Rybnik, ocalić od zapomnienia
Start arrow Ocalić od zapomnienia... arrow Rybniczanie - więźniowie hitlerowskich obozów arrow Jan Klistała część 3 18.05.2012.
Menu główne
Start
Tytułem wstępu...
Ocalić od zapomnienia...
Historia obrony Rybnika 1939
Stare mapy i przebieg granicy z Niemcami
Nasze wyprawy
Przegląd prasy
Literatura
Galeria
Media
Linki
Szukaj
Forum
Napisz do nas
 
Popularne

Jan Klistała część 3 Drukuj
Wpisał: Jerzy Klistała   
02.06.2007.
Zapraszamy do części 3 arykułu Pana Jerzego
 

 
Przepisy obozowe nakazywały pisanie listów w języku niemieckim na specjalnym formularzu listowym. Na jednej stronie formatu A4 więzień mógł zapisać dwie kolumny po piętnaście linijek. Bez względu na aktualny stan zdrowia obowiązkowo zamieszczony musiał być zwrot: „jestem zdrów i czuję się dobrze”. Gdy więzień próbował przekazać jakąś niewłaściwą czy niedozwoloną informację, cenzura SS wykreślała ją. Często też wcale nie wysyłano listu, a jego autor był oczywiście dodatkowo karany. Paczki żywnościowe wolno było przysyłać do obozu dopiero od jesieni 1942 r. Nie było ograniczeń w ilości posyłanych paczek, jednak ich waga nie mogła przekraczać 3 kilogramów.

Ojciec zdążył wysłać z obozu tylko trzy listy do mamy i jeden do swoich rodziców. Jeden z przetłumaczonych listów zdecydowałem się opublikować, gdyż ujawniają charakter, tęsknotę, miłość – miłość męża i ojca.

Auschwitz, dnia 9.05.1943 r.

Najukochańsi Żono i Dzieci!

Pozdrawiam Was i powiadamiam, że jestem zdrowy. Czas płynie mi tu szybko i myślę stale o Was. Pracuję w swoim zawodzie. Co u Was słychać Henieczku i Jurku? Czy jesteście zdrowi? Paczki mogę dostawać bez ograniczeń, do 3 kg. Jeżeli ukochana Heluś nie możesz posłać paczki, idź do moich rodziców albo do Agnieszki. Może być wszystko do jedzenia, ale żadnych napojów, alkoholi, ubrań. Cebulę lub czosnek możesz przysłać. Tytoń albo papierosy również. Mamy tu kantynę, w której wszystko można kupić, jeśli się ma pieniądze. Otrzymać mogę do 40 marek miesięcznie. Jeśli kochana Heluś wysyłać będziesz paczkę, musisz do niej włożyć zgodnie z przepisami spis zawartości w dwóch egzemplarzach. Napisz mi wkrótce, co jest z mieszkaniem i co nowego? Czy wszyscy są jeszcze w domu? Heluś, czy otrzymałaś moją torbę, zegarek i pieniądze w portfelu? Poza tym nic nowego, ucałowania i pozdrowienia dla Was i dla rodziców. Mogę pisać tylko raz w miesiącu. Myślcie o mnie.

Z Bogiem Janek. Napiszcie wkrótce.

Jan Klistała


Wzrusza mnie, co w listach tych zapisane jest między wierszami, jakimi informacjami więźniowie chcieli się podzielić z najbliższymi, a co napisać mogli. Wzrusza bezradność w dobieraniu słów, staranie, aby na paru linijkach arkusza listowego przekazać jak najwięcej własnych odczuć, a równocześnie, by – bez zastrzeżeń – list „przepuściła” obozowa cenzura. Na napisanie listu musieli czekać co najmniej dwa tygodnie. Jakże ironiczne wydają się zdania: „Mamy tu kantynę, w której wszystko można kupić, jeśli się ma pieniądze. Otrzymać mogę do 40 marek miesięcznie”. W książce Auschwitz. Nazistowski obóz śmierci zagadnienie to przedstawione jest następująco:
W poszczególnych częściach KL Auschwitz istniały, podobnie jak w innych hitlerowskich obozach koncentracyjnych, obozowe „kantyny”. Zakupy w kantynie mogli robić więźniowie w ściśle określonych dniach, jeśli posiadali na swoim koncie marki (RM) zdeponowane w chwili rejestracji lub nadsyłane przekazami pocztowymi przez rodzinę. W rzeczywistości kantyny nie odgrywały prawie żadnej pozytywnej roli ze względu na oferowany asortyment artykułów żywnościowych. Od czasu do czasu można było zakupić w kantynie zaprawione na kwaśno buraki, słone ślimaki, wodę mineralną, a nadto papierosy, przybory do golenia, przybory do mycia zębów, blankiety listów obozowych, znaczki pocztowe lub inne, mało wartościowe dla więźniów drobiazgi.
 
