Jerzy Klistała

Paź 032007
 
Nie pamiętam, w jakich okolicznościach nauczyłem się niemieckiej mowy, gdyż od momentu rozpoczęcia się okupacji Polski przez Niemców, taki język obowiązywał w miejscach publicznych. Niemniej, przez naszą rodzinę, był to język używany wyłącznie w owych miejscach publicznych, zaś w naszym mieszkaniu czy w mieszkaniu dziadków (tak z mamy strony jak i ojca), mówiliśmy wyłącznie po polsku i było tak przez cały ok­res okupacji.
W moim dziecięcym życiu, po bardzo bolesnym fakcie śmierci ojca w czerwcu 1943 r., z bezwzględną brutalnością zaistniało kolejne poważne wydarzenie. Otóż, we wrześniu 1943 r. obowiązywało mnie pójście do szkoły, skończyłem bowiem w grudniu 1942 r. siódmy rok życia. Informuję przy okazji, że według ówczesnej rejonizacji, dzieci z „Maroka” obowiązane były uczyć się w Szkole (obecnie nr 2) na Smolnej
Nie ukrywam swoich tamtejszych i do dzisiaj zapamiętanych odczuć, że bardzo bałem się pójścia do szkoły, pierwszego samodzielnego wejścia w obce otoczenie nie tyle moich rówieśników, ile zetknięcia się z osobami o groźnie dla mnie brzmiącej nazwie – nauczyciele. Przerażała mnie myśl, że będę musiał wykonywać w szkole polecenia obcych osób, bez bliskości mamy, bez Jej troskliwości i opiekuńczych „skrzydeł” – gdy zaistnieje taka potrzeba!
Przyjemniejszą okolicznością dla pierwszoklasistów była tradycja, otrzymywania w ten pierwszy dzień rozpoczęcia nauki, dużej stożkowej i bardzo kolorowej torby papierowej wypełnionej słodyczami. Niestety, ja takiej torby nie otrzymałem, ale dosyć rozsądnie łagodziłem „ból niespełnienia”, uznając jak i w innych przypadkach, że widocznie jakiejś ważne okoliczności lub brak pieniędzy wpłynęły na to, że moja mama nie mogła mi takiej torby ze słodyczami wręczyć.
Otrzymałem jednak – jak inne dzieci, wyposażenie w przybory szkolne, składające się z: tekturowego tornistra, tabliczki do pisa­nia (zamiast zeszytu), drewnianego piórnika, rysika i gąbki („szwamki”) do ścierania zapisanych na tabliczce liter czy cyfr. Tabliczka wykonana była z tworzywa bardzo kruchego, szybko tłukącego się porcelitu. Pisało się na tabliczce rysikiem z tworzywa podobnego jak tabliczka, a pozostawiał on na tabliczce jasno szare rysy – stąd nazwa rysik. Wyglądem przypominał szarą świecową kredką.
Nauka polegała na poznawaniu liter niemieckiego alfabetu, a po paru dniach od przepisywania liter i cyfr ze ściennej tablicy – na własne tabliczki. W następnej kolejności, poznawałem litery łączone w bardzo proste słowa, zdania i tak dalej. To samo było z wykonywaniem działań matematycznych w najprostszej postaci. Zapisywanie znaków czy zdań na tabliczkach, miało jednak charakter krótkotrwały, gdyż zapis rysikiem był łatwo ścieralny. Nieumiejętne wkładanie zapisanej tabliczki do torby, mogło spowodować rozmazanie się lub starcie tego co było na niej zapisane. Inny jej mankament, że niewłaściwe obchodzenie się z tornistrem (uderzenie nim o coś, lub wywrócenie się) powodowało rozbicie tabliczki. W czasie przerwy między lekcjami, trzeba było zadbać by namoczyć gąbkę, którą w razie potrzeby ścierało się z tabliczki to, co zetrzeć należało. Ścieranie śladów pisania rysikiem„na sucho”, było mało skuteczne.
Wychowawczynią tej naszej pierwszej klasy, była nauczycielka o nazwisku Kreyder, mieszkająca na Smolnej (obecnie ul. św. Jadwigi) obok budynku dziadków – w dużym budynku dla niemieckich urzędników i nauczycieli. Miała dwójkę dzieci – chłopca i dziewczynę w wieku ok. 9 i 13 lat, lecz charakteryzował ją dosyć specyficzny sposób zachowania się – typowo męski. Ubierała się w męskim stylu – zielony kostium z wy­łogami brązowymi na kołnierzyku (chyba styl tyrolski), przeważnie ubierała się w tzw. spodium (spódnica zszywana w kroku jak spodnie). W kontaktach z ludźmi, była bardzo oschła. Ilekroć zamieniała parę słów z babcią, zawsze używała wyniosłego sposobu rozmowy. Uczniowie bali się jej, ponieważ bardzo często stosowała karę bicia. Za najmniejsze przewinienie, otrzymywało się uderzenia trzciną na otwartą dłoń lub na tyłek, a obrywali w jednakowym stopniu tak chłopcy jak i dziewczęta. W zależności od wielkości winy, wyznaczana była ilość uderzeń. Były jednak i takie przypadki, że do bicia służył rdzeń drewniany ze stojaka od zawieszania mapy (o przekroju 3×3 centymetry, i długości około półtora metra) i takim to drągiem biła po tyłku chłopaków. Winowajca musiał się „prze­wiesić” przez ławkę, by spodnie na tyłku były mocno napięte, i wówczas padały uderzenia! Gdy jednak chłopak nie wytrzymywał i wy­rywał się z tej pozycji, to i na plecy lądowały uderzenia, gdyż nauczycielka nieczuła na strach dziecka – w zdecydowany sposób postanowiła orzeczoną karę wykonać.
W nawiązaniu do tych jej męskich cech, przytaczam takie oto zachowanie, że po sprawdzeniu obecności uczniów, nauczycielka przyniosła w białej por­celanowej miseczce – ciepłą wodę z umy­walni mieszczącej się na korytarzu szkoły. Następnie, poleciwszy któremuś dziecku pisanie liter lub pełnych słów na tablicy, wyjmowała ze swojej torby przybory do golenia, namydliła sobie twarz i goliła maszynką do golenia (na żyletkę). Po ogoleniu się, wytarła ręczni­kiem twarz do sucha i dalej prowadziła lekcje.
Nie byłem najbystrzejszym uczniem, więc parę razy na moją ociężałość w postępach uczenia się, nauczycielka ta skarżyła się babci. Przebrnąłem jednak przez ten pier­wszy rok szkolny, oberwawszy – czego nie ukrywam, kilka razy trzciną w rozwarte dłonie i po tyłku.
* * *
W pierwsze wakacje szkolne, pojechaliśmy zgodnie z decyzją mamy do poznańskiego – do Dobrzyca, skąd mama zdobywała nielegalnie artykuły żywnościowe dla przeżycia naszej rodziny oraz Jej rodziców. Dla mojego brata i dla mnie, był to pierwszy wyjazd w tzw. „świat” – na dalszą odległość od Rybnika, a jazda pociągiem wraz z przesiadkami trwała ponad osiem godzin.
Okoliczność korzystania z kolejowego środka transportu, a więc pierwsza jazda pociągiem osobowym, poszerzyła moją wiedzę o zróżnicowaniu komfortu jazdy wynikłego z podziału wagonów na klasy. Nie mogłem sprawdzić jaki standard miała klasa pierwsza, gdyż z tych luksusowych wagonów (a w nich przedzia­łów) korzystali wyłącznie Niemcy „Nur für Deutsch”. Wagony drugiej klasy zwane „pulmanami”, także były do dyspozycji podróżujących Niemców, lecz chyba mniej zamożnych lub mniej „ważnych”. Natomiast wagony trzeciej klasy, przeznaczone były dla pospolitych podróżnych – także dla Polaków. Ich wygląd był zdecydowanie różniący się od poprzednio wymienionych, gdyż wzdłuż wagonu było sporo wejść, a jedno wejście prowadziło do jednego przedziału ośmiooso­bowego, z możliwością przejścia już wewnątrz wagonu, do sąsiednich przedziałów. Siedzenia drewniane odpowiednio profilowane, były z bardzo twarde – bardzo niewygodne do odbywania dłuższych podróży.
