Sty 092015
 

Wiele znaczące dla zwolenników Hitlera a więc i formacji SS mordującej więźniów w obozach koncentracyjnych, były wskazówki ich wodza o eksterminacji Polaków wygłoszone dnia 22 sierpnia 1939 r.:
[…] … Wydałem rozkaz zabijania bez litości i bez miłosierdzia mężczyzn, kobiety i dzieci polskiej mowy i polskiego pochodzenia. Tylko w ten sposób zdobędziemy potrzebną nam przestrzeń życiową… Polska będzie wyludniona i zasiedlona Niemcami.

Wypełniano więc te zalecenia Hitlera i mordowano wrogów hitleryzmu do ostatnich dni funkcjonowania III Rzeszy – przez rozstrzeliwanie przy każdej sposobnej okazji, w więzieniach, a przede wszystkim w stworzonych przez hitlerowców fabrykach śmierci – obozach koncentracyjnych.
Skupiając uwagę na przykładowym obozie KL Auschwitz-Birkenau, nowy rok 1945 rozpoczął się od bolesnej dla więźniów wiadomości. Tego dnia 100 więźniarek i 100 więźniów z bloku jedenastego wywieziono samochodami ciężarowymi do krematorium w Birkenau, gdzie następnie zostali rozstrzelani. Były to więźniarki i więźniowie, których osądzono przed 24.12.1944 r. Dnia 5 stycznia 1945 r. odbyło się w bloku nr 11 ostatnie posiedzenie policyjnego sądu doraźnego, na którym skazano na śmierć 70 Polaków. Wyrok ten wykonano także w krematorium nr V w Birkenau.
Dnia 17 stycznia 1945 r. przedostała się do obozu informacja, że jednostki Armii Czerwonej są już na przedmieściach Krakowa, skutkiem czego komendant obozu podjął decyzję o ewakuacji więźniów. W nocy z 17 na 18 stycznia na dziedzińcu bloku nr 11 palono akta, podobnie czyniono też w innych obozach i podobozach podległych KL Auschwitz. Więźniowie w napięciu czekali na moment ewakuacji. Liczyli bowiem na to, że wyjście poza ogrodzenia obozu stworzy okazję do ucieczki. Formowano ich w kolumny po 5 osób w rzędzie. Tylko eskortujący ich i dobrze uzbrojeni esesmani znali kierunek marszu.
Dnia 18 stycznia o świcie wyprowadzono z obozu pierwszą, około 500-osobową kolumnę więźniów. Za tą grupą wychodziły następne, i następne…
W obozie pozostać mieli tylko więźniowie niezdolni do marszu, a więc chorzy, skrajnie wyczerpani, oraz kilku więźniów, którzy postanowili pozostać z chorymi. Wieczorem 18 stycznia 1945 r. sformowano ostatnią kolumnę ewakuacyjną, w której m. in. znaleźli się Franciszek Ogon, Karol Miczajka oraz jego brat, Henryk z Rybnika, a Henryk pracował w komandzie obsługującym więźniarski szpital (Häftlingskrankenbau).
Według relacji mojego rozmówcy – Karola Miczajki, śnieg pokrywał plac apelowy i wszystko dookoła. Było bardzo zimno, więźniowie marzli czekając na polecenie wymarszu. Stali przygotowani do wyjścia. Niemal tuż przed bramą Henryk – podszedł do Karola i powiedział: „Karol, ja nie dam rady iść, ja zostaję”. Uściskali się serdecznie na pożegnanie, gdyż nie wiedzieli, czy się jeszcze zobaczą. Po chwili Henryk przesunął się między stojącymi w kolumnie więźniami w głąb obozu i wrócił do chorych. Karol Miczajka bardzo mocno przeżywał rozstanie z bratem. Wychodził z obozu ze świadomością, że esesmani wymordują wszystkich pozostałych w obozie więźniów, aby nie zostawić świadków swoich zbrodni.
Około godziny 1.00 w nocy ta ostatnia kolumna opuściła obóz.
Wiał lodowaty, przejmujący wiatr, a mróz sięgał poniżej 20 stopni Celsjusza. Byli umęczeni wyczerpującą pracą do ostatnich chwil pobytu w obozie. Do tego dochodził głód, bo cóż znaczył dla tak wycieńczonych organizmów suchy prowiant, który otrzymali na drogę – bochenek obozowego chleba i około 300 gr margaryny na osobę.
