Paź 272016
 

20161010_174559
Minęło kilka dni od imprezy która odbyła się 22 października 2016 roku przy schronie bojowym WAWOK. Nadszedł więc czas na krótkie podsumowanie oraz podziękowania.

Parę dni przed samą imprezą postanowiliśmy odświeżyć nieco wnętrze schronu oraz poprawić otwór kominowy. Trzy popołudnia spędzone na schronie przyniosły znakomity efekt. Wewnątrz zabezpieczyliśmy ściany oraz nadaliśmy im nieco więcej bieli, a nasza „koza” w końcu nie dmucha na nas dymem – można śmiało ogrzać i osuszyć z wilgoci schron.

Następnie przygotowywaliśmy się już na dzień otwarty, należało zgromadzić drewno na ognisko, przywieźć cały niezbędny ekwipunek, przygotować plakat, porozmawiać z paroma rekonstruktorami. W sobotę pierwsi organizatorzy pojawili się jeszcze przed godziną 7:00. Czekało nas sporo pracy aby wszystko nabrało kształtu który widoczny jest na zdjęciach z imprezy. Na szczęście wszystko się udało!

20161018_194154

Z tego miejsca pragniemy podziękować wszystkim którzy nas wspomogli, pomogli i odwiedzili w ten pogodny jesienny dzień. Dziękujemy za podarowane przedmioty, które pozwolą nam doposażyć izbę muzealną, za wszelkie datki do puszki i wsparcie! Jesteśmy pod wrażeniem frekwencji oraz wizyt kilku osób, które dzieliły się wspomnieniami o Rybniku z okresu wojennego. Mamy nadzieję, że grochówka przygotowana przez Leona oraz kiełbaski grillowane przez Rafała wam smakowały!

Szczególne podziękowania należą się dla:

Bez was ta impreza nie była by tak dobra 🙂

Swoimi zdjęciami z „Dnia Otwartego” podzielił się z nami Sebastian Rosiak – zapraszam serdecznie do jego galerii. Natomiast nasze zdjęcia prezentujemy poniżej.

Mamy nadzieję, że impreza się wam podobała i następnym razem znów nas odwiedzicie. Do zobaczenia!

Maj 262016
 

Punkt wyjścia – Wieś Zamysłów

Dawna wieś Zamysłów (obecnie dzielnica Rybnika) zlokalizowana była na trakcie łączącym miasta Rybnik oraz Wodzisła Śląski. Naszym punktem zaczepienia w niniejszym artykule jest miejsce zwane dawniej jako Florian, utożsamiane z samym Zamysłowiem, a jednak w rzeczywistości funkcjonujące jako osobna osada (co potwierdzają akta gruntowe). Zaznaczona na mapie Johanna Wolfganga Wielanda z 1736 roku wskazuje, że istniała na pewno wcześniej. Dzisiaj ten rejon znajduje się w granicach rybnickiej dzielnicy Zamysłów, a nazywany jest Wrzosami.

Folwark Florianshof

Pozostałości po folwarku zlokalizowane są kilkadziesiąt metrów od ulicy Niedobczyckiej. Znajdziemy tam opuszczony dworek właściciela majątku Florianshof. Zabudowania znajdujące się obok budynku według opowiadań miejscowych również były częścią gospodarstwa.

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Majątek ten istniał w roku 1784 na co wskazuje starodruk „Beyträge zur Beschreibung von Schlesien” (autor Zimmermann, Friedrich Albert). Jak podaje Pani Ewa Kulik liczył około 800 morgów użytków rolnych. Ciężko stwierdzić czy rozchodzi się o dużą morgę pruską (0,5673 ha) czy małą (0,2553 ha) – przypuszcza się, że posiadłość w latach trzydziestych XX wieku mogła mięc powierzchnię około 200 ha co wskazywałoby na małą morgę pruską. Mimo wszystko klasyfikowało to Floarianshof jako jeden z większych majątków na Zamysłowie (o ile nie największy), choć mowa tutaj o Zamysłowie który rozumimy współcześnie (ze względu na granice dzielnicy). Prawdopodobnie był też jednym z 19 folwarków dominium rybnickiego.

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

W latach czterdziestych XIX wieku zarządzanie folwarkiem powierzono Emanuelowi Langerowi. Kolejnym użytkownikiem od lat pięćdziesiątych do osiemdziesiątych XIX wieku był Teodor Jaenicke. W 1886 roku pruski oficer Fryderyk Holewa z Gliwic podjął zobowiązania w wysokości 28 500 marek – co oznaczałoby przejęcie majątku królówskiego w ręce prywatne. Podaje się, że to on rozbudował dwór mieszkalny (nazywając go „Zamislauer Schloss„) i zabudowania gospodarcze. Budynek co prawda musiał się wyróżniać na tle niskich budowli ale czy aby na tyle aby utożsamiać go z nazwą „Schloss” (w polskim tłumaczeniu – zamek/pałac)? Kolejnym właścicielem był Antonii Wodarz ze Szczytów, który odkupił majątek od F. Holewy za 23 850 marek. Niestety Wodarz nie radził sobie z prowadzeniem zakupionego gospodarstwa, co zapoczątkowało rozłożoną w czasie wyprzedaż gruntów majątku.

W opracowaniu „Dzieje Zamysłowa dzielnicy Rybnika” podano, że nie udało się potwierdzić Francoszka jako dzierżawcy lub właściciela folwarku (podawanego jako jednego z pierwszych), a miał nim być około połowy XIX wieku.

Czy duży folwark Florianshof dawał zatrudnienie miejscowym chłopom? Tymczasowe w okresie intensywnych prac polowych na pewno tak. Jednak czy możemy mówić o stałym zatrudnieniu? Wydawało by się, że rówinież tak. Natomiast materiały źródłowe mówią nieco inaczej. Według niemieckich urzędników i ksiąg Urzędu Stanu Cywilnego, ludność Florianshof była odrębną społecznością. Część z nich pochodziła z różnych miejscowości i tylko tymczasowo zamieszkiwała folwark. Ciężko powiedzieć czy któryś z mieszkańców Zamysłowia był stałym pracownikiem, podejrzewa się jednak, że gospodarstwo nie było brane pod uwagę jako potencjalne miejsce stałej pracy.

Na początku XX wieku (w latach 1902 – 1908) nastąpiła parcelacja i wyprzedaż majątku. Nabywali je gospodarze z Zamysłowa oraz Niedobczyc. Sam dworek natomiast został wykupiony przez zarząd kopalni Romer-Grube (KWK Rymer).

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

To co dziś pozostało to podpiwniczony budynek dworu mieszkalnego. Zbudowany na planie prostokąta z cegły oraz kamienia. Otynkowany z dachem dwuspadowym. Piętrowy z użytkowym poddaszem, a wejście do środka prowadzi przez umiejscowioną po zachodniej stronie przybudówkę.

W 2012 roku budynek ten został wystawiony na sprzedaż. Wstępna cena oszacowana została na 500 000 złotych. Mamy jednak rok 2016, a w jego otoczeniu nie zmieniło się praktycznie nic. Prócz rozrastającego się w okolicy osiedla domków rodzinnych, budowla stoi w stanie praktycznie „nienaruszonym”. Niszczeje pomimo swojego uroku „tamtych” lat i bogatej, nieco tajemniczej historii.

PS. Niestety w kwestii wielu potencjalnych faktów jesteśmy zmuszeni w używaniu słowa „prawdopodobnie”. Litaratura jest skąpa w informacje dotyczące dzielnicy Zamysłów jak i samego folwarku Florianshof. Nawet ona wielokrotnie zaznacza prawdopodobieństwo wystąpienia pewnych zdarzeń, a nie ich pewność.

W moim artykule mocno posiłkowałem się dwoma publikacjami rybnickiego Muzeum, które podaje na samym dole.

Florianshof na starych mapach

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Zamislau Florianshof na mapie z 1803 roku.

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Zamislau Florianshof na mapie z 1810 roku.

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Zamislau Florianshof na mapie z 1827 roku.

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Zamislau Florianshof na mapie z 1893 roku.

Dworek od zewnątrz

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Wnętrze dworku

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów FolwarkRybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów FolwarkRybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów FolwarkRybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów FolwarkRybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Rybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów FolwarkRybnik Zamislau Florianshof - Rybnik Zamysłów Folwark

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane w lutym 2016 roku.

Źródło:
1. „Zeszyty Rybnickie nr 10 – Dzieje Zamysłowa, dzielnicy Rybnika”, 2011, Ewa Kulik,
2. „Zeszyty Rybnickie nr 9 – Historia gospodarcza Rybnika i powiatu rybnickiego w XIX i XX wieku”, 2010, praca zbiorowa pod redakcją Dawida Kellera
3. Pałace Śląska, Katalog zabytkowych rezydencji

Opracowanie: Adrian Piętka (oryginał opublikowany na: jestemadrian.pl – Zamysłów Folwark Florianshof).

Kwi 212016
 

Rybnik w latach 70tych ubiegłego wieku

Lata siedemdziesiąte XX wieku to okres wysokiego napływy nowych mieszkańców do Rybnika. Sieć handlu detalicznego i zakładów gastronomicznych była niewystarczająca. Dlatego też chętnie budowano i otwierano kolejne obiekty handlowe, handlowo-usługowe, gastronomiczne. Powstał wtedy m.in „Gwarek”, „Dom Rzemiosła ROW” oraz Dom Meblowy „Domus”.

Domus Rybnik

Trybuna Robotnicza, 1977, nr 99

Według raportu WUS w Katowicach1 planowanym terminem zakończenia inwestycji „Dom Meblowy Domus” był wrzesień 1976 roku. Domus został jednak oddany do użytku dopiero 30 sierpnia 1977 roku (według planu z innego raportu WUS w Katowicach2 miał to być maj 1977 roku). Zewnętrzna elewacja wyłożona została płytami z acekoli (płyty azbestowo-cementowe, malowane farbą acenitową) w kolorach brązu i orzecha – dostarczone przez Bytomskie Przedsiębiorstwo Robót Elewacyjnych. Domus był wtedy największym w woj. katowickim domem meblowym – składał się z aż siedmiu kondygnacji, a jego powierzchnia użytkowa wynosiła 6435 m2 (914 m2 sprzedażowej). Koszt inwestycji wynosił 28 151 000 zł, czyli dokładnie tyle ile zakładał kosztorys.2, 3 Tuż po otwarciu Domusu można było w nim nabyć meble, firanki, zasłonki do kuchni oraz wiele innych przedmiotów wyposażenia domowego.

W 1983 roku Domus wygenerował obroty rzędu 29,5 mln złotych. Był jedynym sklepem w Rybniku w którym można było kupić meble na kredyt dla młodych małżeństw. W 1989 roku Domus został przejęty przez firmę TWD Expres – urozmaicono asortyment towarowy, można było nabyć sprzęt elektroniczny, konfekcję oraz wyposażenie domów.5 W późniejszym czasie w Domusie prowadzone były między innymi takie sklepy jak „TIP”, „Biedronka”, a jako ostatni „Chińskie Centrum Handlowe”.