Z tego pierwszego pobytu w Dobrzycy, zapamiętałem, że oswajaliśmy się z wiejskim domem cioci – domem drewnianym z dachem krytym słomą, gdzie woń naftaliny w połączeniu z wilgotnością wnętrza, nie dawały zbyt przyjemnych skojarzeń zapacho­wych. Przytłaczająco działało też bardzo stare umeblowanie wnętrza odziedziczone przez ciocię po jej rodzicach. Nie było w budynku prądu, więc po zapadnięciu zmroku, do oświetlenia pomieszczeń mieszkalnych służyła lampa naf­towa.
Wieczorami przebywaliśmy w malutkiej kuchni, gdyż było tam i cie­pło od pieca kuchennego, a do oświetlenia służyła wspomniana już lampa naftowa. Chyba ze względów oszczędnościo­wych nafty, w użytku była tylko jedna lampa. W kuchence było jednak dosyć ciasno, mogła mieć około dwóch metrów kwadratowych, a do ogrzania oraz gotowania posiłków, służył ustawiony tam piecyk opalany przeważnie drzewem, a do drzewa dokładano bardzo małą ilość węgla – żeby podtrzymać żar w piecu. Nie będę się rozpisywał o rozmieszczeniu niewielkiej ilości mebli jakie się tam znajdowały, ale – było tam bardzo ciasno.
Gdy przycho­dziła pora układanie nas dzieci do spania, mama przeno­siła lampę do pokoju w którym sypialiśmy (sąsiadującego z kuchnią), i po ułożeniu nas w łóżku zabierała lampę do kuchni. Przedostawały się zatem przez niedomknięte drzwi kuchni jedynie bardzo słabe promienie światła, a dla mnie i brata rozpoczynał się stale ten sam problem z zasypianiem. Powód był dosyć oczywisty, gdyż po zapadnięciu zmroku, ciocia, mama brat i ja rozsiadaliśmy się w tej ciasnej kuchence, a wówczas ciocia i mama rozpoczynały opowiadania o duchach i rzekomych faktach – jak to w tym budynku krytym słomą straszyło, „hen dawniej” gdy jeszcze żyli rodzice cioci. Oczywiście my dzieci chętnie wysłuchiwaliśmy tych opowieści, skutkiem czego, wyobraźnia dziecięca nasycona tego typu opowiadaniami oraz panującą ciemnością w pokoju, powodowała, że ze strachu wsuwaliśmy pod pierzynę także głowy. Niestety, dosyć szybko robiło się za gorąco i za duszno, więc trzeba było głowę wynurzać nad pierzynę, dla zaczerpnięcia „świeżego powietrza”. W taki to sposób przeżywaliśmy niemal co wieczór koszmar zasypiania, aż umęczeni takim zachowaniem, w jakimś momencie zapadaliśmy w „twardy” sen.
Ponieważ w letnie dni zwyczajem panującym u cioci – drzwi kuchni wychodzące na przydomowe podwórko były stale otwarte, więc budziliśmy się przy dolatującym od tegoż podwórza – pianiu kogutów, gda­kaniu kur, „gawędzeniu” kaczek. Dodać do tego należy odgłosy „tłuczenia” przez ciocię garami czy wiadrami, w których przygotowywała żarcie dla owej przydomowego zwierzyńca i gawiedzi tj. kóz, świń, kur i kaczek.
Kolejne dosyć osobiste i humorystyczne wspomnienia, dotyczą epizodu z kozami. Przyznaję samokrytycznie, że aby w jakiś sposób okazać swoją dziecięcą przydatność w „gospodarskich” zajęciach cioci, ochoczo oferowałem swoje usługi do tzw. wypasu kóz. Ciocia i mama z pochwałami zaakceptowały tak szczere chęci i zgodziły się na moją rolę pastucha. Ale, … to co wpierw wydawało się prostą czynnością, po kilku zaledwie razach wyprowadzania kóz na wypas, stawało się czynnością dosyć nudną i uciążliwą. Kozy szarpały się na łańcuchu, wymuszały prowadzenie ich tam, gdzie chciały skubać coś do zjedzenia, a trzeba było się nimi zajmować co najmniej przez dwie lub cztery godziny dziennie. Stawało się to dla mnie na tyle uciążliwe i ograniczające czas na zabawę, że czyniłem różne zabiegi by zdjęto ze mnie ten dobrowolnie przyjęty na siebie obowiązek. Kozy zatem ponownie były przymocowywane do „kołka”, a ja w ten sposób odzyskałem „wolność”.
Poznaliśmy wiele atrakcyjnych miejsc Dobrzycy, poznaliśmy bardzo dużo i bardzo przyjaznych nam ludzi z tej wioski, ale czas szybko upływał i trzeba było wracać do domu – do Rybnika. Od miesiąca września 1944 r., znowu musiałem chodzić do szkoły, tyle że już do drugiej klasy, a więc i nauka była na nieco wyższym poziomie.
Droga z dzielnicy „Maroko” do dzielnicy „Smolna”, wynosiła około trzy kilometry, a zatem tam i z powrotem pokonywałem codziennie sześć kilometrowy odcinek drogi. Dodam z pewnego rodzaju samochwalstwem, że mama odprowadziła mnie tylko kilka razy do szkoły – gdy rozpocząłem naukę w pierwszej klasie, a następne dni i lata, niezależnie od pory roku, pokonywałem samodzielnie ten odcinek drogi.
W okresie letnim i w dni pogodne, uczęszczanie do szkoły nie było uciążliwe i można było chodzić na tzw. skróty – drogami bocznymi i ścieżkami między polami. Gorzej było w dni deszczowe i zimowe. Deszcz rozmywał ścieżki polne, więc o chodzeniu na skróty nie było mowy. Zimą, trzeba było chodzić ścieżkami wydeptanymi w śniegu przez dorosłych, którzy wcześnie rano musieli udawać się do pracy. Odśnieżane były jedynie główne drogi na szerokość około 4 metrów. Taką bowiem szerokość można było uzyskać przy pomocy drewnianego pługa śnieżnego, zaprzęgniętego w konie. Może i mnie tak się tyl­ko wydawało, ale opady śnieżne były bardzo obfite, chodziło się w wą­wozach śnieżnych co najmniej metrowej wysokości.
I znowu w tym miejscu wtrącę osobisty epizod – w nawiązaniu do okresu zimowego. Nie otrzymywaliśmy przydziału na kupno wielu rzeczy – jakie przysługiwały tylko Niemcom. Ubranka dla brata i dla mnie przeszywała mama z ubrań kolejarskich jakie otrzymywała od dziadka (ojca mojego ojca), zaś dziadek dostawał je na kolei w ramach tzw. okresowych przydziałów pracowniczych. Z takiego więc kolejarskiego płaszcza, mama uszyła mi kurtkę bym zimowe dni miał w czym chodzić do szkoły. Do kurtki tej przyszyła metalowe guziki srebrnego koloru, bardzo podobne do guzików, jakie nosili niemiec­cy żołnierze przy wojskowych płaszczach. Chyba tylko sam Bóg wie ileż ja musiałem walczyć ze strachem nosząc tę kurtkę! Obawiałem się, że za noszenie takich guzików poli­cjant niemiecki („szupok”) zaaresztuje mnie. Czy jednak miałem inny wybór? Musiałem ten lęk wewnętrzny tłumić w sobie i w takiej kurtce niestety chodzić!
Wrz 222007
 