Trudno jest sobie wyobrazić, co czuli więźniowie opuszczając obóz po miesiącach czy latach doznanych tam upokorzeń i cierpień. Musiały to być sprzeczne uczucia – radości i szczęścia z przetrwania piekła obozu, smutku i żalu z powodu milionów zamordowanych tam więźniów, strachu i niepewności co do dalszego losu. Ewakuacja nie oznaczała jeszcze wyzwolenia!
W Księdze Pamiątkowej rybnickiego gimnazjum, Karol Miczajka zamieścił tekst pt. „W drodze krzyżowej” – o owym marszu ewakuacyjnym, zwanym także „marszem śmierci” a który cytuję poniżej:
„Nadszedł dzień 18 stycznia 1945 r., pamiętny dzień ostatecznej likwidacji obozu oświęcimskiego, dzień, zwiastujący wrogom zbliżającą się nieuchronnie klęskę, nam zaś, numerom w pasiakach, iskierkę nadziei.
Podniecenie i rozgorączkowanie obejmowało nie tylko więźniów, ale i naszych krwiożerczych stróżów, którzy w obliczu nieuchronnej zguby wpadali z jednej ostateczności w drugą: to udawali bardzo dobrych i współczujących, a strach wyzierał z ich rozszerzonych źrenic, to wpadali we wściekłość, a wtenczas biada tym, co wpadli w ich szpony.
Od rana nieprzerwanie wychodziły przez bramę setki więźniów w zwartych szeregach z tobołkami, paczkami, tłomokami. Każdy przygotował się do drogi, jak mógł najlepiej. W ostatnim bowiem dniu otworzono wszystkie magazyny odzieżowe i żywnościowe, wydając z nich zapasy bez ograniczenia. Ruch w obozie zrobił się niczym w ulu. Przed kancelarią obozową palił się stos kartotek, aktów i pism, a funkcjonariusze SS pilnowali, aby wszelkie dowody ich działalności zostały całkowicie zniszczone.
Około godziny dwunastej w nocy pochłonęła nas fala wypływających z obozu więźniów. Księżyc świecił jasno, oświetlając nam drogę i chrupiący pod nogami śnieg. Mróz szczypał w uszy i odmrażał policzki i ręce, ale nikt nie czuł mrozu. Szliśmy raźno po udeptanym śniegu w księżycową noc, w nieznaną i niebezpieczną przyszłość. Wznosząc oczy do nieba, ten i ów robi nieznacznie znak krzyża i szepce słowa modlitwy. Pytamy się sami siebie: Co gotuje nam los? Czy wreszcie będzie łaskawszy, czy też nadal tak nieludzko okrutny?
Jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie i ciche westchnienie; westchnienie, które miało być wyrazem ulgi, ale przytłoczone ogromnym ciężarem niepewności i obawy, z trudem dobyło się z piersi.
Obok nas nieodstępni stróże, odziani w grube płaszcze i kożuchy, z karabinami przygotowanymi w każdej chwili do strzału. Wśród mroźnej nocy słychać ich nawoływanie i ujadanie rwących się na smyczach psów.
Idziemy spokojnie i miarowo z szeptem modlitwy na ustach, składając los nasz w ręce Wszechmocnego.
Wtem – strzał!
Stłumiony, niewymownie żałosny okrzyk kobiecy uleciał w powietrze, nie budząc echa w przyrodzie. Oglądamy się nieznacznie do tyłu. Postać kobiety z podniesionymi jak do modlitwy rękami zachwiała się, zastygła na moment w bezruchu i runęła pod nogi zbira, w którego rękach jeszcze drgała świeżo odpalona broń…
Zaczerwienił się śnieg pod ciałem niewinnej ofiary. Twarz jej w blasku księżyca jaśniała jakimś nieziemskim światłem, ręce wciąż do modlitwy złożone…
SS-man wykrztusił jakieś przekleństwo, skrzywił w potwornym grymasie usta i ciężkim butem zepchnął ofiarę do rowu. Potoczyło się bezwładem swoim ciało na spoczynek bez trumny, bez pogrzebu, tylko długi, bez końca orszak pędzonych skazańców oddawał jej w milczeniu ostatni hołd. Zerwał się zbrodniarz z krzykiem, miotając przekleństwa, odwrócił się do przechodzących, wywijając na oślep kolbą karabinu… Popędził naprzód jak oszalały zwierz, zmuszając do przyspieszenia kroku.
