Lis 212013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 2

 

W lutym też udało się Niemcom ustabilizować obronę na linii Racibórz – Rybnik – Pszczyna – Bielsko. Na razie nie nastąpiło z obszaru Gliwic, Bytomia i Katowic natarcie na Rybnicki Okręg Węglowy i na Ostrawę, która była ostatnią kuźnią broni pozostającą jeszcze w rękach Niemców. Tego natarcia Niemcy się obawiali.

Doszło do pewnego uspokojenia. Wielu cywilów, którzy w pierwszej fazie walk opuścili swoje siedziby, widząc stabilizację na froncie, zdecydowało się na powrót do swoich miejscowości. Rolnicy przygotowywali się do wiosennych prac polowych. Jednak z miejscowości bezpośrednio przylegających do linii frontu mieszkańcy zostali przez wojsko usunięci. Znaleźli oni schronienie m. in. w Boguszowicach, gdzie przebywało wielu mieszkańców z Ligoty, Ligockiej Kuźni i Gotartowic. Kuzyn Józef Kula i jego sąsiad Sobik (dziadek Grzegorza Piechy) z rodzinami znaleźli schronienie u mojego stryja Konstantego Kuli. Wujek Wilhelm z Ligoty przebywał w domu mojej przyszłej teściowej Łucji. Z opowiadań pamiętam, że żywili się koniną, którą obrotny wujek pozyskał z zabitego konia. Inni ewakuowani udawali się jeszcze dalej na południe. W naszym domu znalazły schronienie trzy osoby. Jeden, starszy mężczyzna (nie był Ślązakiem) pracował jako fornal we dworze w Czuchowie, dwaj młodsi, chłopcy w wieku 16-18 lat pochodzili prawdopodobnie z okolic Szopienic. Zostali oni zmuszeni przez uchodzących Niemców do pędzenia bydła, które również „ewakuowano”. Z ich opowiadania wynikało, że po załadowaniu bydła do pociągu na jakiejś stacji w okolicy Wodzisławia zostali zwolnieni przez Niemców i wracali piechotą do domu. W Gotartowicach trwały już walki, nie mogli więc przekroczyć linii frontu. Tułali się po wsi. Zostali przygarnięci przez moich rodziców. Przebywali w chlewie5, w którym znajdował się też rozpłodowy knur „Fridolin” trzymany przez rodziców na polecenie władz niemieckich. Stanowił on coś w rodzaju ogrzewania. Spali na węglu przykrytym słomą. Wygód nie doznawali, ale głodu nie odczuwali. Przeżyli tak cały okres frontowy. Po ucieczce Niemców poszli do swoich miejscowości. Nie wiadomo, czy dotarli do nich. Nie przesłali żadnej wiadomości.

Schronienie w Boguszowicach znalazło także kilku Włochów, których Niemcy internowali po 1943 r. Przebywali oni w obozie przy kopalni, z którego usunięto wcześniej jeńców sowieckich, i nie chcieli się ewakuować pod strażą Niemców. Dwaj Włosi przebywali w domu mojej ciotki Waleski Skorupowej. Opiekowały się nimi kuzynki Monika, Berta i Helena. Eugenia Gorzyńska, która mieszkała w najbliższym sąsiedztwie, zapamiętała ich nazwiska – Angelo Quasca i Pasquoli Sandilo (Sandido?). Za pisownię nie ręczę.

Sowieci także usuwali mieszkańców z miejscowości frontowych. Ewakuowani przebywali we wsiach położonych na północ od linii frontu. (Wilcza, Leszczyny, Bełk, Palowice, Szczejkowice). Życie ewakuowanych było ciężkie. Po powrocie do domów znaleźli mieszkania albo zniszczone, albo splądrowane przez żołnierzy sowieckich, niemieckich a także przez nieuczciwych i chciwych sąsiadów.

Sowieci przeprowadzali nieustannie nękające ataki na pozycje niemieckie. Ostrzeliwali także miejscowości przyfrontowe działami lekkiego i średniego kalibru. Nie używali wtedy pocisków zapalających. W Boguszowicach straty były nieznaczne. Większość pocisków eksplodowała na wysokich drzewach, które otaczały zabudowania. W pobliżu starego kościoła zginął 1 lutego 1945 r. Ortsbauernführer Paweł Rojek trafiony odłamkiem pocisku artyleryjskiego

Na gotartowickim odcinku udało się Sowietom na jakiś czas przesunąć linię frontu na południe od szosy Rybnik – Żory. Trwały już walki w tzw. „Granicach” i w rejonie na południe od dzisiejszego lotniska. Niemcy bronili się zaciekle6.

Moździerz

Moździerz (fot. red.)

Ich przeciwuderzenie odrzuciło Sowietów za szosę. Byłem świadkiem przygotowań do tego przeciwuderzenia, gdyż przez kilka dni przebywali w naszym domu żołnierze niemieccy należący do elitarnego oddziału, który miał to przeciwuderzenie przeprowadzić. Z podsłuchanych rozmów można było wywnioskować ich rosnące zdenerwowanie. Narzekali na brak wsparcia artylerii. Podobno obiecano im wystrzelenie zaledwie kilkunastu pocisków. Jeden żołnierz pozbył się przydzielonej mu broni przeciwczołgowej, chowając ją za beczką ze smołą, która przylegała do południowej ściany szczytowej naszego domu. Zapalnik wyrzucił w innym miejscu. Broń ta miała kształt lejka, u którego podstawy były umieszczone trzy silne magnesy. Te magnesy później odkręciłem. Jeden „wyłapywał” metalowe zanieczyszczenia zboża w śrutowniku. Innymi bawili się jeszcze moi synowie.

Wyrzucona przez Niemca broń przeciwczołgowa.

Wyrzucona przez Niemca broń przeciwczołgowa. (fot. red.)

Pewnego wczesnego ranka podnieceni żołnierze w pełnym wyposażeniu bojowym opuścili dom. Kilku z nich przed wyjściem przystawało przed krzyżem wiszącym w izbie. Nieco później dochodziły do nas odgłosy strzelaniny z Gotartowic. Niemcy odrzucili Sowietów za szosę. Wzięli jednego czerwonoarmistę do niewoli. Z ich słów wynikało, iż strzelał z karabinu maszynowego aż do otumanienia go rzuconym w jego kierunku granatem. Po stronie niemieckiej odnotowano tylko jedną stratę. Ciężko ranny został oficer prowadzący natarcie niemieckie. Żołnierze go niezbyt żałowali. Nie cieszył się u nich dobrą opinią. Po przejściu frontu, idąc do Gotartowickiej Huty do stryja Wincentego, widziałem w okolicy dzisiejszej szkoły kilka wraków sowieckich czołgów.

Niemcy zostawili także ulotkę, w której pouczano żołnierzy, jak obchodzić się z uszkodzonym sowieckim sprzętem wojskowym (czołgi, działa, ciągniki itp.). Zalecano, by zniszczyć go całkowicie lub odtransportować na tyły w celu uniemożliwienia sowieckim służbom technicznym remontu. Uderzyła mnie wysoka ocena tych służb, bowiem w oficjalnej propagandzie hitlerowskiej zawsze podkreślano prymitywizm sowieckich sił zbrojnych.

Południowa ściana domu, gdzie żołnierz niemiecki ukrył broń przeciwczołgową. Na przednim planie siostra Helena z bratem Pawłem.

Południowa ściana domu, gdzie żołnierz niemiecki ukrył broń przeciwczołgową. Na przednim planie siostra Helena z bratem Pawłem.

Zamek w Gotartowicach. Spłonął 30.1.1945

Zamek w Gotartowicach. Spłonął 30.1.1945

Potem aż do 23 marca na froncie w Gotartowicach panował względny spokój. Jednak trwała wymiana ognia karabinowego. Słyszeliśmy „koncerty” niemieckich i sowieckich karabinów maszynowych. Niemieckie trajkotały szybko ale krótko, sowieckie wolniej, za to długo.

Broń żołnierska

Sowieckie samoloty patrolowały linię frontu. Za dnia były to szybkie myśliwce, w nocy tzw. kukurużniki, które mogły w sprzyjających warunkach szybować z wyłączonym silnikiem i zaskakiwać Niemców.

Sowiecki myśliwiec

Sowiecki myśliwiec (fot. red.)

Sowiecki samolot patrolowy „kukuruźnik”

Sowiecki samolot patrolowy „kukuruźnik” (fot. red.)

Niemcy ich nie ostrzeliwali. Przez kilka dni na początku marca nad wsią przelatywały pociski ze wschodu na zachód. Wybuchały potem w „Malidze”7. Po wojnie, przechodząc przez ten las, próbowałem dociec celu tego ostrzału, lecz za wyjątkiem pojedynczych niemieckich rowów strzeleckich na skraju lasu niczego nie znalazłem. Wieczorami Sowieci nadawali z okopów w Gotartowicach melodie wojskowe przerywane głosem kobiety, która namawiała niemieckich żołnierzy do rzucenia broni i do przechodzenia na stronę sowiecką. „Audycja” była prowadzona bardzo umiejętnie. Wywoływała smutny nastrój graniczący z nostalgią.

Mimo pozornego spokoju Niemcy, nie mając wystarczających sił, skracali linię frontu i oddawali Sowietom tu i tam pewne tereny, których nie byli w stanie utrzymać.

Zarówno Niemcy jak i Sowieci zmuszali ludność do kopania rowów strzeleckich. Działo się to często pod obstrzałem, który powodował straty wśród cywilów. W lutym 1945 r. zginęła 18 letnia Helena Piątek. W czasie kopania rowów strzeleckich na polach między Boguszowicami a Kłokocinem została ciężko ranna na skutek ostrzału artyleryjskiego. Niemcy wywieźli ją na południe. Nie są znane bliższe okoliczności jej śmierci.

Takie rowy kopali także jeńcy sowieccy, których Niemcy za bardzo nie pilnowali, ale również nie żywili. Ci więc chodzili po domach i prosili o jedzenie. Pamiętam, że do naszego domu przyszli raz kolejno jeńcy i stawali w drzwiach nic nie mówiąc. Matka pokrajała im cały chleb. Nie wiem, co się stało później z tymi jeńcami.

Przybliżona linia frontu sowiecko-niemieckiego (25.01.-23.03.1945) Linia ciągła: linia frontu (25.01.-23.03.1945) Linia z przekreśleniami: oś ofensywy sowieckiej z Żor do Wodzisławia od 23.03.1045

Przybliżona linia frontu sowiecko-niemieckiego (25.01.-23.03.1945)
Linia ciągła: linia frontu (25.01.-23.03.1945)
Linia z przekreśleniami: oś ofensywy sowieckiej z Żor do Wodzisławia od 23.03.1045

Po ustaniu ataków sowieckich na Boguszowice i zaprzestaniu ostrzału artyleryjskiego życie mieszkańców wsi w pewnym stopniu się ustabilizowało. Przez cały czas trwania frontu była dostarczana do wsi energia elektryczna. Mieszkańcy nie odczuwali głodu. Niemcy już pod ostrzałem sowieckim zdołali opróżnić magazyny żorskiego młyna. Nie byli już jednak w stanie wywieźć tego zboża na południe. Rozwieźli je po wsiach, gdzie je śrutowano, a śrutę, z której można było ugotować

popularny u nas żur, przydzielano mieszkańcom. Taki punkt śrutowania znajdował się w stodole mojego ojca. Śrutownik pracował całymi dniami do późnych godzin wieczornych. Pomagał ojcu w tej pracy kuzyn Nikodem Kula8.

