Lis 232013
 

Mieczysław Kula

Mój Rok 1945

Moim wnukom ku pamięci

(Na podstawie własnych przeżyć i wybranej literatury)

 

Część 3

 

Boguszowice uniknęły szczęśliwie walk. Sowieci zajęli Kłokocin, w którym zabierali ludziom, co się dało. Znam też przypadek sowieckiego barbarzyństwa, jaki zdarzył się w tej miejscowości. Moja babcia Marianna, którą nazywaliśmy starką, wracając z codziennej mszy porannej, odprawianej w dni powszednie, mimo poświęcenia już nowego kościoła, nadal w starym kościele, zapraszała do siebie dwie Marianki – Stanowską, nazywaną Katla oraz Mariankę Szuła z Kłokocina i częstowała je „prażonkami”10. Ta ostatnia przychodziła nadal ogrzać się do naszego domu po śmierci starki, która zmarła w czerwcu 1941 r. Po przejściu frontu przestała przychodzić. Później dowiedzieliśmy się, że została utopiona w potoku przez sowieckiego żołdaka, kiedy próbowała bronić dobytku przed grabieżą.

Na kilka dni (do 26 marca) front zatrzymał się na obrzeżach Boguszowic. Niemcy okopali się w nieistniejącym już dziś odcinku lasu zajętym w latach 60. pod piaskownię, na wschód od domów przy drodze prowadzącej do Kłokocina, dalej na południe od polnej drogi, którą górnicy z Kłokocina udawali się do pracy na kopalnię.

Morale żołnierzy niemieckich musiało być w tych dniach niskie. Byłem świadkiem, jak koło sklepu Szewczyka na ulicy Kłokocińskiej oficer grożąc pistoletem, zmuszał ich do powrotu na opuszczone stanowiska na wschodnim krańcu wsi.

Sowieci okopali się w lesie farskim. Po przejściu frontu widziałem w tym lesie płytkie rowy strzeleckie, zwłoki żołnierza sowieckiego oraz karabin ze zniszczoną kolbą. Sowieci zajęli też kopalnię. Nocą ostrzeliwali Boguszowice pociskami zapalającymi. Tej nocy, w której Niemcy opuszczali bez walki wieś, uchodząc w kierunku Chwałowic, spaliło się kilka stodół a także kryty słomą dom mieszkalny, który wchodził swoją północną ścianą w nasze obejście11, w miejscu, w którym stoi dziś słup elektryczny. W domu tym przebywali Niemcy ale go opuścili tej nocy. Zostawili w nim granaty, które wybuchały w ogniu.

Dom Franciszka Gruszczyka. Spłonął w marcu 1945 r.

Dom Franciszka Gruszczyka. Spłonął w marcu 1945 r.

Na naszej parceli rósł blisko tej chaty modrzew, który też się zapalił. Od palącego się domu prowadził w kierunku naszej drewnianej stodoły stary drewniany płot, według opowiadania ojca postawiony a właściwie pleciony przez mojego dziadka Józefa. W płocie tym nie było ani jednego gwoździa. Ten płot zaczął się też palić. Ogień przesuwał się po nim w kierunku stodoły. Całe szczęście nie było wtedy wiatru. Gasiliśmy płot gnojówką, gdyż wody w studni było mało. Stodoła ocalała.

Zagroda rodziców – stan z r. 1945

Zagroda rodziców – stan z r. 1945

Widok przed domem od strony szosy nie był zachęcający. „Urozmaicał” go gnojownik.

Widok przed domem od strony szosy nie był zachęcający. „Urozmaicał” go gnojownik.

Na planie przednim Martusia Przeliorz w dniu przystąpienia do 1. Komunii. Z tyłu z prawej ustęp, w środku dom.

Na planie przednim Martusia Przeliorz w dniu przystąpienia do 1. Komunii. Z tyłu z prawej ustęp, w środku dom.

Niemcy uchodzili z Boguszowic w kierunku Chwałowic. Musiało im się spieszyć, gdyż pod lasem przy dzisiejszej ul. Kolberga zostawili zmarłego żołnierza, którego nie pochowali, co im się zdarzało rzadko. Uczynili to mieszkańcy okolicznych domów. W okresie frontowym spadł także w lesie „Gać” niemiecki myśliwiec. Lotnik, który zginął, został pochowany w miejscu zgonu. Grób ten znajduje się tam jeszcze dzisiaj (2012).