38 lat istnienia

Domus szybko stał się jedą z wizytówek Rybnika. Latem 2015 roku zrównany z ziemią (wraz z parkiem który był zaraz obok), a na jego miejscu postawiono równie nieurodziwy „Kwartał Domus” z supermarketem na czele. Może i „stary” Domus nie należał do cudów architektury ale wraz z nim znikęła pewna cząstka rybnickiej historii.

Domus uwieczniony na filmie:

Domus Rybnik – Zdjęcia

W całej okazałości (2014)

Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL

Domus od środka (maj 2015)

Zdjęcia pochodzą z archiwum Rybnickiego Stowarzyszenia Ochrony Zabytków „R-GAW”6.

Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL

Domus Rybnik - Dom Towarowy PRLDomus Rybnik - Dom Towarowy PRL

Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL

Po zdjęciu zewnętrznej obudowy (maj 2015)

Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL

W trakcie rozbiórki (sierpień 2015)

Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL
Domus Rybnik - Dom Towarowy PRL

Inne

Trybuna Śląska, 1994, nr 63

Bon upoważniający do zniżki przy zakupie powyżej 30 mln. zł.7

Gazeta Rybnicka, 1990, nr 15

Gazeta Rybnicka. Niezadowolenie z wystroju 🙂8


Źródło:
1. „Informacja o wykonywaniu planu inwestycyjnego w gospodarce uspołecznionej województwa katowickiego w 1976 roku”, Wojewódzki Urząd Statystyczny w Katowicach
2. „Sprawozdanie statystyczne z wykonania planu oraz o sytuacji gospodarczej województwa w 1977 roku”, Wojewódzki Urząd Statystyczny w Katowicach
3. „Trybuna Robotnicza”, 1977, nr 132
4. Skan w sekcji „Domus Rybnik” – „Trybuna Robotnicza”, 1977, nr 99
5. „Dzieje Maroka-Nowin i Smolnej, dzielnic Rybnika”, Ewa Kulik
6. Archiwum Rybnickiego Stowarzyszenia Ochrony Zabytków „R-GAW”
7. „Trybuna Śląska”, 1994, nr 63
8. „Gazeta Rybnicka”, 1990, nr 15

Opracowanie: Adrian Piętka

Wrz 292015
 

Włączając się do forum dyskusyjnego na stronie internetowej „Rybnik, ocalić od zapomnienia” dot. Polenlagru nr 97 w Rybniku, przez zbieg okoliczności wciągnięty zostałem w wyjaśnienie tego zagadnienia, a wymaga ono szczególnego szacunku dla pamięci o hitlerowskich zbrodniach wykonywanych na Polakach.

Otóż, kilka dni temu mieszkaniec Kóz – Grzegorz Hałat (pow. Bielsko – Bialski), zwrócił się do mnie z pytaniem, czy posiadam jakieś informacje o lokalizacji Polenlagru nr 97 w Rybniku. Zainteresowała go historia rodziny Zająców z Czernichowa, która przebywała w tym obozie, a z córką tej rodziny, urodzonej w 1942 r. (dzisiaj emerytowaną nauczycielką) w tym Polenlagrze, spotkał się w swoim miejscu zamieszkania.

W uzupełnieniu do swojego pytania, podał skąpe informacje na ten temat z książki Romana Grabara:

„Polenlager” nr 97 w Rybniku

Wiadomości o „Polenlagrze” w Rybniku są bardzo skąpe. Zorganizowano go z końcem sierpnia 1942 r., co wynika z pisma komendanta żandarmerii w Katowicach z 2 września tegoż roku do podległej jednostki żandarmerii w Rybniku. Powołano się w nim na decyzję komisarza Rzeszy do spraw umacniania niemczyzny – Volksdeutsche Mittelstelle, Dowództwo Operacyjne w Katowicach – z 27 sierpnia 1942 r. w sprawie przydzielenia do obozu funkcjonariuszy żandarmerii. Skierowano tam 3 żandarmów z „Polenlagru” w Lyskach. Obóz mieścił się w barakach koło lotniska dla szybowców. Przebywali w nim ludzie wysiedleni z Zagłębia Dąbrowskiego, przede wszystkim zaś osamotnione dzieci. Więźniowie pracowali na roli, w młynie i w magazynie. Likwidacja obozu nastąpiła prawdopodobnie w związku ze zbliżaniem się frontu. Nazwiska Lagerführera nie zdołano ustalić.

Po tej to informacji, odżyły w moich wspomnieniach wydarzenia z okresu mojego dzieciństwa, a które rzucają wyjaśnienia do tej sprawy.

Otóż pamiętam, że w okresie okupacji także po wojnie często chodziliśmy z mamą do dziadków zamieszkałych w dzielnicy Rybnika – Meksyko. Często w niedzielne popołudnia, mieszkańcy tej dzielnicy chodzili na spacery na nieużytki znajdujące się w najwyższym wzniesieniu Meksyka – gdzie znajdowała się i … nadal znajduje wieża ciśnień z 1905 r. Na owym wzniesieniu (ale to już były czasy po 1945 r.) znajdowało się lotnisko szybowcowe dla szybowców o wyjątkowo prymitywnej konstrukcji (żebrowany kadłub drewniany, z siedziskiem dla „pilota” i płatami oraz statecznikami oblepionymi jakimś brezentem). Szybowce te naciągane linami gumowymi przez kilku mężczyzn (jak z procy), wylatywały na odległość ok. 300 metrów. Po wylądowaniu, szybowiec był przetransportowany w miejsce startu i ponownie następny zapaleniec lotnictwa szybował z górki w dół (w kierunku Brzezin – małej wówczas wioski). Do przechowywania szybowców służyły drewniane hangary – i to są owe hangary i „lotnisko”. Lotnisko w Gotartowicach powstało w 1965 r.! ! !

W okresie okupacji, w miejscu przez które obecnie poprowadzono obwodnicę, – a poniżej wieży ciśnień, usytuowane były baraki drewniane i ogrodzone siatką oraz drutem kolczastym, w której więzione były całe rodziny, zwożone przez hitlerowców z różnych stron okupowanego Górnego Śląska.

Pamiętam, że jako dziecko podchodziłem na bezpieczną odległość do owego ogrodzenia (na ile zezwalali wartownicy z wewnątrz obozu) i widziałem wybiedzonych i odzianych w łachmany mężczyzn, kobiety i dzieci. To był właśnie ów Polenlager nr 97 w Rybniku.

Dzisiaj często przejeżdżam tą obwodnicą – jadąc do Rybnika czy Rydułtów, ale skojarzenia miejsca przez które przejeżdżam pozostają w świadomości jak żywe. Oczywiście obecnie ta dzielnica Meksyka jest bardzo zagospodarowana, wieża ciśnień jest na tyle zarośnięta trawą i krzewami że trudno ją dostrzec. Zniknął widok wypalonej trawy i ubitej ziemi na tym najwyższym wniesieniu Rybnika, gdzie także powstały jakieś składowiska materiałów budowlanych i przedsiębiorstwa. Ale w mojej świadomości, pozostaje niezatarta pamięć o tych wybiedzonych ludziach, tym miejscu w latach okupacji hitlerowskiej oraz latach 50 – tych, gdy jako członek Ligi Lotniczej wraz z innymi kolegami, brałem udział w zawodach modeli szybowcowych.

Poniżej dodaję kilka zdjęć w związku z tym o czym wspominam, a zdjęcia te udostępnił mi Grzegorz Hałat.

Hangar:

Hangar 1

Po wojnie zawody modeli szybowcowych.

Hangar 4

Wieża ciśnień:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Według relacji Pana Mariana Wawrzuty, – więźnia między innymi Polenlagru w Rybniku (a relacja ta znajduje się w Archiwum PMA – B w Oświęcimiu), uzupełniam wiarygodność opisu jak wyżej.

[…] Polenlager nr 961 w Rybniku był usytuowany za urządzeniami wodociągowymi stanowiącymi wieżę ciśnień dla Rybnika, a hangarem szybowcowym, na terenie ogrodzonym podwójnym wysokim płotem z drutu kolczastego. Pomiędzy parkanami był zasiek ze zwoju drutu kolczastego, przemyślnie montowanym na odpowiednio dobranej wysokości słupkach. Na przestrzeni ogrodzonej zbudowano dwa drewniane baraki mieszkalne, każdy na około 150 osób, przewidziane do zamieszkania w okresie lata, gdyż na zewnątrz były wykonane z desek na zakładkę mocowanych do konstrukcji deskowej, od wewnątrz do tej samej konstrukcji przybito płytę pilśniowa twardą o grubości 4 mm. Przestrzeń pomiędzy płytami i deskami nie wypełniono żadnym ocieplenie. Dach niski deskowy kryty papą i od wewnątrz obitymi płytami paździerzowymi. Wewnątrz baraku zbudowano dwa piece grzewcze z cegły typu pokojowego.

W zimie na każdy piec był przydział jednego wiadra węgla. Podłoga to cienka około 1, 5 cm wylewka z chudego betonu. Z uwagi na powyższe zimą po prostu marzliśmy ogromnie, gdyż temperatura wewnątrz baraku niewiele różniła się od temperatury na zewnątrz.

Z uwagi na usytuowanie obozu poza miastem wśród pól, jesienią i zimą przeżywaliśmy ogromną inwazję myszy, które łapaliśmy na łapki sprężynowe własnej konstrukcji, często bez przynęty […].

[…] Pojedyncze osoby oraz grupki do 5 – ciu osób wychodziły do pracy poza obóz bez eskorty wachmana, a jedynie w asyście pracodawcy. Od 1944 roku z uwagi na praktycznie zerowe próby ucieczki, rygor wyjścia do pracy był dużo łagodniejszy, dany więzień opuszczający obóz był sprawdzany, czy posiada zapotrzebowanie na pracę i odnotowano w książce wyjść i powrotów, ale zawsze ktoś z rodziny musiał pozostawać w obozie. Z pracy nie wolno było przynosić do obozu czegokolwiek do jedzenia, ale racja żywnościowa była normalnie wydawana i tak, gdy szedł do pracy u „bauera”, to tam otrzymywał „obiad”, a jego obiad obozowy pozostająca w obozie rodzina. Dlatego, nie tylko z przymusu więźniowie szli do pracy, za którą nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia, gdyż był to sposób na przeżycie […].

… tyle w uzupełnienia do autentyczności miejsca i funkcjonowania Polenlagru nr 97 w Rybniku, a obóz ten funkcjonował do 27. 01. 1945 r.

Jerzy Klistała

Mar 272015
 

Pani Katarzyna, którą serdecznie pozdrawiamy, przesłała na nasz adres niesamowite fotografie. Bardzo za nie dziękujemy i z wielką radością prezentujemy je naszym czytelnikom. Czy ktoś z Państwa potrafi określić który to rok?

Nasz adres e-mail pozostaje stale do państwa dyspozycji: kontakt@zapomniany.rybnik.pl

Widok z Placu Wolności na ul. Mikołaja Reja. Z lewej budynek poczekalni PKS - dawniej kino "Helios"

Widok z Placu Wolności na ul. Mikołaja Reja. Z lewej budynek poczekalni PKS – dawniej kino „Helios”

Widok z Placu Wolności w kierunku ul. Łony

Widok z Placu Wolności w kierunku ul. Łony

Widok z Placu Wolności w kierunku ul. 3-maja.