Ale nic nas nie obchodziły jego dzikie okrzyki, nie odczuwaliśmy razów ciężkiej kolby, mając wciąż przed oczyma piękną twarzyczkę, zastygłą w blasku męczeństwa. Odleciał od nas lęk i strach, jakby nad nami unosił się duch tej męczennicy i tylu milionów ofiar Oświęcimia.
I tak długa bez końca kolumna wynędzniałych cieni sunęła wciąż naprzód, znacząc drogę trupami i krwią…
*
Marsz ewakuacyjny więźniów z Oświęcimia do Wodzisławia Śl. odbywał się dwoma trasami:
– Pierwsza wiodła przez: Rajsko, Brzeszcze, Jawiszowice, Miedźną, Ćwiklice, Pszczynę, Porębę, Brzeźce, Studzionkę, Pawłowice, Pniówek, Bzie, Jastrzębie Zdrój i Mszanę, Wilchwy.
– Druga wiodła przez: Rajsko, Brzeszcze, Jawiszowice, Miedźną, Ćwiklice, Pszczynę, Suszec Łęg, Rudziczkę, Żory, Świerklany, Marklowice.
Co chwilę słychać było odgłosy strzałów z karabinów. Więźniów, którzy nie nadążali za kolumną lub próbowali uciekać, esesmani od razu zabijali. Ich ciała zostawiano na poboczu drogi – tam, gdzie zostali zamordowani. Nic więc nie wstrzymywało hitlerowców od morderczych przyzwyczajeń, nadal bez skrupułów uśmiercali więźniów. Kto chciał przeżyć, musiał iść – o głodzie, bez względu na mróz i na stan zdrowia…
Esesmani widzieli, że więźniowie nie są w stanie iść bez przerwy, dlatego za Pszczyną, w miejscowości Poręba zorganizowano nocleg. Obie kolumny liczyły około 3500 więźniów, więc tylko części z nich udało się znaleźć schronienie w stodole i w szopie miejscowego folwarku. Nie znaczy to jednak, że mróz w tych pomieszczeniach był mniej dokuczliwy. Karol Miczajka wspominał, że mocno przytuleni do siebie i z dachem nad głową byli w lepszej sytuacji od więźniów nocujących pod gołym niebem, mimo to, wielu z nich – zarówno tych pod dachem, jak i na dworze – nie dożyło świtu.
Wczesnym rankiem 20 stycznia więźniowie wyruszyli w dalszą drogę. Po całodziennym marszu dotarli do drugiego miejsca noclegu w Jastrzębiu Zdroju. Podobnie jak pierwszej nocy, część więźniów znalazła schronienie w różnych pomieszczeniach gospodarczych przy folwarku, a część nocowała pod gołym niebem. Tam tutaj wielu więźniów nie przeżyło nocy – zamarzali i umierali z wycieńczenia.
Karolowi Miczajce przypadło podczas tego noclegu spać wraz z kilkoma innymi więźniami na gnojowisku obok folwarku. Leżeli przytuleni do siebie, a od dołu ogrzewał ich gnój. Było im na tyle ciepło – jak wspominał Miczajka, że ta noc była dla niego najprzyjemniejsza od momentu aresztowania!
Marsz z Jastrzębia do Wodzisławia Śląskiego odbywał się na odcinku zaledwie dziesięciu kilometrów, ale była to najtrudniejsza część drogi. Jak podają niektóre publikacje, po przejściu kolumny na tym tylko odcinku doliczono się 74 zastrzelonych więźniów. Do Wodzisławia dotarli około południa. W Wodzisławiu kolumnę zaprowadzono na stację kolejową, gdzie więźniowie mieli być załadowani do węglarek.
Około godziny 16:00 pociąg wypełniony więźniami wyruszył z Wodzisławia w stronę Chałupek-Bogumina, a na jeden wagon przypadało około 100 osób.
Kolejnym etapem ewakuacji był obóz KL Mauthausen, i transport ten dotarł na miejsce 26.01.1945 r., a stamtąd rozdzielano więźniów i przetransportowywano do pobliskich podobozów i komand roboczych.