Ojciec – pisząc do mamy, aby nie posyłała mu paczek kosztem naszego ograniczania się – miał niestety świadomość, że po jego aresztowaniu zostaliśmy bez środków do życia. Rodzice mamy odmówili przyjęcia volkslisty, więc nie tylko znajdowali się w ciężkiej sytuacji materialnej, lecz także groziło im wysiedlenie. Dziadek ukrywał przed hitlerowcami fakt, iż był żołnierzem gen. Hallera, ale w każdej chwili mogła wyjść na jaw jego przeszłość wojskowa. Po aresztowaniu Zofii i Stanisława Sobików dziadkowie zaopiekowali się ich dziećmi.
 
W pierwszej kolejności z pomocą materialną przyszła mamie rodzina ojca. Znacznie poważniejsze wsparcie otrzymywaliśmy od komórek charytatywnych ZWZ/AK. Często w kościele podczas niedzielnego nabożeństwa nieznajoma osoba podchodziła do mamy i wsuwała jej w rękę jakieś zawiniątko. Po jego rozpakowaniu w domu okazywało się, że były w nim pieniądze, kartki żywnościowe i odzieżowe.
Cały ciężar opieki nad nami, dziadkami i dziećmi ciotki Zofii spadł na moją mamę. Starała się również pomagać bliskim uwięzionym w KL Auschwitz. Wysyłanie paczek do obozu nie było jednak prostą sprawą. Niemcy bardzo interesowali się przypadkami, gdy osoba nie pracująca i nie otrzymująca pomocy od okupanta wysyłała często paczki do obozu. Aby nie narażać się władzom okupacyjnym, mama prosiła znajomych, zaufanych Niemców, żeby to oni byli nadawcami przesyłek do naszych bliskich w obozie.
Olbrzymią pomoc w zdobywaniu żywności okazała siostra babci mieszkająca w wiosce Dobrzyca w Poznańskiem. Mama zaopatrywała się u niej w różne produkty spożywcze, m. in. mąkę „kombinowaną” z niemieckiego młyna zbożowego (pracował tam sąsiad cioci), mięso z nielegalnego uboju, jaja, itp. Ojciec mamy był człowiekiem bardzo schorowanym, więc mama musiała sama przewozić ciężkie walizki wypełnione cennymi produktami spożywczymi. Wiele przy tym ryzykowała, gdyż obowiązywał wtedy zakaz przewożenia żywności, a na prawie 300-kilometrowej trasie w każdej chwili mogła zostać zrewidowana.
Takie były warunki naszej egzystencji w okresie okupacji – pod każdym względem ciężkie i anormalne. Stąd skrupuły ojca oraz – z drugiej strony – ogromne zaangażowanie mamy, aby tylu osobom zabezpieczyć jako taki byt, częstokroć przy narażaniu własnego życia
 