Widok z Placu Wolności w kierunku ul. 3-maja.

Mar 082015
 

Dzień Kobiet… a ściślej Międzynarodowy Dzień Kobiet ustanowiono ponad 100 lat temu. Nie interesują nas polityczne aspekty tego święta a jedynie panie, którym ten dzień jest poświęcony i którym dedykujemy nasz kolejny album. Dzięki zdjęciom, które przesłaliście do nas oraz dzięki przekopaniu własnych zasobów, Zapomniany Rybnik może pokazać najpiękniejsze z pięknych, czyli nasze rybniczanki.

Zaczynamy od bardzo znanego obrazka. Większość naszych czytelników go kojarzy. To rybniczanki-emancypantki. Ta stara pocztówka pokazuje jak śmiałe były mieszkanki naszego miasta i jak dobrze radziły sobie z nowymi technologiami. Do sklepu Noah Leschczinera podjeżdżały po ciuchy automobilem  :mrgreen:

emancypantki

 ____________________________________________________________________________

Skoro zaczęliśmy od najbardziej reprezentacyjnej ulicy miasta, na której rybnickie elegantki zaopatrywały się w stroje, to pokażemy jak wyglądały, gdy już były wystrojone i niezwykle eleganckie. Zdjęcie przesłała nam pani Małgosia. I znowu widzimy tłumy na ulicy Sobieskiego. Ehh, czy to se vrati?od Malgosi Mioduszewskiej

 ____________________________________________________________________________

Cztery niesamowite zdjęcia dostaliśmy od pana Mariana. Nie wiemy kim są panie z tych zdjęć, ale czujemy, że to były niezwykłe kobiety. Najpierw dwie gracje w strojach jesienno-zimowych. Jak widzicie kapelusze były obowiązkowe w tamtych czasach.

od Mariana Grodonia 3

 

Dwie kolejne rybniczanki to dziewczyny na luzie, czyli fajne, zwyczajne i bez pozy. Nam bardzo podoba się pani w sukience w groszki siedząca na stopniach domu pod winoroślą. Ponoć to gdzieś na Meksyku zrobiono. Widzicie te klaperlacze? Genialne!

od Mariana Grodonia 1

Relaks w fotelu…

od Mariana Grodonia 2

Ostatnie zdjęcie od pana Mariana, to grupa pań siedząca pod budynkiem starostwa. Być może pracownice tego urzędu. Super, nie?

od Mariana Grodonia 4____________________________________________________________________________

Donata przesłała nam 4 fotografie swojej cioci Hildegardy. Ciocia przyszła na świat na Emmie (dziś to Radlin), ale wiele lat pracowała i mieszkała w Rybniku. Jak zobaczycie Hildegarda była bibliotekarką – pracowała m.in. w bibliotece przy ul.Kościuszki (poniższe zdjęcie zrobiono w innej bibliotece). Ktoś jeszcze pamięta w którym  budynku była biblioteka na Kościuszki?

Hildegarda od Donaty 1

Hildegarda od Donaty 2

 

A tu zwracamy uwagę na fryzurę cioci Hildegardy. Zdjęcia zrobiono pod koniec lat 40-tych XX wieku.

Hildegarda od Donaty 3

 

Hildegarda od Donaty 4_______________________________________________________________________________

Były emancypantki, elegantki, intelektualistki, zalotne panienki. Czas na coś, co dla większości kobiet jest najważniejsze w życiu, czyli macierzyństwo. Na zdjęciu chwałowiczanki z dziećmi. Fotografię wykonano w połowie lat 30-tych.

chwalowiczanki

 

____________________________________________________________________________

Macierzyństwo to wynik miłości. A takim uczuciem na pewno była darzona babcia pani Marty, gdy fotograf cykał zdjęcie.  Marta tak do nas napisała: „

Jako załącznik przesyłam Wam zdjęcie mojej babci – Aleksandry „Oleńki” Ptaszyńskiej. Babcia na tym zdjęciu ma około dwudziestu lat. Chyba wtedy już znała dziadka Stanisława, bo ma taki błysk w oku, jaki mają zakochane i szczęśliwe kobiety. Niestety, nie ma jej już wśród nas… Zmarła w kwietniu ubiegłego roku, ale zostawiła wiele pięknych wspomnień….” Ocieram łezkę wzruszenia. Pani Marto, babcia na pewno teraz patrzy na niebiańskiego laptopka i się tak samo pięknie uśmiecha, bo rozpiera ją duma z wnuczki. A dziadka znamy i serdecznie pozdrawiamy 🙂

Babcia Oleńka Aleksandra Olenka Ptaszynska

___________________________________________________________________________

Następna zakochana rybniczanka to mama Anastazja. Marianie, po raz kolejny dziękujemy Ci za zdjęcia! Mamę miałeś szlangówę!

Anastazja Fojcik od Mariana

 

_______________________________________________________________________________

Z zasobów własnych wykopaliśmy trzy wizerunki kobiet, które należały do klanu, który żył w Rybniku i służył mu przez prawie 150 lat. To trzy panie Haase. Pierwsza – Eva raczej nie należała do urodziwych  😉 Co nie przeszkodziło jej zostać żoną jednego z Pragerów.

Haase Eva

Następna pani, to Bertha Haase – żona Juliusza, któremu zawdzięczamy największy rybnicki park, czyli Hazynhajdę. Bertha nie była rybniczanką z urodzenia, a z zamieszkania. Pochodziła z Krotoszyna. Eva ze zdjęcia powyżej była ciocią męża Berthy.

Haase Berta Ruhmann zona Julisza

 

 

Ostatnia z pań Haase, to Sonia. Sonia była synową eleganckiej Berthy, bowiem wyszła za mąż za ostatniego z rybnickich Haasych – Feliksa. Na zdjęciu Sonia (oficjalnie Sara) stoi ze swym małym synkiem Fritzem. Jak widzicie zdjęcie zrobiono 110 lat temu w pracowni mistrza Otto Schwittay’a.

Haase Sonia 1905 rok______________________________________________________________________________

W tym samym atelier uchwycono dwie nastolatki, o których niczego nie wiemy, za wyjątkiem tego, że są urocze i chyba były siostrami.

Otto Schwitay Atelier________________________________________________________________________________

Do uśmiechniętej babci Oleńki przysiadła się Babcia Ania. Nasz forumowy kolega tak ją opisał: „Moja Babcia Ania, która zmarła przed 2 laty. Za jej dobroć, mądrość i bezgraniczną miłość św. Pyjter pewno na rękach ją nosi.”  Na 100%! Ze zdjęcia widać, że była niesamowicie sympatyczna, więc ją w niebie uwielbiają.

Babcia AFRO

 ______________________________________________________________________________

Trzy dziewczyny, z których jedna to też Babcia. Tym razem to Babcia naszego kolegi Alojza 😉 Łatwo odgadniecie która to Salomea, gdy porównacie zdjęcie przed kościołem z następną fotografią .

Babcia Alojza

Salomea solo i poważnie.

Babcia Alojza 2________________________________________________________________________________

Teraz będzie smutno. Przedstawiamy Wam dwie rybniczanki, których za bardzo nie ma kto wspominać. Obie zginęły w obozie zagłady. Pierwsza to Geila Majerowicz, rybniczanka z wyboru, mieszkała przy ul.Powstańców. Niezwykłej urody była, nieprawdaż?

Geila Mayerovich

Druga, już o mniej intrygującej twarzy, to Flora Kaiser. Rybniczanka od pokoleń, miała kamienicę przy ulicy Sobieskiego.

Kaiser Flora_______________________________________________________________________________

Coś z zasobów pewnego serwisu aukcyjnego. Uczennice szkoły prowadzonej przez Urszulanki. Nie ośmielam się komentować.

Urszulanki 2_______________________________________________________________________________

Dziewczyny idące ulicą Zamkową wyglądają na niezwykle zadowolone. Chyba fotograf był szykowny 😉 Jak one przeżyły to, że miały te same płaszczyki?

Ogrodzenie synagogi

 

___________________________________________________________________________

I na koniec pytanie do panów rybniczan. Wolicie brunetki czy blondynki?

Mezczyzni wola blondynki

Czyż rybniczanki nie są równie piękne co gwiazdy z Hollywood? Na ostatnim, czyli ponownie bardzo osobistym zdjęciu, przyjaciółki jako druhny.  Moja Mama – rybniczanka z wyboru i moja przybrana ciocia Ela – rybniczanka z urodzenia. Zdjęcie z końca lat 50-tych. mama i ciocia Ela

Druhny mają bukiety z goździków, które dziś znowu wracają do łask tak samo jak i Dzień Kobiet. Wszystkim paniom rybniczankom życzmy, by zawsze były uwielbiane, szanowane i podziwiane tak, jak dziewczyny z naszego albumu.

Dużo dobrego od zespołu Zapomnianego Rybnika! gozdzik

Dziękujemy czytelnikom i fanom za nadesłane zdjęcia. Gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć nasz poprzedni album, to znajdzie go tu: Wielki album zakochanych rybniczan. Tam też pokazywaliśmy przecudne dziewczyny 🙂

 

Lis 102014
 

Rybnicka Kuźnia leży na północny-zachód od centrum Rybnika między Orzepowicami a Wielopolem. Historią swoją sięga ona XVI w., kiedy w miejscu nad stawem kuźniczym i rzeką Rudą znajdował się ośrodek hutnictwa żelaza. Mieszkańcy Rybnickiej Kuźni od początku należeli do parafii Matki Bożej Bolesnej w Rybniku (najstarsza parafia w Rybniku). Na wstępie zapoznajmy się z krótką historią tej parafii i jej mieszkańców.

Pierwsze ślady pobytu człowieka na Ziemi Rybnickiej sięgają epoki kamiennej. O okolicach Rybnika, zamieszkiwanych przez plemię Gołężyców Wspomina w IX w. tzw. Geograf Bawarski. Dogodne warunki terenowe i wodne sprzyjające rybołówstwu powodowały tworzenie się skupisk osadniczych. Jedno z nich położone na skrzyżowaniu szlaków handlowych, stwarzających mu korzystne warunki rozwoju, wzięło prawdopodobnie swą aktualną nazwę od słowa “rybnik” oznaczającego staw z rybami.

W II połowie XII wieku Rybnik był na tyle znaczną iż posiadał wzmiankowaną źródłowo świątynię. Najstarszy dyplom dotyczący tej osady zachował się do dnia dzisiejszego w Wojewódzkim Archiwum Państwowym we Wrocławiu. Wystawił go w maju 1223 roku biskup wrocławski Wawrzyniec na prośbę księcia opolskiego Kazimierza. Mówi się w nim o uposażeniu zakonnic – norbertanek przy kościele Zbawiciela w Rybniku. Opactwo rybnickie było drugim po cysterkach trzebnickich żeńskim klasztorem na terenie Śląska. Z dokumentu tego wystawionego w 1223 r. dowiadujemy się też, że w Rybniku, jeszcze przed sprowadzeniem norbertanek, istniał kościół pod wezwaniem Panny Marii, który został poświęcony przez biskupa Żyrosława.

Jest to pierwszy, wzmiankowany w źródłach kościół parafialny na Górnym Śląsku. Żyrosław był biskupem wrocławskim od 1170-1198 roku. Konsekracji mógł więc dokonać najpóźniej w 1198 r.

