriami oraz pojedyncze strzały, a gdzieś dalej słychać było wybuchy granatów. Gdy rozległa się ta strzelanina, żołnierze eskortujący nas – a idący obok wozów (by ulżyć koniom ciągną­cym wozy), wskoczyli na wozy i nakryli nas swoimi ciałami, chroniąc przed zranieniem. Konie spłoszone tą strzelaniną stawa­ły dęba, woźnica popędzał je do biegu i cała sytuacja wyglądała bardzo groźnie. Chociaż byłem wówczas zaledwie 9–cio letnim dzieckiem, odczuwałem wielką wdzięczność wobec tych rosyjskich żołnierzy. Z takim poświęceniem bronili życia zupełnie obcych dla nich lu­dzi – ludzi spotkanych przecież tak przypadkowo.
Przejeżdżając przez Rudy, mijaliśmy zabudowania du­żego Szpitala Psychiatrycznego i oczom naszym ukazał się makabryczny widok. Na dziedzińcu szpitala, le­żały trupy kilkudziesięciu pacjentów szpitala, ubranych w pasiaste piżamy. Wynikało z tego, że wygnano wszystkich pacjentów na dziedziniec i rozstrzelano z karabinu maszynowego. Leżeli w pozycjach, w jakich dosięgła ich kula. Jedni leżeli rozciągnięci na wznak, inni na brzuchu, a jeszcze inni wsparci o ściany budynków (okalających podwórze) – w pozycji półstojącej. Nie było jednak czasu na dłuższe obserwacje, gdyż musieliśmy jechać dalej, a zwłoki te leżały tam chyba od kilku dni.
Dojechaliśmy wreszcie do jakiejś wioski koło Pilchowic czy Szczejkowic. Tam zeszliśmy z wozów – z tym skromnym dobytkiem jaki mama mogła w pośpiechu zabrać. Na dobytek ten składała się: pierzyna, jakiś przyodziewek dla nas i dla mamy, i – ….. był także budzik (ślubny prezent mamy), który jechał z nami w czasie ewakuacji do Iłownicy (w sierpniu 1939 r.), a tym razem ukrywany przed Rosjanami, którzy z wielką zachłannością zabierali zegarki, traktując je jako cenną zdobycz.
Żołnierze rosyjscy oczywiście natychmiast odjechali, a my zostaliśmy przygarnięci „pod dach” przez nieznajomych ale przyjaźnie do nas nastawionych ludzi, mieszkających w wiejskim parterowym domu, z trzema pokojami i kuchnią wewnątrz. Jeden z pokoi oddali do naszej dyspozycji.
Tam, żyliśmy przez jakiś czas w ewakuacyjnych niedogodnościach, biorąc pod uwagę opuszczenie własnego mieszkania z niewielkim dobytkiem (prawie żadnym), z niepewnością czy wojnę przeżyli dziadkowie którzy opiekowali się dziećmi cioci Sobikowej – uwięzionej ze swoim mężem i moim ojcem. Mama szczęśliwa była, że nikomu z naszej trójki nic się nie stało. Wprawdzie kule nieraz latały nam koło głowy i tylko Opatrzności Bożej można być wdzięcznym, że nas omijały nieszczęścia! Dorośli mówili wprawdzie o gwałce­niu kobiet i kobiety chodziły przestraszone, (mama tak­że), ale ja byłem za mały by zdawać sobie sprawę o co chodzi – w naszym otoczeniu do niczego takiego nie doszło.
W pierwszej dekadzie marca 1945 r. coraz rzadziej słyszalne w oddali pojedyncze strzały karabinowe oraz wybuch bomb, świadczyły o końcu działań wojennych i możliwym powrocie do domu – do Rybnika. Powrót ten odbywał się na piechotę więc i z bardzo małym tobołkiem – niemal tą samą ilością rzeczy z jaką opuszczaliśmy nasze mieszkanie w Rybniku na „Maroku”.