woytas

Wrz 292015
 

Włączając się do forum dyskusyjnego na stronie internetowej „Rybnik, ocalić od zapomnienia” dot. Polenlagru nr 97 w Rybniku, przez zbieg okoliczności wciągnięty zostałem w wyjaśnienie tego zagadnienia, a wymaga ono szczególnego szacunku dla pamięci o hitlerowskich zbrodniach wykonywanych na Polakach.

Otóż, kilka dni temu mieszkaniec Kóz – Grzegorz Hałat (pow. Bielsko – Bialski), zwrócił się do mnie z pytaniem, czy posiadam jakieś informacje o lokalizacji Polenlagru nr 97 w Rybniku. Zainteresowała go historia rodziny Zająców z Czernichowa, która przebywała w tym obozie, a z córką tej rodziny, urodzonej w 1942 r. (dzisiaj emerytowaną nauczycielką) w tym Polenlagrze, spotkał się w swoim miejscu zamieszkania.

W uzupełnieniu do swojego pytania, podał skąpe informacje na ten temat z książki Romana Grabara:

„Polenlager” nr 97 w Rybniku

Wiadomości o „Polenlagrze” w Rybniku są bardzo skąpe. Zorganizowano go z końcem sierpnia 1942 r., co wynika z pisma komendanta żandarmerii w Katowicach z 2 września tegoż roku do podległej jednostki żandarmerii w Rybniku. Powołano się w nim na decyzję komisarza Rzeszy do spraw umacniania niemczyzny – Volksdeutsche Mittelstelle, Dowództwo Operacyjne w Katowicach – z 27 sierpnia 1942 r. w sprawie przydzielenia do obozu funkcjonariuszy żandarmerii. Skierowano tam 3 żandarmów z „Polenlagru” w Lyskach. Obóz mieścił się w barakach koło lotniska dla szybowców. Przebywali w nim ludzie wysiedleni z Zagłębia Dąbrowskiego, przede wszystkim zaś osamotnione dzieci. Więźniowie pracowali na roli, w młynie i w magazynie. Likwidacja obozu nastąpiła prawdopodobnie w związku ze zbliżaniem się frontu. Nazwiska Lagerführera nie zdołano ustalić.

Po tej to informacji, odżyły w moich wspomnieniach wydarzenia z okresu mojego dzieciństwa, a które rzucają wyjaśnienia do tej sprawy.

Otóż pamiętam, że w okresie okupacji także po wojnie często chodziliśmy z mamą do dziadków zamieszkałych w dzielnicy Rybnika – Meksyko. Często w niedzielne popołudnia, mieszkańcy tej dzielnicy chodzili na spacery na nieużytki znajdujące się w najwyższym wzniesieniu Meksyka – gdzie znajdowała się i … nadal znajduje wieża ciśnień z 1905 r. Na owym wzniesieniu (ale to już były czasy po 1945 r.) znajdowało się lotnisko szybowcowe dla szybowców o wyjątkowo prymitywnej konstrukcji (żebrowany kadłub drewniany, z siedziskiem dla „pilota” i płatami oraz statecznikami oblepionymi jakimś brezentem). Szybowce te naciągane linami gumowymi przez kilku mężczyzn (jak z procy), wylatywały na odległość ok. 300 metrów. Po wylądowaniu, szybowiec był przetransportowany w miejsce startu i ponownie następny zapaleniec lotnictwa szybował z górki w dół (w kierunku Brzezin – małej wówczas wioski). Do przechowywania szybowców służyły drewniane hangary – i to są owe hangary i „lotnisko”. Lotnisko w Gotartowicach powstało w 1965 r.! ! !

W okresie okupacji, w miejscu przez które obecnie poprowadzono obwodnicę, – a poniżej wieży ciśnień, usytuowane były baraki drewniane i ogrodzone siatką oraz drutem kolczastym, w której więzione były całe rodziny, zwożone przez hitlerowców z różnych stron okupowanego Górnego Śląska.

Pamiętam, że jako dziecko podchodziłem na bezpieczną odległość do owego ogrodzenia (na ile zezwalali wartownicy z wewnątrz obozu) i widziałem wybiedzonych i odzianych w łachmany mężczyzn, kobiety i dzieci. To był właśnie ów Polenlager nr 97 w Rybniku.

Dzisiaj często przejeżdżam tą obwodnicą – jadąc do Rybnika czy Rydułtów, ale skojarzenia miejsca przez które przejeżdżam pozostają w świadomości jak żywe. Oczywiście obecnie ta dzielnica Meksyka jest bardzo zagospodarowana, wieża ciśnień jest na tyle zarośnięta trawą i krzewami że trudno ją dostrzec. Zniknął widok wypalonej trawy i ubitej ziemi na tym najwyższym wniesieniu Rybnika, gdzie także powstały jakieś składowiska materiałów budowlanych i przedsiębiorstwa. Ale w mojej świadomości, pozostaje niezatarta pamięć o tych wybiedzonych ludziach, tym miejscu w latach okupacji hitlerowskiej oraz latach 50 – tych, gdy jako członek Ligi Lotniczej wraz z innymi kolegami, brałem udział w zawodach modeli szybowcowych.

Poniżej dodaję kilka zdjęć w związku z tym o czym wspominam, a zdjęcia te udostępnił mi Grzegorz Hałat.

Hangar:

Hangar 1

Po wojnie zawody modeli szybowcowych.

Hangar 4

Wieża ciśnień:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Według relacji Pana Mariana Wawrzuty, – więźnia między innymi Polenlagru w Rybniku (a relacja ta znajduje się w Archiwum PMA – B w Oświęcimiu), uzupełniam wiarygodność opisu jak wyżej.