W końcowych dniach marca zanotowano jeszcze jedną ofiarę. 24 marca zginął „trafiony ułamkiem pocisku” Izydor Siemianowski, ur. 24.3.1901. Taki zapis znalazłem w parafialnej księdze zgonów. Jego dom stał przy drodze prowadzącej do Kłokocina jako jeden z ostatnich i został uszkodzony pociskiem artylerii. Niektórzy sąsiedzi posądzali go o współpracę z niemiecką policją polityczną i twierdzili, że bojąc się odpowiedzialności popełnił samobójstwo. Nie dowiemy się już, jak było naprawdę.

Na froncie w Gotartowicach panował w tych dniach spokój. Niemcy prawdopodobnie opuścili okopy bez walki i uszli na południe. Sowieci ich na tym odcinku nie ścigali, gdyż do Boguszowic przybyli z kierunku Kłokocina i kopalni.

Dom od strony płn. zach. Dachówka została zmieniona po wojnie. Miała ona ten sam kształt, co dawna. Ojciec nabył ją w czasie wojny. Szosą idzie orszak pogrzebowy. Zdjęcie wykonane w latach 70. ubiegłego wieku.

Dom od strony płn. zach. Dachówka została zmieniona po wojnie. Miała ona ten sam kształt, co dawna. Ojciec nabył ją w czasie wojny. Szosą idzie orszak pogrzebowy. Zdjęcie wykonane w latach 70. ubiegłego wieku.

Stary dom przed rozbiórką.

Stary dom przed rozbiórką.

Stary dom z lat 70. XIX w. W tym domu się urodziłem i wychowałem.

Stary dom z lat 70. XIX w. W tym domu się urodziłem i wychowałem.

W nocy, w której Niemcy opuszczali wieś, partyzanci „udekorowali” słupy i płoty powieszonymi do góry nogami portretami różnych hitlerowskich dygnitarzy. Pojawiły się na domach polskie flagi. Miejscowy oddział AK przejął na kilka dni władzę. Naczelnikiem został Wilhelm Kula (Michel, ps. Bogacki).

Pierwsze nasze zetknięcie z Sowietami było szokujące. Do wsi wkroczył najpierw z kierunku Kłokocina lub kopalni mały patrol rozpoznawczy. Ludzie chcieli ich powitać. Sowieci jednako zaczęli im odbierać zegarki i rowery. Polowali szczególnie na konie, których Niemcy nie zdołali zarekwirować. U naszego sąsiada Konstantego Motyki przebywał robotnik przymusowy, podobno Ukrainiec12. Pokazywał on żołnierzom gospodarstwa z pozostałymi jeszcze końmi. Przybył z nimi również do naszego domu. Zachowywali się grubiańsko. Kiedy zaczęli węszyć po obejściu, zaczynając od kurnika, zobaczyli przez płot wujka Pawła Konska wyprowadzającego parę koni ze stajni do stodoły. Wujek kochał konie, dobrze je karmił. Były więc narowiste. Przy wyprowadzaniu zaczęły wierzgać. Sowieci opuścili nasze obejście przeskakując przez płot, gdyż wtedy nie było jeszcze wrót z tej strony domu. Zabrali wujkowi oba konie. Nasz koń schowany w stodole ocalał. Prawdopodobnie znaleźliby go, gdyż przed nimi nie można było niczego ukryć, ale tym razem wystarczyły im konie wujka.

Stary dom rodzinny z najbliższym otoczeniem (lata 70. XIX w.) wybudowany wg opowiadań ojca przez dziadka Józefa za jego kawalerskich czasów. Dom był kryty dachówką, jednak wnętrze było bardzo prymitywne. Najdokuczliwsze było wejście do chlewa bezpośrednio z sieni. Na strych prowadziły strome schody. Do piwnicy schodziło się stromymi schodami z kuchni. W latach 30. ojciec dobudował od strony wschodniej chlew a od strony zachodniej studnię.