Śrutownik bardzo zbliżony wyglądem do używanego w 1945 r. Nasz śrutownik miał rusztowanie drewniane.

Śrutownik bardzo zbliżony wyglądem do używanego w 1945 r.
Nasz śrutownik miał rusztowanie drewniane.

We wsi przebywali żołnierze niemieccy wycofani na jakiś czas z linii frontu. Byli oni do tego stopnia zmęczeni, że cały czas odpoczynku przeznaczali na spanie na słomie w pomieszczeniach budynku gminnego, które po ich opuszczeniu przez Niemców wyglądały żałośnie. Wróciły też władze niemieckie, lecz w innym składzie personalnym. Miałem „przygodę” osobistą z nowym Bürgermeistrem. Pewnego dnia przybył do naszego domu i polecił mi chodzić po domach i zapraszać ludzi do sali w urzędzie gminnym na film, który miano tam wyświetlać. Oświadczyłem mu, że to nie ma sensu, bo w tych warunkach nikt nie przyjdzie do kina. Popatrzył na mnie dziwnie i poszedł. Dopiero po jego odejściu uświadomiłem sobie, że głupio postąpiłem tą odmową. Pilnowałem się odtąd. W tym samym dniu przyszedł jeszcze raz i pytał się „Wo ist der Bursche?” („Gdzie jest ten pachołek?”). Skryłem się w stodole, gdzie w sąsieku miałem przygotowany już wcześniej schowek. Chciał, bym czyścił pomieszczenia w budynku gminnym zabrudzone przez żołnierzy. Drugi raz nie przyszedł.

Niemieccy żołnierze zabrali nam jednego konia. Drugiego konia ukryliśmy w szopie przylegającej do stodoły. Wszystkie ściany tej szopy wymościliśmy wiązankami słomy. Ani Niemcy, ani później Sowieci nie znaleźli tego konia.

Niemieccy żandarmi chodzili w nocy po domach i wyłapywali mężczyzn i chłopców w moim wieku. Ojciec miał skrytkę we framudze drzwi między kuchnią a izbą zakrytej szafą. Niemcy go nie znaleźli. Nie szukali zresztą zbyt intensywnie, gdyż nasz dom stał w centrum wsi blisko urzędu gminnego, w którym wtedy przebywały władze niemieckie. Nie przypuszczali, że ktoś w takim miejscu będzie szukał schronienia.

Pewnego dnia ogłoszono, że wszyscy chłopcy z roczników 1928 i 1929 mają się zgłosić do urzędu gminnego. Ci, którzy się zgłosili, zostali wywiezieni na zachód, gdzie ich ubrano w mundury i wręczono im broń. Ich drogi powrotu do domu były bardzo skomplikowane. Jedni uciekli już w Wodzisławiu (nieżyjący Edward Kula), inni mniej odważni zostali wywiezieni dalej. Nieżyjący już Walenty Malina opowiadał mi, że dotarł pod Berlin. Sadzę jednak, że przesadził nieco. Mnie rodzice doradzili nie zgłaszać się. Tak też uczyniłem. Od tego dnia nie pokazywałem się ludziom i nie spałem w domu, tylko w stodole, z której wychodziłem na krótko wieczorami.

We wschodniej części powiatu Sowieci parli naprzód w kierunku Żor i przez Pawłowice wkroczyli do powiatu pszczyńskiego, podążając w stronę Pszczyny i Strumienia, nie napotykając początkowo na opór uchodzących wojsk niemieckich. Pszczyna została zdobyta 11 lutego. Stąd oddziały sowieckie posunęły się za Golasowice na zachodniej granicy powiatu pszczyńskiego.

Również na drugim odcinku frontu – pod Bielskiem i Żywcem – ofensywa oddziałów sowieckich odniosła sukces. Uwolniono Żywiec, Czechowice-Dziedzice, Bielsko, oraz ponad 30 innych miejscowości, wśród nich: Strumień, Jasienicę, Jaworze, Wilkowice, Buczkowice i Golasowice.

Taki rozwój działań zmusił Niemców do wycofania się na linię Skoczów – Strumień i na północ od tej linii. Gdy pod koniec drugiej dekady lutego walki na tych odcinkach przejściowo ustały, front na Śląsku Górnym i Cieszyńskim przebiegał wzdłuż linii: pasmo wyżyn na zachód od Żywca i na południe od Bielska, a dalej na wschód od Skoczowa i pod Strumieniem oraz na północ Pawłowic – Żor – Rybnika – Raciborza.

Równocześnie z operacją pod Bielskiem i Pszczyną rozwinął się atak sowiecki wzdłuż obu stron Odry w kierunku południowym, co pozwoliło Sowietom na podsunięcie się bliżej pod Racibórz. W następnych dniach (16-18 lutego) oddziały sowieckie z przyczółka pod Raciborzem przystąpiły do jego rozszerzenia, co im się w pełni udało.

Na odcinku żorskim Niemcy zdołali zatrzymać Sowietów na północnym skraju miasta. Utrzymywali tu linię frontu do 23 marca, kiedy to ci ostatni rozpoczęli ofensywę wzdłuż szosy Żory – Rogoźna – Rój – Świerklany – Marklowice – Wodzisław w kierunku Bramy Morawskiej. Ofensywa biegła także na południe od tych miejscowości. Przygotowując ofensywę na Żory, Sowieci artylerią i samolotami dokonali zniszczenia centrum miasta.

Pamiętam ten dzień. Spałem w stodole. Obudziłem się wcześnie, gdyż zaczęły dochodzić do nas silniejsze niż zwykle odgłosy wybuchów z kierunku Żor. W ciągu dnia odgłosy te przesuwały się coraz bardziej na południe w kierunku Roja. Rozpoczęła się sowiecka ofensywa, w wyniku której Sowieci, atakując na odcinku najbliższym Boguszowic wzdłuż szosy Żory-Rogoźna-Świerklany-Marklowice, odrzucili front obrony Niemców aż do terenu dworca kolejowego na północny wschód od Wodzisławia. W tym samym dniu przybyły koleją na teren walki oddziały niemieckiej 715 dywizji piechoty sprowadzonej z Włoch jako wzmocnienie frontu. Transport został zaskoczony przełamaniem sowieckim. Gwałtowny ostrzał podczas wyładowywania dywizji spowodował wśród jej żołnierzy straszliwe straty i wywołał panikę wśród nich. Nie mieli oni doświadczenia w walkach na froncie wschodnim. Byli też źle wyposażeni. Nie przywieźli amunicji do artylerii. Dywizja została rozjechana i rozbita. Wściekły Hitler zdegradował dowódcę, zmusił żołnierzy do złożenia ich odznaczeń i odznak honorowych i zabronił dalszych odznaczeń.

Niemcy ponieśli w okolicy Wodzisławia duże straty osobowe, które przekroczyły liczbę 1200. Miasto przechodziło z rąk do rąk. 24 marca toczyły się walki koło dworca kolejowego w północno-wschodniej części miasta. Sowieci bombardowali i ostrzeliwali miasto, które paliło się w kilku miejscach.

W walkach o Żory uczestniczyła także po stronie sowieckiej czechosłowacka jednostka pancerna. Walki toczyły się też w rejonie Radlina i Kokoszyc, gdzie dochodziło do starć wręcz. W Pszowie Sowieci spędzili mężczyzn w jedno miejsce i rozstrzelali 40, natomiast w pobliskich Krzyżkowicach sowiecki oficer zastrzelił podwładnego, który chciał zgwałcić dziewczynę. Takie pojedyncze przypadki też się zdarzały. Dalej na zachód toczyły się walki o Racibórz. Miasto zostało zdobyte 30 marca (Wielki Piątek). Sowieci zachowywali się okrutnie. Plądrowali, gwałcili i podpalali domy w centrum miasta. Ludność została ewakuowana. Po powrocie zastała wypalone gruzy. W cenzurowanej literaturze zaprzeczano temu wszystkiemu. Paweł Dubiel pisał9 „…Generał major Hax, komendant 8 dywizji pancernej, który 27 marca zdążał przez Racibórz na odsiecz Rybnika, stwierdził, że „…Racibórz już wówczas wykazywał poważne ślady zniszczeń…, a było to wtedy, nim jeszcze samo miasto stało się ośrodkiem walk. Podczas działań wojennych … 60% miasta legło w gruzach. Zniszczeniu uległy także Żory, zamienione przez Niemców w silny bastion systemu obronnego. Na przedpolu miasta założono cały labirynt pól minowych, zasieków kolczastych, żelazobetonowych bunkrów obronnych. Po złamaniu oporu Niemców miasto było jedną wielką ruiną”.

Prawda jest zwykle w środku. To, że Sowieci gwałcili, plądrowali i palili, potwierdzają liczne przykłady. Mogę przytoczyć jeden łagodny fakt, który dawał wiele do myślenia. W naszym domu po przejściu frontu nocował przez kilka dni kierowca samochodu z jednostki transportowej, która dowoziła zaopatrzenie do wojsk walczących pod Raciborzem. Jego samochód stał w naszym obejściu. Widzieliśmy żołnierza czyszczącego ten samochód szatami kościelnymi, w tym ornatami. Matka, kobieta bardzo religijna, płakała widząc tę profanację. Kierowca przechowywał w szafie wino mszalne oraz różne kosztowności. Wino wypił sam. Ojcu groził, że go zastrzeli, jeśli je tknie.

c.d.n.


5 W domu mieszkalnym nie było miejsca. W izbie składowano żyto.

6 Przypominam sobie, że matka, która miała kontakt z miejscową partyzantką, prosiła mnie o udanie się na skraj dzisiejszej ul. Baczyńskiego i o wypatrzenie żołnierzy niemieckich. W dolince między tzw. „Gotartowskim Lasem” a „Murową Kępą” zobaczyłem niemieckie moździerze strzelające w kierunku północnym. W latach 70. ubiegłego wieku teren ten został zmieniony przez wydobywanie piasku.

7 Las w Boguszowicach graniczący od płd. zach. z Chwałowicami i od zach. z Brzezinami Rybnickimi.

8 Śrutownik został zakupiony przez ojca w 1938 r. W czasie wojny został najpierw zaplombowany a później zabrany przez Ortsbauernführera Pawła Rojka do gospodarstwa należącego do jego siostry Heleny, żony Franciszka Kuli, i tam był używany. W styczniu 1945 r., w dniu, w którym panował we wsi wielki rwetes, jakieś rozbite niemieckie oddziały wojskowe ciągnęły od Gotartowic na południe, między nimi spanikowani cywile i nikt nie myślał o śrutowniku, nagle na nasze podwórze wjechał wóz i jacyś mężczyźni, którzy pracowali w gospodarstwie Kulowej, zrzucili śrutownik na ziemię i odjechali. Staliśmy z ojcem na placu i nie mogliśmy zrozumieć tego gestu. Jednak wnet zrozumieliśmy. Po pewnym czasie przyjechał jakiś cywil w towarzystwie nieznanego nam żandarma i oświadczył ojcu, że są w drodze furmanki ze zbożem, które ojciec będzie śrutował. Wozy te przyjechały. Zboże zmagazynowano w dużej izbie naszego domu. Sięgało ono sufitu. O tym, że było to zboże z żorskiego młyna, dowiedziałem się po latach z lektury książki „Chronik von Rybnik O/S” wydanej po 1970 r. w Dorsten. W mieście tym zamieszkało wielu rybnickich Niemców. Nie wiem, co myśleć o ludziach, którzy przez lata korzystali z śrutownika a potem tak łatwo pozbyli się kłopotu. Skrajny egoizm.