Z innych dokumentów można przedstawić dokument papieża Grzegorza IX z kwietnia 1227 r. mówiący o wzięciu w opiekę klasztoru rybnickiego. W 1228 r. klasztor przeniesiono do Czarnowąsów koło Opola. W XIII wieku Rybnik zyskał status miasta. Rybnik leżał e tej części Śląska, która od początku XIII w. pozostawała pod panowaniem jednej linii Piastów, nazwanej od XV w. górnośląską. W 1345 roku w czasie wojny Kazimierza Wielkiego z Janem Luksemburskim miasto zostało spalone. Również dotkliwe straty miasto poniosło w 1428 r., kiedy przeszły przez nie wojska husyckie oraz w 1460 r. kiedy zostało spalone przez rycerzy rabusiów. Od 1473 r. Rybnik przez prawie 200 lat przechodził jako zastaw w różne ręce. W XV w. również na miejscu dawnego drewnianego kościoła parafialnego wzniesiono nową, okazałą świątynię z kamienia i cegły. W XVII w. Rybnik liczył około 650 mieszkańców, zajmujących się przeważnie rzemiosłem i rolnictwem. W 1607 r. za zgodą cesarza Rudolfa II staje się miastem prywatnym. W protokole wizytacyjnym z 1652 roku wspomina, że Rybnik oprócz parafialnego ma jeszcze jeden kościół. Kościół ten pod wezwaniem Jana Chrzciciela, aż do 1796 r. stał w miejscu gdzie dziś stoi figura św. Jana Nepomucena, czyli przed kościołem Matki Bożej Bolesnej. W 1628 r. miasto zostało na prawie sto lat sprzedane rodzinie Węgierskich. W wyniku wojen między Prusami i Austrią, w połowie XVIII w. Rybnik znalazł się na terenie Prus. Czasy pruskie są okresem rozwoju Rybnika jako miasta. W 1788 r. Rybnik wraz z okolicami przechodzi na własność Fryderyka Wilhelma II, króla Prus i został miastem bezpośrednio zależnym od króla.

Również w kościele parafialnym następują zmiany. Za czasów księdza proboszcza Franciszka Tomasznego (1735-1749) zmieniono wezwanie kościoła parafialnego w Rybniku.  Przemianowano go z kościoła Matki Bożej Wniebowziętej na kościół Matki Bożej Bolesnej.

W 1796 r. z inicjatywy proboszcza Feliksa Reisnera podjęto postanowienie o budowie nowego kościoła. W roku 1797 zburzono nawę starego kościoła, pozostawiając nietknięte prezbiterium. W związku z, budową nowej świątyni rozebrano także drewniany kościół Jana Chrzciciela. Na budowę nowego kościoła – który istnieje do dziś, pod wezwaniem Matki Bożej Bolesnej – król pruski jako nowy patron przeznaczył 3 tys. talarów, a Antoni Węgierski dołożył 2 tys. talarów. Roboty nadzorował pan Franciszek Ilgner. Prace murarskie wykonywał Karol Tietze z Raciborza, a ciesielskie Jakub Włodarz z Żor. Cegieł dostarczał Andrzej Wiola, mistrz ceglarski z Rybnika.

Mimo wielorakich trudności w 1799 r. mury kościoła już stały, a w październiku 1801 r. odbyło się jego poświęcenie.

Na początku XX w. do parafii Matki Bożej Bolesnej należało 25 wiosek przyległych do Rybnika, w tym Rybnicka Kuźnia. Liczba wszystkich parafian wynosiła ok. 25 tys. Dlatego ks. proboszcz F. Brudniok czynił starania, by móc przystąpić do budowy kilku kaplic w większych wioskach należących do parafii. Marzeniem proboszcza było utworzenie wokół kaplic samodzielnych stacji duszpasterskich. Realizacja tych planów była jednakże niemożliwa, gdyż niemieckie koła rządowe obawiały się osłabienia germanizacji i zbyt dużych wpływów polsko-katolickich wśród ludności. Marzenia ks. Brudnioka zrealizowały się dopiero po I wojnie światowej i powstaniach śląskich. 4 lipca 1922 r. wojsko polskie wkroczyło do Rybnika. W tym uroczystym dniu ks. Franciszek Brudniok odprawił Mszę św. na rynku miasta. Również w Rybnickiej Kuźni zapanowała wielka radość. Jako dowód wdzięczności Bogu za otrzymane od Niego łaski mieszkańcy postanowili wybudować kaplicę pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Rolnik, Karol Pilawa ofiarował grunt pod budowę, zaś cała miejscowa ludność, ok. 40 rodzin, przyszła ochotnie z pomocą. Przy budowie kaplicy szczególnie zasłużyli się murarze Szweda i Franciszek Bednarek oraz cieśle Karol Gładysz i Józef Byczek. Posadzkę ufundowała rodzina Ignacego Míotyki, dzwony sprowadzone z Chwałęcic, pierwszy ołtarz otrzymano z Radlina. Pani Ludwina Szweda ofiarowała do wnętrza kaplicy dwa obrazy: Serca Jezusa i Serca Maryji. Kaplicę poświęcono 15 sierpnia 1922 r. w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryji Panny. O tego czasu odprawiano w niej nabożeństwa różańcowe i majowe, zaś w odpust uroczyste nieszpory z udziałem duchownych. W 1938 r. nowy obraz do kaplicy wykonał pan Karwot. W 1936 r. podłączono do kaplicy elektryczność. Od momentu poświęcenia kaplicy aż do 1945 I’. opiekowała się kaplicą pani Ludwina Szweda utrzymując czystość i porządek oraz dzwoniąc na Anioł Pański. Opieka nad kaplica stała się wkrótce tradycją rodzinną, gdyż zmarłą Ludwinę zastąpiła w obowiązkach jej synowa – Klara Szweda.

W czasie działań wojennych w latach 1939-1945 kaplica została częściowo zniszczona – dach oraz wieża. Po wojnie została odbudowana, a w 1950 r. ufundowano do niej nowy obraz. W 1964 r. pani Aniela Wróbel ufundowała nowy dzwon, a pan Robert Michalski krzyż przy kaplicy. W 1972 r. w “złoty jubileusz” kaplica w Rybnickiej Kuźni była wizytowana przez ks. biskupa Herberta Bednorza.

Od 1968 r. rozpoczęto w okolicy budowę elektrowni i powstaje duże osiedle mieszkaniowe. Powstała potrzeba opieki duszpasterskiej nad tak dużym skupiskiem ludzi. Od 1974 r. w kapicy pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryji Panny w Rybnickiej Kuźni zaczął sprawować funkcje duszpasterskie ks. Franciszek Kubin, wikariusz macierzystej parafii Matki Bożej Bolesnej w Rybniku. 24 czerwca 1975 r. zostaje on mianowany rektorem tej kaplicy z poleceniem zorganizowania samodzielnego duszpasterstwa w Rybnickiej Kuźni będącej nadal częścią parafii Matki Bożej Bolesnej w Rybniku. W 1976 r. koło kaplicy postawiono namiot foliowy, pod którego teren dał pan Palarz. W 1977 r. obok kaplicy zostaje oddana do użytku nowa szkoła. Ustanowienie parafii w Rybnickiej Kuźni nastąpiło 22 marca 1981 r. Również pod koniec 1980 r. rozpoczęto przy ulicy Kuźnickiej budowę nowego kościoła. W 1982 r. zostaje oddany do użytku dom katechetyczny, w zaczyna się odprawiać Msze św. D 1990 r. kościół zostaje pokryty dachem. W 1992 r. kościół był gotowy w stanie surowym. Na wieży umieszczono krzyż i zawieszono dzwon „Maksymilian”. Pierwszą Mszę św. w „górnym kościele” odprawiono 24 grudnia 1993 r.

Projekt kościoła w Rybnickiej Kuźni.

Projekt kościoła w Rybnickiej Kuźni.

W 1994 r. wykończono prezbiterium, a w 1995 – wykonano witraże i rzeźby w prezbiterium. Projektantem kościoła jest inż. Tadeusz Maternowski, konstruktorem inż. Włodzimierz Komorowski.

Obecnie parafia liczy ok. 4 tys. wiernych, a proboszczem jest ks. Eugeniusz Fajkis. Z Rybnickiej Kuźni pochodzi znany śląski duszpasterz ks. prałat Konrad Szweda (1912-1988).

Do ważniejszych wydarzeń w parafii należy zaliczyć Mszę św., która odbyła się dnia 10 listopada 1981 r. na bramie pobliskiej elektrowni, w czasie której obrano patronem energetyków o. Maksymiliana Kolbe.

Bieniek Henryk

BIBLIOGRAFIA

1. Ks. Józef Kiedos, Ks. Antoni Brzytwa „Świadectwo śląskiego kapłana – życie Księdza Konrada Szwedy” Bytom 1995 r.

2. Praca zbiorowa „Schematyzm Archidiecezji Katowickiej” Katowice 1993 r.

3. Praca zbiorowa pod redakcją Jana Walczaka „Rybnik – zarys dziejów miasta od czasów najdawniejszych do 1980 r.” Katowice 1986 r.

Gru 012013
 

Przygotowuję do wydania Katalog notgeldów Rybnika oraz dawnego powiatu Rybnickiego 1914 – 1924 , katalog obejmuje emisje papierowych pieniędzy zastępczych , monety zastępcze oraz żetony do roku 1924, w suplemencie przedstawione będą wybrane pieniądze zastępcze po roku 1924, bony rabatowe, bony towarowe, talony na towary, bony żywnościowe, bony pomocy społecznej oraz inne „płacidła” Rybnika i miejscowości wchodzących w skład dawnego powiatu Rybnickiego. Wszyscy posiadający interesujące mnie materiały uprzejmie proszeni są o kontakt .

Wykaz miejscowości i emitentów które mnie interesują:

Rybnik – emisja magistrat, Emaillewerke Rybnik, opieka społeczna, Państwowy Szpital dla Psychicznie i Nerwowo Chorych, współczesne bony towarowe kopalń Rybnickich

Biertułtowy – Franciszek Dziwoki

Boguszowice – Boguschowitz – emisja kopalnia Jankowice – Blücherschächte Schlafhaus

Chwałowice – Chwallowitz – emisja kopalnia Chwałowice – Chwallowitz Donnersmarckgrube , Dom noclegowy I – Donnersmarckgrube Schlafhaus I

Czernica – Czernitz – emisja Gwarectwa Koplani Węgla Kamiennego Charlotte , Steinkohlengewerkschaft Charlotte – Erbreichschacht, Leo – Schacht, Lager Neuhof , Lager Schreiberschacht

Czerwionka – emisja Kopalnia Dębieńsko – Dubenskogrube , Koksownia – Kokerei

Jastrzębie Zdrój – opieka społeczna, współczesne bony towarowe JSW S.A.