Niezależnie od problemów jakie zaistniały przez zdrajcę Zientka w 1943 r. – w związku z masowymi aresztowaniami członków organizacji konspiracyjnej ZWZ/AK, nawiązuję do okresu od 1940 do końca 1942 roku, kiedy jeszcze żył ojciec, kiedy byliśmy kompletną rodziną i bardzo często odwiedzaliśmy dziadków (rodzinę ojca) mieszkających w dzielnicy „Meksyko”. Ojciec był najstarszym dzieckiem Anny i Franciszka, miał jeszcze pięć sióstr i czterech braci.
Dziadek Franciszek pracował na kolei (PKP) od czasów przedwojennych, a po wieloletniej praktyce na różnych stanowiskach kolejarskiego zawodu – pełnił do emerytury funkcję kierownika pociągu. Ze wszystkich dzieci w tej rodzinie, jedynie ojciec był żonaty i zamężna była Jego najstarsza siostra – Agnieszka, natomiast pozostałe rodzeństwo było w owym czasie „stanu wolnego” – bez mężów i żon.
Z nieukrywanym sentymentem, wspominam atmosferę domu dziadków, typowo śląskiej rodziny, wzajemny stosunek uczuciowy do siebie wszystkich członków tej rodziny! Przez wielki szacunek jaki ojciec i Jego rodzeństwo miało do swoich rodziców, zwracali się do Nich przez „Wy” mamo, „Wy” tato!
Dziadkowie mieszkali w budynku bliźniaczym – składającym się z dwóch oddzielnych wejść. Otrzymali swoją połowę na własność za zasługi w Plebiscycie Śląskim –  okazaną lojalność patriotyczną wobec Polski. Każda z części budynku, posiadała także przydomowy ogród, więc z drogi głównej – do posesji dziadków, wchodziło się przez bramkę, od której – w głąb posesji i ogrodu, prowadziły zadbane ścieżki około półtora metrowej szerokości. Dróżki (ścieżki) były oddzielone od reszty ogrodu krawężnikami i metrowej wysokości płotkami drewnianymi. Rzecz istotna w tym co chcę opisać, to altanka wykonana z drewnianego rusztowania (kratownicy), „obrośnięta” pnączami winorośli, zaś wewnątrz altanki wstawiona była ławka i stół. Od tego miejsca, „rozciągała” się dalsza część ogrodu z rabatami różnych kwiatów, miedzy którymi posadzone były drzewa owocowe. Po obrzeżach ogrodu – gdzie było to możliwe, rosły krzewy agrestu i porzeczek. Dziadek był hobbystą – sadownikiem, bardzo dbał o pielęgnację tak drzew jak i krzewów. Sam drzewa szczepił i uzyskiwał szlachetne okazy owoców. Za domem było podwórze z murowanym chlewem i drewnianą szopą. W chlewie hodowane były tradycyjnie dwie kozy, był prosiak, kury i króliki.
W niedzielne popołudnia, odbywały się u dziadków rodzinne spotkania. Mój ojciec przychodził ze swoją rodziną, ciocia Agnieszka ze swoją, a pozostali wujkowie i ciocie, byli jak się to określa – u siebie. Dziadek i babcia siedzieli na ławce wewnątrz altanki, a tuż obok, siedzieli moja mama z tatą oraz ciocia Agnieszka z mężem. Dalej, już bez określonego ładu siadali pozostali wujkowie i ciocie. Po jakimś czasie następowało częściowe przemieszczanie się wszystkich, w zależności od tego, kto z kim chciał porozmawiać. Gdy nie było pogody lub w okresie zimowym, spotkania rodzinne odbywały się także, tyle że wewnątrz budynku, w pokoju gościnnym na parterze. W tym przypadku znowu była ściśle przestrzegana hierarchia ważności. Dziadek z babcią siedzieli na honorowym miejscu w centralnym punkcie gościnnego pokoju, a dalej już według powyżej opisanego wzorca – mój ojciec z mamą oraz ciocia Agnieszka ze swoim mężem. A my – czwórka dzieci? Przebywałyśmy gdzieś z boku (tak w ogrodzie czy wewnątrz budynku), ale „kątem oka” byliśmy obserwowani przez rodziców. Bawiliśmy się grzecznie, gdyż nie do pomyślenie było, byśmy „kręcili” się między dorosłymi. Dorośli chcieli mieć swobodę rozmowy między sobą. Nie znaczy to, że poruszano nieprzyzwoite tematy, opowiadano rubaszne kawały, czy wypowiadano niecenzuralne wyrażenia! Bawiliśmy się grzecznie, w pełni świadomi tych „ustaleń”, a podczas naszej zabawy niepotrzebna była interwencja rodziców lub przywoływanie do „porządku” przez kogokolwiek.
Ponieważ do „ceremoniału” tych spotkań, należał podawany poczęstunek, przeto kilka zdań poświęcę i temu zagadnieniu. Otóż, na stole znajdowało się ciasto wypiekane domowym sposobem (oczywiście kołocz) przez „dziewczyny”. Były babki ucierane lub drożdżowe. Podany chleb posmarowany smalcem, czasem obłożony był kiełbasą, lub chleb posmarowany masłem i obłożony żółtym serem. Niektóre kanapki udekorowane były listkami zielonej sałaty, pomidorami. Do picia podawano herbatę z wrzosu, zabielaną kozim mlekiem, lub kawę zbożową – także z kozim mlekiem. Herbata ta miała wyjątkowo przyjemny smak. Nie było w tym poczęstunku czegoś nadzwyczajnego, przesady w stylu często spotykanym – „zastaw się, a postaw się”. Może był i jakiś alkohol dla mężczyzn, ale „częstowano” się nim dyskretnie i w bardzo ograniczonej ilości. Zdecydowanie nie było pospolitego pijaństwa. Krótko mówiąc, były to bardzo – bardzo miłe spotkania!
Z perspektywy przeżytych lat, z wielkim sentymentem wspominam, jak bardzo tak pojęta wspólnota rodzinna, potęgowała więzi serdeczności między rodzicami i dziećmi, między rodzeństwem. Jak bardzo obecne, nowoczesne rodziny oddaliły się od tego obyczaju, jak przerażająco skromne są obecne powiązania rodzinne! W wielu tradycyjnych śląskich rodzinach, które nie dały się zniewolić nowoczesności, nadal funkcjonuje serdeczność. Może za bardzo rozwodzę się nad powyższym tematem, ale martwi mnie „nijaka” teraźniejszość i jeszcze gorzej zapowiadająca się „nowoczesność” w nowo tworzonych rodzinach.
Rodzice ojca, mieszkali od nas w dosyć dużym oddaleniu. Nie było w tamtych czasach innych dostępnych dla nas środków transportowych czy lokomocji – poza rowerem ojca i wózka dziecinnego dla młodszego brata,. Pokonywać trzeba było około 3 kilometrowy odcinek drogi (w jedną stronę) na piechotę. Zimą byłem wraz z bratem wieziony na sankach, więc odwiedziny dziadków urozmaicone były jazdą na sankach.
Pisząc o Rybniku – mieście mojego dzieciństwa i okresu młodzieńczego, nie mogę pominąć osobistych wywodów z obserwacji o zachowaniach jego mieszkańców. Moje spostrzeżenia są bez wątpienia wykładnią z pogranicza „chłopskiej filozofii”, niemniej dzielę się nimi z czytającym ten fragment wspomnień, gdyż w jakimś sensie wiąże się to z oceną zachowań czy postaw mieszkańców Rybnika, w zależności od dzielnicy w której zamieszkiwali. Zastrzegam się raz jeszcze, że są to obserwacje i odczucia według moich obserwacji – „psychologa” amatora!Dzielnica „Maroko” – gdzie mieszkaliśmy od 1937 do 1945 roku, była dzielnicą robotniczo-chłopską. Mieszkańcy tej dzielnicy, prezentowali dosyć bierne podejście do życia i skromne ambicje. Od naszego domu rozpoczynały się pola uprawne, przed którymi było ileś budynków czynszowych, prywatnych kamienic i służbowych domów kolejarskich. Droga od ulicy Zebrzydowskiej (tak ją nazywano przed wojną) – w kierunku obecnego kompleksu bloków mieszkalnych zwanego „Nowiny”, była drogą z utwardzonej ziemi, przy której stało chyba z pięć domów z zabudowaniami gospodarskimi, a w miejscu stojących obecnie bloków mieszkalnych, złociły się łany pszenicy, żyta, owsa oraz widoczne były pasy ziemi obsadzonej ziemniakami (kartoflami).