[…] Polenlager nr 961 w Rybniku był usytuowany za urządzeniami wodociągowymi stanowiącymi wieżę ciśnień dla Rybnika, a hangarem szybowcowym, na terenie ogrodzonym podwójnym wysokim płotem z drutu kolczastego. Pomiędzy parkanami był zasiek ze zwoju drutu kolczastego, przemyślnie montowanym na odpowiednio dobranej wysokości słupkach. Na przestrzeni ogrodzonej zbudowano dwa drewniane baraki mieszkalne, każdy na około 150 osób, przewidziane do zamieszkania w okresie lata, gdyż na zewnątrz były wykonane z desek na zakładkę mocowanych do konstrukcji deskowej, od wewnątrz do tej samej konstrukcji przybito płytę pilśniowa twardą o grubości 4 mm. Przestrzeń pomiędzy płytami i deskami nie wypełniono żadnym ocieplenie. Dach niski deskowy kryty papą i od wewnątrz obitymi płytami paździerzowymi. Wewnątrz baraku zbudowano dwa piece grzewcze z cegły typu pokojowego.

W zimie na każdy piec był przydział jednego wiadra węgla. Podłoga to cienka około 1, 5 cm wylewka z chudego betonu. Z uwagi na powyższe zimą po prostu marzliśmy ogromnie, gdyż temperatura wewnątrz baraku niewiele różniła się od temperatury na zewnątrz.

Z uwagi na usytuowanie obozu poza miastem wśród pól, jesienią i zimą przeżywaliśmy ogromną inwazję myszy, które łapaliśmy na łapki sprężynowe własnej konstrukcji, często bez przynęty […].

[…] Pojedyncze osoby oraz grupki do 5 – ciu osób wychodziły do pracy poza obóz bez eskorty wachmana, a jedynie w asyście pracodawcy. Od 1944 roku z uwagi na praktycznie zerowe próby ucieczki, rygor wyjścia do pracy był dużo łagodniejszy, dany więzień opuszczający obóz był sprawdzany, czy posiada zapotrzebowanie na pracę i odnotowano w książce wyjść i powrotów, ale zawsze ktoś z rodziny musiał pozostawać w obozie. Z pracy nie wolno było przynosić do obozu czegokolwiek do jedzenia, ale racja żywnościowa była normalnie wydawana i tak, gdy szedł do pracy u „bauera”, to tam otrzymywał „obiad”, a jego obiad obozowy pozostająca w obozie rodzina. Dlatego, nie tylko z przymusu więźniowie szli do pracy, za którą nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia, gdyż był to sposób na przeżycie […].

… tyle w uzupełnienia do autentyczności miejsca i funkcjonowania Polenlagru nr 97 w Rybniku, a obóz ten funkcjonował do 27. 01. 1945 r.

Jerzy Klistała

Sty 092015
 

Wiele znaczące dla zwolenników Hitlera a więc i formacji SS mordującej więźniów w obozach koncentracyjnych, były wskazówki ich wodza o eksterminacji Polaków wygłoszone dnia 22 sierpnia 1939 r.:
[…] … Wydałem rozkaz zabijania bez litości i bez miłosierdzia mężczyzn, kobiety i dzieci polskiej mowy i polskiego pochodzenia. Tylko w ten sposób zdobędziemy potrzebną nam przestrzeń życiową… Polska będzie wyludniona i zasiedlona Niemcami.