Knurów – Knurow – emisja IV Królewski Inspektorat Górniczy – Königlische Berginspection IV , Obóz jeniecki – Königlische Berginspection IV Kriegsgefangene , Zarząd Gminy Knurów – Gemeinde Knurow

Niedobczyce – Niedobschütz – emisja kopalnia Rymer – Römergrube

Niewiadom Górny – Ober Niewiadom – emisje Hoymgrube, Hoym – Lauragrube,
Czernitzer Steinkohlen – Bergbau A.G. Hoymgrube, kopalnia Szczęście Beaty – Beatensglückgrube, Czernitzer Steinkohlen – Bergbau A. G. Kriegsgefangenenlager Hoymgrube

Paruszowiec – Paruschowitz – emisja Betriebsdirektion der Eisenhütte Silesia , Eisenhütte Silesia Kriegsgefangenenlager, Eisenhüttenwerk „ Silesia ’’

Pszów – Pschow – emisja kopalnia Anna – Annagrube

Radlin – emisja kopalnia Emma – Rybniker Steinkohlen Gewerkschaft Emmagrube , domy noclegowe kopalni Emma – Schlafhäuser der Emmagrube , J. Kolibaj – Emmagrube

Rudy Wielkie – Gross Rauden – emisja Gemeinde & Darlehnskasse

Rydułtowy – Nieder Rydultau – emisja gmina

Wodzisław – Loslau – emisja magistrat

Żory – Sohrau – emisja magistrat

Górnośląski Okręg Przemysłowy – Oberschlesischer Industriebezirk – emisja wspólna dla miast i powiatów Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego : Bytom, Gliwice, Zabrze, Katowice, Królewska Huta (dzisiejszy Chorzów), Pszczyna, Rybnik i Tarnowskie Góry.

W suplemencie katalogu chciałbym przedstawić współczesne bony towarowe / żywieniowe /, które maja wszelkie znamiona pieniądza zastępczego a wydawane są przez różne zakłady pracy z naszego rejonu. O ile do bonów JSW S.A. mam dostęp i od kilku lat już je zbieram i kataloguje to do bonów innych zakładów czy kopalń Rybnickich nie mam dostępu. Może ktoś mógłby mi udostępnić skany takich bonów lub same bony / oczywiście odpłatnie / . Interesują mnie również wszelkie stare i współczesne bony czy talony opieki społecznej z rejonu który kataloguję.

Interesują mnie również inne niewymienione wyżej materiały do których jeszcze nie dotarłem kontakt: fish007@o2.pl

Więcej na ten temat można przeczytać na naszym forum: http://forum.zapomniany.rybnik.pl/viewtopic.php?f=4&t=1252

Lis 272013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 4

 

Docierały do nas różne informacje o zbrodniach i gwałtach popełnionych przez żołnierzy sowieckich. Lecz nie tylko oni je popełniali. Najpierw dotarła do nas wiadomość o zbrodniach dokonanych przez Niemców na ewakuowanych więźniach Auschwitz w Roju, gdzie zamordowano 25 więźniów. SS mani zabijali więźniów na całej trasie ewakuacji, w Żorach – około 40, w Świerklanach Dolnych – 10, w Marklowicach Dolnych – 7.

Pomnik 24 więźniów oświęcimskich zamordowanych w Roju

Pomnik 24 więźniów oświęcimskich zamordowanych w Roju

W dniu 22 stycznia 1945 r. niemieccy konwojenci rozstrzelali na stadionie sportowym „Ruda” przy ul. Gliwickiej w Rybniku grupę około 400 więźniów. W pobliżu stacji kolejowej Rzędówka zamordowano 292 więźniów.

Wiadomości o zbrodniach Niemców były nagłaśniane, natomiast o zbrodniach sowieckich milczano. Ludzie podawali je sobie z ust do ust. Mówiono o gwałtach dokonywanych na kobietach w Żorach i w miejscowościach na trasie Żory-Wodzisław. Podobnie działo się gdzieindziej, zwłaszcza we wsiach położonych w dawnym pasie granicznym między Polską a Niemcami.

Pomnik ofiar Auschwitz w Rybniku

Pomnik ofiar Auschwitz w Rybniku

W Niemczech dużo pisano i pisze się nadal o gwałtach, kręcono filmy, prowadzono wywiady radiowe i telewizyjne. Na postawie tych relacji można odnieść wrażenie, jakoby głównymi ofiarami II wojny światowej byli Niemcy.

Po roku 1989 pojawiły się także w Polsce wiadomości o gwałtach sowieckich. Opowiem o kilku z nich. Na stronie internetowej Przyszowic można przeczytać, co następuje: „Rosjanie wkroczyli do Przyszowic – niewielkiej wsi w gminie Gierałtowice – od strony Gliwic. Pomylili kierunki i byli przekonani, że są już na terytorium Niemiec. Tymczasem była to ostatnia polska wieś przed granicą z Niemcami, przyłączona do Macierzy po plebiscycie 1921 roku. Błąd topograficzny kosztował życie co najmniej 60 osób, w tym kilku więźniów obozu oświęcimskiego, którzy uciekli z marszu śmierci. Spłonęło prawie 70 domów i zabudowań gospodarczych. Dramat Przyszowic trwał jeszcze wiele miesięcy. W czerwcu 1945 roku w szczerym polu samolot sowiecki obrzucił bombami dwóch mieszkańców koszących trawę. Jeden zginął na miejscu. Ostatnia ofiara czerwonoarmistów w tej miejscowości to kobieta, która zginęła w lipcu 1945 roku. Zastrzelili ją dwaj Rosjanie, kiedy podniosła krzyk, że kradną jej krowę.

W Gliwicach w ciągu tygodnia wkraczająca do Gliwic Armia Czerwona wymordowała blisko 800 cywilów. Z rąk Rosjan zginął w maju 1945 roku wiceprezydent Gliwic – Tadeusz Gruszczyński z Sosnowca.

W Miechowicach, w obecnej dzielnicy Bytomia, żołnierze sowieccy wymordowali ponad 200 osób, wśród nich znalazł się miejscowy ksiądz.

Również w Raciborzu dokonano masowych mordów.

W Gierałtowicach pijani Rosjanie wpadli nocą do domu i wymordowali 7-osobową rodzinę.

W Pstrążnej dokonano straszliwego mordu na miejscowym proboszczu, ks. Rasku. Ciało zmaltretowanego w bestialski sposób znaleziono wdeptane do okopu19.

W styczniu 1945 r. sowieci wkroczyli od strony Wielopola do folwarku Józefowiec, który był wtedy własnością Zakładu Psychiatrycznego w Rybniku. Tam z niewiadomych przyczyn rozstrzelali 8 osób. Z Józefowca oddział sowiecki skierował się do oddalonej o 1,5 km Rybnickiej Kuźni. Czerwonoarmiści wdarli się do budynku szpitalnego, na którym wywieszona była biała flaga z czerwonym krzyżem i wymordowali około 40 umysłowo chorych. Ich wściekłość podobno wywołało załamanie się mostu, przez który przejeżdżał sowiecki czołg. Razem z chorymi zginęła ich opiekunka i dwóch pielęgniarzy.

W Ochojcu wymordowana została zamożna rodzina właściciela tartaku, u której były zatrudnione Rosjanki jako pracownice przymusowe. Prawdopodobnie stały się one informatorkami żołnierzy. Wszystko wskazuje na to, że i one zginęły, gdyż potraktowano je jako zdrajczynie pomagające Niemcom. Jedną zastrzelił żołnierz na oczach ludzi. Według relacji mieszkańców Ochojca pozostałe Rosjanki pracujące w tartaku zostały też rozstrzelane przez sowieckich żołnierzy w lesie.

W lesie pod Zwonowicami Sowieci wymordowali cywilów uciekających przed nimi z rejonu Gliwic.

Do mordów doszło także w Stodołach. Niemcy urządzili tam 27 stycznia 1945 r. zasadzkę, w której zginęło sześciu żołnierzy sowieckich. Sowieci oskarżyli o tę zbrodnię mieszkańców. W odwecie zamęczyli pięciu gospodarzy. Później zdarzały się tam jeszcze pojedyncze mordy.

Latem 1946 r. byłem razem z kuzynem, przyszłym księdzem śp. Tadeuszem w klasztorze w Mikołowie, gdzie odbyło się spotkanie związane z zakładaniem Sodalicji Mariańskiej Młodzieńców. Pokazywano nam tam grób siostry zakonnej zamordowanej przez Sowietów chcących ją zgwałcić.

Naszą szeroką rodzinę dotknęło również nieszczęście. Wiedzieliśmy już o śmierci w Oświęcimiu stryja Józefa, którego nazywaliśmy Zeflikiem, kuzyna Sylwestra z Gotartowic i kuzyna z Krasów, którego imienia nie pamiętam. Obaj również zginęli w Oświęcimiu. Dopiero później dotarła wiadomość o zgonie w niewyjaśnionych okolicznościach stryja Franciszka (Francik) i kuzyna Wilhelma Marcisza, którego ostatni raz widziano w styczniu 1945 r. w czasie przemarszu więźniów Oświęcimia, zakutego w kajdany. Zamordowano go prawdopodobnie w drodze20. Wiedzieliśmy także o śmierci jego braci Józefa i Alojzego Marciszów, którzy zginęli w mundurach Wehrmachtu pod Stalingradem.

21 czerwca 1945 roku zginął także nieszczęśliwie mój starszy 38-letni kuzyn Józef Kula, który mieszkał w Gotartowicach przy ul. Żorskiej. Z zawodu był elektrykiem i naprawiał trakcję elektryczną zerwaną w czasie działań wojennych. W pobliżu były zmagazynowane miny usunięte z pól przez sowieckich saperów. Ktoś nieopatrznie włączył prąd i drut upadł na stos min. Nastąpił wybuch, w wyniku którego kuzyn zginął.

 Nagrobek z nazwiskiem Józefa Kuli na cmentarzu w Boguszowicach


Nagrobek z nazwiskiem Józefa Kuli na cmentarzu w Boguszowicach

Kilka dni później (30 czerwca) zginął ojciec Józefa, mój stryj, 63 letni Wincenty Kula, który mieszkał w Gotartowickiej Hucie. Pojechał on do pobliskiej piaskowni po piasek potrzebny do remontu domu, który ucierpiał w czasie działań wojennych. Natrafił tam na minę, od której wybuchu zginął. By dopełnić wiadomość o smutku w tej rodzinie, muszę jeszcze dopisać, że kilkanaście dni wcześniej, (11 czerwca) zmarła Zofia, druga żona stryja Wincentego.

Nagrobek z nazwiskami Wincentego i Zofii Kulów na cmentarzu w Boguszowicach

Nagrobek z nazwiskami Wincentego i Zofii Kulów na cmentarzu w Boguszowicach

Życie toczyło się jednak własnym torem, chociaż w Boguszowicach nie było spokoju, gdyż „Michel” i związani z nim partyzanci przeszli znów do podziemia i zwalczali nową władzę.

 

Pragnieniem moich rodziców i moim było dalsze kształcenie się. Dołączył do mnie nieżyjący już Alfred Mura, z którym się zaprzyjaźniłem i pomagałem mu później w nauce. Przygotowywał nas krótko do egzaminu nauczyciel Dominik Michalski, którego w czasie wojny przygarnął proboszcz Tobola i zatrudnił jako organistę. Lekcje odbywały się w domu mojego wujka Pawła Konska, do którego p. Michalski przychodził pograć na fisharmonii.