Często używane jest sformułowanie „piekło Oświęcimia”, którym i ja się posługuję. W piekle tym walczyć o przetrwanie musiał mój ojciec i tysiące innych więźniów. Na szczęście dzisiaj określenie to jest przedmiotem filozoficznych rozważań. Więźniowie, którzy osobiście odczuli żar tego piekła, rozumieją wymowę takiego określenia, ale czy tak jednoznacznie może to zrozumieć ktoś, kto tego nie doświadczył?
W artykule Katarzyny Nowak Antoni Kępiński – psycholog w obozie koncentracyjnym znalazłem trafne ujęcie tego tematu: „Wydaje się, że przepaść oddzielająca ludzi z obozu od tych, którzy w nim nie byli, jest nie do przebycia. Nikt bowiem nie jest w stanie wczuć się w to, co oni przeżyli. Ich przeżycia są poza granicami ludzkiego zrozumienia (Jaspersowskiego verstehende).”
Jak bowiem może się czuć człowiek zaszczuty i uzależniony od złoczyńców, zmuszony reagować na ich kaprysy, postępować według darwinowskich reguł walki o byt? Nawet osoba o niezbyt bujnej wyobraźni zmuszona będzie do refleksji, gdy zapozna się ze „szczerymi” wyznaniami o psychicznym sposobie niszczenia więźniów, spisanymi przez samego sprawcę tych bestialstw – komendanta KL Auschwitz Rudolfa Hössa:
Nigdzie bezwstydny egoizm nie ujawnia się w sposób tak jaskrawy, jak w niewoli; im twardsze w niej życie, tym bardziej rażące jest egoistyczne zachowywanie się wynikające z instynktu samozachowawczego. Nawet natury, które w normalnym życiu były dobrotliwe i chętnie spieszyły innym z pomocą, potrafią w ciężkim więzieniu bezlitośnie tyranizować swoich współtowarzyszy, jeżeli mogą dzięki temu odrobinę znośniej ukształtować swoje życie. Tym bardziej bez serca postępują ci, którzy z natury są egoistami, zimni lub mają skłonności przestępcze; niemiłosiernie przechodzą do porządku nad niedolą swoich współtowarzyszy, aby osiągnąć najdrobniejszą korzyść.
 
Więźniowie, których wrażliwości nie zabiła jeszcze brutalność obozowego życia, przechodzą niewypowiedziane cierpienia psychiczne wskutek ordynarnego i nikczemnego postępowania, pomijając już fizyczne skutki takiego traktowania. Żadna, nawet najgorsza samowola, nawet najgorsze traktowanie przez dozorców nie dotyka ich tak boleśnie i nie rani tak dotkliwie jak złe ustosunkowanie się do nich współwięźniów. Druzgocąco na ich psychikę działa właśnie to, że bezsilni i bezradni muszą się przyglądać, jak więźniowie sprawujący funkcję przełożonych dręczą swych towarzyszy. Biada więźniowi, który się przed tym broni lub wstawia za pokrzywdzonymi. Terror osobników sprawujących władzę wewnątrz obozu jest zbyt silny, aby ktoś mógł się na to odważyć.
 
Dlaczego więźniowie na stanowiskach przełożonych, więźniowie funkcyjni traktują w ten sposób innych więźniów, towarzyszy niedoli? Postępują tak, ponieważ chcą przedstawić się w korzystnym świetle strażnikom i dozorcom o podobnym sposobie myślenia, ponieważ chcą pokazać, jak dziarsko potrafią postępować, ponieważ mogą w ten sposób osiągnąć korzyści i przyjemniej ułożyć sobie życie – zawsze jednak kosztem współwięźniów. Tego rodzaju postępowanie i działanie umożliwia im dozorca, strażnik, który albo przygląda się temu z własnej wygody obojętnie, albo sam pochwala tego rodzaju postępowanie z niskich pobudek, ze złej woli, a nawet je prowokuje, gdyż sprawia mu szatańską radość, gdy może „podszczuwać” jednych więźniów przeciw innym.
 
Wśród więźniów sprawujących funkcję przełożonych dość jest jednak i tego rodzaju kreatur, które dręczą współwięźniów fizycznie i psychicznie na skutek swego chamskiego, brutalnego i podłego usposobienia oraz zbrodniczych skłonności, a nawet swoim sadyzmem potrafią ich zaszczuć na śmierć.
Jakże zgodna z powyższą jest relacja byłego więźnia KL Auschwitz, Szymona Laksa:
Oświęcim był pewnego rodzaju negatywem świata, z którego zostaliśmy uprowadzeni. Białe stało się czarnym, czarne białym, wartości były wywrócone o 180 stopni. Dobitniej mówiąc: każdy z nas miał przed sobą jedną z dwu możliwości: albo bić i katować bliźnich, albo być przez bliźnich bity i katowany. Nasze poczucie godności i człowieczeństwa uważane było za występek; rozumowanie logiczne jako objaw obłędu; miłosierdzie jako oznaka chorobliwej słabości fizycznej i moralnej. Natomiast najpodlejsze instynkty ludzkie, stępione przez odebrane wychowanie i nabytą kulturę, przemieniły się w autentyczne cnoty obozowe, stając się jednocześnie jednym z warunków koniecznych – acz niedostatecznych przetrwania.
 