Wypełniano więc te zalecenia Hitlera i mordowano wrogów hitleryzmu do ostatnich dni funkcjonowania III Rzeszy – przez rozstrzeliwanie przy każdej sposobnej okazji, w więzieniach, a przede wszystkim w stworzonych przez hitlerowców fabrykach śmierci – obozach koncentracyjnych.
Skupiając uwagę na przykładowym obozie KL Auschwitz-Birkenau, nowy rok 1945 rozpoczął się od bolesnej dla więźniów wiadomości. Tego dnia 100 więźniarek i 100 więźniów z bloku jedenastego wywieziono samochodami ciężarowymi do krematorium w Birkenau, gdzie następnie zostali rozstrzelani. Były to więźniarki i więźniowie, których osądzono przed 24.12.1944 r. Dnia 5 stycznia 1945 r. odbyło się w bloku nr 11 ostatnie posiedzenie policyjnego sądu doraźnego, na którym skazano na śmierć 70 Polaków. Wyrok ten wykonano także w krematorium nr V w Birkenau.
Dnia 17 stycznia 1945 r. przedostała się do obozu informacja, że jednostki Armii Czerwonej są już na przedmieściach Krakowa, skutkiem czego komendant obozu podjął decyzję o ewakuacji więźniów. W nocy z 17 na 18 stycznia na dziedzińcu bloku nr 11 palono akta, podobnie czyniono też w innych obozach i podobozach podległych KL Auschwitz. Więźniowie w napięciu czekali na moment ewakuacji. Liczyli bowiem na to, że wyjście poza ogrodzenia obozu stworzy okazję do ucieczki. Formowano ich w kolumny po 5 osób w rzędzie. Tylko eskortujący ich i dobrze uzbrojeni esesmani znali kierunek marszu.
Dnia 18 stycznia o świcie wyprowadzono z obozu pierwszą, około 500-osobową kolumnę więźniów. Za tą grupą wychodziły następne, i następne…
W obozie pozostać mieli tylko więźniowie niezdolni do marszu, a więc chorzy, skrajnie wyczerpani, oraz kilku więźniów, którzy postanowili pozostać z chorymi. Wieczorem 18 stycznia 1945 r. sformowano ostatnią kolumnę ewakuacyjną, w której m. in. znaleźli się Franciszek Ogon, Karol Miczajka oraz jego brat, Henryk z Rybnika, a Henryk pracował w komandzie obsługującym więźniarski szpital (Häftlingskrankenbau).
Według relacji mojego rozmówcy – Karola Miczajki, śnieg pokrywał plac apelowy i wszystko dookoła. Było bardzo zimno, więźniowie marzli czekając na polecenie wymarszu. Stali przygotowani do wyjścia. Niemal tuż przed bramą Henryk – podszedł do Karola i powiedział: „Karol, ja nie dam rady iść, ja zostaję”. Uściskali się serdecznie na pożegnanie, gdyż nie wiedzieli, czy się jeszcze zobaczą. Po chwili Henryk przesunął się między stojącymi w kolumnie więźniami w głąb obozu i wrócił do chorych. Karol Miczajka bardzo mocno przeżywał rozstanie z bratem. Wychodził z obozu ze świadomością, że esesmani wymordują wszystkich pozostałych w obozie więźniów, aby nie zostawić świadków swoich zbrodni.
Około godziny 1.00 w nocy ta ostatnia kolumna opuściła obóz.
Wiał lodowaty, przejmujący wiatr, a mróz sięgał poniżej 20 stopni Celsjusza. Byli umęczeni wyczerpującą pracą do ostatnich chwil pobytu w obozie. Do tego dochodził głód, bo cóż znaczył dla tak wycieńczonych organizmów suchy prowiant, który otrzymali na drogę – bochenek obozowego chleba i około 300 gr margaryny na osobę.
Trudno jest sobie wyobrazić, co czuli więźniowie opuszczając obóz po miesiącach czy latach doznanych tam upokorzeń i cierpień. Musiały to być sprzeczne uczucia – radości i szczęścia z przetrwania piekła obozu, smutku i żalu z powodu milionów zamordowanych tam więźniów, strachu i niepewności co do dalszego losu. Ewakuacja nie oznaczała jeszcze wyzwolenia!
W Księdze Pamiątkowej rybnickiego gimnazjum, Karol Miczajka zamieścił tekst pt. „W drodze krzyżowej” – o owym marszu ewakuacyjnym, zwanym także „marszem śmierci” a który cytuję poniżej:
„Nadszedł dzień 18 stycznia 1945 r., pamiętny dzień ostatecznej likwidacji obozu oświęcimskiego, dzień, zwiastujący wrogom zbliżającą się nieuchronnie klęskę, nam zaś, numerom w pasiakach, iskierkę nadziei.
Podniecenie i rozgorączkowanie obejmowało nie tylko więźniów, ale i naszych krwiożerczych stróżów, którzy w obliczu nieuchronnej zguby wpadali z jednej ostateczności w drugą: to udawali bardzo dobrych i współczujących, a strach wyzierał z ich rozszerzonych źrenic, to wpadali we wściekłość, a wtenczas biada tym, co wpadli w ich szpony.
Od rana nieprzerwanie wychodziły przez bramę setki więźniów w zwartych szeregach z tobołkami, paczkami, tłomokami. Każdy przygotował się do drogi, jak mógł najlepiej. W ostatnim bowiem dniu otworzono wszystkie magazyny odzieżowe i żywnościowe, wydając z nich zapasy bez ograniczenia. Ruch w obozie zrobił się niczym w ulu. Przed kancelarią obozową palił się stos kartotek, aktów i pism, a funkcjonariusze SS pilnowali, aby wszelkie dowody ich działalności zostały całkowicie zniszczone.
Około godziny dwunastej w nocy pochłonęła nas fala wypływających z obozu więźniów. Księżyc świecił jasno, oświetlając nam drogę i chrupiący pod nogami śnieg. Mróz szczypał w uszy i odmrażał policzki i ręce, ale nikt nie czuł mrozu. Szliśmy raźno po udeptanym śniegu w księżycową noc, w nieznaną i niebezpieczną przyszłość. Wznosząc oczy do nieba, ten i ów robi nieznacznie znak krzyża i szepce słowa modlitwy. Pytamy się sami siebie: Co gotuje nam los? Czy wreszcie będzie łaskawszy, czy też nadal tak nieludzko okrutny?
Jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie i ciche westchnienie; westchnienie, które miało być wyrazem ulgi, ale przytłoczone ogromnym ciężarem niepewności i obawy, z trudem dobyło się z piersi.
Obok nas nieodstępni stróże, odziani w grube płaszcze i kożuchy, z karabinami przygotowanymi w każdej chwili do strzału. Wśród mroźnej nocy słychać ich nawoływanie i ujadanie rwących się na smyczach psów.
Idziemy spokojnie i miarowo z szeptem modlitwy na ustach, składając los nasz w ręce Wszechmocnego.
Wtem – strzał!
Stłumiony, niewymownie żałosny okrzyk kobiecy uleciał w powietrze, nie budząc echa w przyrodzie. Oglądamy się nieznacznie do tyłu. Postać kobiety z podniesionymi jak do modlitwy rękami zachwiała się, zastygła na moment w bezruchu i runęła pod nogi zbira, w którego rękach jeszcze drgała świeżo odpalona broń…
Zaczerwienił się śnieg pod ciałem niewinnej ofiary. Twarz jej w blasku księżyca jaśniała jakimś nieziemskim światłem, ręce wciąż do modlitwy złożone…
SS-man wykrztusił jakieś przekleństwo, skrzywił w potwornym grymasie usta i ciężkim butem zepchnął ofiarę do rowu. Potoczyło się bezwładem swoim ciało na spoczynek bez trumny, bez pogrzebu, tylko długi, bez końca orszak pędzonych skazańców oddawał jej w milczeniu ostatni hołd. Zerwał się zbrodniarz z krzykiem, miotając przekleństwa, odwrócił się do przechodzących, wywijając na oślep kolbą karabinu… Popędził naprzód jak oszalały zwierz, zmuszając do przyspieszenia kroku.
Ale nic nas nie obchodziły jego dzikie okrzyki, nie odczuwaliśmy razów ciężkiej kolby, mając wciąż przed oczyma piękną twarzyczkę, zastygłą w blasku męczeństwa. Odleciał od nas lęk i strach, jakby nad nami unosił się duch tej męczennicy i tylu milionów ofiar Oświęcimia.