W lewo od ulicy Zebrzydowskiej, była ulica Raciborska – rozpoczynająca się od rynku, a następnie rozgałęziająca z ulicą Wodzisławską i trochę wyżej (około 300 metrów) – z ulicą Zebrzydowską. Usytuowane były przy niej budynki – willowe, zamieszkiwane przez zamożniejsze rodziny. O tych mieszkańcach niewiele można powiedzieć, gdyż parkany do ich posesji były okazałe i dosyć skutecznie chroniły właścicieli will przed „podglądaniem”.
Od skrzyżowania ulicy Raciborskiej z Wodzisławską – wzdłuż ulicy Wodzisławskiej, rozpoczynała się dzielnica Smolna – ciągnąca się aż do dzielnicy Zamysłów. Ulica Wodzisławska była dosyć chaotycznie obstawiona budynkami mieszkalnymi i budynkami z przyległymi do nich zabudowaniami gospodarskimi (gospodarstw rolnych). Od szkoły podstawowej nr 2, a raczej trochę dalej – od budynku „Fajkusa”, rozpoczynały się pola uprawne, ciągnące się za Zamysłów – w kierunku Niedobczyc.
Kolejna dzielnica usytuowana była przy ulicy Gliwickiej, rozpoczynającej się od skrzyżowania z ulicą Sobieskiego. Idąc w górę od tego skrzyżowania, w odległości około 500 metrów, w najwyższym punkcie ulicy Gliwickiej – po jej lewej stronie, usytuowany był kompleks budynków szpitala psychiatrycznego. Naprzeciw budynków szpitalnych, usytuowane były budynki służbowe, w których mieszkały rodziny, z których jakaś osoba była zatrudniona w owym szpitalu psychiatrycznym. Niektórzy lekarze mieszkali w swoich prywatnych budynkach na terenie miasta, a cześć z nich, mieszkała na terenie szpitala. Ilekroć musiałem przechodzić tą ulicą – obok szpitala, zawsze czułem się nieswojo. Odczucia te powodowali psychicznie chorzy pacjenci – wyglądający przez zakratowane okna dwupiętrowych budynków szpitalnych. Budynki te usytuowane parę metrów od ulicy, oddzielone były od tejże ulicy, około trzy metrowej wysokości – wyjątkowo upiornym murowanym parkanem! Pacjenci wykrzykiwali coś do ludzi przechodzących ulicą, a z wewnątrz budynków dolatywały krzyki i jęki. Powodowało to bardzo nieprzyjemne – wręcz odstraszające wrażenie. Brama wejściowa do wnętrza szpitala – z masywnymi metalowymi drzwiami, była czymś symbolicznym, odgradzającym ten „normalny” świat od „nienormalnego”! Odnosiłem wrażenie, że przez to ponure sąsiedztwo, mieszkańcy ulicy Gliwickiej byli jacyś zamknięci w sobie, apatyczni. Chyba nie ja jeden, starałem się przechodzić obok szpitala i tych budynków jak najszybciej i jak najdalej od nich, a więc z drugiej strony ulicy. A przecież tamtędy trzeba było przechodzić, w kierunku kąpieliska dla Rybnika tj. stawu o nazwie „Ruda”. Obok kąpieliska, były także dzikie stawy rybne, zarośnięte szuwarami. W stawach tych było dużo ryb, a w szuwarach i przybrzeżnych zaroślach, gnieździły się wielkie ilości ptactwa wodnego. Wraz z ojcem (kiedy jeszcze żył) i z mamą, a także w późniejszych latach, chodziłem wymienioną drogą „kąpać się” na Rudę.
Od szpitalnych budynków służbowych, ciągnęły się znowu pola uprawne w kierunku Paruszowca – przemysłowej dzielnicy Rybnika.
Następną dzielnicą, jest centrum miasta, gdzie w koło rynku oraz najbliższego jego sąsiedztwa, zamieszkiwali bogatsi obywatele miasta a więc przede wszystkim kupcy – właściciele sklepów, lekarze, adwokaci, a także inni „mieszczanie”. Ci bogatsi byli więc trochę „wymieszani” z biedniejszymi mieszkańcami oficyn czy zabudowań czynszowych – tzw. „tyłów”. Właścicielami oficyn („tyłów”) byli oczywiście ci bogacze, których budynki od tzw. frontu wyglądały o wiele okazalej. Mieszkańcy tzw. śródmieścia uważali się chyba za „lepszych”, kulturalniejszych w stosunku do mieszkańców innych dzielnic czyli „peryferii”.
Dobrnąłem wreszcie do dzielnicy, usytuowanej za towarową częścią dworca kolejowego w Rybniku – dzielnicy „Meksyko”. Charakteryzowała się ona dosyć specyficznym sposobem bycia jej mieszkańców. W tej dzielnicy starano się o prezentowanie jak najlepszego – osobistego wizerunku czyli zachowań moralnych, fachowości, walorów intelektualnych. Nie umniejszając wartości innych mieszkańców dzielnic Rybnika, są to cechy, które tak jednoznacznie przestrzegane były w rodzinie ojca,  przez Jego rodziców i rodzeństwo, mimo że była to rodzina typowo robotnicza! Mieszkańcy „Meksyko” rywalizowali między sobą niemal w każdej dziedzinie. Rywalizowała rodzina przed rodziną, dom przed domem – chcieli mieć lepsze rezultaty w zagospodarowaniu ogródka, otoczenia swoich domostw, w szlachetniejszych zachowaniach w dokształcaniu się itd. Kultura rodzinna była dominującą. Każdy chciał być kimś, czymś, każdy starał się, by mówiono o nim pozytywnie, by stawiano go za przykład, żeby jego rodzinę stawiano jako wzór. Stąd i w rodzinie ojca, każda z sióstr czy braci, starali się uzyskać co najmniej zawodowe wykształcenie i każde okazywało chęć ciągłego dokształcania się – nawet na poziomie zawodowym czy średnim, jeżeli z powodów materialnych nie mogli sobie pozwolić na studia wyższe. Tak jawnie okazywanych ambicji – mimo pilnych obserwacji, nie dostrzegałem w innych dzielnicach Rybnika, by tak zespołowo walczono o prestiż swojej rodziny, domu, osiedla! Zapewne można to uznać za frazes, ale ja byłem i jestem dumny, że ojciec mój pochodził z takiej rodziny i z tej właśnie dzielnicy Rybnika!
Wrz 152007
 