Stary dom rodzinny z najbliższym otoczeniem (lata 70. XIX w.) wybudowany wg opowiadań ojca przez dziadka Józefa za jego kawalerskich czasów. Dom był kryty dachówką, jednak wnętrze było bardzo prymitywne. Najdokuczliwsze było wejście do chlewa bezpośrednio z sieni. Na strych prowadziły strome schody. Do piwnicy schodziło się stromymi schodami z kuchni. W latach 30. ojciec dobudował od strony wschodniej chlew a od strony zachodniej studnię.

Boguszowiczanki miały szczęście. Nie było we wsi rozstrzeliwań i nie dokonywano gwałtów, co miało miejsce w Żorach i we wsiach, przez które przechodzili pijani żołnierze frontowi. Po przejściu frontu przebywali we wsi żołnierze z jednostek transportowych oraz z technicznej obsługi lotniska, którzy byli już bardziej ogładzeni. Jednak gwałtów nie uniknęły kobiety, wskazane żołnierzom przez „życzliwych” sąsiadów jako Niemki. U Franciszka Mury mieszkała żona niemieckiego żandarma. Nie urzędował on w Boguszowicach. Uszedł przed Sowietami, zostawiając żonę i córkę. „Zagościł” u niej oficer sowiecki, którego musiała „obsługiwać”. Byłem w tym mieszkaniu (nie pamiętam, z jakiej przyczyny. Prawdopodobnie posłała mnie tam matka z żywnością.) i widziałem tego oficera. Obraz nie był sympatyczny. To smutne doświadczenie zadecydowało o całym dalszym życiu tej kobiety, która pozostała we wsi wraz z córką i zarabiała na życie swoim ciałem. Proboszcz Tobola wspomagał ją materialnie, próbując ją odwieść od tego procederu. Nie wiem, z jakim rezultatem.

Po kilku bezpańskich dniach została we wsi zorganizowana sowiecka komendantura wojenna. Komendant zamieszkał w domu Konstantego Motyki przy dzisiejszej ulicy Małachowskiego13. Obecność komendanta temperowała zachowanie żołnierzy.

Zakończenie wojny ogłoszono 9 maja. Wieczorem tego dnia lub dzień później proboszcz Tobola odprawił uroczystą mszę zakończoną pieśnią „Boże coś Polskę”. Kościół był pełny. Wielu ludzi płakało, nie zawsze ze szczęścia, gdyż nie wrócili jeszcze z wojny mężczyźni-mężowie, ojcowie, synowie, przyjaciele. Przyszłość była niepewna.

A tak w ogóle to mieliśmy szczęście. Parę dni później odbyła się rekwizycja „nadwyżki” zbóż. Przyszedł oficer sowiecki, chodził po strychu i wyznaczył ilość żyta i owsa do oddania. Ojciec odwiózł zarekwirowane ziarno. Nie zabrano nam wszystkiego.

Mieliśmy też inne przeżycia z żołnierzami sowieckimi. W kwietniu zobowiązano ojca do wyjazdu z koniem i wozem na Paruszowiec, gdzie w miejscu betonowego mostu zniszczonego przez Niemców saperzy budowali nowy drewniany most.

Most kolejowy nad Rudą na Paruszowcu przed zniszczeniem w 1945 r.

Most kolejowy nad Rudą na Paruszowcu przed zniszczeniem w 1945 r.

Ojciec wraz z innymi furmanami przywoził z pobliskiego lasu bale drewniane. Pilnował go przez cały czas żołnierz o mongolskim wyglądzie. Wieczorem przyjeżdżał z ojcem do domu i nocował u nas. Spał na ławie w kuchni. Nie chciał skorzystać z łóżka. Matka bała się go strasznie z powodu jego wyglądu, chociaż zachowywał się spokojnie. Z naszego trwożliwego zachowania musiał wyciągnąć niewłaściwe wnioski. Myślał chyba, że go lekceważymy. Kładąc się spać, powtarzał jakieś słowa, których wtedy nie rozumieliśmy. Zapamiętałem niektóre, np. „kak sobaka”. Dopiero po latach doszedłem do wniosku, że było mu przykro. Kiedy pytałem się ojca, dlaczego tak się bał tego żołnierza, powiedział mi, że zachowywał się on w lesie dziko i dziwnie. Według ojca, kiedy kopnął do korzenia wystającego na leśnej drodze, strzelał do niego. Nie mam pewności, czy rzeczywiście tak było. Żołnierz nie chciał jeść niczego, co mu matka podawała. Może bał się otrucia.