Toteż za arystokratów obozowych uchodzili – i faktycznie nimi byli – przestępcy pospolici, zawodowi zbrodniarze, złodzieje, bandyci, kasiarze, słowem – szumowiny normalnego społeczeństwa. Zaś intelektualiści, uczeni, księża, rabini, świadkowie Jehowy, artyści (z wyjątkiem muzyków, którym się udało) – wszystko to stoczyło się na dno tego nowego, poczętego przez geniusz nazistowski społeczeństwa podludzi.
To samo słyszałem od innych byłych więźniów KL Auschwitz. Bardzo wiernie przedstawiła obozowe warunki była więźniarka Birkenau, Maria Ślisz-Oyrzyńska, w książce Wierzyłam, że wrócę.
 
W kilku miejscach powołuję się na informacje uzyskane od serdecznego kolegi ojca, Ruperta Urli, któremu udało się przeżyć oświęcimski obóz i wrócić do rodziny, do Rybnika. Aresztowano go w domu – w nocy z 12 na 13.02.1943 r. Zientek nie był wstanie dostarczyć gestapowcom poważniejszych dowodów jego winy, gdyż Urla – jak już wspomniałem – ukrywał przed nim swoją przynależność do organizacji. Jedynym więc zarzutem wobec niego było to, że razem z moim ojcem pracował i był uczestnikiem rozmów o ruchu oporu prowadzonych przy grze w karty. Przesłuchania Urli trwały zatem dość krótko i na pobyt w obozie przekazany został wcześniej niż inni. Otrzymał numer obozowy 112780. Po okresie kwarantanny dostał się do komanda gospodarczego, w którym zajmował się przewozem produktów spożywczych „z zewnątrz” do obozu. W pracy tej powoził zaprzęgiem konnym pod nadzorem wartownika. Jak wspominał, miał znośne warunki bytu w obozie i możliwość dożywiania się – „organizowania” sobie jedzenia. Takie możliwości stawały się dla nielicznych większą gwarancją przeżycia w obozie. W innych przypadkach więźniowie skazani byli na łaskę obozowej kuchni i przydzielanych przez funkcyjnych porcji jedzenia.
 
Urla spotykał się z moim ojcem, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Opowiadał mi: „…spotykaliśmy się niejednokrotnie z Jankiem i staraliśmy się znaleźć bezpieczne miejsce na rozmowę, gdyż spotkania podpadające funkcyjnym narażały więźniów na kopniaki i bicie pod byle pretekstem, także pod pretekstem spiskowania!”. W jego opowiadaniach były także wzruszające wątki: „…często popłakaliśmy w jakimś kącie nad swoją dolą i przy wspomnieniach o naszych rodzinach”.
Urla mówił mi, że ojciec – podobnie jak Stanisław Sobik – spodziewał się najwyższego wymiaru kary, i nie taił przed nim swych przeczuć. Przez cały czas pobytu w obozie ojciec ukrywał – wbrew surowym zarządzeniom – obrączkę ślubną. Była ona dla niego symbolem szczęśliwego związku małżeńskiego. Parę razy proponował Urli, aby wziął tę obrączkę i po wyjściu z obozu oddał ją mamie. Urla jednak bał się przyjęcia „niebezpiecznego” przedmiotu, a poza tym chciał podnieść ojca na duchu – przekonywał go, że wyjdzie na wolność i osobiście pokaże ją mamie.
 