9 Paweł Dubiel, Wyzwolenie Śląska w 1945 roku. Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1969, s. 107.

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Lis 182013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 1
Styczeń 1945 roku to miesiąc, w którym zapoczątkowane zostało wyzwolenie ziemi rybnickiej spod okupacji niemieckiej. Nie było to pełne wyzwolenie, gdyż obecność Sowietów na tym terenie przyniosła także wiele zła. Reprezentowali oni inną kulturę. Dokonywali gwałtów na ludności cywilnej, od których ucierpiało także wielu mieszkańców ziemi rybnickiej. Sytuację komplikowała bliskość terenów niemieckich sprzed 1939 r., na których żołnierze sowieccy otrzymali od przełożonych wolną rękę w stosunku do miejscowej ludności. Najgorzej działo się w miejscowościach, w których prowadzono bezpośrednie walki. Sowieccy żołnierze, rozpaleni walką, prawie zawsze pijani, do tego mało zorientowani co do granicy polskoniemieckiej sprzed 1939 roku, dawali upust nienawiści do Niemców, uważając albo udając, że znajdują się na ziemiach niemieckich a ludzie tam mieszkający to Niemcy.

W październiku 1939 r. Górny Śląsk, w tym nasza wieś Boguszowice, został wcielony do Rzeszy. 90% mieszkańców zostało wpisanych na tzw. volkslistę i podzielonych na cztery grupy. Grupę pierwszą i drugą przyznano Niemcom lub też uznanym przez władze za Niemców. Przeważającą liczbę ludności Górnego Śląska przydzielono do grupy trzeciej i przyznano im obywatelstwo niemieckie „do odwołania”1. Niemcom chodziło o siłę roboczą i o mężczyzn, których powoływano do wermachtu. Czwartą grupę przyznano Ślązakom, którzy uczestniczyli w powstaniach śląskich a w okresie międzywojennym brali aktywnie udział w polskim życiu politycznym. Zajęto im majątek, potrącano pobory. Nie pochodzących z byłego zaboru pruskiego nie przyjmowano do volkslisty. Tych, których nie wysiedlono, potraktowano jako podludzi o jeszcze mniejszych prawach. Naszej rodzinie przyznano trzecią grupę. Były do decyzje podjęte na okres wojny. Nie wiadomo dziś dokładnie, jakie plany powojenne snuli Niemcy.

Ludzie byli już zmęczeni wojną i niemiecką okupacją. Czekali na zmianę, na wyzwolenie. Informacje prasowe i radiowe o gwałtach sowieckich uważali za element propagandy hitlerowskiej, której nie wierzyli. Matki bały się o synów, których powołano do armii. Coraz częściej otrzymywały zawiadomienia o ich śmierci. W 1944 r. zaczęto powoływać 17 letnich chłopców z rocznika 1927 do służby pomocniczej w obronie powietrznej. W 1945 r. zaczęto już zaciągać chłopców z roczników 1928 i 1929.

Latem 1944 r. front zatrzymał się na linii Wisły. Niemcy przygotowywali obronę. Jednym z jej elementów było kopanie okopów i rowów przeciwczołgowych. Do tych prac zabierano także mężczyzn, kobiety a także 15 letnich chłopców. Jedni kopali takie rowy w Generalnej Guberni, inni na Opolszczyźnie, dokąd wywieziono zwartą grupę chłopców z Boguszowic, wśród nich też mnie. Przebywaliśmy w miejscowości Groß Zeidel (dziś Staniszcze Wielkie) położonej na północ od Strzelec Opolskich. Z uczestników zapamiętałem następujące nazwiska: Rafał Kostorz, niejaki Krawczyk z Nowego Dworu, którego rodzice utrzymywali się z handlu warzywami2, Langocz z kopalni, Walenty Malina, Ryszard Naczyński, Paweł Smyczyk, niejaki Szymura z Ligockiej Kuźni, Leon Śpiewok. Powołany został także Ryszard Kula nazywany przez rówieśników Bartkiem. Był on pasierbem Wilhelma Kuli, który walczył w partyzantce akowskiej pod pseudonimem Bogacki. Ryszard znikł po kilku dniach. Wypytywano mnie dość długo o niego ze względu na to samo nazwisko3. Wstąpił on do partyzantki pod pseudonimem „Kucz”. Zginął tragicznie 5 maja 1946 r. od wybuchu własnego granatu podczas nieudanego ataku na posterunek Milicji Obywatelskiej w Gorzycach. Chłopcy, z którymi przebywałem, mieli większe doświadczenie ode mnie, gdyż wszyscy już pracowali zawodowo. Paweł Smyczyk miał już narzeczoną, której raz wysłał paczkę z zupami, tzw. knorrami, gdyż nic innego nie można było w miejscowym sklepie kupić. Prawie wszyscy palili papierosy i to za aprobatą rodziców. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy 16-letniemu wtedy chłopcu odwiedzająca go matka przywiozła kartkę uprawniającą do zakupu określonej ilości tytoniu. Kopaliśmy rowy przeciwpancerne w lesie na podmokłym terenie. Brzegi rowów wykładaliśmy faszyną. Nasza wydajność pracy była znikoma. Wtedy zrozumiałem, dlaczego starożytni niewolnicy niszczyli narzędzia pracy, bo my czyniliśmy to samo. Naszą grupą dowodził mężczyzna ubrany w mundur SA. Raz w czasie apelu pobił na naszych oczach przechodzącego Polaka – robotnika przymusowego za to, że nie oddał należytego hołdu fladze hitlerowskiej. Poszczególne oddziały były zorganizowane na wzór „Hitlerjugend”. Po pracy odbywały się ćwiczenia wojskowe. „Wykłady” na leśnej polanie prowadzili żołnierze z doświadczeniem frontowym.

Kopanie rowu przeciwczołgowego w lesie k. Groß  Zeidel - lato 1944. Zdjęcie pochodzi z książki G. Guntera, Letzter Lorbeer, Augsburg 1976.

Kopanie rowu przeciwczołgowego w lesie k. Groß Zeidel – lato 1944. Zdjęcie pochodzi z książki G. Guntera, Letzter Lorbeer, Augsburg 1976.

W 1944 r. alianci, głównie Amerykanie, przeprowadzali naloty na fabrykę benzyny syntetycznej w Kędzierzynie. Słyszeliśmy odgłosy wybuchów bomb. Pewien żołnierz SS nawoływał nas do mordowania zestrzelonych lotników amerykańskich. Werbował również do SS. Werbunkowi poddawano wszystkich, którzy przekroczyli wzrostem 1,70 m. Kierownictwo obozu wiedziało, że byłem uczniem niemieckiej szkoły ponadpodstawowej i lepiej niż moi rówieśnicy mówiłem po niemiecku, dlatego naciskano na mnie silniej niż na pozostałych, bym się zgłosił „ochotniczo” do SS. Byłem zrozpaczony. Musiałem stosować wybieg, by się nie zapisać. Kiedy werbownicy przychodzili do naszego oddziału, przechodziłem chyłkiem do grupy, w której już przeprowadzono werbunek, a kiedy przeszli, wracałem szybko do swoich. Wybieg był ryzykowny ale skuteczny, gdyż w ten sposób uniknąłem członkostwa w SS. Nie wszystkim udało się uniknąć zapisu. Postanowiłem nie wymieniać nigdy ich nazwisk, bo wiem, że ich decyzje nie były dobrowolne, lecz wymuszone. Nie wiem, czy poprzestano na zapisie, czy też powołano tych chłopców do oddziałów SS.

Przeżyłem nalot aliantów na dworcu kolejowym w Toszku, dokąd kilku z nas zostało wysłanych po deski zmagazynowane na dworcu. Chowaliśmy się naiwnie za stosami desek. Na szczęście bomby spadły nieco dalej koło budynku dworca. Mieliśmy potem trochę wolnego czasu, który wykorzystałem na zwiedzenie sennego, jak mi się wydawało, miasteczka.

Stacja kolejowa w Toszku

Stacja kolejowa w Toszku

Do domu wróciłem parę tygodni wcześniej niż pozostali chłopcy. Matka przywiozła zaświadczenie o chorobie ojca i wyjednała moje zwolnienie. Pamiętam, że przed zwolnieniem badał mnie pochodzący z Boguszowic lekarz Józef Bulanda, który sprawował nad nami opiekę lekarską.

Wielka ofensywa sowiecka zaczęła się 12 stycznia 1945 r. Zmiotła ona niemiecką obronę. Nastąpił paniczny nieuporządkowany odwrót Niemców. Na szosie prowadzącej z Żor do Rybnika widziano uchodzących Niemców, głównie cywilów. Przy przejeździe kolejowym leżał wrak niemieckiego samolotu myśliwskiego. Pędzono także bydło. Ucieczka niczym nie przypominała triumfalnego marszu Niemców na Wschód we wrześniu 1939 r. Samochody były nieliczne. Przeważały wozy ciągnione przez małe koniki huculskie. Wśród uciekających przeważali osadnicy niemieccy, których sprowadzono na gospodarstwa rolne odebrane Polakom a także wszelkiego rodzaju urzędnicy niższej rangi.

Przyglądałem się tej ucieczce, gdyż uczęszczałem wtedy do szkoły w Rybniku4.

22 stycznia rozpoczęła się ewakuacja z Rybnika i okolicy władz niemieckich oraz ludzi o nastawieniu proniemieckim, o nieczystym sumieniu lub też takich, którzy woleli uniknąć działań frontowych. Z Boguszowic uchodzili tylko Niemcy i to nie wszyscy, natomiast opuściła swoje mieszkania większość urzędników niemieckich mieszkających w domach przykopalnianych.

Pierwsze odgłosy walk dochodziły do Boguszowic wieczorem, 25 stycznia z Rybnika. Niemcy postanowili bronić odcinka Rudy między Rybnikiem a Pszczyną. Początkowo wydawało się, że ten zamiar się nie powiedzie, gdyż 25 stycznia Sowieci po gwałtownym przygotowaniu ogniem moździerzy i artylerii wtargnęli w pierwszych godzinach nocnych od północy i północnego wschodu czołgami do Rybnika, przekraczając planowaną przez Niemców linię przechwytującą. Sowiecki ogień artyleryjski był tak silny, że obezwładnił początkowo słabą obronę niemiecką złożoną w przeważającej części z volkssturmu i policji wspomaganej przez jednostkę artylerii przeciwlotniczej. Czołgi sowieckie dotarły do centrum miasta. Niemcy bronili się w oddzielnych punktach oporu, nie mających łączności ze sobą. Jednak Niemcom udało się utrzymać te punkty oporu aż do przybycia z południa batalionów strzelców górskich.