Któregoś dnia, w miarę zbliżania się w okolice „Pijownika”, dolatywał do nas coraz donośniejszy i rozpaczliwy krzyk młodej kobiety. Gdy doszliśmy do sąsiedztwa stawu, zobaczyliśmy zbiegowisko ludzi z pochodniami, ze świeczkami, wzajemnie przekrzykujących się i powstrzymujących młodą dziewczynę od zamiaru rzucenia w toń wodną. Miało to związek z zawodem miłosnym owej dziewczyny, a wynikało z późniejszych komentarzy. Tak czy inaczej, ów wieczór, miejsce nad wodą oświetlane wspomnianymi pochodniami i świeczkami, spowodowało wyjątkowo ponurą atmosferę, zaś dodatkową scenerię grozy powodowała poświata połówki księżyca odbita w wodzie, tłum przemieszczających się ludzi, i rozpaczliwy krzyk tej młodej dziewczyny! Długo tamta scena wzbudzała we mnie przykre refleksje. Ilekroć przechodziliśmy tamtędy, zawsze w podświadomości dziecięcej wytężałem słuch, czy nie usłyszę znowu jakiegoś rozpaczliwego krzyku przy stawie. Kiedy jednak przeszło się ten bezludny około półkilometrowy odcinek drogi (od skrzyżowania), zaczynały się zabudowania „Maroka” i napięcie znacznie opadało.
Zimą mama wiozła nas na sankach, więc ilekroć to sobie przypominam, ogarnia mnie wyjątkowe wzruszenie. Jakże musiało być Jej ciężko, ile musiała pokonywać niedogodności, – a jednocześnie nie dała nam tego odczuć! Przepraszam za te tak osobiste refleksje o mojej mamie, o tamtych czasach – czasach mojego dzieciństwa, ale ilekroć jestem w Rybniku, jakoś podświadomie cięgnie coś w te miejsca, i …. wywołuje jakże wielkie wzruszenie.
(…) Za to Mamo, że noc w noc czujnie strzeżesz
kolorowych i spokojnych mych snów;
za to,  Mamo, że Ci zawsze mogę wierzyć,
że rozumiesz mnie nawet bez słów;
cóż Ci dzisiaj mogę za to dać, Najdroższa Mamo?
Po jednym kwiatku za noc każdą nieprzespaną,
po jednym kwiatku za każde zmartwienie,
po jednym kwiatku za płynące z Twych rąk ukojenie.
Za każdą Twoja zmarszczkę – jeden kwiat
i jeden za każdy siwy włos.
Pod nogi trzeba by Ci rzucić cały świat,
wszystkie kwiaty na ogromny stos.