I tak długa bez końca kolumna wynędzniałych cieni sunęła wciąż naprzód, znacząc drogę trupami i krwią…
*
Marsz ewakuacyjny więźniów z Oświęcimia do Wodzisławia Śl. odbywał się dwoma trasami:
– Pierwsza wiodła przez: Rajsko, Brzeszcze, Jawiszowice, Miedźną, Ćwiklice, Pszczynę, Porębę, Brzeźce, Studzionkę, Pawłowice, Pniówek, Bzie, Jastrzębie Zdrój i Mszanę, Wilchwy.
– Druga wiodła przez: Rajsko, Brzeszcze, Jawiszowice, Miedźną, Ćwiklice, Pszczynę, Suszec Łęg, Rudziczkę, Żory, Świerklany, Marklowice.
Co chwilę słychać było odgłosy strzałów z karabinów. Więźniów, którzy nie nadążali za kolumną lub próbowali uciekać, esesmani od razu zabijali. Ich ciała zostawiano na poboczu drogi – tam, gdzie zostali zamordowani. Nic więc nie wstrzymywało hitlerowców od morderczych przyzwyczajeń, nadal bez skrupułów uśmiercali więźniów. Kto chciał przeżyć, musiał iść – o głodzie, bez względu na mróz i na stan zdrowia…
Esesmani widzieli, że więźniowie nie są w stanie iść bez przerwy, dlatego za Pszczyną, w miejscowości Poręba zorganizowano nocleg. Obie kolumny liczyły około 3500 więźniów, więc tylko części z nich udało się znaleźć schronienie w stodole i w szopie miejscowego folwarku. Nie znaczy to jednak, że mróz w tych pomieszczeniach był mniej dokuczliwy. Karol Miczajka wspominał, że mocno przytuleni do siebie i z dachem nad głową byli w lepszej sytuacji od więźniów nocujących pod gołym niebem, mimo to, wielu z nich – zarówno tych pod dachem, jak i na dworze – nie dożyło świtu.
Wczesnym rankiem 20 stycznia więźniowie wyruszyli w dalszą drogę. Po całodziennym marszu dotarli do drugiego miejsca noclegu w Jastrzębiu Zdroju. Podobnie jak pierwszej nocy, część więźniów znalazła schronienie w różnych pomieszczeniach gospodarczych przy folwarku, a część nocowała pod gołym niebem. Tam tutaj wielu więźniów nie przeżyło nocy – zamarzali i umierali z wycieńczenia.
Karolowi Miczajce przypadło podczas tego noclegu spać wraz z kilkoma innymi więźniami na gnojowisku obok folwarku. Leżeli przytuleni do siebie, a od dołu ogrzewał ich gnój. Było im na tyle ciepło – jak wspominał Miczajka, że ta noc była dla niego najprzyjemniejsza od momentu aresztowania!
Marsz z Jastrzębia do Wodzisławia Śląskiego odbywał się na odcinku zaledwie dziesięciu kilometrów, ale była to najtrudniejsza część drogi. Jak podają niektóre publikacje, po przejściu kolumny na tym tylko odcinku doliczono się 74 zastrzelonych więźniów. Do Wodzisławia dotarli około południa. W Wodzisławiu kolumnę zaprowadzono na stację kolejową, gdzie więźniowie mieli być załadowani do węglarek.
Około godziny 16:00 pociąg wypełniony więźniami wyruszył z Wodzisławia w stronę Chałupek-Bogumina, a na jeden wagon przypadało około 100 osób.
Kolejnym etapem ewakuacji był obóz KL Mauthausen, i transport ten dotarł na miejsce 26.01.1945 r., a stamtąd rozdzielano więźniów i przetransportowywano do pobliskich podobozów i komand roboczych.
Uzupełniając esencjonalnie informację o obozie koncentracyjnym Mauthausen, pelnił on 1940 r. rolę obozu głównego (Stammlager) dla powstających podobozów (Nebenlager). Został zbudowany latem 1938 r. przez więźniów, głównie Austriaków. Otwarto go 9 sierpnia 1938 r. Od maja 1939 r. zaczęto zsyłać do Mauthausen więźniów politycznych (Schutzhäftlinge) – Niemców z Rzeszy i Sudetów Czeskich, a także Austriaków i Czechów oraz badaczy Pisma Świętego.
W latach 1943-1945 większość więźniów przeznaczonych do pracy w podobozach rozpoczynała staż obozowy w Mauthausen lub kontynuowała tu pobyt rozpoczęty w Oświęcimiu, Gross-Rosen i innych obozach. Stąd – po odbyciu kwarantanny lub kilkumiesięcznej pracy – byli oni przekazywani do Gusen, a w latach następnych – do coraz liczniejszych podobozów na terenie Austrii.
Więźniowie Mauthausen pochodzili z krajów Europy okupowanych przez Niemcy, a tylko nieliczni – z krajów neutralnych lub spoza Europy. Najliczniejszą grupę stanowili Polacy i obywatele radzieccy (jeńcy wojenni i robotnicy cywilni), następnie Węgrzy (głównie pochodzenia żydowskiego), Niemcy i Austriacy (zaliczani w statystyce do Niemców), Francuzi, Jugosłowianie, Włosi i Hiszpanie.
W podobny sposób jak Mauthausen i Gusen tworzono w następnych latach podobozy w Melku, Linzu, Ebensee i innych miejscowościach Austrii.
Warunki pracy były ciężkie. Sto osiemdziesiąt sześć schodów prowadzących do kamieniołomów Wiener Graben z położonego na wzgórzu obozu stało się symbolem martyrologii więźniów Mauthausen. Wracający codziennie tymi schodami więźniowie padali z wyczerpania, byli stąd strącani w przepaść przez eskortujących SS-manów i kapo. Niezdolnych do pracy i chorych zabijano masowo zastrzykami dożylnymi w obozowym szpitalu lub wysyłano do zakładu w Hartheim, gdzie zabijano ich gazem.
Obóz został wyzwolony 5 maja 1945 r. przez jednostkę armii amerykańskiej. Komendant obozu, Franz Ziereis, został schwytany przez więźniów Gusen. Zmarł z ran odniesionych podczas próby ucieczki.
*
Na zakończenie przytaczam kilka niezbędnych acz przykrych liczb, dotyczących owego marszu ewakuacyjnego – „marszu śmierci”:
– 17-go stycznia do ostatniego apelu w KL Auschwitz – Birkenau i wszystkich jego pozdobozach stanęło około 66020 więźniarek i więźniów,
– Ostatecznie o godz. 1:00 w nocy 19-go stycznia kolumna marszowa liczyła ok. 3500 więźniarek i więźniów,
– Długość trasy ewakuacyjnej z Oświęcimia do Wodzisławia Śl. wynosiła 63 km,
– Ostatnia grupa 30 więźniarek wychodziła z obozu dnia 19-go stycznia o godz. 4:00,
– Na trasie przemarszów, pozostało 37 zbiorowych mogił,
– W Brzeszczach na cmentarzu jest zbiorowa mogiła 18 więźniarek i więźniów o nieznanych nazwiskach,
– Na odcinku Rajsko-Góra zebrano 21 zwłok więźniarek i więźniów,
– W Miedźnej spoczywają 42 ofiary marszu ewakuacyjnego, w tym 29 zwłok więźniarek,
– W Ćwiklicach pochowano ok. 42 ofiary marszu – 26 więźniarek i 16 więźniów,
– W Pszczynie znajduje się największa zbiorowa mogiła i niestety nie zdołano doliczyć się pochowanych tam ofiar marszu. Pogrzebano w niej zebrano zwłoki z ulic miasta i najbliższych okolic Radostowic i Kobielic,
– W Brzeźcach pochowanych jest ok. 40 ofiar marszu ewakuacyjnego,
– W Studzionce pochowano 18 więźniarek i więźniów zastrzelonych strzałem w tył głowy,
– W Bziu Zameckim znajduje się mogiła zbiorowa 22 ofiar marszu,
– W Jastrzębiu na noclegu zmarło 15 wieźniów, zaś na cmentarzu znajduje się mogiła zbiorowa 36 ofiar marszu ewakuacyjnego,
– W Mszanie znajdują się mogiły 33 więźniarek i więźniów,
– W Suszcu i Rudziczce znajdują się mogiły 63 mogiły więźniarek i więźniów – ofiar marszu,
– W Żorach znajduje się mogiła zbiorowa 23 więźniarek i więźniów,
– W Roju znajdują się mogiły 25 więźniarek i więźniów,
– W Świerklanach znajduje się mogiła 16 więźniarek i więźniów – ofiar marszu.
Dalsza nieustalona liczba uśmierconych więźniów dotyczy tych niezliczonych ofiar, które zginęły podczas transportu kolejowego w kierunku Mauthausen-Gusen!