Na przełomie kwietnia-maja poszliśmy z Alfredem do Rybnika, by zapisać się do szkoły. Widzieliśmy zniszczenia w mieście. Przed Rybnikiem niedaleko toru kolejowego stały dwa wypalone sowieckie czołgi. W samym mieście musieliśmy się przemykać, by nie natknąć się na żołnierzy sowieckich, którzy wyłapywali ludzi do różnych prac porządkowych. Udało nam się bez przeszkód dotrzeć do punktu zapisu, który znajdował się przy dzisiejszej ul. Miejskiej naprzeciw kina. Zapisy przyjmowali prof. prof. Libura i Jochemczyk, obaj w mundurach oficerskich. W maju odbył się egzamin wstępny. Alfred został przyjęty do klasy pierwszej, ja do klasy drugiej. Nauka rozpoczęła się 7 czerwca 1945 r.21 Do szkoły udawaliśmy się piechotą przez tzw. „Krzyżówki”. Droga nie była dla nas uciążliwa. Razem z nami chodziły Bronisława Bulandówna (zam. Juraszczyk) i śp. Marta Przeliorzówna (zam. Król), które później przeniosły się do szkoły handlowej, oraz nieżyjący już Alfred Musiolik, który uczęszczał do gimnazjum przemysłowego. Musiał on jednak przerwać naukę, bo nie pozwalała mu na nią sytuacja materialna rodziny. Musiał zarabiać na jej utrzymanie.

Liceum Powstańców Śl. w Rybniku

Liceum Powstańców Śl. w Rybniku

 

Nauka odbywała się w trudnych warunkach. Uczniów było dużo. W klasie I uczono w 9 oddziałach (a-i), w klasie 2 w 8 (a-h). Nie było ławek ani stolików. W szkole przebywali Ukraińcy, którzy wracali z robót przymusowych. W oknach wybijali szyby i wypuszczali na zewnątrz rury kuchenek węglowych lub piecyków. Palili meble, czasem zrywali klepki podłogowe. Siedzieliśmy na deskach. Brakowało podręczników i pomocy naukowych. Był jednak zapał do nauki.

Życie zaczęło się powoli normalizować, chociaż nie bez przeszkód. Świadczy o tym wstrząsający zapis w Księdze pogrzebów parafii NSPJ w Boguszowicach, z którego możemy się m.in. dowiedzieć, że 15.4.1945, godz. 9.30. zginęła Łucja Szewczyk z Roja, ur. 25.2.1908 r. w Ciścu, pow. Żywiec. Idąc z kościoła została trafiona strzałem, który padł z przejeżdżającego auta wojskowego. Córka jej również została podstrzelona.

W lipcu 1945 r. przeżyłem i zapamiętałem jako furman jeszcze inne zdarzenie. Otóż, jak wynika z zapisu w Księdze pogrzebów parafii NSPJ w Boguszowicach, 26.3.1945 r. poległ w Wodzisławiu Józef Adamski, ur. 25.2.1926 r. Pochowany został 6 lipca 1945 r. w Boguszowicach. Pochodził on z rodziny Poznaniaków, którzy po I wojnie światowej przybyli do Boguszowic za chlebem. Do rodziców, którzy od 1945 r. zamieszkali na kopalni, dotarła informacja o tym smutnym zdarzeniu. Postanowili go ekshumować i pochować na cmentarzu w Boguszowicach, co nastąpiło pod wyżej wymienioną datą. Pamiętam to zdarzenie, ponieważ przewoziłem szczątki poległego na cmentarz do Boguszowic. Podróż była dla mnie przeżyciem. Ze mną odbywali ją dwaj starsi mężczyźni: Kuśka i Copik. W godzinach popołudniowych pojechaliśmy do stolarni p. Dudka w Jankowicach, skąd zabraliśmy przygotowaną trumnę. Potem udaliśmy się przez Świerklany i Marklowice do Wodzisławia. Odkryty już grób znajdował się na skraju miasta w pobliżu dworca kolejowego. Stał przy nim mężczyzna. Zwłoki zostały wyciągnięte z grobu i włożone do trumny, którą zabito gwoździami. Konwojenci byli „przygotowani” do transportu. Każdy z nich zaopatrzył się wcześniej w lizol i litrową butelkę wódki. (Wtedy można było najłatwiej nabyć wódkę, która nazywała się „Perła”, w litrowych butelkach. Prawdopodobnie takie butelki ocalały w magazynach gorzelni). Wóz, na którym wiozłem trumnę, to tak zwany „rafiok”, którego koła nie łagodziły wstrząsów. Wtedy jeszcze nie używano „balonioków”, których koła z oponami umożliwiały łagodniejszą jazdę. Szosa była rozjechana przez czołgi i inne pojazdy wojskowe, gdyż tędy przebiegała sowiecka ofensywa. Wozem trzęsło niesamowicie, co miało swoje skutki. Wtedy obaj konwojenci lali lizol na trumnę i zaczęli też opróżniać swoje butelki. W Świerklanach już śpiewali, początkowo cicho, potem coraz głośniej. Przy konsumie na kopalni czekali żałobnicy, którzy dołączyli do wozu z trumną. Orszak pogrzebowy udał się do Boguszowic a po krótkich ceremoniach żałobnych na cmentarz.

 

Mieczysław Kula

 

W opracowaniu wykorzystałem:

1. Georg Gunter, Letzter Lorbeer, Geschichte der Kämpfe in Oberschlesien von Januar bis Mai 1945, Darmstadt 1976,

2. Chronik von Rybnik O/S, herausgegeben von der Bundesheimatgruppe Rybnik mit Unterstützung der Patenstadt Dorsten, Dorsten, po 1972.

3. Paweł Dubiel, Wyzwolenie Śląska w 1945 roku, Katowice 1969.

4. Józef Kolarczyk, Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz 2004.

5. W odzyskanej szkole. Jednodniówka Państwowego Gimnazjum i Liceum w Rybniku. Rybnik 1946.

6. Agnieszka Rusok, Pstrążna moja wioska ukochana. Pstrążna 2006.

c.d.n.


19 Agnieszka Rusok, Pstrążna moja wioska ukochana. Pstrążna 2006, s. 104.

20 „W odzyskanej szkole.” Jednodniówka Państwowego Gimnazjum i Liceum w Rybniku. Rybnik 1946.

21 „W odzyskanej szkole”, Jednodniówka, Rybnik czerwiec 1946, s. 1.

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

Lis 232013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 3

 

Boguszowice uniknęły szczęśliwie walk. Sowieci zajęli Kłokocin, w którym zabierali ludziom, co się dało. Znam też przypadek sowieckiego barbarzyństwa, jaki zdarzył się w tej miejscowości. Moja babcia Marianna, którą nazywaliśmy starką, wracając z codziennej mszy porannej, odprawianej w dni powszednie, mimo poświęcenia już nowego kościoła, nadal w starym kościele, zapraszała do siebie dwie Marianki – Stanowską, nazywaną Katla oraz Mariankę Szuła z Kłokocina i częstowała je „prażonkami”10. Ta ostatnia przychodziła nadal ogrzać się do naszego domu po śmierci starki, która zmarła w czerwcu 1941 r. Po przejściu frontu przestała przychodzić. Później dowiedzieliśmy się, że została utopiona w potoku przez sowieckiego żołdaka, kiedy próbowała bronić dobytku przed grabieżą.

Na kilka dni (do 26 marca) front zatrzymał się na obrzeżach Boguszowic. Niemcy okopali się w nieistniejącym już dziś odcinku lasu zajętym w latach 60. pod piaskownię, na wschód od domów przy drodze prowadzącej do Kłokocina, dalej na południe od polnej drogi, którą górnicy z Kłokocina udawali się do pracy na kopalnię.

Morale żołnierzy niemieckich musiało być w tych dniach niskie. Byłem świadkiem, jak koło sklepu Szewczyka na ulicy Kłokocińskiej oficer grożąc pistoletem, zmuszał ich do powrotu na opuszczone stanowiska na wschodnim krańcu wsi.

Sowieci okopali się w lesie farskim. Po przejściu frontu widziałem w tym lesie płytkie rowy strzeleckie, zwłoki żołnierza sowieckiego oraz karabin ze zniszczoną kolbą. Sowieci zajęli też kopalnię. Nocą ostrzeliwali Boguszowice pociskami zapalającymi. Tej nocy, w której Niemcy opuszczali bez walki wieś, uchodząc w kierunku Chwałowic, spaliło się kilka stodół a także kryty słomą dom mieszkalny, który wchodził swoją północną ścianą w nasze obejście11, w miejscu, w którym stoi dziś słup elektryczny. W domu tym przebywali Niemcy ale go opuścili tej nocy. Zostawili w nim granaty, które wybuchały w ogniu.

Dom Franciszka Gruszczyka. Spłonął w marcu 1945 r.

Dom Franciszka Gruszczyka. Spłonął w marcu 1945 r.

Na naszej parceli rósł blisko tej chaty modrzew, który też się zapalił. Od palącego się domu prowadził w kierunku naszej drewnianej stodoły stary drewniany płot, według opowiadania ojca postawiony a właściwie pleciony przez mojego dziadka Józefa. W płocie tym nie było ani jednego gwoździa. Ten płot zaczął się też palić. Ogień przesuwał się po nim w kierunku stodoły. Całe szczęście nie było wtedy wiatru. Gasiliśmy płot gnojówką, gdyż wody w studni było mało. Stodoła ocalała.

Zagroda rodziców – stan z r. 1945

Zagroda rodziców – stan z r. 1945

Widok przed domem od strony szosy nie był zachęcający. „Urozmaicał” go gnojownik.

Widok przed domem od strony szosy nie był zachęcający. „Urozmaicał” go gnojownik.

Na planie przednim Martusia Przeliorz w dniu przystąpienia do 1. Komunii. Z tyłu z prawej ustęp, w środku dom.

Na planie przednim Martusia Przeliorz w dniu przystąpienia do 1. Komunii. Z tyłu z prawej ustęp, w środku dom.

Niemcy uchodzili z Boguszowic w kierunku Chwałowic. Musiało im się spieszyć, gdyż pod lasem przy dzisiejszej ul. Kolberga zostawili zmarłego żołnierza, którego nie pochowali, co im się zdarzało rzadko. Uczynili to mieszkańcy okolicznych domów. W okresie frontowym spadł także w lesie „Gać” niemiecki myśliwiec. Lotnik, który zginął, został pochowany w miejscu zgonu. Grób ten znajduje się tam jeszcze dzisiaj (2012).

W końcowych dniach marca zanotowano jeszcze jedną ofiarę. 24 marca zginął „trafiony ułamkiem pocisku” Izydor Siemianowski, ur. 24.3.1901. Taki zapis znalazłem w parafialnej księdze zgonów. Jego dom stał przy drodze prowadzącej do Kłokocina jako jeden z ostatnich i został uszkodzony pociskiem artylerii. Niektórzy sąsiedzi posądzali go o współpracę z niemiecką policją polityczną i twierdzili, że bojąc się odpowiedzialności popełnił samobójstwo. Nie dowiemy się już, jak było naprawdę.

Na froncie w Gotartowicach panował w tych dniach spokój. Niemcy prawdopodobnie opuścili okopy bez walki i uszli na południe. Sowieci ich na tym odcinku nie ścigali, gdyż do Boguszowic przybyli z kierunku Kłokocina i kopalni.