Wiersz Co Ci dam – Maja Waszak
Zapamiętałem i bardzo zabawne zdarzenia z tego okresu. Ciężko bowiem było o włóczkę wełnianą, ciepłą odzież na zimę, a brakowało pieniędzy by pójść do sklepu i kupić potrzebne części ubioru. Ludzie wpadli więc na pomysł, że worki na towary sypkie w sklepach, wykonane są z nici wełnianych więc zdobywali je w różny sposób, następnie je „pru­li” i robili z tej wełny ciepłe skarpety, swetry, szaliki, berety. Mama także przyniosła do domu takie worki, a że nie było wówczas takiej różnorodności zabawek jakie obecnie mają dzieci, trzeba było samemu wymyślać sposoby zabawy. Wchodziliśmy więc do tych worków udając biwakowiczów, traktując je jako namioty, śpiwory itd. Przy tej to zabawie, zaczęliśmy coraz intensywniej i głośniej kichać, a gdy doszło do bardzo wielkiej częstotliwości kichania, zwróciło to uwagą mamy, że coś jest nie tak z naszą zabawą. Jak się okazało, były to worki po proszku do prania. Wchodząc do nich i przetrzepując je na wszyst­kie sposoby (w trakcie zabawy), drobinki proszku wraz z intensywnie wdycha­nym powietrzem, przedostały się do nosa i gardła i były powodem takiej reakcji – silnego podrażnienia nosie i gardle. Oczywiście,  wspaniała zabawa zakoń­czyła się, a mama następne zdobyte worki przed spruciem wpierw przepierała, by nie narazić się na takie kichanie w trakcie wykonywania z nich czegokolwiek – jak było to podczas naszej zabawy!Gdy nasi bliscy a więc ojciec, siostra mamy i wujek Staszek Sobik znaleźli się w w KL Auschwitz i tam walczyli o przetrwanie, moja mama z ogromnym zaangażowaniem pomagała – przesyłała żywność tym najbliższym w KL Auschwitz, ale także walczyła o nasze fizyczne przeżycie. Ojciec był jedynym żywicielem rodziny, obowiązywały kartki żywnościowe, ubraniowe, zaś kartki przysługiwały tylko pracującym i ich rodzinom. Jako Ślązak i pracownik niemieckiego przedsiębiorstwa, ojciec i mama z „urzędu” (na siłę), otrzymali volkslistę III-ciej grupy – wg klasyfikacji społeczności niemieckiej. W nawiązaniu do znaczenia tej klasyfikacji wyjaśniam w wielkim uproszczeniu, że do pierwszej grupy należeli rodowici Niemcy. Do drugiej grupy należeli różni zabiegający o tą przynależność nie tylko Niemcy, ale i nadgorliwcy, wysługujący się hitlerowcom. Okupant wmawiał Ślązakom, że mają niemieckie pochodzenie i zamieszkują ziemie przynależne Niemcom, i z tego to tytułu „na siłę” przyznawano grupę III-cią. Była także IV-ta grupa (nazywana „bezgrupowcami”), do której należeli ci, którzy na terenach okupowanych nie chcieli przyjąć czy podpisać grupy III-ciej. Temat ten rozbudowałem tak bardzo, gdyż od przynależności do danej grupy narodowościowej – przydzielane były odpowiednie świadczenia socjalne i wagowe ilości żywności, wpisane w kartki przydziałowe. Gdy więc ojca aresztowano, zostaliśmy bez środków do życia, a okupant ani myślał zabezpieczyć pomoc socjalną czy materialną rodzinie wroga Niemiec.

W pierwszej kolejności – na miarę swoich możliwości, przyszła nam z pomocą materialną i finansową rodzina ojca. Mama otrzymywała od tych dziadków niewielkie ilości pieniędzy, artykuły żywnościowe oraz  jakiejś części ubioru, które przeszywała dla mnie i młodszego brata na spodnie, płaszczyki czy inne części ubioru. Otrzymywała także pomoc od konspiracyjnych grup ruchu oporu, bowiem członkowie ZWZ/AK którym udało się szczęśliwie uniknąć aresztowania, natychmiast uaktywnili struktury organizacyjne i kontynuowali walkę z okupantem. Wraz ze wznowieniem działalności formacji bojowych, bardzo aktywną działalność okazywała sekcja charytatywna, a jej działacze udzielali w znaczący sposób pomoc rodzinom, których członkowie zostali aresztowani i osadzeni w obozach koncentracyjnych. Wielokrotnie podczas Mszy św. w kościele O.O. Franciszkanów przy ulicy Wodzisławskiej, podchodził ktoś do mamy i dyskretnie wsuwał Jej w rękę zawiniątko. Po rozpakowaniu w domu owego zawiniątka, wewnątrz były pieniądze albo kartki żywnościowe, ubraniowe, lub i jedno i drugie. Czasem pieniądze były dostarczane przez kogoś ze znajomych, ze wskazaniem, dla kogo są przeznaczone. Trzeba jednak było uważać, by okupant nie zorientował się, że taka forma pomocy jest nam udzielana, a szczególnie z jakiego źródła.
Mama potrafiła bardzo racjonalnie gospodarować pieniędzmi, była w pełni tego słowa znaczeniu zaradną gospodynią, pedantyczną, potrafiła bardzo dobrze gotować, wypiekać ciasta, szyć na maszynie. Szyła bluzki, koszule, spodeńki, piżamy i prawie wszystko, co potrzebowaliśmy do przyodziewku. Przeszywała nam wymienione elementy ubioru ze starszych rzeczy własnych lub z tych, jakie otrzymywała od rodziny ojca. Mama była główną organizatorką artykułów spożywczych i organizującą wysyłkę paczek do obozu. Gestapowcy interesowali się jednak rodzinami, które zostały bez środków do życia, a pomagają bliskim osadzonym w obozach. Nie mogąc osobiście wysyłać za dużo paczek – żeby „nie podpaść”, upraszała znajomych by swoim nazwiskiem „firmowali” paczki wysyłane przez mamę. Oczywistą sprawą było, że rodzice ojca i wujka Staszka, także wysyłali paczki do obozu jak często mogli to robić. Pomocni okazali się także niektórzy znajomi którzy proponowali wysyłkę paczek do naszych bliskich – do obozu – wpisując swoje nazwisko jako nadawca. W tym miejscu podkreślam, że bardzo chętnie takiej pomocy udzielali Ślezakowie (rodzice Jerzego Ślezaka) mieszkający na ul. Św. Jadwigi. Hitlerowcy interesowali się jednak takimi osobami i mogli je ukarać bardzo surowa za pomoc okazywaną Polakom – zaklasyfikowanym jako wrogowie Rzeszy.
Rodzice mamy nie mogli sobie pozwolić na wysyłanie paczek do obozu, gdyż sami byli skazani na zapobiegliwość i pomoc mamy. Dziadek (ojciec mamy) przez krótki okres czasu od rozpoczęcia się hitlerowskiej okupacji, otrzymał pracę u Sobczyka – niemieckiego producenta ciastek. Pracował w tym zakładzie jako stolarz. Otrzymywał skromny zarobek, ale co dwa tygodnie przynosił deputat, składający się z produktów tej wytwórni. Przynosił więc kartoniki wspaniałych ciastek przekładanych marmoladą lub inną ładnie i smacznie wyglądającą masą. Kładł je na stole, a my dzieci patrzyłyśmy bardzo łapczywie na owe smakołyki. Radość nasza kończyła się zazwyczaj na tych obserwacjach w milczącym oczekiwaniu na „co łaska”, gdyż babcia i mama dokonywała podziału zawartości kartoników na cztery części – Zosia, Janek, Staszek i … „my”. Z tego „my”, przypadało na każdego z nas dzieci po jednym lub dwóch ciastkach, plus ta dokładka, którą babcia, mama, dziadek – ze swojej części zrzekli się na naszą korzyść. Nie marudziliśmy, nie szemraliśmy, że mało się nam dostało! Każde z nas wczuwało się w potrzebę takich podziałów – żeby wysłać ile się da dla naszych kochanych tam – do obozu.
Przynoszenie ciastek przez dziadka nie trwało jednak długo. Tnąc w pracy deski na pile tarczowej, odciął sobie palce prawej ręki. Został więc zwolniony z pracy, nie otrzymawszy żadnego zasiłku powypadkowego. Mama musiała od tego czasu troszczyć się o powiększone grono osób pozbawionych środków do życia.
Wrz 102007
 