Taka nieuzasadniona w tym przypadku obawa towarzyszyła też niektórym innym żołnierzom. Nieco później, po zakończeniu wojny, kiedy sowieckie oddziały wojskowe wracały piechotą lub konno przez Ligotę i Świerklany na wschód, gdyż pociągi nie były w stanie pomieścić tak wielkiej liczby żołnierzy, przybyli do naszego domu na pięknych wypasionych koniach dwaj Sowieci i zażądali świeżego krowiego mleka. Zaniosłem im je w szklankach. Musiałem upić trochę przed wręczeniem go żołnierzom. Widocznie mi nie ufali. Razem z regularnym wojskiem wracali również maruderzy.

Sprzedawali oni za wódkę konie zdobyte na terenach niemieckich. Handlował z nimi wujek Wilhelm (Wiluś) z Ligoty. Ojciec kupił za jego pośrednictwem ciężarną klacz, która dzień po jej przyprowadzeniu zaczęła rodzić. Była ona prawdopodobnie zagoniona marszem, gdyż zarówno źrebię jak i klacz nie przeżyły porodu. Zakopałem je w ogrodzie za stodołą. Transakcje te nie zawsze były bezpieczne. Zdarzało się, że maruderzy wracali w nocy i zabierali nabywcom to, co im uprzednio sprzedali.

Mieliśmy też inne przygody z koniem, którego nam nie zabrano. Gdzieś na początku maja pod wieczór wiozłem na pole obornik. Przed kościołem zatrzymał mnie żołnierz i zmusił do zrzucenia obornika z wozu i do pojechania z nim na przykopalniany tartak po deski, które po załadowaniu zawiozłem na plac przy dzisiejszym przedszkolu. Potem zwolnił mnie. Załadowałem ponownie obornik i zawiozłem do „Płotek”14. Wróciłem do domu o zmroku. Zaniepokojeni rodzice mieli do mnie pretensje o późny powrót.

Mniej więcej w tym samym czasie bronowałem pole „Za lasem”15. Przy ul. Rajskiej stał wtedy tylko jeden dom Motyki. Poza tym istniała wolna przestrzeń. Przy tej ulicy znajdował się też strącony samolot, prawdopodobnie sowiecki. Na Papieroku grupa pijanych żołnierzy łowiła ryby, rzucając granaty do wody. Kiedy mnie zobaczyli, zaczęli strzelać w moim kierunku. Słyszałem świst pocisków. Bronowałem jednak lekkomyślnie dalej, starając się chodzić skryty za koniem. Po pewnym czasie strzelanina ustała.

Staw Papierok

Staw Papierok

Pewnego razu jechaliśmy z ojcem na to samo pole. Zatrzymał nas żołnierz, który jechał wozem ciągnionym przez małego huculskiego konika. Koniecznie chciał się „zamienić” końmi. Z trudem udało się nam go przekonać, że na takiej zamianie straci, bo nasz koń jest chory. Była to chyba prawda, gdyż koń ten posiadał na nodze narośl, która wskazywała na chorobę. Zdechł on zresztą po roku. Broniliśmy go, gdyż mały konik, którego posiadał żołnierz, nie byłby w stanie uciągnąć naszego większego wozu i naszych narzędzi rolniczych.

Sowieci, ludzie Wschodu, reprezentowali inną nieznaną we wsi kulturę. Widziałem ich kąpiących się w stawie nago, kobiety razem z mężczyznami, co u nas nie było wtedy do pomyślenia.