Niemieckie działo przeciwlotnicze

Niemieckie działo przeciwlotnicze

„Panzerfaust” – groźna niemiecka broń przeciwczołgowa (fot. red.)

„Panzerfaust” – groźna niemiecka broń przeciwczołgowa (fot. red.)

W bitwie o Rybnik uczestniczyła również niemiecka jednostka artylerii stacjonująca w końcowych dniach stycznia w Boguszowicach. Jednostka ta była uzbrojona w działa samobieżne. Zajęły one pozycje na łąkach po północnej stronie dzisiejszej ulicy Kolberga oraz na tzw. oborze i ostrzeliwały Rybnik. Nie stały tam jednak długo, gdyż Sowieci je wnet namierzyli i odpowiedzieli gwałtownym ogniem swojej artylerii.

Niemieckie samobieżne działo polowe (fot. red.)

Niemieckie samobieżne działo polowe (fot. red.)

Około 20 stycznia, kiedy Niemcy wycofywali się na łeb i szyję, przez dwa dni stało u nas na placu przed domem takie działo. Żołnierze nocowali w domu. Odjeżdżając, nie otwierali wrót, tylko ruszyli w kierunku południowym przez ogródek i zniszczyli drewniany płot z desek. Później resztę desek zabrali niemieccy piechurzy i użyli je do umocnienia swoich rowów strzeleckich, które wykopali w obejściu p. Gembalczyka na wschodnim krańcu wsi.

Od prawej siostra Helena i brat Paweł (czwarty od prawej) i ja. Za nami płot z desek.

Od prawej siostra Helena i brat Paweł (czwarty od prawej) i ja. Za nami płot z desek.

W tym samym czasie niemiecki żołnierz umieścił także na jedną noc konie w naszej stajni. Spytał się mnie, jak daleko znajdują się Sowieci. Kiedy mu odpowiedziałem, że w odległości trzech kilometrów, przestał zdejmować koniom uprząż.

Niemcy dysponowali w Raciborzu 8 dywizją pancerną. Otrzymała ona rozkaz natarcia z Raciborza na Rybnik. Oddziałom tej dywizji udało się chwilowo zatrzymać Sowietów na obszarze leśnym na północ od linii kolejowej Nędza – Rybnik i uzyskać łączność z batalionem stojącym na lewym skrzydle dywizji strzelców górskich.

Czołg niemiecki

Czołg niemiecki (fot. red.)

Niemiecki gąsienicowy transporter opancerzony

Niemiecki gąsienicowy transporter opancerzony (przyp. red.)

Około południa 28 stycznia rejon miasta Rybnika został przez Niemców obroniony. Na zachodnim skraju miasta, działania bojowe stopniowo wygasały, natomiast na sąsiednich wschodnich odcinkach

niemieckiej obrony Rybnika walczono jeszcze okresami mocno. Centrum miasta pozostawało w rękach niemieckich i jego obrona była stosunkowo łatwa. Jednak na peryferiach miasta trwały twarde starcia. Sowieci próbowali atakować kilka razy dziennie i po części większymi jednostkami, po części oddziałami uderzeniowymi lub czołgami wtargnąć znowu do miasta.

Mimo ataków niemieckich czerwonoarmiści nie dali się wyprzeć z północnego obszaru Zakładu Psychiatrycznego. Przed ich odrzuceniem na ten obszar otworzyli bramy zakładu i pozwolili wybiec pacjentom, których los zakończył się tragicznie. Strzelano do nich z obu stron. Niemcy w swoich wspomnieniach piszą, że przez kilka dni w sposób więcej lub mniej planowy urządzali polowanie na obłąkanych, którzy biegali między stanowiskami.

Szkic z książki Józefa Kolarczyka, Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz 2004, s. 52.

Szkic z książki Józefa Kolarczyka, Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz 2004, s. 52.

Wewnątrz strefy, która pozostała obsadzona przez Sowietów, znajdowała się wieża ciśnień. W tej wieży usadowili się sowieccy snajperzy, którzy mocno Niemcom dokuczali. Pod ich ostrzałem znajdowały się nawet stanowiska bojowe Niemców urządzone w budynku odległym od wieży o 400 do 500 m przy rybnickim placu targowym. Do zwalczania snajperów Niemcy użyli ciężkiego działa przeciwlotniczego, z którego niszczono wieżę piętro po piętrze. Według zeznań Sowieci przetrzymywali w wieży cywilów jako zakładników, co nie powstrzymało Niemców przed jej „rozstrzelaniem”. Uznali, że straty śmiertelne ponoszone od strzelców wyborowych w tym miejscu były dla nich zbyt dokuczliwe. Wojna ukazała swoje okrutne oblicze.

Wieża ciśnień na terenie szpitala psychiatrycznego w Rybniku.

Wieża ciśnień na terenie szpitala psychiatrycznego w Rybniku. (fot. i przyp. red.)

Niemcy upublicznili też inny akt okrutnego prowadzenia wojny. Podczas ich przeciwuderzenia, które wyparło Sowietów z północnego obszaru miasta, znaleźli w domu naprzeciw nowego cmentarza ciała ogrodnika Dzierżonia i jego 24 letniej córki oraz starego umierającego inwalidę, który pracował w ogrodnictwie jako pomocnik. Opowiedział on żołnierzom przed zgonem, że 65 letni ojciec dziewczyny został zabity, kiedy śpieszył z pomocą swojej gwałconej córce. Inwalida chciał pomóc dziewczynie, lecz został postrzelony, w wyniku czego zmarł.

Niemcy odzyskali Paruszowiec wraz z Hutą „Silesia”. Udało im się wymontować najważniejsze maszyny, przede wszystkim tokarki do produkcji amunicji i wywieźć w kierunku Wodzisławia.

By przeprowadzić z powodzeniem atak na Rybnik, Niemcy musieli postawić prawie wszystko na jedną kartę, gdyż nie byli w stanie zabezpieczyć całej 20-kilometrowej linii między Rybnikiem a Odrą. Sukces ich obrony na całej linii nie był do pomyślenia. Przekraczało to możliwości jednej dywizji. Udała im się jednak odbudowa jednolitego frontu obronnego. Sowietom nie powiodło się uderzenie z marszu na rybnicki okręg węglowy oraz obszar uprzemysłowionych Wschodnich Moraw.

W Rybniku, po pełnym odzyskaniu przez Niemców centrum miasta i terenów na jego obrzeżu, trwała nadal walka obronna Niemców z Sowietami uderzającymi kilka razy dziennie. Mimo stałego zagrożenia niemiecka dywizja pancerna musiała przesunąć pewne oddziały do Raciborza, gdzie Sowietom udało się po zdobyciu przez nich Kuźni Raciborskiej zagrozić niemieckiej obronie. W tej sytuacji Niemcy nie byli w stanie utrzymać wschodnich obrzeży Rybnika, w wyniku czego 3 lutego Paruszowiec przeszedł ostatecznie w ręce Sowietów. W nowej sytuacji także trzymanie północnej części kompleksów zakładu psychiatrycznego okazało się niemożliwe i z uwagi na nowy przebieg linii frontu na północnym obrzeżu miasta nieuzasadnione.

Sowietom udało się 4 lutego włamanie czołgowe, które jednak zostało w tym samym dniu zlikwidowane. W drugiej połowie lutego nacisk wojsk sowieckich na odcinku Rybnik – Racibórz stopniowo malał.

Sowiecki czołg T 34

Sowiecki czołg T 34

c.d.n.


1 W jęz. niemieckim „auf Widerruf”.

2 Właściciel domu, w którym przebywaliśmy, uprawiał w swoim ogródku przydomowym tytoń. Krawczyk podkradał mu suszące się liście i palił je. W nocy często moczył się. Mieliśmy z nim kłopot.

3 Drugi raz wypytywał mnie o Ryszarda w 1945 r. funkcjonariusz UB. Chciał ode mnie uzyskać jego zdjęcie, którego mu nie pokazałem. Przeglądał nasz album ze zdjęciami. Ryszard był razem ze mną na zdjęciu pierwszokomunijnym z 7 maja 1939 r. Funkcjonariusz oglądał to zdjęcie, ale nie rozpoznał Ryszarda.

4 Od r. szk. 1941/42 uczęszczałem do Hauptschule w Rybniku. Mimo słabej znajomości jęz. niemieckiego uzyskiwałem co roku promocję. W 1945 r. byłem uczniem czwartej klasy. Po 12 stycznia odbywały się jeszcze przez kilka dni normalne zajęcia. Potem przychodziło już coraz mniej uczniów. Ubywało też nauczycieli. Wyświetlano nam filmy oświatowe. Do szkoły chodziłem wtedy pieszo i wracałem z niej przez Ligotę. Przyglądałem się wtedy ruchowi panującemu na szosie Rybnik-Żory.

 

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Paź 272013
 

Fragmenty wywiadu z Dawidem Danielskim (obecnie Dawidem Danieli) przeprowadzonego kilka lat temu w Izraelu. Wywiad na język polski przetłumaczył i przesłał mi Nahum Manor, jeden z ocalałych z „Listy Schindlera” – wieloletni przyjaciel Dawida.
Dawid Danielski (ur.1932 r.) mieszkał przed wojną w Rybniku w rodzinie żydowskiej. Jego rodzice zginęli w obozie Auschwitz-Birkenau, a on sam przeżył wojnę dzięki śląskiej rodzinie Kapiców.

O niesamowitym życiu Dawida dowiedziałam się pod koniec sierpnia tego roku i z ręką na sercu przyznaję, iż jest to chyba najbardziej przejmująca i ciekawa historia z wszystkich, z którymi się dotychczas spotkałam. Przez ten krótki okres znajomości miałam przyjemność rozmawiać z Dawidem wiele razy na skyp’ie. To niezwykły człowiek. Wierzę, że uda mi się go nakłonić, by jeszcze raz przyjechał do Rybnika – do miasta, które na wiele lat wyparł z pamięci, ale którego nazwa teraz powoduje, że wilgotnieją mu oczy.

Mam nadzieję, że historia ocalenia żydowskiego chłopca w Rybniku Państwa zaciekawi.

Małgorzata Płoszaj

__________________________________________________

• Z punktu widzenia Dawida, rocznik 1932, wojna rozpoczęła się rankiem w dniu, w którym był gotowy iść do szkoły w Rybniku w Polsce, gdzie zamieszkiwał z rodzicami. Rok później cała rodzina musiała opuścić mieszkanie i przenieść się do jednego pokoju z kuchenką w innej dzielnicy. Dawid uczył się w domu za pomocą matki, bo żydowskie dzieci nie chodziły więcej do szkoły, jakkolwiek w owym czasie nie dokuczano im jeszcze. Ojciec posiadał cukiernię, aż nadeszła chwila, że nadesłano mu “Treuhandera” (komisarza), a on sam zamienił się w jednego z pracowników. Sytuacja pogorszyła się znacznie i rodzice zaczęli sprzedawać różne przedmioty domowe, ażeby mieć na życie. Ojciec dowiedział się, że ma się odbyć akcja przeciwko Żydom.