Ostatni list, który ojciec napisał do nas z obozu, nosi datę 20.06.1943 r. Cztery dni później – w święto Bożego Ciała – otrzymał po wieczornym apelu polecenie od blokowego, aby się zgłosił do „Schreibstuby”. Stamtąd przekazany został wraz z innymi więźniami na blok nr 11.
Dnia 25 czerwca 1943 r. parę minut przed godziną piętnastą wezwano ich przed policyjny sąd doraźny, któremu przewodniczył „pan życia i śmierci Górnego Śląska”, SS-Obersturmbannführer Rudolf Mildner. Pery Broad w cytowanym już wcześniej pamiętniku wspomina: „Ten człowiek był jednym z najbardziej żądnych krwi rzeźników, jacy istnieli w Trzeciej Rzeszy. Już sam jego wygląd zewnętrzny reprezentował typ despoty. Zwraca zwłaszcza uwagę potężna czaszka i para lodowato-zimnych, okrutnych, taksujących oczu. Kierował placówką tajnej policji w Katowicach i był przewodniczącym sądu doraźnego.”
 
Jedno z pomieszczeń parteru przygotowane było dla posiedzeń sądu. Ustawiony był tam podłużny stół, za którym siedzieli funkcjonariusze SS. Na środku, na krześle o wyższym niż inne oparciu, siedział sam Mildner. Na stole przed esesmanami leżały dokumenty. Sekretarz kryminalny (Kriminalsekretär) Kauz z Gestapo w Katowicach podawał Mildnerowi akta z wcześniej ustalonym wyrokiem dotyczącym danego osądzanego. Kauz wywoływał też numer więźnia, który miał wejść do pomieszczenia na rozprawę. Wychudzona postać, na chwiejących się nogach, musiała stać na baczność przed tym krwiożerczym trybunałem. Mildner z wyjątkowo butną i zarozumiałą miną patrzył z wyższością na skazańca. Szczególną satysfakcję sprawiało mu odczytywanie wyroków: „W wyniku dochodzeń policji państwowej… policyjny sąd doraźny placówki Tajnej Policji Państwowej w Katowicach skazuje więźnia na śmierć!”. Z zadowoleniem patrzył na przerażenie, jakie wzbudzał tym u skazańców.
 
Kiedy ojciec wszedł do pomieszczenia, odczytano mu wyrok wydany w Berlinie. To samo usłyszała większość wezwanych tego dnia przed sąd więźniów. Następnie skazańcy przeszli do męskiej szatni, gdzie musieli rozebrać się do naga i ustawić w kolejkę do wyjścia na dziedziniec bloku jedenastego. Tam dokonywano egzekucji… Stale przebywający na bloku nr 11 więzień funkcyjny brał pod rękę jednego lub dwóch skazanych i wyprowadzał ich pod Ścianę Straceń zbudowaną z czarnych płyt izolacyjnych. Funkcyjny ustawiał więźniów twarzą do ściany.
Jakże pragnie się żyć w tym momencie! Okropna świadomość, że za chwilę będzie trzeba rozstać się ze wszystkim, z czym związało się życie od kolebki po dzień dzisiejszy – paraliżuje myśl. Porażone nagłą rozpaczą serce nie jest zdolne w tej chwili do żadnych uczuć poza tęsknotą za wszystkim, żalem do wszystkiego.
Jest to wspomnienie byłego więźnia Józefa Kreta, który stał pod tą ścianą i cudem uniknął rozstrzelania. Niestety w przypadku mojego ojca esesman przytknąwszy w okolicę potylicy lufę karabinka małokalibrowego oddał strzał...
 
Zgodnie z praktyką stosowaną przez władze obozowe rodzinom uśmierconych przesyłano zawiadomienie o zgonie danego więźnia. Powiadomienie, jakie mama otrzymała z datą 26.06.1943 r., zawierało informację, że Johann Klistalla dnia 25.06.1943. r. o godzinie 15:00 zmarł na „nagły atak serca”, co stwierdził swoim podpisem lekarz obozowy.
Informowano też o możliwości otrzymania popiołu ze spalonych zwłok, co było okrutną drwiną z krewnych ofiar. Przy tak masowym spalaniu zwłok – nawet przy niemieckiej skrupulatności – rodzina na pewno nie otrzymywała prochów swojego zmarłego…
Urla dowiedział się o śmierci mojego ojca od dwóch współwięźniów, którzy obsługiwali krematorium. Dnia 26.06. po powrocie z pracy na nocnej zmianie powiadomili go: „Dzisiaj w nocy spaliliśmy ciało twojego kolegi, tego wysokiego Janka”.
Dla mnie bardzo symboliczny jest zbieg okoliczności, że ojciec i wujek Stanisław Sobik tego samego dnia, o tej samej godzinie, przy tym samym ołtarzu brali ślub zdwoma siostrami i obydwaj zginęli tego samego dnia, w tym samym miejscu i niemal w tym samym czasie…
 