W naszej wsi przebywały także w czasie wojny na pracach przymusowych kobiety, przeważnie Ukrainki. Dwie z nich pracowały u wujka Ernesta Konska, którego Niemcy powołali do wojska. Po przyjściu Sowietów kobiety te zachowywały się bardzo swobodnie, nieraz baraszkowały z żołnierzami na oczach dzieci. Przygotowując się do balu, rozpruły dwie pierzyny i uszyły sobie suknie balowe z inletu. Zapamiętałem, że ten bal odbył się w lesie po lewej stronie drogi do Świerklan, w którym stacjonowała też jednostka wojska polskiego, gdyż wtedy doszło do konfliktu z Czechami o Zaolzie, które Czesi przyłączyli znów do swojego państwa16. Rościli oni pretensje nie tylko do Zaolzia lecz także do Raciborza i okolic. Spór przeciął Stalin, który przyznał Zaolzie Czechom, gdyż nie uznawał on układu monachijskiego z 1938 r., w wyniku którego Polska weszła w posiadanie tej ziemi zamieszkałej przez większość polską.

Pewnego dnia przybył do naszego mieszkania żołnierz z budzikiem w ręce i długo żądał od ojca wskazania mu adresu „majstra” który umiałby przerobić ten zegarek na kilka zegarków ręcznych. Był bardzo niezadowolony, kiedy mu tłumaczyliśmy, że tego nie można wykonać. Zegarki ręczne były u sowieckich żołnierzy bardzo w cenie. Zabierali je ludziom. Widziałem żołnierza, który nosił na jednej ręce zegarki od nadgarstka dłoni aż po pachę.

Wielką gratką dla sołdatów były rowery, które też zabierali ludziom. Często zjeżdżali na nich bez powietrza w dętkach od budynku gminnego w dół. Droga była wtedy utwardzona drobnymi kamieniami, które w czasie deszczy wypłukiwała woda. Jeżdżący na takiej drodze a właściwie uczący się jazdy na rowerach często się wywracali. Zachowanie niektórych po upadku było dziwne. Strzelali do rowerów, co sam widziałem na własne oczy.

Sowieci polowali też na wszystko, co wyglądało na złoto. Odbijali od filiżanek złocone ucha i inne detale. Kiedy uczyłem w Gotartowicach, uczniowie pokazywali mi mieszki wypełnione takimi „skarbami”, które znajdywali w sowieckich okopach w lesie. Gdyby mi ktokolwiek dziś opowiadał takie historie, nie bardzo bym mu wierzył, ale widziałem to wszystko na własne oczy.

Rower męski

Rower męski

Rower damski

Rower damski

Konstanty Motyka z żoną

Konstanty Motyka z żoną

Swoistą przygodę z sowieckimi żołnierzami miał także nasz sąsiad Konstanty Motyka. Nosił on dobre buty z cholewami. Żołnierzom musiały się te buty podobać. Pod jakimś pozorem kazano mu iść z nimi do Kłokocina. Za ostatnimi domami grozili mu zastrzeleniem. Kazali mu ściągnąć buty i spodnie. Rozmyślili się jednak i puścili go do domu, boso i w kalesonach. Buty i spodnie zabrali.

Pewnego dnia przybiegła do nas kuzynka Maria, po mężu Zimończyk17.Bała się, że Sowieci odkryją niemieckie książki znajdujące się w jej domu i prosiła mnie, bym pomógł jej je ukryć. Uczyniłem to. Przywiozłem je na tragaczu do naszego obejścia i schowałem pod drewnem pod wiatą stojącą wtedy w miejscu, w którym wybudowałem później dom. Jak się uspokoiło, książki wróciły do właściciela. Książki przechowałem, bo od młodych lat byłem z nimi za pan brat. Chociaż wszystko skończyło się szczęśliwie, nie jestem jednak przekonany, czy postąpiłem wtedy rozsądnie.

Tragacz

Tragacz

Z tyłu wiata na wozy. Przechowywałem pod nią książki Brunona Zimończyka.

Z tyłu wiata na wozy. Przechowywałem pod nią książki Brunona Zimończyka.