Miałem około 9 lat. Rodzice dali mi pieniądze i posłali pociągiem z Rybnika w góry, do uzdrowiska, w którym spędzaliśmy wakacje. Spędziłem tam trzy tygodnie, aż miejscowy, u którego przebywałem kazał mi jechać do domu. Wróciłem i nie zastałem nikogo…Mieszkanie było zamknięte i zapieczętowane przez gestapo. Więcej nie widziałem moich rodziców.
Podczas naszego pobytu w nowej dzielnicy (przy ul. Zebrzydowickiej), matka zaprzyjaźniła się bardzo z pewną polską kobietą o nazwisku Marta Kapica. To była jedyna rodzina, którą tam znałem. Poszedłem do nich i zapytałem, czy wiedza coś o moich rodzicach…Oni powiedzieli, że wzięto wszystkich Żydów w nieznanym kierunku. W naszym mieście nie było getta. Wszyscy miejscowi Żydzi zostali wywiezieni i nie wrócili więcej.

Dawid

Dawid w czasie wojny

• Co czuje dziecko powracające do domu i znajduje zapieczętowane mieszkanie bez rodziców? Co ono rozumie? Przecież nawet i dorośli, posiadający wiedzę i doświadczenie, nie zrozumieli i nie wiedzieli, co począć.

Nie wpadłem w panikę. Poszedłem do rodziny Kapica i zapytałem, a oni mi odpowiedzieli. Pani Kapica zaproponowała mi bym pozostał u nich, aż się sprawa wyjaśni. Oni byli bardzo prostymi ludźmi. Zrozumiałem to dopiero w czasie późniejszym. Pani domu była kobietą inteligentną i bardziej wykształconą; uczyła się po niemiecku przed zamążpójściem. Pan domu był człowiekiem prostym. Wyobrażam sobie, że nie dostali żadnych pieniędzy od moich rodziców z góry na taki wypadek, bo rodzice nie mieli pieniędzy.

• Jakby nie było, oni się narażali?

Owszem, oni się bardzo narażali, ale dopiero po długim czasie to zrozumiałem. Byłem w takiej sytuacji, że niczego nie posiadałem; byłem bez niczego. Wiedziałem, że można otworzyć pewne okno w naszym mieszkaniu, znajdującym się na parterze. W nocy wskoczyłem do mieszkania, wszystko tam było porozrzucane, podeptane i rozwalone. Wziąłem pościel, dwie kołdry puchowe i fotografie rodziców leżące na podłodze…i trochę sztućców. Między innymi znalazłem tackę z sześcioma kieliszkami i udekorowana flaszką. Myślałem, że jest zrobiona z kryształu i może ma wartość pieniężną. Nie pamiętam czy coś odczuwałem; nie płakałem… Dopiero po wojnie, kiedy powróciłem do życia miedzy Żydami, płakałem po raz pierwszy…Zaświecono szabasowe świeczki i ja wybuchnąłem płaczem i uciekłem… Słyszałem jeszcze jak nasz wychowawca powiedział: ‘”Zostawcie go. Należy mu się wypłakać”… Tam wróciły do mnie wspomnienia.

Dawid z wnukiem przed mieszkaniem na zebrzydowickiej

Dawid pokazuje swojemu wnukowi w jaki sposób wszedł do zaplombowanego przez gestapo mieszkania przy ul. Zebrzydowickiej

• Dawid zatrzymuje się i powraca do okresu, w którym przebywał w rodzinie Kapiców.

Pewnego dnia, w marcu 1942, pojawiło się w dzielnicy auto gestapo. Pani Marta podejrzewała, że przyjechali mnie szukać i obawiała się, że coś się może wydarzyć. Powiedziano mi, że powinienem pojechać gdzieś daleko od domu, ażeby mnie nie znaleźli. Dostałem od nich pieniądze i adres w Niemczech i ruszyłem w drogę na rowerze, przez pola wraz z “bratem” Ernestem, pierworodnym synem Kapiców, który mnie odprowadzał. Na stacji kolejowej rozstaliśmy się, on powrócił do domu, a ja wsiadłem do pociągu. Musiałem w drodze przesiadać się trzy razy.

• Dziesięcioletnie dziecko, niewystraszone zniknięciem rodziców, niepłaczące, same jedno w środku wojny, w drodze do Niemiec – co ono wie? Jak sobie daje radę?
Dawid mówił płynnie po niemiecku, które było jego matecznym językiem; do dziś przekłada ten język nad polski, który uważa za swój drugi język. Płynny niemiecki był mu bardzo pomocny w owych czasach.

Urodziłem się w Pszczynie, po zgonie w młodym wieku mojego brata. Dorastałem w Rybniku, jako dziecko rozpieszczone i otoczone opieka, ale rzeczywistość mnie zahartowała i stałem się dzieckiem samodzielnym… Przybyłem na końcową stację i musiałem jeszcze iść w śniegu kilka kilometrów aż do wsi. Szedłem wzdłuż słupów telegraficznych. Przybyłem do dużego folwarku o wielkości kibucu, położonego w pobliżu obozu koncentracyjnego (Gross Rosen – obecnie Rogoźnica); wtedy nie wiedziano jeszcze o obozach zagłady. Odszukałem polska rodzinę, niestety nie pamiętam dzisiaj ich nazwiska. Dopiero później okazało się, że wywiezieni tam na roboty ludzie znali moją rodzinę jeszcze w Rybniku. Zostali zaaresztowani przez Niemców i wtedy mężczyźni zostali posłani do folwarku w ramach pracy przymusowej. Przypomniałem sobie, że jeździłem z moją matką do obozu pod Rybnikiem i zawoziliśmy im jedzenie. Widocznie oni zrozumieli i mieli pewne poczucie długu moralnego i dlatego mnie przyjęli. Dopiero teraz, podczas naszej rozmowy wiążę ich moralny dług z ich stosunkiem do mnie. Nie myślałem o tym wcześniej…Pamiętam, że ich syn, trochę starszy ode mnie bronił mnie przed innymi dziećmi w dzielnicy.
Tam, na Dolnym Śląsku zapisałem się do nauki w szkole i na zapytanie odpowiadałem, że zostałem uratowany podczas bombardowania, lecz rodzice zostali zabici. Podczas bytności w folwarku, uczyłem się przez trzy miesiące.

Folwark koło Strzegomia

Folwark pod Strzegomiem

Po pewnym czasie pojawił się jakiś problem, niewiadomy mi, i musiałem powrócić do mojego miasta. Powróciłem do rodziny Kapica w Rybniku i zapisałem się do klasy czwartej w niemieckiej szkole. W dniu zapisu do szkoły, zażądano ode mnie świadectwa chrztu lub karty identyczności. Ja nie posiadałem żadnego dokumentu. Pani Marta poszła do kościoła i poprosiła o fałszywe świadectwo. Ksiądz się zgodził, ale pod warunkiem, że przejdę chrzest.

franciszkanie

Kościół Franciszkanów, w którym Dawid został ochrzczony oraz przystąpił do pierwszej komunii

• Myślisz, że ksiądz wiedział, kim ty jesteś?

Przypuszczam, że ksiądz wiedział. Nie wiem z pewnością. Przeszedłem chrzest, a następnie uczyłem się podstaw wiary do ceremonii komunii, która jest odpowiednia do “bar-micha” w wierze żydowskiej.
Ponieważ byłem już zapisany, jako chrześcijanin, byłem ostrożny i nie rozbierałem się w gromadzie dzieci, kiedy skakaliśmy do rzeki. Dzieci się śmiały:, „co tam masz? Czego tam nie masz? Chodźmy zobaczyć!…” Ale byłem silny i pobijałem ich. Najpierw biłem, a potem się pytałem…

• Dawid mówi to z uśmiechem. Jest wysoki i barczysty, widać po nim, że był chłopcem silnym i zahartowanym. Cieszę się, że czuł się dość pewnym, aby się móc bronić i że mu się nic złego nie stało. Mało, kto odważył się bronić – w większości wypadków drogo za to płacili.

Aby pomóc trochę w wyżywieniu rodziny, rozdzielałem wczesnym rankiem przed pójściem do szkoły około 400 gazet. Byłem łobuzem i niesfornym w gromadzie dzieci, ale w domu byłem posłuszny. Rozdzielanie gazet nie było moim pomysłem. Pani Kapica była osobą bardzo dominującą; powiedziała, że należy zrobić tak i tak i wszyscy działali tak jak się od nich spodziewała. Ze wszystkimi dawałem sobie radę oprócz Gertrud, mojej starszej o dziesięć lat “siostry”. Stale było jakieś napięcie miedzy nami. Dopiero dużo później zrozumiałem, że ona żyła stale w niepokoju, myśląc, co by się mogło stać rodzinie z powodu mojej obecności. Ona umierała ze strachu…To naprawdę było śmiertelne niebezpieczeństwo.

• Ci wszyscy, którzy ryzykowali, chowając Żydów, życiem swoim, swoich dzieci i swoich rodzin są godni czci i poszanowania. Nawet, jeśli dostali za to pieniądze, to było związane z wielkim niebezpieczeństwem dla nich.

Tak. I przecież gestapowcy przyszli mnie szukać i przesłuchiwali panią Kapicową, podczas kiedy ja siedziałem w pociągu w drodze do Niemiec. Ona im powiedziała, że ukradłem pieniądze i dlatego mnie wyrzuciła. Muszę przyznać, że logicznie rzecz biorąc nie mogę sobie wytłumaczyć faktu, że ja tu dzisiaj siedzę. Oprócz niebezpieczeństwa bycia Żydem, były bombardowania w okolicy, były zamieszki. Cokolwiek się działo naokoło dawało poczucie, że to sprawa “więcej szczęścia niż rozumu” … Całkiem po prostu.
Spędziłem u rodziny Kapiców cały czas wojny. Cokolwiek oni posiadali – miałem w tym i moją część, na dobre i na złe… Nigdy nie głodowałem. Pani Marta umiała się zorganizować.

• Ty wymieniasz tylko ją. A gdzie był pan domu?

On tam był, ale w cieniu. Ona była panią domu. Ona trzymała w ryzach całą rodzinę.

• Dawid przerywa i kontynuuje opowiadanie.

W roku 1991 mój syn Ofer, żyjący dziś w Austrii, wyraził życzenie zorganizowania wyjazdu rodzinnego do Polski, celem “odkrycia korzeni”. Odmówiłem i powiedziałem, że ja nie jestem gotowy jechać do Polski. Ofer poprosił o spis miejsc i fotografie. Posłałem mu i on pojechał sam. Zaczął szukać i nie znalazł rodziny według przesłanego mu adresu. W kościele ( O.O. Franciszkanów), w którym przeszedłem chrzest, okazało się, że tamten ksiądz już nie żyje. Rożnymi drogami udało mu się kogoś napotkać. Ofer zatelefonował mi i powiedział, że mówi do mnie z Zabrza z mieszkania Ernesta, tegoż “brata”, który odprowadzał mnie na rowerze do stacji w drodze do Niemiec, wtedy w owych ciężkich czasach. Kiedy to usłyszałem, stopniały moje wszystkie sprzeciwy? Natychmiast zorganizowaliśmy się i do miesiąca pojechałem tam wraz z moją żoną Ruti. Jakież to było spotkanie! I także nawiązały się kontakty z rodzina mojej “siostry” Gertrud…Jej córki nazywają mnie teraz “wujek”…jesteśmy “braćmi”. Wtedy dopiero dowiedziałem się, że moja matka zaprzysięgła ich matkę, że o ile coś się stanie, ona się mną zaopiekuje…i ona – Marta Kapicowa dotrzymała tej obietnicy. Już trzy razy pojechałem do Polski, aby uczestniczyć w uroczystościach rodzinnych mojej “siostry”. Ja jadę tylko do niej i z powrotem, nie podróżuję po Polsce.