* * *
 
W ostatnich latach odwiedzam Oświęcim–Muzeum bardzo często. Jednak stale, od bramy głównej ogarnia mnie narastające uczucie smutku i pokory wobec nieszczęść i tragedii ludzkich, jakie miały miejsce w obozie. Staram się wczuć w los jednego z tych, którzy tyle tutaj wycierpieli.
Przechodzę zawsze między blokami 14 i 15. To w bloku 15a przebywał mój ojciec po przekazaniu go do obozu. Stąd pisał do nas listy, tutaj rozmyślał o nas. Kieruję się następnie do bloku nr 2, od którego – tak jak ojciec – tylu więźniów zaczynało swoją golgotę w KL Auschwitz. Od tak dawna blok ten wypełniony jest przeraźliwą ciszą – stoi pusty, a ja mimo to słyszę wrzaski oprawców z SS i krzyki katowanych więźniów. Kawałek dalej, za krematorium, pozostały fundamenty po drewnianym baraku, w którym poddawano ich brutalnym torturom podczas przesłuchań. Przystaję na chwilę przy bloku nr 24, gdzie mieściła się „Schreibstuba”, po czym opuszczam wzrok i skręcając w prawo podążam w kierunku bloku 11. To była ich ostatnia droga…
 
Jak to jest, kiedy idzie się w przekonaniu, że śmierć jest tak nieuchronna? Czy bezsilność wobec wydanego wyroku powoduje zwątpienie w Opatrzność Bożą, czy też umacnia wiarę i nadzieję, że tamten świat, po drugiej stronie, będzie lepszy, uczciwszy, sprawiedliwszy?
Przez otwartą na oścież wielką żelazną bramę wchodzę na dziedziniec bloku 11 – pod Ścianę Straceń. Składane są tu niezliczone wiązanki kwiatów, palą się znicze, odmawiane są żarliwe modlitwy za dusze zakatowanych. Wierzę, że prośba: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie” – została spełniona, że każdy z Nich spoczywa w Swoim Bogu! Otrząsam się z napływu jednych myśli i odczuć, by poddać się uporczywemu napływowi innych. W którym miejscu stał ojciec, zanim padł strzał w tył głowy? Gdzie osunął się na ziemię? Czy wypływająca strużka krwi zostawiła jakiś ślad i znak dla mnie? Odchodząc, powtarzam po raz kolejny: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie”.
Kieruję się jeszcze do wnętrza bloku nr 11. Ogarnia mnie mrok podziemia – przeraża ciężka żelazna krata, cele z przysłoniętymi okienkami wychodzącymi na dziedziniec. Zawsze, kiedy tu jestem, zadaję sobie to samo pytanie – w której z tych cel lub sal na parterze, przebywał w ostatnią noc swego życia mój ojciec? Czy tutaj – gdzie Maksymilian Kolbe? A może w celi z wyskrobanym przez skazańca na ścianie Ukrzyżowanym Chrystusem?
 
W drodze powrotnej wchodzę jeszcze na chwilę na piętro bloku nr 15. Urządzono tu wystawę, która zupełnie zatarła ślady warunków, w jakich przebywali więźniowie. Trudno się połapać, gdzie stały piętrowe prycze, gdzie były ściany działowe i korytarz. Chodząc sztucznie utworzonym labiryntem oblepionym powiększonymi zdjęciami z różnymi scenami obozowymi, pytam prawie półgłosem: „Tatuś, gdzie stała Twoja prycza, w którym miejscu przydeptywałeś posadzkę, ocierałeś się o ścianę?”. Jak dotychczas żaden głos nie odezwał się do mnie, nie otrzymałem żadnego znaku...
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »



GO TOP!
 
 
Advertisement

© 2012 Rybnik, ocalić od zapomnienia