Smolna…
Dzielnica moich młodzieńczych lat, gdzie zamieszkiwałem od zakończenia okupacji hitlerowskiej (wcześniej mieszkałem na „Maroku”) – do wyprowadzenia się na stałe z Rybnika w 1960 roku.
Pozostał jednak w sercu przeogromny sentyment do młodzieńczych przeżyć – szczególnie na Smolnej. Rozbudza się owa tęsknota ze zdwojoną siłą, gdy gdzieś w oddali od Rybnika, spotykam „krajana” lub „krajankę”, a rozmowa przeradza się w epatowania na temat tego rodzinnego a tak bliskiego mi miasta.
Jakże wymowne są słowa Wieszcza A. Mickiewicza (w Epilogu do Pana Tadeusza):
Dziś dla nas, w świecie nieproszonych gości,
W całej przeszłości i w całej przyszłości
Jedna jest tylko kraina taka,
W której jest trochę szczęścia dla Polaka,
Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie
Święty i czysty, jak pierwsze kochanie,
Świadomość tych słów, takiej interpretacji fragmentu wiersza, powodowała od dawna chęć opublikowania pewnych osobistych wspomnień z okresu dziecinnego a później młodzieńczego. Przeznaczenie chyba spowodowało, że w Ustroniu, zupełnie przypadkowo poznałem  przeuroczą osobę z Rybnika – a zwróciłem na Nią uwagę (poza osobistą urodą) przez specyficzny akcent wymowy charakterystyczny dla rybniczan, chociaż wysławiała się nie gwarą a poprawną polszczyzną. Postanowiłem więc urealnić owe chęci pisania – tym bardziej, gdy oświadczyła że jest Anią nie z „Zielonego Wzgórza”, a z Piasków k.Rybnika, rozmowy nasze o Rybniku nie miały końca. Dodam jednak informację uzupełniającą, że zachowanie Ani faktycznie nie odbiegało impulsywnością i żywiołowością od tej właśnie Ani z „Zielonego Wzgórza”. Miałem się z kim dzielić wspomnieniami o moim „kraju lat dziecinnych” – kraju „świętym i czystym, jak pierwsze kochanie”.
Jak wielkie jest to zauroczenie, niech świadczy fakt z reakcji na muzyczne inspiracje, gdy już po usłyszeniu cudownej VI Symfonii Beethovena, na ekranie wyobraźni, jak żywe jawią się plenery pól z rozkołysanymi na wietrze łanami zbóż, nie skoszonych traw na łąkach, z lasami na horyzoncie, co z nie mniejszą tęsknotą przedstawia Mickiewicz we wstępie do w/w epopei:

Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitym,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
(…)
Oj tak, tamten Rybnik charakteryzowały nie tylko czubki hałd kopalnianych – widoczne na horyzoncie od budynku w którym mieszkałem przy ulicy Reymonta. Za tym budynkiem rozciągały się faktycznie owe pola obsiane zbożem rozmaitym, obsadzone kartoflami, łąkami porośniętymi soczystą zielenią traw. I żeby nie być gołosłownym, przypominam: między ulicą Wodzisławską w kierunku targowiska, spędzałem wiele wspaniałych zabaw na Marcolowych łąkach (tak latem jak i zimą). Za budynkiem w którym mieszkałem, mieszkali Szymurowie, a za nimi w kierunku do ulicy Krzyżowej także były pola obsiane zbożem i obsadzone kartofliskami. Za budynkiem naprzeciwległym do mojego budynku – gdzie mieszkali Kuczowie, aż do boiska szkolnego i dalej do ulicy Szkolnej były pola uprawne. Za budynkiem Fajkusa usytuowanym przy Wodzisławskiej, w kierunku Zamysłowa, ciągnęły się  niezliczone poletka uprawne. Oczywiście nie wymienię wszystkich ich właścicieli, gdyż pamięć po tylu latach zubożała o tego typu szczegóły, lecz obszernie opisuje to L. Musiolik w swoich książkach, potwierdzając moje informacje. Bez liku jest przykładów, wywołujących takie to skojarzenia. By jednak we wstępie nie wyczerpać całej treści opracowania, przejdę do zapamiętanych szczegółów, gdyż one to stanowią istotę owego zauroczenia i westchnień jak do „pierwszego kochania”.
Dziadek – ojciec mojej mamy, ze względu na panujące bezrobocie w poznańskim, przyjechał do Rybnika w 1922 r. Otrzymał pracę jako pielęgniarz w Zakładzie Psychiatrycznym, a gdy po jakimś czasie otrzymał mieszkanie służbowe, ściągnął w 1924 r. do Rybnika swoją rodzinę tzn. swoją żonę a moją babcię oraz trójkę dzieci. Jedna z tych córek – Helena z d. Żurek wyszła zamaż za Jana Klistałę z „Meksyka” i tak oto na świecie znalazł się autor niniejszych wspomnień. Ponieważ ojciec był kolejarzem i otrzymał mieszkanie służbowe w kolejarskich budynkach na „Maroku”, więc nasz rodzina tam zamieszkała.
Tekla i Stanisław Żurek

Tekla i Stanisław Żurek

 

Tekla Żurek

Tekla Żurek

 