• Dawid pokazuje mi fotografie “siostry”, z którą nie miał wtedy dobrego kontaktu.
Ona żyje, ale komunikuje się z trudnością z otoczeniem. On do niej dzwoni raz na miesiąc. Postarał się wpisać ją i jej rodzinę na listę Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata – to był proces przewlekły i uciążliwy. W następstwie zasadzili drzewka na imię rodziny Kapica. Pokazuje także dokumenty na imię ojca, łącznie z jego numerem obozowym, które odnalazł w archiwum oświęcimskim. Dokumenty potwierdzają, że tam zginął. Ojciec był uważany za więźnia politycznego, ponieważ posiadał obywatelstwo niemieckie. Posiada także fotografie ojca z okresu, kiedy wyglądał jak “muzułman”, według określenia Dawida. Posiada także dokument matki, ale bez fotografii i bez numeru osobistego. Ona po prostu nie wróciła.

• Nagle przerywa i mówi:

Opowiadałem ci przedtem o kieliszkach, które zabrałem wraz z innymi rzeczami z opieczętowanego domu…

• Dawid wstaje i wyciąga z szuflady dwa niebieskie kieliszki, pozostałość po owych sześciu wyciągniętych z ogołoconego mieszkania, wówczas w owym gorzkim dniu, kiedy powrócił i nikogo nie zastał. Wzruszenie do łez, nie wierzę moim oczom. Gdzie one były przez te wszystkie lata? Kiedy i jak je otrzymał?

Jeden kieliszek znajdował się u mojego “brata” Ernesta, a drugi u “siostry” Gertrud. Ponieważ nie miałem z nimi kontaktu, nie wiedziałem o ich istnieniu. Otrzymałem je dopiero po przyjeździe do Polski …

• Dawid pokazuje mi kieliszek, na którym wyrył imię ojca, datę urodzin i zgonu, według dokumentów. Na drugim kieliszku wyryte imię matki, data urodzenia i przypuszczalna datę zgonu.. Te kieliszki pozostają u mnie, a gdy nadejdzie dzień, jeden z nich otrzyma syn Ofer, a drugi córka Orit.

• Cos odczuwał, kiedy je dostałeś?

Nie płakałem wtedy, kiedy je otrzymałem, ale teraz kapią mi łzy…

• My milczymy. Trudno jest mówić dalej. Dawid wstaje przygotować herbatę i umożliwia nam się uspokoić. On mi wręcza prace o korzeniach rodzinnych p.t. “Opowiadanie przedmiotu” napisana przez jego wnuka w klasie siódmej. W Izraelu wykonują wszyscy uczniowie klasy 7-ej prace o rodzinnych korzeniach W tej pracy znajduje się zaskakujące opowiadanie o dwóch kryształowych kieliszkach. Po krótkiej przerwie, Dawid mówi dalej:

Byliśmy w Rybniku, miejscu znajdującym się miedzy wojskami niemieckim i rosyjskim. Żyliśmy pod bombardowaniem obu stron. Jeśli o mnie chodzi, w tych czasach właśnie Rosjanie byli tym okropnym postrachem, a nie Niemcy! Rosjanie dopuszczali się okropnych rzeczy: gwałt, rabunek, kradzież i zniszczenie… Oni nas wygnali z domu! Luty 1945; deszcz, śnieg, brak jedzenia, brak domu… Kręcimy się po wsiach, śpimy raz tu, raz tam. Kilka ziemniaków, garść żyta…Znalazłem jakąś opuszczoną mleczarnię; stały tam kadzie z mlekiem i śmietana – zamarznięte z zimna. Rozbiłem młotem zamarznięte bryły i przyniosłem do rodziny. Dzięki nim karmiła “siostra” swoje niemowlę przez dwa miesiące. Trzy miesiące wędrowaliśmy, cala rodzina, aż do oficjalnego zakończenia wojny. To był najcięższy okres w moim życiu. Okrutni Rosjanie byli tymi, którzy uczynili mi zło, nie Niemcy… Trudno opisać, czego się tam dopuszczali.

• Wspomniałeś przedtem akty gwałtu. Zdarzyły się także w twojej przybranej rodzinie?

Tak. Oni wzięli dwie szwagierki mojej “siostry” na strych stodoły i zgwałcili je po barbarzyńsku. Jedna z nich zaszła w ciąże. “Siostra” się uratowała, bo karmiła niemowlę…

• Ciężkie milczenie. Opowiadanie potwierdza fakty, o których wiemy, ale trudno
Słyszeć je znów. Co rozumie dwunastoletnie dziecko? Czy ono rozumie, co to jest gwałt? My wiemy, że rzeczywistość powodowała przedwczesne dojrzewanie I dwunastoletnie dziecko było już dorastającym chłopcem.

Słyszałem krzyki… Widziałem je schodzące i plączące… Nie myślę, że mogłem sobie pozwolić na luksus wybuchu emocji. Jednak wiedziałem, że co się tam działo, było rzeczą złą.

• Użyłeś teraz ważnego wyrażenia, które łatwo może służyć i do innych sytuacji – luksus wybuchu emocji…

Tak, przemilczałem wiele rzeczy. Nie było innego wyjścia.
Ponieważ uczyłem się w niemieckiej szkole w Rybniku, musiałem także należeć do Hitlerjugend. Inaczej zaczęłyby się pytania…Salutowałem wyciągniętą ręką i czułem się z tym w porządku. Nawet sprawiało mi to przyjemność; to była rozrywka towarzyska, był klub szybowcowy i jeszcze inne kluby; wszystko to była częścią walki o przetrwanie… Trudno wytłumaczyć to ścisłą logiką innej rzeczywistości.

• Ta sprawa jest jasna i zrozumiała. Ilekroć napotykam potrzebę tych dzieci, które przetrwały z trudem okropności wojny, wytłumaczyć i usprawiedliwić się, ubolewam wraz z nimi nad ich wielkim bólem.

Co do sprawy mojego chrztu; gdybym był starszy, musiałbym przejść komisje lekarska i wtedy wyszłoby na jaw, ze jestem obrzezany… Wszystko jest sprawa wypadku i szczęścia.

• Wspomniałeś negowanie uczucia; użyłeś wcześniej dokładnego wyrażenia “luksus odczuwania”…Nie wiem czy to po raz pierwszy, ale to jest dokładne.

Ja tak mówię po raz pierwszy, ale to zawsze tkwi we mnie. Zawsze poskramiałem uczucia, nawet do dziś. Także i w mojej rodzinie tak mi mówią. Interesują mnie szczegóły techniczne, ale nie strona uczuciowa.

• To uzmysławia, zaostrza i wyjaśnia ten fakt, że pośród zgorzeliska nie może dziecko pozwolić sobie odczuwać jakikolwiek ból i strach.

Kiedy wojna się skończyła, po tych wszystkich wędrówkach zachciało się Marcie, mojej polskiej “matce”, powrócić do swego miasta rodzinnego – Zabrza. Natomiast Anton, mój polski “ojciec” chciał powrócić do swojego miasta – Rybnika. Nawet ja, choć byłem przywiązany do Marty wybrałem powrót do Rybnika, mojego miasta, bo miałem nadzieję spotkać rodziców; przecież na to czekałem…Było mi jasne, że pierwszą rzeczą, którą zrobią, będzie powrót do Rybnika, ażeby mnie odszukać…
Wiedziałem już o obozach, ale to mi nie mówiło wiele; nie wiedziałem o istnieniu obozów masowego mordowania. Trzy tygodnie po wyzwoleniu byłem w Oświęcimiu/Auschwitz, oddalonym o 38 kilometrów. Widziałem wszystko… Stosy okularów, walizek, włosów…Nie z poza szyb jak dzisiaj, ale na zewnątrz, na otwartym polu. Jeszcze unosił się w powietrzu ostry zapach… Wiedziałem, że rodzice tam byli, poszedłem ich szukać… Nie wiązałem niczego miedzy objawami.

Maks Danielski

Ojciec Dawida – Maks Danielski

Anna Danielski

Mama Dawida – Anna Danielski

•Sam w Auschwitz. Dziecko-chłopiec. Jaki los pokierował rodzicami, tego nie wie od dnia rozłąki i oto on kroczy między stosami okropności i nie zdaje sobie sprawy?

Sam jeden… Wróciłem stamtąd, a następnie przez dwa miesiące, od pierwszego brzasku, aż do ostatniego promyka słońca urzędowałem na wysokim drzewie przy skrzyżowaniu rozstajnych dróg, którymi powracali uciekinierzy i wypatrywałem` może ujrzę powracających rodziców…. Gdy tłum powracających zmalał, zszedłem z drzewa. I już. Zrozumiałem, że już nie powrócą… I wtedy pojawiły się wiadomości o obozach śmierci, ale tak naprawdę – nie zrozumiałem.

• Dawid opowiada to w sposób rzeczowy, ale z odległości. Opowiadanie o dziecku siedzącym całymi dniami na drzewie i czekającym na rodziców…Mnie jest trudno zareagować i siedzę i wysłuchuję siedzącego naprzeciw mnie człowieka.

Anton Kapica i ja wróciliśmy razem do Rybnika. Byliśmy jedyni w całej dzielnicy. Dom był częściowo uszkodzony. Piwnica była zburzona. Ziemniaki zgniły. Kapusta z beczek – porozrzucana. Słoiki ze smalcem znikły. Zostaliśmy bez niczego. Anton był roztrzęsiony, oszołomiony. Zaczęliśmy remontować dom, a ja dbałem o wyżywienie. Wyrabiałem ciastka z czarnej maki, cienkie i twarde; ` sprzedawałem i znikałem, żeby mnie nie złapali gdyby nie potrafili ugryźć kęsa. One były jak kawałki dykty.

• On opowiada szczerze z szerokim uśmiechem. Rozumiemy naiwność chłopca i jego stanowczość kierować dalej własnym losem.

Po wojnie pojawił się w naszym domu pewien Żyd nazwiskiem Goldenberg. Powiedziano mu, że znajduje się tu żydowskie dziecko. On przyszedł i pytał się mnie, co ja pamiętam z żydostwa. Nie pamiętałem wiele. Pamiętałem święto ze świeczkami, chorągiewkę z jabłkiem, kilka liter hebrajskich, których mnie wyuczyła matka i “Szma Israel” On chciał się upewnić, czy jestem obrzezany.

• Nie rozumiem? Dlaczego należy podejrzewać dziecko, że się podszywa pod żydostwo?

Dawid uśmiecha się i mówi dalej: On prosił, więc mu pokazałem… Pytał się czy chce powrócić do żydostwa lub zostać miedzy Polakami. Powiedział, że mogę iść z nim. Poszedłem się spytać “ojca” Antona, co o tym sadzi.