Sowieci bardzo sprawnie organizowali prace zbiorowe z wykorzystaniem miejscowej siły roboczej. Na polach dworskich w Gotartowicach, w miejscu, w którym znajduje się dzisiaj lotnisko sportowe, urządzili lotnisko polowe, z którego startowały samoloty bojowe wspomagające piechotę w czasie walk o Racibórz, Wodzisław i inne miejscowości na szlaku do Bramy Morawskiej. Przez kilka dni przechodziły przez wieś liczne grupy ludzi z Roja, Chwałowic, Jankowic, Świerklan, Połomi i innych wsi – zaopatrzonych w łopaty, kilofy i inne narzędzia i udawały się na miejsce przyszłego lotniska. Ludzie wyrównywali nierówności, zasypywali leje po wybuchach bomb i pocisków artyleryjskich, ciągnęli walce ubijające ziemię. Lotnisko powstało w ciągu kilku dni.

Sowiecki samolot bojowy

Sowiecki samolot bojowy

Chłopców, wśród nich i mnie, intrygowały samoloty. Udawaliśmy się na lotnisko i ochoczo pomagaliśmy żołnierzom przy przewożeniu bomb z magazynów zorganizowanych poza lotniskiem przy drodze na „Kyncyrz” za spalonym domem wybudowanym przez Niemców na początku wojny dla niemieckiego kierownika szkoły. Po załadowaniu bomb zawoziliśmy je samochodem na lotnisko. Kierowca samochodu był ekshibicjonistą. Cały czas miał odkryte swoje genitalia. Nie zważał na nas kilkunastoletnich chłopców. Przypadłość tego kierowcy musiała być znana obsłudze lotniska i lotnikom, w tym kobietom, gdyż podchodzono do niego, podglądano go i żartowano. Pamiętam, że było ze mną jeszcze dwóch chłopców. Jeden z nich to nieżyjący już Konrad Buchalik, który stracił później niedaleko składowiska bomb oko i sprawność w nodze, gdyż w jego pobliżu wybuchła mina. W czasie tego zdarzenia nie było mnie na lotnisku.

Pomagaliśmy też przy wykonywaniu taśm z pociskami do pokładowych karabinów maszynowych. Pracę tę wykonywaliśmy w obejściach dwóch domów po obu stronach dzisiejszej ul. Jutrzenki. Jeden należał do Cymbora. Praca ta bardzo mnie zaciekawiła. Najpierw impregnowaliśmy w gorącym płynie podobnym do rozcieńczonej smoły luźne elementy ogniw. Potem wykonywaliśmy z nich taśmy, przy czym pociski stanowiły sworznie. Co dziesiąty pocisk był pociskiem świetlnym oznakowanym żółtym kolorem. Następnie przepuszczaliśmy gotowe już taśmy przez urządzenie poruszane korbą, które wyrównywało pociski. Wymykałem się rodzicom na lotnisko przez kilka dni. Obserwowałem też samoloty i lotników, wśród których były też żołnierki w randze oficerskiej.

Kilku lotników poległo w walkach. Zostali oni pochowani w Boguszowicach naprzeciw budynku gminnego. Chowano ich z honorami żołnierskimi. Grobów było prawdopodobnie sześć. Sowieci na każdym z nich postawili drewniany ostrosłup zwieńczony gwiazdą. Na nagrobku widniało nazwisko i stopień wojskowy pochowanego. Lotnicy ci zostali ekshumowani w 1947 r.18

Takiego kształtu drewniane nagrobki sowieckich lotników stały również w Boguszowicach.

Takiego kształtu drewniane nagrobki sowieckich lotników stały również w Boguszowicach.

c.d.n.


10 Ugotowane żyto, okraszone rozpuszczonym masłem i cukrem.

11 Zgodę na budowę w tym miejscu dał prawdopodobnie mój dziadek, który był zięciem Leopolda Sobika, właściciela tego domu. Teść dziadka, będąc już na wyłamku, po śmierci żony ożenił się powtórnie i zamieszkał w tym domu. Nasz sąsiad Paszek uznał pierwotnie, że dom stał w granicy, chciał poszerzyć swoją parcelę. Świadczy o tym kawałek płaskownika wchodzącego w naszą parcelę. Jednak żyjący jeszcze wtedy szwagier Paszka odradził mu takie stawianie płotu. Obyło się bez konfliktu.

12 Niemcy kierowali do gospodarstw, z których mężczyzn powołali do wojska robotników przymusowych, mężczyzn i kobiety.

13 Dzisiaj dom należy do Jerzego Reginka, wnuka Konstantego Motyki.

14 „Płotki” to pole w rejonie dzisiejszego Gimnazjum nr 7.