Uzupełniając esencjonalnie informację o obozie koncentracyjnym Mauthausen, pelnił on 1940 r. rolę obozu głównego (Stammlager) dla powstających podobozów (Nebenlager). Został zbudowany latem 1938 r. przez więźniów, głównie Austriaków. Otwarto go 9 sierpnia 1938 r. Od maja 1939 r. zaczęto zsyłać do Mauthausen więźniów politycznych (Schutzhäftlinge) – Niemców z Rzeszy i Sudetów Czeskich, a także Austriaków i Czechów oraz badaczy Pisma Świętego.
W latach 1943-1945 większość więźniów przeznaczonych do pracy w podobozach rozpoczynała staż obozowy w Mauthausen lub kontynuowała tu pobyt rozpoczęty w Oświęcimiu, Gross-Rosen i innych obozach. Stąd – po odbyciu kwarantanny lub kilkumiesięcznej pracy – byli oni przekazywani do Gusen, a w latach następnych – do coraz liczniejszych podobozów na terenie Austrii.
Więźniowie Mauthausen pochodzili z krajów Europy okupowanych przez Niemcy, a tylko nieliczni – z krajów neutralnych lub spoza Europy. Najliczniejszą grupę stanowili Polacy i obywatele radzieccy (jeńcy wojenni i robotnicy cywilni), następnie Węgrzy (głównie pochodzenia żydowskiego), Niemcy i Austriacy (zaliczani w statystyce do Niemców), Francuzi, Jugosłowianie, Włosi i Hiszpanie.
W podobny sposób jak Mauthausen i Gusen tworzono w następnych latach podobozy w Melku, Linzu, Ebensee i innych miejscowościach Austrii.
Warunki pracy były ciężkie. Sto osiemdziesiąt sześć schodów prowadzących do kamieniołomów Wiener Graben z położonego na wzgórzu obozu stało się symbolem martyrologii więźniów Mauthausen. Wracający codziennie tymi schodami więźniowie padali z wyczerpania, byli stąd strącani w przepaść przez eskortujących SS-manów i kapo. Niezdolnych do pracy i chorych zabijano masowo zastrzykami dożylnymi w obozowym szpitalu lub wysyłano do zakładu w Hartheim, gdzie zabijano ich gazem.
Obóz został wyzwolony 5 maja 1945 r. przez jednostkę armii amerykańskiej. Komendant obozu, Franz Ziereis, został schwytany przez więźniów Gusen. Zmarł z ran odniesionych podczas próby ucieczki.
*
Na zakończenie przytaczam kilka niezbędnych acz przykrych liczb, dotyczących owego marszu ewakuacyjnego – „marszu śmierci”:
– 17-go stycznia do ostatniego apelu w KL Auschwitz – Birkenau i wszystkich jego pozdobozach stanęło około 66020 więźniarek i więźniów,
– Ostatecznie o godz. 1:00 w nocy 19-go stycznia kolumna marszowa liczyła ok. 3500 więźniarek i więźniów,
– Długość trasy ewakuacyjnej z Oświęcimia do Wodzisławia Śl. wynosiła 63 km,
– Ostatnia grupa 30 więźniarek wychodziła z obozu dnia 19-go stycznia o godz. 4:00,
– Na trasie przemarszów, pozostało 37 zbiorowych mogił,
– W Brzeszczach na cmentarzu jest zbiorowa mogiła 18 więźniarek i więźniów o nieznanych nazwiskach,
– Na odcinku Rajsko-Góra zebrano 21 zwłok więźniarek i więźniów,
– W Miedźnej spoczywają 42 ofiary marszu ewakuacyjnego, w tym 29 zwłok więźniarek,
– W Ćwiklicach pochowano ok. 42 ofiary marszu – 26 więźniarek i 16 więźniów,
– W Pszczynie znajduje się największa zbiorowa mogiła i niestety nie zdołano doliczyć się pochowanych tam ofiar marszu. Pogrzebano w niej zebrano zwłoki z ulic miasta i najbliższych okolic Radostowic i Kobielic,
– W Brzeźcach pochowanych jest ok. 40 ofiar marszu ewakuacyjnego,
– W Studzionce pochowano 18 więźniarek i więźniów zastrzelonych strzałem w tył głowy,
– W Bziu Zameckim znajduje się mogiła zbiorowa 22 ofiar marszu,
– W Jastrzębiu na noclegu zmarło 15 wieźniów, zaś na cmentarzu znajduje się mogiła zbiorowa 36 ofiar marszu ewakuacyjnego,
– W Mszanie znajdują się mogiły 33 więźniarek i więźniów,
– W Suszcu i Rudziczce znajdują się mogiły 63 mogiły więźniarek i więźniów – ofiar marszu,
– W Żorach znajduje się mogiła zbiorowa 23 więźniarek i więźniów,
– W Roju znajdują się mogiły 25 więźniarek i więźniów,
– W Świerklanach znajduje się mogiła 16 więźniarek i więźniów – ofiar marszu.