• A czegoś ty chciał?
Chciałem powrócić do żydostwa…

• Ja naciskam na Dawida, żeby spróbował mi wytłumaczyć, co go skłoniło powrócić do żydostwa. Rodziców nie ma, on jest przywiązany do Antona. Ja próbuję wyostrzyć ten problem.

Zrozumiałem, że moich rodziców już nie ma i więcej nie wrócą. Anton i Marta, moi polscy “rodzice” stale byli skłóceni ze sobą, a teraz się rozeszli. Żyłem z Antonem i nawet nawiązały się między nami dobre stosunki, ponieważ przeszliśmy razem wspólne przeżycia po wojnie i on był za mnie odpowiedzialny Możliwe, że czułem nieświadomie, że nie mam tu, czego szukać…Anton powiedział: „Uczyń jak chcesz. Jesteś naprawdę Żydem. Jeśli chcesz, zostać ze mną – to jest w porządku. Jeśli chcesz powrócić do twojego narodu – to jest także w porządku… “ Nie wiedziałem dobrze, co to znaczy “mój naród”, “twój naród”, ale miałem przeczucie że należy powrócić. Poszedłem do Goldenberga. On mnie chciał zaadoptować i wziąć ze sobą do Ameryki, chociaż posiadał rodzinę. Posłano mnie do jakiejś instytucji żydowskiej wyuczyć się trochę “jidyszkajt” (żydostwa), bo według jego zdania wyglądałem i zachowywałem się jak “siajgec” (polski chłopak), co miedzy innymi pozwoliło mi przetrwać i przeżyć.
Goldenberg kupił mi ubranie, nowe cholewki. Uczyłem się o Palestynie i stałem się syjonistą. W pewnym momencie powiedziałem mu, że pojadę do Palestyny. On był bardzo zły. Mówił, że zainwestował we mnie i poczynił wszystkie kroki, aby mnie wziąć ze sobą. Ja zaś byłem zdecydowany jechać do Palestyny. Nie wiem, jaki on miał we mnie interes. Zerwałem z nim wszelki kontakt. Dopiero później dowiedziałem się, że pieniądze otrzymane celem przekazania Antonowi za ten cały okres opiekowania się mną – nie doszły do niego. To spowodowało, że widziałem w nim złodzieja i wzbudziło we mnie ciężkie uczucia gniewu. Taki “żydlak”… Pragnąłem wyjechać do Palestyny; nasiąkłem tym w Zakładzie, który mnie przekształcił w syjonistę. Tam płakałem po raz pierwszy podczas świecenia świec…

Dawid Danielski

Dawid w sierocińcu żydowskim w Zabrzu po wojnie – zdjęcie ze zbiorów Muzeum Bohaterów Getta

• Po chwili milczenia opowiada dalej:

Pojechaliśmy do Francji w drodze do Palestyny, duża grupa dzieci. Ja mówiłem po polsku i niemiecku. W tym czasie zerwałem wszelkie kontakty z Polakami. Nie chciałem widzieć, słyszeć ani wiedzieć o nich. Żadnego kontaktu. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak zrobiłem i o co bylem zły. Polska wydawała mi się szczytem zła. Myślałem, że Polacy są fałszywi. Dowiedziałem się o nich różnych rzeczy…

• Czy w tym okresie nie zauważałeś tego poświecenia ze strony tych Polaków, którzy ocalili ciebie i inne dzieci pod niebezpieczeństwem życia, nawet, jeśli to było związane z pieniężną zapłatą?

Nie, nie widziałem. Dopiero po drugim spotkaniu z moja polską “siostrą” i po rozmowie z nią zacząłem o tym myśleć. Zapisałem ich na listę “Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” jeszcze wcześniej, bez względu na moje poglądy o Polakach.
We Francji zatrzymał się nasz wyjazd do Palestyny. Stanowiliśmy grupę siedemnastu chłopców. Zorganizowaliśmy się i ogłosiliśmy, że chcemy wyruszyć w drogę. Wsiedliśmy na okręt “Exodus” i dotarliśmy do Hajfy. Nosiłem majteczki kąpielowe, bo należałem do tych, którzy mieli dobrnąć do brzegu pływając. “Exodus” została zwrócona, jak wiadomo, do Niemiec a ja pozostałem w stroju kąpielowym.

(Wytłumaczenie: „Exodus” był okrętem-widmem, jednym z blisko stu nielegalnych statków próbujących przełamać angielska blokadę Palestyny i przywieźć żydowskich imigrantów, ocaleńców wojny światowej. Angielska flota wojenna opanowała okręt wraz z 4000 uciekinierami i przewiozła ich do obozu koło Hamburga. “Exodus” stal się symbolem żydowskiej walki o wolna “alije” – imigrację do Palestyny i służył za temat sławnego filmu o tej samej nazwie – przypisek tłumacza).

• Dzisiaj, oczywiście, pojawia się szeroki uśmiech na twarzy Dawida, gdy to wspomina.

W Niemczech grupa znowu się rozdzieliła i ja wraz z dwoma kolegami przyłączyliśmy się do zorganizowanej grupy młodzieży. Uczyliśmy się hebrajskiego i aż do naszego powrotu do kraju, umiałem już trochę mówić. Przyjechałem okrętem “Nieustraszeni”, małym, zaniedbanym i rozpadającym się. W ciągu jazdy skakaliśmy do morza, pływaliśmy i wracaliśmy na okręt.
W kraju zamieszkaliśmy w obozie dla nowo przybyłych w miasteczku Raanana. Od razu zacząłem szukać jakiegoś zajęcia, Po krótkim czasie znalazłem pracę w dużym przedsiębiorstwie budowlanym “Solel Boneh”. Kiedy już miałem trochę pieniędzy kupiłem sobie zegarek i odzież w duchu miejscowym: sandały, skarpetki, krótkie spodnie z nogawkami do podwijania?

• Śmiejemy się i wspominamy ów okres w stylu kibucowym i “Palmachu”.

Przeniesiono nas do obozu młodzieżowego w Karkur, a po trzech tygodniach zostałem posłany na przeszkolenie do znanej szkoły rolniczej Mikweh Israel. Tam spędziłem dwa lata (1948-1950) w grupie religijnej. To były najpiękniejsze I najlepsze czasy mojej absorbcji w kraju. Jedyne lata, w których uczyłem się w sposób zorganizowany. Następnie przyłączyliśmy się do religijnego kibucu – Masuot Jicchak. Tu poznałem Ruti, moją przyszłą żonę. Zmobilizowałem się do wojska do jednostki młodzieży rolniczej „Nachal”. Po służbie wojskowej, wróciłem do kibucu. Pobrałem się z Ruti i urodził nam się nasz pierworodny syn – Ofer. Chciałem prędko stworzyć rodzinę, zbudować dom. To było mi całkiem zrozumiale, wtedy…

Dawid w Izraelu

Dawid w Izraelu

Po wojnie bardzo zazdrościłem ludziom, którzy mieli jakiegoś brata; nawet jakiegoś krewnego trzeciego stopnia… Nie miałem żywej duszy na świecie…Nikt w ogóle nie przeżył z całej powiększonej rodziny matki czy ojca. Matka miała brata w Londynie, lekarza. Po wojnie, jeszcze w roku 1946 w Polsce próbowałem go odszukać i nie udało mi się. Możliwe, że nie prowadziłem dość intensywnego poszukiwania, ale nie szukałem więcej. Cały świat poszukiwał wtedy cały świat… Zerwałem kontakt z moją całą przeszłością… Z moim polskim “ojcem”, Antonem Kapica, prowadziłem korespondencje aż do roku 1956. Zaczęły się problemy w Polsce i on mi dał do zrozumienia, że lepiej żebym nie pisał. Przestałem na jakiś czas, a kiedy ponownie zacząłem pisać – nie było już odpowiedzi. Z Martą Kapica nie było żadnego kontaktu. Zwróciłem się do Czerwonego Krzyża, lecz nie znaleziono śladów Antona. Później okazało się, że zmarł.

Osiem lat temu przenieśliśmy się śladami córki do Binjaminy i tu zbudowałem mój dom. Dzisiaj jestem już na emeryturze, oczywiście. Mam dwoje dzieci i pięcioro wnuków, przyszli oni na świat dzięki temu, że mnie – żydowskiego chłopca uratowali Marta i Anton Kapicowie. 

Dawid usmiechniety

Dawid Danieli obecnie

_______________________________________________________

O Dawidzie pisaliśmy też na naszym forum:

http://forum.zapomniany.rybnik.pl/viewtopic.php?f=4&t=1629

Mar 052009
 

Jest jednym z 2 dużych wiaduktów kolejowych takiej konstrukcji istniejących w Rybniku.

Wiadukt

Wiadukt

Przez okolicznych mieszkańców nazwany „czterema mostami”. Powstał w roku 1912. Linia kolejowa jest zelektryfikowana i prowadzi z Rybnika do Suminy.

Wiadukt na mapie WIG z roku 1933

Wiadukt na mapie WIG z roku 1933

 Tak wyglądał przed wojną
Zdjęcie z ksiażki - 150 lat kolei w Rybniku - zbiory K.Soida

Zdjęcie z książki – 150 lat kolei w Rybniku – zbiory K.Soida

Historia obeszła się z Nim brutalnie – I Wojna Światowa zostawiła go w spokoju ale w trakcie II Wojny  dwukrotnie wysadzony. Pierwsi dzieła zniszczenia dokonali polscy saperzy 1 września 1939 (około godziny 8 rano). Skan niemieckiej gazety pokazuje nam to co z Niego zostało (dolne zdjęcie)
Der Oberschlesische Wanderer z września 1939 roku - dolne zdjęcie

Der Oberschlesische Wanderer z września 1939 roku – dolne zdjęcie

most_1940

Odbudowa wiaduktu zajęła Niemcom 2 lata i w roku 1941 służył jako przeprawa przez rzeke Nacynę. Ponownie został wysadzony 2 lutego 1945 roku – tym razem przez wycofujące się wojska niemieckie. Tym razem odbudowa trwała aż 15 lat – do użytku został oddany dopiero w roku 1960. Na zdjęciach doskonale widać „dorobiony” fragment wiaduktu. Resztki betonu do dnia dzisiejszego można znaleźć bezpośrednio pod nim i na okolicznych łąkach.

Dorabiany fragment

Dorabiany fragment

Dorabiany fragment

Dorabiany fragment

A na koniec ciekawostka – napis na murze- tylko niestety „niewidzialna” ręka dokonała małej korekty i dzisiaj pozostało tylko tyle…

wiadukt_napis_perspektywa

 Talbrücke

Talbrücke

 A napis to: Talbrücke

Paź 062008
 

Władysław Weber urodził się w 1882 roku we wielkopolskim miasteczku Opalenicy. W swoich rodzinnych stronach rozpoczął on w młodych latach praktykę jako urzędnik miejski. Doceniono już wtedy jego sumienność, dokładność i wyjątkowo staranne pismo, co w ówczesnych czasach, z powodu nieupowszechnienia się jeszcze maszyny do pisania, było bardzo pożądaną cechą urzędnika. W 1907 roku Weber postanowił opuścić swoje rodzinne strony i w celu poszukiwania lepszej pracy przeniósł się na Górny Śląsk (Śląsk i Wielkopolska były wtedy częścią Niemiec), gdzie najpierw krótko pracował w Lublińcu i jeszcze tego samego roku przeprowadził się do Rybnika. W rybnickim magistracie został zatrudniony jako referent. Weber zapuszczał coraz głębsze korzenie w Rybniku, powiększała mu się rodzina.