Postscriptum: Miczajka często wspominał, jak wspaniale zachowywała się na wodzisławskim dworcu Marta Piechaczek, szwagierka Franciszka Ogona. Znał ją jeszcze ze wspólnej działalności konspiracyjnej w ZWZ/AK, gdzie pełniła funkcję łączniczki. Była to bardzo urodziwa dziewczyna i wspaniała patriotka.
Marta Piechaczek pracowała w czasie okupacji na dworcu w Rybniku. Dowiedziała się tam o transporcie oświęcimskich więźniów i przyjechała do Wodzisławia, gdzie w iście bohaterski sposób niosła pomoc umęczonym więźniom. Znała dobrze teren wokół stacji kolejowej, toteż z wielką werwą i pewnością siebie przebiegała od wagonu do wagonu wypełnionego więźniami, roznosząc w dużej misce gorącą herbatę. Według Miczajki, wyglądało to tak, jakby Marta Piechaczek zahipnotyzowała esesmanów pilnujących więźniów, gdyż nie wzbraniali jej podchodzić do wagonów i podawać więźniom napoju. Kiedy miska była pusta, wbiegała do budynku stacji i po chwili zjawiała się z nową porcją herbaty. Niektórzy więźniowie – ze względu na duży mróz – mieli poowijane palce rąk w różne skrawki materiału. Gałgany te moczyli w gorącej herbacie, aby ogrzać zmarznięte końce palców, a dopiero potem wysysali z nich napój. Inni pili herbatę bezpośrednio z miski i podawali ją pozostałym towarzyszom. W ten sposób każdemu dostało się chociaż parę łyków ciepłego napoju.
Po latach, kiedy Karol Miczajka przeżył pobyt w obozie, spotkał się z tą wspaniałą dziewczyną. Podziękował jej za odwagę oraz przedsiębiorczość i powiedział jej, jak wiele znaczyła dla więźniów jej pomoc.
Inny epizod dla K. Miczajki był taki, że gdy znajdował się już w wagonie, na sąsiedni tor nadjechał z Chałupek pociąg towarowy. Jego maszynistą był jego dobry znajomy – Józef Wieczorek. Kiedy zobaczył Miczajkę, natychmiast zatrzymał parowóz. Wagon Miczajki oddzielał od parowozu tylko płotek z siatki. Obaj byli bardzo wzruszeni tym niespodziewanym spotkaniem. Po chwili rozmowy Wieczorek powiedział Miczajce, że po sygnale odjazdu będzie powoli ruszał, i zaproponował mu, aby przeskoczył do któregoś z przejeżdżających wagonów. Kiedy natomiast będą dojeżdżać do Rybnika, Wieczorek zmniejszy prędkość, żeby Miczajka mógł wyskoczyć w Niedobczycach, gdzie w dzielnicy „Wrzosy” mieszkali przyszli teściowie Karola. Była to kusząca propozycja, ale – z natury bardzo przezorny – Miczajka zdawał sobie sprawę z tego, że szanse jej realizacji są niewielkie. Wzdłuż pociągu, tak z jednej, jak i drugiej strony, stali esesmani z psami. Na pewno zauważyliby go przeskakującego, a wtedy zaczęliby strzelać i zmusili do zatrzymania pociągu, przez co także Wieczorek mógłby mieć poważne kłopoty. Odpowiedział więc, że to zbyt ryzykowne, i poprosił tylko o przekazanie pozdrowień rodzicom i narzeczonej.