Dom od strony płn. zach. Dachówka została zmieniona po wojnie. Miała ona ten sam kształt, co dawna. Ojciec nabył ją w czasie wojny. Szosą idzie orszak pogrzebowy. Zdjęcie wykonane w latach 70. ubiegłego wieku.

Dom od strony płn. zach. Dachówka została zmieniona po wojnie. Miała ona ten sam kształt, co dawna. Ojciec nabył ją w czasie wojny. Szosą idzie orszak pogrzebowy. Zdjęcie wykonane w latach 70. ubiegłego wieku.

Stary dom przed rozbiórką.

Stary dom przed rozbiórką.

Stary dom z lat 70. XIX w. W tym domu się urodziłem i wychowałem.

Stary dom z lat 70. XIX w. W tym domu się urodziłem i wychowałem.

W nocy, w której Niemcy opuszczali wieś, partyzanci „udekorowali” słupy i płoty powieszonymi do góry nogami portretami różnych hitlerowskich dygnitarzy. Pojawiły się na domach polskie flagi. Miejscowy oddział AK przejął na kilka dni władzę. Naczelnikiem został Wilhelm Kula (Michel, ps. Bogacki).

Pierwsze nasze zetknięcie z Sowietami było szokujące. Do wsi wkroczył najpierw z kierunku Kłokocina lub kopalni mały patrol rozpoznawczy. Ludzie chcieli ich powitać. Sowieci jednako zaczęli im odbierać zegarki i rowery. Polowali szczególnie na konie, których Niemcy nie zdołali zarekwirować. U naszego sąsiada Konstantego Motyki przebywał robotnik przymusowy, podobno Ukrainiec12. Pokazywał on żołnierzom gospodarstwa z pozostałymi jeszcze końmi. Przybył z nimi również do naszego domu. Zachowywali się grubiańsko. Kiedy zaczęli węszyć po obejściu, zaczynając od kurnika, zobaczyli przez płot wujka Pawła Konska wyprowadzającego parę koni ze stajni do stodoły. Wujek kochał konie, dobrze je karmił. Były więc narowiste. Przy wyprowadzaniu zaczęły wierzgać. Sowieci opuścili nasze obejście przeskakując przez płot, gdyż wtedy nie było jeszcze wrót z tej strony domu. Zabrali wujkowi oba konie. Nasz koń schowany w stodole ocalał. Prawdopodobnie znaleźliby go, gdyż przed nimi nie można było niczego ukryć, ale tym razem wystarczyły im konie wujka.

Stary dom rodzinny z najbliższym otoczeniem (lata 70. XIX w.) wybudowany wg opowiadań ojca przez dziadka Józefa za jego kawalerskich czasów. Dom był kryty dachówką, jednak wnętrze było bardzo prymitywne. Najdokuczliwsze było wejście do chlewa bezpośrednio z sieni. Na strych prowadziły strome schody. Do piwnicy schodziło się stromymi schodami z kuchni. W latach 30. ojciec dobudował od strony wschodniej chlew a od strony zachodniej studnię.

Stary dom rodzinny z najbliższym otoczeniem (lata 70. XIX w.) wybudowany wg opowiadań ojca przez dziadka Józefa za jego kawalerskich czasów. Dom był kryty dachówką, jednak wnętrze było bardzo prymitywne. Najdokuczliwsze było wejście do chlewa bezpośrednio z sieni. Na strych prowadziły strome schody. Do piwnicy schodziło się stromymi schodami z kuchni. W latach 30. ojciec dobudował od strony wschodniej chlew a od strony zachodniej studnię.

Boguszowiczanki miały szczęście. Nie było we wsi rozstrzeliwań i nie dokonywano gwałtów, co miało miejsce w Żorach i we wsiach, przez które przechodzili pijani żołnierze frontowi. Po przejściu frontu przebywali we wsi żołnierze z jednostek transportowych oraz z technicznej obsługi lotniska, którzy byli już bardziej ogładzeni. Jednak gwałtów nie uniknęły kobiety, wskazane żołnierzom przez „życzliwych” sąsiadów jako Niemki. U Franciszka Mury mieszkała żona niemieckiego żandarma. Nie urzędował on w Boguszowicach. Uszedł przed Sowietami, zostawiając żonę i córkę. „Zagościł” u niej oficer sowiecki, którego musiała „obsługiwać”. Byłem w tym mieszkaniu (nie pamiętam, z jakiej przyczyny. Prawdopodobnie posłała mnie tam matka z żywnością.) i widziałem tego oficera. Obraz nie był sympatyczny. To smutne doświadczenie zadecydowało o całym dalszym życiu tej kobiety, która pozostała we wsi wraz z córką i zarabiała na życie swoim ciałem. Proboszcz Tobola wspomagał ją materialnie, próbując ją odwieść od tego procederu. Nie wiem, z jakim rezultatem.

Po kilku bezpańskich dniach została we wsi zorganizowana sowiecka komendantura wojenna. Komendant zamieszkał w domu Konstantego Motyki przy dzisiejszej ulicy Małachowskiego13. Obecność komendanta temperowała zachowanie żołnierzy.

Zakończenie wojny ogłoszono 9 maja. Wieczorem tego dnia lub dzień później proboszcz Tobola odprawił uroczystą mszę zakończoną pieśnią „Boże coś Polskę”. Kościół był pełny. Wielu ludzi płakało, nie zawsze ze szczęścia, gdyż nie wrócili jeszcze z wojny mężczyźni-mężowie, ojcowie, synowie, przyjaciele. Przyszłość była niepewna.

A tak w ogóle to mieliśmy szczęście. Parę dni później odbyła się rekwizycja „nadwyżki” zbóż. Przyszedł oficer sowiecki, chodził po strychu i wyznaczył ilość żyta i owsa do oddania. Ojciec odwiózł zarekwirowane ziarno. Nie zabrano nam wszystkiego.

Mieliśmy też inne przeżycia z żołnierzami sowieckimi. W kwietniu zobowiązano ojca do wyjazdu z koniem i wozem na Paruszowiec, gdzie w miejscu betonowego mostu zniszczonego przez Niemców saperzy budowali nowy drewniany most.

Most kolejowy nad Rudą na Paruszowcu przed zniszczeniem w 1945 r.

Most kolejowy nad Rudą na Paruszowcu przed zniszczeniem w 1945 r.

Ojciec wraz z innymi furmanami przywoził z pobliskiego lasu bale drewniane. Pilnował go przez cały czas żołnierz o mongolskim wyglądzie. Wieczorem przyjeżdżał z ojcem do domu i nocował u nas. Spał na ławie w kuchni. Nie chciał skorzystać z łóżka. Matka bała się go strasznie z powodu jego wyglądu, chociaż zachowywał się spokojnie. Z naszego trwożliwego zachowania musiał wyciągnąć niewłaściwe wnioski. Myślał chyba, że go lekceważymy. Kładąc się spać, powtarzał jakieś słowa, których wtedy nie rozumieliśmy. Zapamiętałem niektóre, np. „kak sobaka”. Dopiero po latach doszedłem do wniosku, że było mu przykro. Kiedy pytałem się ojca, dlaczego tak się bał tego żołnierza, powiedział mi, że zachowywał się on w lesie dziko i dziwnie. Według ojca, kiedy kopnął do korzenia wystającego na leśnej drodze, strzelał do niego. Nie mam pewności, czy rzeczywiście tak było. Żołnierz nie chciał jeść niczego, co mu matka podawała. Może bał się otrucia.

Taka nieuzasadniona w tym przypadku obawa towarzyszyła też niektórym innym żołnierzom. Nieco później, po zakończeniu wojny, kiedy sowieckie oddziały wojskowe wracały piechotą lub konno przez Ligotę i Świerklany na wschód, gdyż pociągi nie były w stanie pomieścić tak wielkiej liczby żołnierzy, przybyli do naszego domu na pięknych wypasionych koniach dwaj Sowieci i zażądali świeżego krowiego mleka. Zaniosłem im je w szklankach. Musiałem upić trochę przed wręczeniem go żołnierzom. Widocznie mi nie ufali. Razem z regularnym wojskiem wracali również maruderzy.

Sprzedawali oni za wódkę konie zdobyte na terenach niemieckich. Handlował z nimi wujek Wilhelm (Wiluś) z Ligoty. Ojciec kupił za jego pośrednictwem ciężarną klacz, która dzień po jej przyprowadzeniu zaczęła rodzić. Była ona prawdopodobnie zagoniona marszem, gdyż zarówno źrebię jak i klacz nie przeżyły porodu. Zakopałem je w ogrodzie za stodołą. Transakcje te nie zawsze były bezpieczne. Zdarzało się, że maruderzy wracali w nocy i zabierali nabywcom to, co im uprzednio sprzedali.

Mieliśmy też inne przygody z koniem, którego nam nie zabrano. Gdzieś na początku maja pod wieczór wiozłem na pole obornik. Przed kościołem zatrzymał mnie żołnierz i zmusił do zrzucenia obornika z wozu i do pojechania z nim na przykopalniany tartak po deski, które po załadowaniu zawiozłem na plac przy dzisiejszym przedszkolu. Potem zwolnił mnie. Załadowałem ponownie obornik i zawiozłem do „Płotek”14. Wróciłem do domu o zmroku. Zaniepokojeni rodzice mieli do mnie pretensje o późny powrót.

Mniej więcej w tym samym czasie bronowałem pole „Za lasem”15. Przy ul. Rajskiej stał wtedy tylko jeden dom Motyki. Poza tym istniała wolna przestrzeń. Przy tej ulicy znajdował się też strącony samolot, prawdopodobnie sowiecki. Na Papieroku grupa pijanych żołnierzy łowiła ryby, rzucając granaty do wody. Kiedy mnie zobaczyli, zaczęli strzelać w moim kierunku. Słyszałem świst pocisków. Bronowałem jednak lekkomyślnie dalej, starając się chodzić skryty za koniem. Po pewnym czasie strzelanina ustała.

Staw Papierok

Staw Papierok

Pewnego razu jechaliśmy z ojcem na to samo pole. Zatrzymał nas żołnierz, który jechał wozem ciągnionym przez małego huculskiego konika. Koniecznie chciał się „zamienić” końmi. Z trudem udało się nam go przekonać, że na takiej zamianie straci, bo nasz koń jest chory. Była to chyba prawda, gdyż koń ten posiadał na nodze narośl, która wskazywała na chorobę. Zdechł on zresztą po roku. Broniliśmy go, gdyż mały konik, którego posiadał żołnierz, nie byłby w stanie uciągnąć naszego większego wozu i naszych narzędzi rolniczych.

Sowieci, ludzie Wschodu, reprezentowali inną nieznaną we wsi kulturę. Widziałem ich kąpiących się w stawie nago, kobiety razem z mężczyznami, co u nas nie było wtedy do pomyślenia.