Władysław Weber

Władysław Weber

W czasie Powstań Śląskich brał udział w pracach organizujących żywność i noclegi dla powstańczych batalionów. Kiedy rankiem 3 maja 1921 roku, podczas III powstania śląskiego, Rybnik został przejęty przez powstańców, komenda powstańcza mianowała Władysława Webera na tymczasowego burmistrza Rybnika. Jak się później okazało, był to najlepszy wybór. Weber wybierany był później na burmistrza na kolejne kadencje aż do 1939 roku. Przez te 19 międzywojennych lat doprowadził do olbrzymich przeobrażeń w mieście. Zaczynał od poszukiwania pomieszczeń dla polskich urzędów oraz mieszkań dla polskich nauczycieli, którzy zjechali do Rybnika i współtworzyli polskie szkolnictwo. Burmistrz miał osobisty wkład w założeniu w Rybniku szkół przez Siostry Urszulanki i Werbistów. Ulice w Rybniku dostały polskie nazwy, ale przede wszystkim poszerzono je i utwardzono. Twardą nawierzchnię otrzymał m. in. Płyta Rynku. U zbiegu ulic Kościuszki i Powstańców oraz koło dworca kolejowego powstały skwery, wybudowano też nowy Ratusz (dzisiejszy Urząd Miasta), budynek Straży Pożarnej oraz dom PCK, a także przebudowano Plac Wolności.

Burmistrz Władysław Weber miał wielkie plany zabudowy Rybnika, które przerwała II wojna światowa. Tak wg projektu miał wyglądać Plac Wolności i ul. Łony.

Burmistrz Władysław Weber miał wielkie plany zabudowy Rybnika, które przerwała II wojna światowa. Tak wg projektu miał wyglądać Plac Wolności i ul. Łony.

Burmistrz Weber pamiętał również o kąpielisku miejskim przy ul. Gliwickiej, dla którego sprowadzono specjalnie wiślany piasek. Burmistrz Weber osobiście doglądał wszelkich prac w mieście i czasem nawet kilka razy dziennie. Starsi ludzie pamiętają jak codziennie przed pracą obchodził z laseczką całe miasto (Rybnik nie był wtedy taki duży), łącząc przyjemne z pożytecznym, czyli poranny spacer i obowiązki służbowe. We wrześniu 1939 roku II wojna światowa zmusiła Webera do opuszczenia Rybnika i tułania się po Krakowie i Warszawie. Kiedy wojna miała się ku końcowi. A Rybnik lada dzień miał być oczyszczony z wojsk hitlerowskich, Weber zgłosił się do urzędu wojewódzkiego do Katowic, wyrażając gotowość do podjęcia pracy w wolnym Rybniku.

Legitymacja burmistrza.

Legitymacja burmistrza.

Jego ofertę przyjęto i otrzymał mianowanie do tymczasowego pełnienia obowiązków burmistrza Rybnika. Było w tym coś niezwykłego, żeby przedwojenny burmistrz rządził w “socjalistycznej Polsce”. Jednak Władysławowi Weberowi władze komunistyczne “ deptały po piętach”. Był dla nich niewygodnym symbolem “ złych” przedwojennych czasów. W 1950 roku nakazano Weberowi przejść na emeryturę. Przed odejściem Weber obchodził 25 – lecie rządów na Ratuszu i w tym względzie był jedyną osobą w Polsce z takimi osiągnięciami. Władysław Weber zmarł 11 lat po złożeniu urzędu burmistrza i pochowano go na cmentarzu parafialnym w Rybiku. Wraz z nim na wiele lat odeszła świetność naszego miasta, świetność którą znacząco współtworzył podczas swych 25 – letnich rządów w Ratuszu. Dzisiaj Rybnik ponownie staje się coraz piękniejszy, i choć robią to już inni, to tradycja dawnej świetności miasta jest niewątpliwym dopełnieniem jego dzisiejszej panoramy.

Władysław Weber we wspomnieniach Rybniczan.

Burmistrz był średniego wzrostu, zawsze elegancko ubrany w ciemny garnitur z dłuższą marynarką przypominającą tużurek, elegancki ciemno – szary krawat, zawsze był starannie uczesany z przedziałkiem na środku głowy. Z domu nie ruszał się bez obowiązkowego kapelusza i laseczki. Był uprzejmy, dystyngowany i pełen powagi. Potrafił się uśmiechnąć przy powitaniu, czy akceptując czyjąś trafną decyzję, ale nigdy nie śmiał się “całą gębą”. Był wstrzemięźliwy w słowach – każda decyzja była głęboko przemyślana. Biorąc udział w posiedzeniach Rady, które odbywały się raz w miesiącu, zasiadał obok przewodniczącego na specjalnie przygotowanym fotelu z herbem miasta i wsłuchiwał się w głosy radnych. Sam podsuwał tematy radnym, by poznać ich opinię przed podjęciem ostatecznej decyzji. W stosunku do podwładnych był bardzo grzeczny, ale i wymagający. Nikogo ostro nie strofował, gdy jednak zachodziła taka potrzeba, zlecał to “zadanie”dyrektorowi biura p. Grzesiczkowi.

Pracowitość i konsekwencja to cechy, które podkreślają wszyscy znający burmistrza Webera. Często rozpoczynał pracę o godzinie 6. 00 obchodem swojego ukochanego miasta. Trasa wiodła od ulicy Grażyńskiego (dziś Miejskiej) poprzez Hallera, Smolną, Kościuszki, Rynek, pocztową do Urzędu. Kontrolował drogi, chodniki, przyglądał się elewacjom budynków, jednym słowem sprawdzał ład i porządek. Swoje krytyczne uwagi przekazywał na zwołanej odprawie odpowiedzialnym za drogi dwóm drogomistrzom: p. Spleśniałemu i p. Koczwarze i odpowiedzialnemu za elewację budynków p. Ikiełce, wyznaczając od razu termin wykonania – najczęściej było to do końca tygodnia. W następnym tygodniu przy obchodzie miasta sprawdzał osobiście wykonanie swoich poleceń. W sprawach czystości był wręcz pedantyczny.

Budowa ulicy Hallera.

Budowa ulicy Hallera.

Dbał nie tylko o ulice, chodniki, elewacje domów i porządek. Zakochany w swoim mieście upiększał je zielenią, zlecając zakładanie skwerów i parków – ukwiecenia miasta było jego oczkiem w głowie. Sprowadził do ozdobienia parków piękne krzewy rododendronów, które w niektórych miejscach przetrwały do dziś. W latach 30 – tych z jego inicjatywy organizowane były konkursy na najładniej ukwiecone balkony, okna i obejścia domowe, a najładniejsze dostawały nagrody pieniężne. Dzięki tym inicjatywom Rybnik został uznany za drugie po Poznaniu najczystsze i najbardziej ukwiecone miasto w Polsce. Oprócz przykładowej pracowitości Władysław Weber posiadał dar umiejętnego współżycia z mniejszościami narodowymi i religijnymi. Zjednywało mu to szacunek i uznanie rybnickiej społeczności. Burmistrza znali wszyscy: młodzi i starzy. Idącemu ulicą ciągle się kłaniano, dlatego też, chyba dla wygody, często można było go spotkać z kapeluszem w ręku – co na ówczesne czasy było czymś nowym, gdyż elegancki pan musiał mieć kapelusz na głowie.

Burmistrz kilka razy dziennie sprawdzał jak postępują prace przy układaniu nawierzchni rynku.

Burmistrz kilka razy dziennie sprawdzał jak postępują prace przy układaniu nawierzchni rynku.

Władysław Weber (po lewej) podczas oglądania budujących się Rybnickich Zakładów Technicznych (dzisiaj Zespół Szkół Mechaniczno-Elektrycznych)

Władysław Weber (po lewej) podczas oglądania budujących się Rybnickich Zakładów Technicznych (dzisiaj Zespół Szkół Mechaniczno-Elektrycznych)

Rybniczanie, którzy tak ciepło wypowiadali się o Weberze od dziesiątek lat są związani z Rybnikiem, miasto to jest bliskie ich sercu tak samo za burmistrza Webera jak i teraz.

Nasz Rybnik powrócił do tej dawnej “Weberowskiej” świetności po 90 – tym roku i dalej się dobrze rozwija, jest bardzo zielony i ludziom dobrze się tu żyje.

Materiał: Gazeta Rybnicka 1996r Marek Szołtysek

Tomasz Kaczyński

Wrz 022008
 

W imieniu organizatorów dnia otwartego naszego schronu pragnę podziękować wszystkim osobom, które nas odwiedziły. Dziękujemy za ciepłe słowa, za datki na dalszy remont, za fantastyczne przyjęcie tego co Państwu oferowaliśmy. Dziękujemy mediom które po raz kolejny dostrzegły „coś” w naszej pracy.

kombatant

Jednocześnie w imieniu zarządu rybnickiego koła terenowego „Profortalicium” dziękuję wszystkim, którzy przygotowali całą imprezę, oprowadzali naszych szanownych Gości.  Bardzo żałujemy, że nikt z władz miasta Rybnika nie był zainteresowany tym co prezentowaliśmy – 88 letni kombatant na piechotę przyszedł na schron, opowiedział nam kilka bardzo ciekawych histori z własnego życia, zwiedził naszą ekspozycję – za co bardzo mu dziekujemy!

Zdjęcia z imprezy mozna oglądać na naszym forum

Cze 042008
 

W tym roku przypada 150 rocznica utworzenia w Rybniku Urzędu Miar (pruska/niemiecka nazwa: Aichamt/Eichamt). Założony jeszcze w Prusach przez 3 wieki prawie nieprzerwanie działał. Niestety z pierwszego okresu działalności od roku 1858 do momentu przyłączenia Rybnika do Polski po powstaniach brak jest informacji o jego działalności, oprócz dokładnej daty powstania. Poszukuję jakichkolwiek informacji na ten temat oraz przyrządów pomiarowych takich jak wagi czy odważniki, które mogą mieć związek z tym urzędem lub sygnowane są cechami polskimi 5UM5 lub 5RP5 lat 1922 do 1939 lub niemieckimi 5DR39 z okresu do 1914 i 1939 do 1945 lub 5DR18 z okresu 1914 do 1922. Jeśli ktoś posiada jakieś informacje na ten temat to proszę o kontakt na e-mail: sajmon.fm@poczta.fm

Paź 012007
 

Żory, Wodzisław, Jastrzębie…

Poszukujemy osób z w/w miast gotowych współpracować z Nami przy tworzeniu strony – pragniemy stworzyć działy dotyczące tych miejscowości. Gwarantujemy prawie nieograniczoną przestrzeń dyskową do umieszczania artykułów, pomoc w redagowaniu, fotografowaniu, dostęp do potrzebnych map. Wszelkie opracowania będą publikowane z Nazwiskiem (nickiem) autora. Chętne osoby prosimy o kontakt z którymkolwiek administratorem serwisu. Serdecznie zapraszamy do współpracy!