Jerzy Klistała

 Zamieszczone przez o 01:36
Cze 032014
 

b1_dni_rybnika_podglad_poprawiony_1240

 

Zapraszamy na „Spotkanie z Historią” w Focus Mall Rybnik

sobota 14 czerwca 2014  od 10:00 do 17:00.

Prezentacje:

  • Wojsko Polskie i Wehrmacht z 1939r.
  • Wojska Amerykańskie
  • Armia Czerwona
  • Policja województwa śląskiego w latach 1922-1939
  • NRD wraz z murem berlińskim
  • dioramy historyczne
  • militiaria z czasów II wojny światowej
 Zamieszczone przez o 11:19
Gru 022010
 
Wielu z Nas zastanawiało się pewnie od czego pochodzi nazwa terenu zlokalizowanego przy ulicy Raciborskiej – zwanego potocznie Beatą. Przedstawiamy dzisiaj tekst Pana Andrzeja Adamczyka, który wyjaśni ten temat.
szyb_wodny_franz

Kopalnię „Beatensglück” (Szczęście Beaty) zgłosił 7 lipca 1856 roku Franz (Franciszek) Strahler właściciel dóbr rycerskich w Niewiadomiu Dolnym. Podstawą zgłoszenia był szyb „Fund” w którym na głębokości 30 m odkryto pokład węgla o grubości 4 m, nazwany „Beate Flöz” (Beata). Wkrótce po zgłoszeniu podjęto wydobycie. Odbywało się ono szybem „Fund”, oraz założonym 100 m na północ od niego szybem „Joseph” (Józef) również o głębokości 30 m. Kopalnia była odwadniana przez dwie pompy napędzane lokomobilami (przewoźnymi maszynami parowymi) o mocy 15 i 12 KM ustawionymi na szybie „Fund”. Urobek wyciągano ręcznymi kołowrotami na szybach „Fund” i „Joseph”. Sprzedaż odbywała się na furmanki. Nadanie kopalni zostało zatwierdzone 12 kwietnia 1859 roku

Dokumentacja szybu Joseph

Dokumentacja szybu Joseph

Pole górnicze Beata

Pole górnicze Beata

W 1860 roku szyb „Joseph” pogłębiono do 53, 6 m, udostępniając niżej położony pokład „Gellhorn” o miąższości 4, 5 m. Szyb zaopatrzono w murowane nadszybie mieszczące powierzchniową maszynę odwadniającą i urządzenie wyciągowe (lokomobilę). Do przewietrzania służył pogłębiony do 42 m szyb „Fund”. W 1862 r. kopalnia uzyskała bocznicę kolejową w Niewiadomiu. Do transportu węgla zbudowano konną kolejkę szynową Rosseisenbahn, prowadzącą od szybu „Joseph” do placu składowego. 23 kwietnia 1869 roku zmarł wyłączny właściciel kopalni Franciszek Strahler i przeszła ona na własność jego spadkobierców. Byli nimi: żona – Beata Strahler z domu Magerle, syn – Józef Strahler z Radoszów Dolnych i Józef Kladziwa z Węgier. W tym samym roku, celem udostępnienia niżej leżącej partii pokładu „Beata”, założono kolejny szyb wydobywczy „Strahler” o głębokości 66 m. Znajdował się on po północnej stronie u1. Raciborskiej. Poprowadzono od niego konną kolejkę łączącą się z już istniejącą, w sąsiedztwie szybów „Fund” i „Joseph”. Kolejka przebiegała pod u1. Raciborską. Jej wykopy można zauważyć po obu stronach szosy. Szyby „Fund” i „Joseph” około 1875 roku zasypano. W roku 1874 oddano do użytku jeszcze jeden szyb wydobywczy nazwany „Johannes „(Jan) o głębokości 67 m. Szyb ten otrzymał murowane nadszybie z maszyną wyciągową i kotłownią. Od szybu „Johannes” do bocznicy kolejowej poprowadzono kolejkę linowo – szynową o napędzie parowym, popularnie zwaną „zajlbana” (Seilbahn). Prowadziła ona starą trasą kolejki konnej, którą zastąpiła. Około 1875 roku założono szyb wentylacyjny „Süd Schacht” (Południowy) o głębokości 24, 2 m. Znajdował się on w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań folwarku Niewiadom Dolny, miejsca zamieszkania właścicieli kopalni. By budynki dworskie zachować w całości, pozostawiono pod nimi filar ochronny. Wydobycie w tym rejonie ukończono w 1889 roku.