Dalsza nieustalona liczba uśmierconych więźniów dotyczy tych niezliczonych ofiar, które zginęły podczas transportu kolejowego w kierunku Mauthausen-Gusen!

Postscriptum: Miczajka często wspominał, jak wspaniale zachowywała się na wodzisławskim dworcu Marta Piechaczek, szwagierka Franciszka Ogona. Znał ją jeszcze ze wspólnej działalności konspiracyjnej w ZWZ/AK, gdzie pełniła funkcję łączniczki. Była to bardzo urodziwa dziewczyna i wspaniała patriotka.
Marta Piechaczek pracowała w czasie okupacji na dworcu w Rybniku. Dowiedziała się tam o transporcie oświęcimskich więźniów i przyjechała do Wodzisławia, gdzie w iście bohaterski sposób niosła pomoc umęczonym więźniom. Znała dobrze teren wokół stacji kolejowej, toteż z wielką werwą i pewnością siebie przebiegała od wagonu do wagonu wypełnionego więźniami, roznosząc w dużej misce gorącą herbatę. Według Miczajki, wyglądało to tak, jakby Marta Piechaczek zahipnotyzowała esesmanów pilnujących więźniów, gdyż nie wzbraniali jej podchodzić do wagonów i podawać więźniom napoju. Kiedy miska była pusta, wbiegała do budynku stacji i po chwili zjawiała się z nową porcją herbaty. Niektórzy więźniowie – ze względu na duży mróz – mieli poowijane palce rąk w różne skrawki materiału. Gałgany te moczyli w gorącej herbacie, aby ogrzać zmarznięte końce palców, a dopiero potem wysysali z nich napój. Inni pili herbatę bezpośrednio z miski i podawali ją pozostałym towarzyszom. W ten sposób każdemu dostało się chociaż parę łyków ciepłego napoju.
Po latach, kiedy Karol Miczajka przeżył pobyt w obozie, spotkał się z tą wspaniałą dziewczyną. Podziękował jej za odwagę oraz przedsiębiorczość i powiedział jej, jak wiele znaczyła dla więźniów jej pomoc.
Inny epizod dla K. Miczajki był taki, że gdy znajdował się już w wagonie, na sąsiedni tor nadjechał z Chałupek pociąg towarowy. Jego maszynistą był jego dobry znajomy – Józef Wieczorek. Kiedy zobaczył Miczajkę, natychmiast zatrzymał parowóz. Wagon Miczajki oddzielał od parowozu tylko płotek z siatki. Obaj byli bardzo wzruszeni tym niespodziewanym spotkaniem. Po chwili rozmowy Wieczorek powiedział Miczajce, że po sygnale odjazdu będzie powoli ruszał, i zaproponował mu, aby przeskoczył do któregoś z przejeżdżających wagonów. Kiedy natomiast będą dojeżdżać do Rybnika, Wieczorek zmniejszy prędkość, żeby Miczajka mógł wyskoczyć w Niedobczycach, gdzie w dzielnicy „Wrzosy” mieszkali przyszli teściowie Karola. Była to kusząca propozycja, ale – z natury bardzo przezorny – Miczajka zdawał sobie sprawę z tego, że szanse jej realizacji są niewielkie. Wzdłuż pociągu, tak z jednej, jak i drugiej strony, stali esesmani z psami. Na pewno zauważyliby go przeskakującego, a wtedy zaczęliby strzelać i zmusili do zatrzymania pociągu, przez co także Wieczorek mógłby mieć poważne kłopoty. Odpowiedział więc, że to zbyt ryzykowne, i poprosił tylko o przekazanie pozdrowień rodzicom i narzeczonej.

Jerzy Klistała

 Zamieszczone przez o 01:36