Lis 142007
 

Z krótkotrwałej „ewakuacji” (na czas działań frontowych) wracaliśmy do Rybnika przez Rudy, Wilczę, Wielopole. Zmierzaliśmy wprost na Smolną, spodziewając się odnaleźć tam dziadków (rodziców mamy) – w miejscu ich zamieszkiwania podczas okupacji. Niestety, jak się okazało, nie mogli wrócić do mieszkania w „pawilonie sklepowym”, gdyż budynek ten był uszkodzony – miał wyrwę po bombie w jednej ze ścian. Ich sąsiedzi wiedząc gdzie dziadkowie znaleźli dla siebie nowe mieszkanie, przekazali tę informację mojej mamie.

Jak się później sprawa wyjaśniła, dziadkowie zmuszeni do zabezpieczenia sobie nowego lokum, znaleźli mieszkanie „poniemieckie” w budynku jednopiętrowym przy ulicy Piaskowej nr 49 – później zmieniono nazwę tej ulicy na Reymonta. Budynek był własnością Niemca Fojcika – zwolennika Hitlera, a na skutek przegranej wojny przez Niemcy, opuścił w czasie działań wojennych Polskę udając się prawdopodobnie do Niemiec. W budynku tym były cztery mieszkania składające się z pokoju i kuchni, a jedynie mieszkanie po właścicielu – Fojciku miało duży pokój, mały pokoik, kuchnię, przedpokój z „przeszkloną” werandą – oddzielającą przedpokój od klatki schodowej, oraz balkon. To właśnie mieszkanie zajęli dziadkowie. Budynek ten nie posiadał kanalizacji, instalacji wodnej, więc wodę wydobywało się za pomocą pompy ręcznej ze studni usytuowanej na podwórzu. Do ubikacji trzeba było chodzić na dwór – do murowanego wolno stojącego pomieszczenia, w którym mieściły się dwie „kabiny” z oddzielnymi wejściami. W dniu wzajemnego „odnalezienia” się z dziadkami, zostaliśmy u nich na noc, a dopiero następnego dnia mama ze swoim bratem poszła sprawdzić stan naszego mieszkania na „Maroko”. Niewiele było stamtąd do zabrania. Mieszkanie to było splądrowane, większość naszych rzeczy zostało skradzionych lub poniszczonych. Przywieźli więc na ręcznym – czterokołowym wózku to, co nadawało się do użytku, a było tego naprawdę niewiele. Zaistniała jednak okoliczność sprzyjająca i naszemu „urządzeniu” się w budynku zamieszkałym przez dziadków. Tuż obok nich, mieszkał tymczasowo rosyjski oficer, o dosyć specyficznych uprawnieniach. Nie miał dystynkcji na mundurze, lecz widać było po jego sposobie zachowywania się, że posiada dużo osobistej kultury i jest kimś znaczącym w wojsku. Babcia często zapraszała go na herbatę, więc przychodził wieczorami do dziadków i łamaną polszczyzną prowadził z nimi towarzyskie rozmowy o różnych życiowych sprawach. Gdy więc oficer ten podpowiedział dziadkom że za kilkanaście dni zwolni swoją kwaterę, a córka (moja mama) nie ma mieszkania, to „kwaterę” ową można będzie przejąć dla naszych potrzeb. O randze i uprawnieniach tego oficera, przekonaliśmy się po dosyć przykrym incydencie, gdy któregoś dnia po południu (oficer ten był gdzieś w „terenie”), przyszło do dziadków kilku podpitych oficerów rosyjskich wraz z dziewczynami w rosyjskich mundurach i żądali alkoholu. Gdy babcia odpowiedziała że wódki nie ma, zaczęli przeszukiwać mieszkanie, by zabrać coś wartościowego, co można by było wymienić na alkohol. Zauważywszy maszynę do szycia i parę innych przedmiotów, przywołali z przed domu kilku szeregowych żołnierzy i kazali wynieść wskazywane rzeczy. Bezskuteczne były protesty babci, a najmłodszy z oficerów (około 22 letni kapitan) postraszył Ją, że następnego dnia przyjdą znowu i zabiorą jeszcze więcej rzeczy. W ówczesnych warunkach, nie można było bagatelizować takich gróźb, gdyż wiadomo było do czego byli zdolni żołnierze, uzasadniający wszystko okolicznościami działań wojennych i „frontu”. Pod wieczór, zjawił się „nasz” oficer i po chwili zjawił się u dziadków na tradycyjnej herbacie. Zauważywszy ponury nastrój u dorosłych domowników, zagadnął o powód tego przygnębienia, a po babci wyjaśnieniach, skrócił wieczorne odwiedziny i powiedział, by się nie martwić, że wszystko będzie dobrze. Następnego dnia, ku naszemu zdumieniu, niemal zaraz po jego wyjściu z domu, podjechał ten sam wóz konny i dwaj rosyjscy żołnierze w pośpiechu wnieśli do mieszkania dziadków, rzeczy zabrane w dniu poprzednim. Zjawił się też ten młody kapitan wraz z pozostałymi uczestnikami buńczucznych zachowań. Byli bardzo trzeźwi, bardzo wystraszeni i pokornie przepraszali dziadków za swoje niestosowne zachowanie w dniu poprzednim.