Kantyna kopalni Beata

Kantyna kopalni Beata

Familoki kopalni Beata

Familoki kopalni Beata

Dla udostępnienia niżej leżącej partii pokładów, około 1878 roku pogłębiono szyby „Strachler” do 90 m, a „Johannes 82 m i połączono przekopem. Rozległe prace przygotowawcze doprowadziły do zwiększenia dopływu wody, któremu w przyszłości nie mogłaby sprostać istniejąca maszyna odwadniająca. Dlatego w odległości 90 m na północny wschód od szybu „Strahler” założono szyb odwadniający „Franz” (Franciszek) który na głębokości 88 m sięgał do pokładu „Gellhorn” poniżej głównego poziomu wydobywczego. Łącznie z rząpiem, dolną częścią szybu służącą do zbierania wody, głębokość jego wynosiła 93 m. W latach 80 – tych XIX wieku kopalnia „Beatensglück” była największą kopalnią w rejonie Rybnika. Dotychczas nie prowadzono wydobycia pod zabudowaniami i polami majątku Niewiadom Dolny. Sytuacja zmieniła się w roku 1891. Wtedy to rozpoczęto eksploatację pokładu „Beata” na południe od szybu „Süd”, pod budynkami folwarku i polami majątku. W tym rejonie wydobycie trwało do 1899 roku. Eksploatacja grubych pokładów na małej głębokości doprowadziła do całkowitej degradacji terenu i ruiny folwarku. Obszar ten następnie zalesiono. Pod koniec lat 80 – tych przystąpiono do prac nad udostępnieniem niżej leżącej partii pokładów i rozpoczęto głębienie nowego szybu nazwanego „Helene”. Był to już nowoczesny szyb o obudowie murowej. W 1892 roku szyb został ukończony i połączony pod ziemią z istniejącymi już wyrobiskami. Na głębokości 99, 5 m przecinał pokład „Beata”, a na 119 metrze osiągnął pokład „Gellhorn”. Razem z rząpiem głębokość jego wynosiła 124 m. Przy szybie postawiono: kotłownię, łaźnię robotniczą, budynek maszyny wyciągowej, cechownię kuźnię i przepompownię wodociągową ze zbiornikiem wody. Pod ziemią w specjalnej komorze umieszczono agregat odwadniający. W 1900 roku rozpoczęto wydobycie szybem „Helene”. Został on w tym celu zmodernizowany i rozbudowano jego rejon. Postawiono nowe nadszybie ze stalową wieżą wyciągową. Wybudowano nową kotłownię z centralą elektryczną i nowym kominem, na którym zainstalowano zbiornik wody w kształcie odwróconego grzyba. Powiększono łaźnię i kuźnię. Wybudowano stację kompresorów, wozownię i wagę drobnicową. Rozebrano cechownię i wybudowano nową większą. Od szybu poprowadzono kolejkę do transportu urobku. W tym czasie szyb „Strahler” został wyłączony z ruchu. Jako wydobywczy pozostał jeszcze szyb „Johannes”. Pole odbudowy z szybu „Helene” ograniczone było od północy uskokiem tektonicznym o kierunku równoleżnikowym. Pokłady za nim wyniesione były średnio o 60 m. Udostępniono je dwoma przekopami z chodnika głównego pokładu „Gellchorn” na poziomie 119 m. Po stronie wschodniej w odległości 360 m dotarto do kolejnego uskoku, przy którym założono szyb pomocniczy „Brendel” (90 m). Wkrótce przystąpiono w tym rejonie do wydobycia. Przekopem po stronie zachodniej dotarto do pokładu „Beata” a następnie „Gellhorn” nie podjęto jednak ich eksploatacji. Rejon północny poprzecinany był licznymi uskokami o różnym kierunku i wysokości, które utrudniały eksploatację. Wobec problemów z eksploatacją w polu północnym, w 1903 roku przystąpiono do eksploatacji węgla z filaru bezpieczeństwa szosy Rybnik – Racibórz, przy zastosowaniu podsadzki płynnej piaskowej. Piasek czerpano z piaskowni w pobliżu szybu „Johannes”, którym również piasek opuszczano. Następną piaskownię założono w odległości 650 m na wschód, dokąd prowadziła kolejka szynowa Sandbahn. W 1908 roku przy szosie raciborskiej założono szyb nazwany „Szyb VII” (45 m), którym również opuszczano piasek z niedalekiej piaskowni. W 1905 roku w rejonie południowym podjęto eksploatację pokładu „Vincent” o miąższości 1, 3 m. Pokład ten został udostępniony już w 1890 roku przekopem z szybu „Johannes”. Dla wentylacji pogłębiono szyb „Concordia” do 107 m i wyposażono w wentylator ssący o wydajności 1500 m3/min. Początkowo wydobycie kierowano na szyb „Johannes”. Po zejściu poniżej jego poziomu, urobek odstawiano 130 metrowym przekopem do szybu „Helene”. Pokład „Vincent” w tym rejonie eksploatowany był do końca istnienia kopalni. Szczupłość zasobów w rejonie szybu „Brendel” doprowadziła do ponownego zainteresowania się rejonem północno – zachodnim. Istniał już tam przekop założony w 1898 roku. W 1907 roku poprowadzono z niego przekop pochyłu i 40 m niżej poziomy przekop „Północny”. Prace trwały do 1910 roku. Łączna długość przekopów wyniosła 650 m. Dla zapewnienia wentylacji i odwadniania, w 1909 roku rozpoczęto głębienie szybu nazwanego „Nord” (Północny), który ukończono 1912 roku. Sięgał do poziomu przekopu na głębokości 131 m. Wyposażony został w podziemne urządzenie odwadniające i wentylator o wydajności 1000 m3/min. Wkrótce podjęto wydobycie w pokładzie „Gellhorn”, które ze względu na trudne warunki stropowe prowadzono z podsadzką piaskową na mokro. W pokładzie „Vincent” prowadzono roboty przygotowawcze.