15 Mniej więcej w rejonie dzisiejszego kościoła pod wezwaniem św. Barbary na Osiedlu.

16 Przypuszczam, że mało kto wiedział o stacjonowaniu w lesie jednostki polskiej, gdyż prości żołnierze nie mieli prawdopodobnie zgody na opuszczanie lasu a chodzący po wsi oficerowie byli Rosjanami. Dowiedziałem się o pobycie polskiego wojska od kierowcy, któremu popsuł się niedaleko naszego domu samochód i prosił o klucze, których nie miał przy sobie. Byłem zaskoczony jego śpiewną polską mową, którą słyszałem po raz pierwszy. On też mówił o wojsku polskim stacjonującym w lesie. Wtedy nie znałem okoliczności pobytu polskich żołnierzy w lesie.

17 Teść kuzynki, Bruno Zimończyk był w latach międzywojennych znany jako Niemiec. Należał do Volksbundu. Swoich dwóch synów posyłał do niemieckiej szkoły mniejszościowej, która do 1934 r. mieściła się w budynku przykopalnianym. Starszy Rajmund ożenił się z kuzynką Marią Konsek z Roja. Ich wspólne życie trwało krótko. Rajmund został powołany do Wehrmachtu, został ranny. Po wojnie pozostał w Niemczech. Kuzynka sama wychowywała syna. Młodszy syn Brunona – Reinhold uczęszczał do niemieckiej szkoły średniej w Chorzowie. Został też powołany do armii. Stracił oko i sprawność jednej nogi. Po wojnie zamieszkał na terenie przyszłej NRD. Był nauczycielem języka rosyjskiego. Bruno był światłym człowiekiem. Zmeliorował m.in. łąkę, czego inni rolnicy w Boguszowicach nie robili. W jego domu znajdowało się dużo niemieckich książek rolniczych. Był on tak zwanym „dobrym Niemcem”. Jak mógł, pomagał boguszowiczanom zagrożonym przez władze. W 1945 r. został pozbawiony obywatelstwa polskiego i zarekwirowano mu ziemię. Nie został jednak deportowany do Niemiec i w 1950 r. zwrócono mu ziemię. Znalazłem w Archiwum Państwowym w Raciborzu dokument o następującej treści: Propozycje podkomisji przy P.P.R.N. w Rybniku dotyczące odwołania od decyzji pozbawiającej obywatelstwo polskie (Sp.4/1212/47 z dnia 30.11.1950) Zimończyk Brunon – ur. 19.9.1892 w Boguszowicach, zam. w Boguszowicach, rolnik, organizator V.B. przez 2 lata Ortsbauernführer. Podkomisja zajmuje stanowisko pozytywne o przyznaniu obywatelstwa …był zwyczajnym członkiem NSDAP….

18 W Archiwum Państwowym w Raciborzu znalazłem notatkę informującą o ekshumacji w r. 1947 w Boguszowicach 6 żołnierzy sowieckich za pieniądze z dotacji państwowej w wys. 7.520 zł.

 

Kopiowanie całości lub fragmentów opracowania jest możliwe tylko za zgodą autora. Cytowanie treści opracowania wymaga podania źródła informacji.

  2 komentarze do “Mój Rok 1945 – część 3”

  1. Czytając wspomnienia przypomniały mi się wspomnienia mojej mamy która mieszkała po drugiej stronie frontu czyli we Wielopolu gdzie stacjonowały wojska radzieckie. zainteresowała mnie też osoba Franciszka Gruszczyka z Boguszowic a właściwie jego przodkowie. poszukuję krewnych z rodziny GRUSZCZYK i wiem że jeden z braci mojego pradziadka Adriana – FRANC zamieszkał w Boguszowicach

  2. Dzien Dobry, co do grobu lotnika w „Gaci”, byla Gotka, ze Truda Kucharczyk znalazla jego Rodzine na podstawie znalezionych przy nimu dokumentow. Nawiazala Kontakt do Rodziny lotnika. Po wojnie zabrala go Rodzina jego do siebie. Zainteresowana

Dodaj komentarz