W naszej wsi przebywały także w czasie wojny na pracach przymusowych kobiety, przeważnie Ukrainki. Dwie z nich pracowały u wujka Ernesta Konska, którego Niemcy powołali do wojska. Po przyjściu Sowietów kobiety te zachowywały się bardzo swobodnie, nieraz baraszkowały z żołnierzami na oczach dzieci. Przygotowując się do balu, rozpruły dwie pierzyny i uszyły sobie suknie balowe z inletu. Zapamiętałem, że ten bal odbył się w lesie po lewej stronie drogi do Świerklan, w którym stacjonowała też jednostka wojska polskiego, gdyż wtedy doszło do konfliktu z Czechami o Zaolzie, które Czesi przyłączyli znów do swojego państwa16. Rościli oni pretensje nie tylko do Zaolzia lecz także do Raciborza i okolic. Spór przeciął Stalin, który przyznał Zaolzie Czechom, gdyż nie uznawał on układu monachijskiego z 1938 r., w wyniku którego Polska weszła w posiadanie tej ziemi zamieszkałej przez większość polską.

Pewnego dnia przybył do naszego mieszkania żołnierz z budzikiem w ręce i długo żądał od ojca wskazania mu adresu „majstra” który umiałby przerobić ten zegarek na kilka zegarków ręcznych. Był bardzo niezadowolony, kiedy mu tłumaczyliśmy, że tego nie można wykonać. Zegarki ręczne były u sowieckich żołnierzy bardzo w cenie. Zabierali je ludziom. Widziałem żołnierza, który nosił na jednej ręce zegarki od nadgarstka dłoni aż po pachę.

Wielką gratką dla sołdatów były rowery, które też zabierali ludziom. Często zjeżdżali na nich bez powietrza w dętkach od budynku gminnego w dół. Droga była wtedy utwardzona drobnymi kamieniami, które w czasie deszczy wypłukiwała woda. Jeżdżący na takiej drodze a właściwie uczący się jazdy na rowerach często się wywracali. Zachowanie niektórych po upadku było dziwne. Strzelali do rowerów, co sam widziałem na własne oczy.

Sowieci polowali też na wszystko, co wyglądało na złoto. Odbijali od filiżanek złocone ucha i inne detale. Kiedy uczyłem w Gotartowicach, uczniowie pokazywali mi mieszki wypełnione takimi „skarbami”, które znajdywali w sowieckich okopach w lesie. Gdyby mi ktokolwiek dziś opowiadał takie historie, nie bardzo bym mu wierzył, ale widziałem to wszystko na własne oczy.

Rower męski

Rower męski

Rower damski

Rower damski

Konstanty Motyka z żoną

Konstanty Motyka z żoną

Swoistą przygodę z sowieckimi żołnierzami miał także nasz sąsiad Konstanty Motyka. Nosił on dobre buty z cholewami. Żołnierzom musiały się te buty podobać. Pod jakimś pozorem kazano mu iść z nimi do Kłokocina. Za ostatnimi domami grozili mu zastrzeleniem. Kazali mu ściągnąć buty i spodnie. Rozmyślili się jednak i puścili go do domu, boso i w kalesonach. Buty i spodnie zabrali.

Pewnego dnia przybiegła do nas kuzynka Maria, po mężu Zimończyk17.Bała się, że Sowieci odkryją niemieckie książki znajdujące się w jej domu i prosiła mnie, bym pomógł jej je ukryć. Uczyniłem to. Przywiozłem je na tragaczu do naszego obejścia i schowałem pod drewnem pod wiatą stojącą wtedy w miejscu, w którym wybudowałem później dom. Jak się uspokoiło, książki wróciły do właściciela. Książki przechowałem, bo od młodych lat byłem z nimi za pan brat. Chociaż wszystko skończyło się szczęśliwie, nie jestem jednak przekonany, czy postąpiłem wtedy rozsądnie.

Tragacz

Tragacz

Z tyłu wiata na wozy. Przechowywałem pod nią książki Brunona Zimończyka.

Z tyłu wiata na wozy. Przechowywałem pod nią książki Brunona Zimończyka.

Sowieci bardzo sprawnie organizowali prace zbiorowe z wykorzystaniem miejscowej siły roboczej. Na polach dworskich w Gotartowicach, w miejscu, w którym znajduje się dzisiaj lotnisko sportowe, urządzili lotnisko polowe, z którego startowały samoloty bojowe wspomagające piechotę w czasie walk o Racibórz, Wodzisław i inne miejscowości na szlaku do Bramy Morawskiej. Przez kilka dni przechodziły przez wieś liczne grupy ludzi z Roja, Chwałowic, Jankowic, Świerklan, Połomi i innych wsi – zaopatrzonych w łopaty, kilofy i inne narzędzia i udawały się na miejsce przyszłego lotniska. Ludzie wyrównywali nierówności, zasypywali leje po wybuchach bomb i pocisków artyleryjskich, ciągnęli walce ubijające ziemię. Lotnisko powstało w ciągu kilku dni.

Sowiecki samolot bojowy

Sowiecki samolot bojowy

Chłopców, wśród nich i mnie, intrygowały samoloty. Udawaliśmy się na lotnisko i ochoczo pomagaliśmy żołnierzom przy przewożeniu bomb z magazynów zorganizowanych poza lotniskiem przy drodze na „Kyncyrz” za spalonym domem wybudowanym przez Niemców na początku wojny dla niemieckiego kierownika szkoły. Po załadowaniu bomb zawoziliśmy je samochodem na lotnisko. Kierowca samochodu był ekshibicjonistą. Cały czas miał odkryte swoje genitalia. Nie zważał na nas kilkunastoletnich chłopców. Przypadłość tego kierowcy musiała być znana obsłudze lotniska i lotnikom, w tym kobietom, gdyż podchodzono do niego, podglądano go i żartowano. Pamiętam, że było ze mną jeszcze dwóch chłopców. Jeden z nich to nieżyjący już Konrad Buchalik, który stracił później niedaleko składowiska bomb oko i sprawność w nodze, gdyż w jego pobliżu wybuchła mina. W czasie tego zdarzenia nie było mnie na lotnisku.

Pomagaliśmy też przy wykonywaniu taśm z pociskami do pokładowych karabinów maszynowych. Pracę tę wykonywaliśmy w obejściach dwóch domów po obu stronach dzisiejszej ul. Jutrzenki. Jeden należał do Cymbora. Praca ta bardzo mnie zaciekawiła. Najpierw impregnowaliśmy w gorącym płynie podobnym do rozcieńczonej smoły luźne elementy ogniw. Potem wykonywaliśmy z nich taśmy, przy czym pociski stanowiły sworznie. Co dziesiąty pocisk był pociskiem świetlnym oznakowanym żółtym kolorem. Następnie przepuszczaliśmy gotowe już taśmy przez urządzenie poruszane korbą, które wyrównywało pociski. Wymykałem się rodzicom na lotnisko przez kilka dni. Obserwowałem też samoloty i lotników, wśród których były też żołnierki w randze oficerskiej.

Kilku lotników poległo w walkach. Zostali oni pochowani w Boguszowicach naprzeciw budynku gminnego. Chowano ich z honorami żołnierskimi. Grobów było prawdopodobnie sześć. Sowieci na każdym z nich postawili drewniany ostrosłup zwieńczony gwiazdą. Na nagrobku widniało nazwisko i stopień wojskowy pochowanego. Lotnicy ci zostali ekshumowani w 1947 r.18

Takiego kształtu drewniane nagrobki sowieckich lotników stały również w Boguszowicach.

Takiego kształtu drewniane nagrobki sowieckich lotników stały również w Boguszowicach.

c.d.n.


10 Ugotowane żyto, okraszone rozpuszczonym masłem i cukrem.

11 Zgodę na budowę w tym miejscu dał prawdopodobnie mój dziadek, który był zięciem Leopolda Sobika, właściciela tego domu. Teść dziadka, będąc już na wyłamku, po śmierci żony ożenił się powtórnie i zamieszkał w tym domu. Nasz sąsiad Paszek uznał pierwotnie, że dom stał w granicy, chciał poszerzyć swoją parcelę. Świadczy o tym kawałek płaskownika wchodzącego w naszą parcelę. Jednak żyjący jeszcze wtedy szwagier Paszka odradził mu takie stawianie płotu. Obyło się bez konfliktu.

12 Niemcy kierowali do gospodarstw, z których mężczyzn powołali do wojska robotników przymusowych, mężczyzn i kobiety.

13 Dzisiaj dom należy do Jerzego Reginka, wnuka Konstantego Motyki.

14 „Płotki” to pole w rejonie dzisiejszego Gimnazjum nr 7.

15 Mniej więcej w rejonie dzisiejszego kościoła pod wezwaniem św. Barbary na Osiedlu.

16 Przypuszczam, że mało kto wiedział o stacjonowaniu w lesie jednostki polskiej, gdyż prości żołnierze nie mieli prawdopodobnie zgody na opuszczanie lasu a chodzący po wsi oficerowie byli Rosjanami. Dowiedziałem się o pobycie polskiego wojska od kierowcy, któremu popsuł się niedaleko naszego domu samochód i prosił o klucze, których nie miał przy sobie. Byłem zaskoczony jego śpiewną polską mową, którą słyszałem po raz pierwszy. On też mówił o wojsku polskim stacjonującym w lesie. Wtedy nie znałem okoliczności pobytu polskich żołnierzy w lesie.

17 Teść kuzynki, Bruno Zimończyk był w latach międzywojennych znany jako Niemiec. Należał do Volksbundu. Swoich dwóch synów posyłał do niemieckiej szkoły mniejszościowej, która do 1934 r. mieściła się w budynku przykopalnianym. Starszy Rajmund ożenił się z kuzynką Marią Konsek z Roja. Ich wspólne życie trwało krótko. Rajmund został powołany do Wehrmachtu, został ranny. Po wojnie pozostał w Niemczech. Kuzynka sama wychowywała syna. Młodszy syn Brunona – Reinhold uczęszczał do niemieckiej szkoły średniej w Chorzowie. Został też powołany do armii. Stracił oko i sprawność jednej nogi. Po wojnie zamieszkał na terenie przyszłej NRD. Był nauczycielem języka rosyjskiego. Bruno był światłym człowiekiem. Zmeliorował m.in. łąkę, czego inni rolnicy w Boguszowicach nie robili. W jego domu znajdowało się dużo niemieckich książek rolniczych. Był on tak zwanym „dobrym Niemcem”. Jak mógł, pomagał boguszowiczanom zagrożonym przez władze. W 1945 r. został pozbawiony obywatelstwa polskiego i zarekwirowano mu ziemię. Nie został jednak deportowany do Niemiec i w 1950 r. zwrócono mu ziemię. Znalazłem w Archiwum Państwowym w Raciborzu dokument o następującej treści: Propozycje podkomisji przy P.P.R.N. w Rybniku dotyczące odwołania od decyzji pozbawiającej obywatelstwo polskie (Sp.4/1212/47 z dnia 30.11.1950) Zimończyk Brunon – ur. 19.9.1892 w Boguszowicach, zam. w Boguszowicach, rolnik, organizator V.B. przez 2 lata Ortsbauernführer. Podkomisja zajmuje stanowisko pozytywne o przyznaniu obywatelstwa …był zwyczajnym członkiem NSDAP….

18 W Archiwum Państwowym w Raciborzu znalazłem notatkę informującą o ekshumacji w r. 1947 w Boguszowicach 6 żołnierzy sowieckich za pieniądze z dotacji państwowej w wys. 7.520 zł.

 

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.