Zabudowania szybu  Helena

Zabudowania szybu Helena

Willa dyrektora

Willa dyrektora

Nieoczekiwanie z dniem 1. 02. 1919 roku kopalnia została unieruchomiona. Bezpośrednią przyczyną był trwający od dłuższego czasu strajk górników na tle płacowym. W tym czasie strajkowały również inne kopalnie i zakłady przemysłowe w powiecie rybnickim, a jedynie ta kopalnia została zamknięta. Głównym jednak powodem był silny dopływ wysoko zakwaszonej wody, która niszczyła urządzenia stalowe, oraz trudności eksploatacyjne spowodowane zaburzeniami geologicznymi północnej części kopalni, a południowa została już prawie wyeksploatowana. Strajk tylko skrócił o parę lat agonię kopalni, gdyż przygotowane partie pokładów mogły być jeszcze przez jakiś czas eksploatowane i po tym okresie kopalnia i tak byłaby zamknięta.

Andrzej Adamczyk

Artykuł pochodzi ze strony

Mar 052009
 

Jest jednym z 2 dużych wiaduktów kolejowych takiej konstrukcji istniejących w Rybniku.

Wiadukt

Wiadukt

Przez okolicznych mieszkańców nazwany „czterema mostami”. Powstał w roku 1912. Linia kolejowa jest zelektryfikowana i prowadzi z Rybnika do Suminy.

Wiadukt na mapie WIG z roku 1933

Wiadukt na mapie WIG z roku 1933

 Tak wyglądał przed wojną
Zdjęcie z ksiażki - 150 lat kolei w Rybniku - zbiory K.Soida

Zdjęcie z książki – 150 lat kolei w Rybniku – zbiory K.Soida

Historia obeszła się z Nim brutalnie – I Wojna Światowa zostawiła go w spokoju ale w trakcie II Wojny  dwukrotnie wysadzony. Pierwsi dzieła zniszczenia dokonali polscy saperzy 1 września 1939 (około godziny 8 rano). Skan niemieckiej gazety pokazuje nam to co z Niego zostało (dolne zdjęcie)
Der Oberschlesische Wanderer z września 1939 roku - dolne zdjęcie

Der Oberschlesische Wanderer z września 1939 roku – dolne zdjęcie

most_1940

Odbudowa wiaduktu zajęła Niemcom 2 lata i w roku 1941 służył jako przeprawa przez rzeke Nacynę. Ponownie został wysadzony 2 lutego 1945 roku – tym razem przez wycofujące się wojska niemieckie. Tym razem odbudowa trwała aż 15 lat – do użytku został oddany dopiero w roku 1960. Na zdjęciach doskonale widać „dorobiony” fragment wiaduktu. Resztki betonu do dnia dzisiejszego można znaleźć bezpośrednio pod nim i na okolicznych łąkach.

Dorabiany fragment

Dorabiany fragment

Dorabiany fragment

Dorabiany fragment

A na koniec ciekawostka – napis na murze- tylko niestety „niewidzialna” ręka dokonała małej korekty i dzisiaj pozostało tylko tyle…

wiadukt_napis_perspektywa

 Talbrücke

Talbrücke

 A napis to: Talbrücke

Wrz 022008
 

W imieniu organizatorów dnia otwartego naszego schronu pragnę podziękować wszystkim osobom, które nas odwiedziły. Dziękujemy za ciepłe słowa, za datki na dalszy remont, za fantastyczne przyjęcie tego co Państwu oferowaliśmy. Dziękujemy mediom które po raz kolejny dostrzegły „coś” w naszej pracy.

kombatant

Jednocześnie w imieniu zarządu rybnickiego koła terenowego „Profortalicium” dziękuję wszystkim, którzy przygotowali całą imprezę, oprowadzali naszych szanownych Gości.  Bardzo żałujemy, że nikt z władz miasta Rybnika nie był zainteresowany tym co prezentowaliśmy – 88 letni kombatant na piechotę przyszedł na schron, opowiedział nam kilka bardzo ciekawych histori z własnego życia, zwiedził naszą ekspozycję – za co bardzo mu dziekujemy!

Zdjęcia z imprezy mozna oglądać na naszym forum

Sty 222008
 

Dzięki uprzejmości Pani redaktor Agi Bugajskiej, otrzymaliśmy zdjęcia przedstawiające rysunki odkryte w Zespole Szkół Urszulańskich w Rybniku. Rysunki zostały wykonane podczas 2 wojny światowej – najprawdopodobniej przez żołnierza bądź policjanta niemieckiego. Można dostrzec na nich postać w mundurze, kwiat (słonecznik?), bagnet oraz napis w języku niemieckim.

napisy_urszulanki_1

  napisy_urszulanki_3

napisy_urszulanki_4

napisy_urszulanki_5

napisy_urszulanki_6

napisy_urszulanki_7

napisy_urszulanki_8  napisy_urszulanki_10

Pani Agnieszka opisała los rysunków w gazecie „Rybnik po godzinach” z dnia 11 stycznia 2008 roku. Napisy zostały zamalowane i jedynym świadectwem tego, że były są zdjęcia prezentowane przez Nas. Przypomnijmy że  budynek Urszulanek  ma bardzo ciekawą historię – 1 września 1939 roku znajdowało się tu dowództwo obrony miasta Rybnika ( mjr. Mażewski), później kwaterowała policja niemiecka a w piwnicach znajdowały się cele więzienia w których przetrzymywano polskich patriotów z ziemi rybnickiej ( przed ich dalszą drogą do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu bądź do Mysłowic w Ersatz – Polizei – Gefangis).

 Zamieszczone przez o 01:00