Z tego, co dowiedzieliśmy się nieco później (po kilku miesiącach), „nasz” oficer był komisarzem politycznym – Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych. Tacy „wybrańcy” funkcjonowali w wojsku rosyjskim bez widocznych dystynkcji na mundurach, ale posiadali bardzo duże uprawnienia w zakresie utrzymywania porządku w wojsku. Pełnili funkcję sędziów, a za niesubordynację żołnierzy, za nie wykonanie rozkazu, za dezercję – mieli prawo orzekania kary do wyroku kary śmierci włącznie. W przypadku wyżej opisanego zdarzenia u dziadków, w sposób sobie wiadomy odnalazł tą grupę rozzuchwalonych oficerów musiał ich nieźle nastraszyć, że przyszli tacy skruszeni, z tak szczerymi przeprosinami. Po około trzech tygodniach od tego incydentu, „nasz” oficer przyszedł się pożegnać z dziadkami i odjechał wraz z wojskiem – przemieszczającym się w kierunku Berlina. Opuszczoną przez niego „kwaterę” (pokój z kuchnią) zajęła nasza mama i oczywiście natychmiast załatwiła wszystkie niezbędne formalności związane z oficjalnym przydziałem tego lokalu mieszkalnego.

Wspomniałem już, że z mieszkania na „Maroku”, tj. po pozostawionych tam meblach, przedmiotach codziennego użytku, bieliźnie i ubraniach, niewiele było do zabrania. Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych w Katowicach przydzieliła nam skromną miesięczną „rentę” po ojcu, i tak zaczęliśmy życie w pierwszych dniach i tygodniach po wyzwoleniu. Były jednak i przykrości, w tej nowotworzonej rzeczywistości polityczno – społecznej, gdyż w ramach przeprowadzanej w maju 1945 r. akcji rehabilitacyjnej osób wpisanych do trzeciej grupy niemieckiej (grupy narodowej lub do grupy tzw. „Leistungs – Pole”), mama była wezwana do Starostwa w Rybniku i musiała składać „deklarację wierności Narodowi Polskiemu i demokratycz­nemu Państwu Polskiemu”. Było wręcz upokarzające, że po takiej krzywdzie jaką doznaliśmy od okupanta – gdy nasi najbliżsi złożyli ofiarę życia za Ojczyznę, w tejże wyzwolonej ojczyźnie mama musiała składać „deklarację wierności”! W nawiązaniu do deklaracji lojalności, dowiedzieliśmy się, że po wyzwoleniu Rybnika, odnaleziono w byłym budynku gestapo wykazy osób, – które miały być wysłane do KL Auschwitz i tam uśmiercone gazem. Dzięki przyspieszonym o parę tygodni działaniom wojennym – zamiar ten nie został zrealizowany. Były na tych wykazach wpisane osoby z rodzin, z których kogoś wcześniej aresztowano czy uśmiercono – członków konspiracyjnych organizacji ruchu oporu, a więc wrogów Rzeszy. Na listach tych były wpisane i nasze nazwiska. Były także niepokojące okoliczności, dotyczące cioci Zofii Sobik, która nie zdążyła jeszcze wrócić z poobozowej „tułaczki” do domu, a już była poszukiwana przez rosyjskie jednostki „służby bezpieczeństwa”. Funkcjonariusze ci przyszli do dziadków i wypytywali o ciocię, a gdy nie zastali Jej u dziadków, poszli do jej teściów – Sobików, czy się tam nie ukrywa. Więźniarki z Auschwitz – Birkenau (między nimi Zofia Sobik) przesłane do Ravensbrück, stamtąd były ewakuowane w głąb Niemiec. W czasie kolejnej ewakuacji więźniarek, gdy kolumna przemieszczała się do następnej miejscowości, Zofia zdobyła się na odwagę i w dogodnym momencie wraz z koleżanką – współwięźniarką, wyskoczyła z kolumny. Po oddaleniu się kolumny więźniarek i eskorty SS, upewniwszy się, że jest już bezpiecznie, znalazły jakieś bezpieczne schronienie do spędzenia nocy, a w następnym dniu, po ustaleniu nazwy miejscowości w jakiej się znajdują, ruszyły w kierunku swoich domów. Nawiązując do poszukiwania Zofii Sobik przez Rosjan, prawdopodobnie dowiedziały się o tym („zbliżaniu” się do domu) osoby, dla których stanowiło to jakieś zagrożenie. Może sądziły, że po powrocie będzie mogła wskazywać „odpowiednim” służbom czy instytucjom, kto oprócz zdrajcy Zientka mógł donieść na gestapo o konspiracyjnej działalności jej męża Stanisława Sobika, że np. w ich mieszkaniu odbywały się konspiracyjne spotkania. Wiadome natomiast było, że funkcjonariusze rosyjskich służb bezpieczeństwa nie „bawili” się w drobiazgowe dochodzenie by ustalić prawdę. Aresztowali wskazanego osobnika i wysyłali w głąb Rosji. Zanim sprawa się wyjaśniła, lub gdy okazało się że zaistniała pomyłka w doniesieniu, często było za późno lub ciężko było z naprawieniem krzywdy wobec danej osoby. Tak więc, oczekując powrotu Zofii, dziadkowie i mama świadomi takich zagrożeń, mieli dużą obawę, czy Rosjanie nie pojawią się ponownie by Ją aresztować, a oficer który mieszkał obok w tym „naszym” mieszkaniu, i z którym można by wyjaśnić sprawę, już się wyprowadził i nie mógł nam pomóc.

W pierwszej połowie maja 1945 r., Zofia dotarła wreszcie do domu. W tym naszym budynku z mieszkania na parterze wyprowadziła się samotna starsza kobieta, więc ciocia postarała się o przydział na to mieszkanie i w ten sposób zamieszkaliśmy wszyscy w jednym budynku.

Dodaj komentarz