Gdy w 1939 r. wojska hitlerowskie rozpoczęły okupację Polski a zatem i Rybnika, dziadek jako zagorzały Hallerczyk odmówił podpisania Volkslisty. Został zwolniony z pracy a także eksmitowany z służbowego mieszkania – otrzymując jako pomieszczenie mieszkalne wolno stojący pawilon po sklepie przy ulicy Smolkastrase 10 (obecna ulica św. Jadwigi) w dzielnicy Smolna. Był to budynek parterowy, składający się z dwóch pomieszczeń – z dosyć dużym oknem wystawowym. W pierwszym pomieszczeniu, prawdopodobnie urządzona była część sklepowa z ladą do sprzedawania (gdy sklep funkcjonował), a  drugie pomieszczenie służyło do magazynowania towarów. Pawilon ten nie posiadał kanalizacji ani instalacji wodnej. Po wodę trzeba było chodzić do korytarza w podłużnym budynku czynszowym – usytuowanym parę metrów od budynku zamieszkałym przez dziadków. Do ubikacji chodziło się także za ów budynek czynszowy – w jego podwórze (około 100 metrów od budynku dziadków). Z prawej strony budynku sklepowego, Niemcy wybudowali w bardzo krótkim czasie blok mieszkalny – trzy piętrowy, nazywany budynkiem Maciaszków, a mieszkali w nim funkcjonariusze niemieccy i nauczyciele uczący w szkole na Smolnej (po wojnie Szkoła nr 2).
Od dnia aresztowania ojca, siostry mamy – Zofii oraz jej męża Stanisława Sobika, mama nie mogła sobie znaleźć miejsca. Odczuwała potrzebę rozmawiania z kimś bliskim, z kim mogłaby podzielić się psychicznym bólem. Takimi najbliższymi dla Niej z oczywistych powodów byli Jej rodzice. Stąd niemal codziennie przebywaliśmy u dziadków na „Smolnej”, a późnym wieczorem wracaliśmy do siebie na „Maroko”, lub czasem zostawaliśmy u dziadków do dnia następnego. Był to dosłownie nasz drugi dom.
Pokuszę się jednak na opisaniu tych wieczornych powrotów na „Maroko”, gdyż  za każdym razem moja dziecinna fantazja inaczej je przeżywała. Zanim jednak przejdę do opisywana owych powrotów, muszę wyjaśnić, że aby utrudnić rozpoznawanie terenu dla samolotów alianckich (lecących bombardować obiekty militarne i przemysłowe – np. Zakłady w Kędzierzynie „Hajdebrek”), Niemcy wprowadzili nakaz zaciemnienia okien tzw. „Ferdunkelung”. Z oczywistych powodów także ulice nie były oświetlone, a księżyc nie zawsze rozjaśniał mrok wieczoru. Często więc wracaliśmy do domu w tzw. „egipskich ciemnościach”. Mama znała tą drogę na pamięć, więc szliśmy z bratem obok, mocno trzymając się Jej rąk.
Od dzielnicy Smolna do skrzyżowania z ulicą Zebrzydowską i Raciborską, można było spotkać o tej porze i innych ludzi, a poza tym, był to odcinek drogi zaliczający się do przedmieścia, więc chodniki były bardziej uporządkowane. Od „krzyża”, czyli od skrzyżowania ulicy Zebrzydowskiej i Raciborskiej – w kierunku „Maroka”, był odcinek drogi bardzo nieprzyjemny, którym szczerze powiedziawszy bałem się chodzić. Była to droga częściowo brukowana, po której jeździły wozy konne i nieliczne wówczas samochody. Chodnik stanowił utwardzony pas ziemi – wzdłuż wybrukowanej drogi, na której pod wpływem opadów deszczowych powstało dużo nierówności – bruzd i kraterów. Do innych mankamentów tego odcinka drogi należało, że od skrzyżowania (od krzyża) – po prawej stronie między chodnikiem a polami, była skarpa (nasyp) około 1 do 1,5 metra wysokości ponad ów chodnik, a długość skarpy wynosiła około 400 metrów, zaś na jej grzbiecie rosły wieloletnie i wysokie świerki oraz sosny – pozostałość lasu jaki kiedyś rósł do tego miejsca. Już te drzewa o zmierzchu, powodowały dosyć ponury nastrój, a na drzewach (o zmroku) przysiadały sowy i przez pohukiwanie zwiększały atmosferę grozy. Po lewej stronie od wspomnianego już skrzyżowania, ciągnęły się na odcinku około 400 metrowym (między ulicą Zebrzydowską a Raciborską) ogródki działkowe, kończące się dosyć dużym spadem do stawu nazywanego potocznie „Pijownik”. Staw ten niepokoił mnie szczególnie. Był bardzo zaniedbany, obrośnięty szuwarami, a woda w nim była mętna, dosłowne rozlewisko brudnej wody i chyba na użytek wędkarzy wykonana była kładka około 5 metrowej długości – od brzegu w kierunku środka stawu.
Krążyły w owym czasie opowieści o „utopcach” które upodobały sobie ten właśnie staw, pomost i otoczenie stawu. Według tych opowiadań, utopce miały przeróżny wygląd zaś według  mojej dziecięcej wyobraźni, był to mały człowieczek, podobny do karła, brodaty, o krzaczastych brwiach, z kapeluszem na głowie (jak Rumcajs z Czeskich bajek) i bardzo złośliwy. Utopce te, aktywne były podobno w pobliżu stawu, uwodziły ludzi tj. „mieszały” tak skutecznie w głowie upatrzonego osobnika, że uwiedziony nieszczęśnik wchodził potulnie za utopcem w głębiny wodne. Uwiedzieni ludzie stawali się kolejnymi wcieleniami utopców, wychodzili po jakimś czasie z wody i uwodziły kolejne osoby. Tak się podobno utopce rozmnażały. Kiedy więc szedłem obok mamy – znając takie opowiadania, kurczowo trzymałem się jej ręki i z wielkim lękiem pokonywałem odcinek drogi obok stawu, żeby mnie pod osłoną ciemności utopiec nie złapał za nogę i nie wciągnął do stawu!
Sie 152007
 

Kolejny raz, przekazuję serdeczne podziękowania administratorom witryny internetowej „Rybnik, ocalić od zapomnienia”, za tak miłą współpracę i przedsiębiorczość w upowszechnianiu pamięci o byłych więźniach hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Przedrukowany artykuł z „Gazety Krakowskiej” świadczy o przykrych refleksjach – po frazeologicznie głoszonych deklaracjach na temat pamięci o byłych więźniach, gdy w rzeczywistości nie idą za tym czyny. Niestety, patologia ta nie dotyczy tylko oficjeli szczebla centralnego, ale także lokalnego – chociaż na podstawie wspaniałych zachowań gospodarzy miast Żor i Wodzisławia Śląskiego, mam podstawy twierdzić że istnieją pozytywne wyjątki.

Żeby jednak nie powtarzać treści artykułu, przemówię do wyobraźni czytelnika strony internetowej „Rybnik, ocalić od zapomnienia”, skromną prezentacją zdjęć wykonanych z mojej pielgrzymki do miejsc męczeństwa także wielu mieszkańców Rybnika – do byłych obozów Dachau, Mauthausen, Ebensee. Niestety, na terenie Niemiec i Austrii wiele uczyniono, by ślady po w/w obozach dosyć mocno zatrzeć, (chyba) by nie szokować zwiedzających – obrazem warunków, w jakich przebywało i ginęło tysiące więźniów.

Obóz koncentracyjny Dachau – KONZENTRATIONSLAGER DACHAU (pierwszy obóz koncentracyjny) powstał w Bawarii, założony 22.03.1933 r. na podstawie zarządzenia H. Himmlera. Utworzenie obozu miało na celu izolowanie politycznych przeciwników reżimu hitlerowskiego, duchownych i Żydów. Od 1938 r. w KL Dachau szkolono personel kierowniczy i funkcyjny SS dla innych obozów koncentracyjnych. Podlegało mu ponad 130 podobozów i obozów przymusowej pracy na terenie III Rzeszy. Według szacunkowych danych, do 1945 r. przez KL Dachau przeszło ogółem 160 tysięcy więźniów różnych narodowości, z których zginęło około 66 tysięcy (w tym 40 tys. Żydów). Obóz został wyzwolony 29.04.1945 r. przez wojska amerykańskie.

Obóz koncentracyjny Mauthausen – KONZENTRATIONSLAGER MAUTHAUSEN, Niemcy założyli 8.08.1938 r. w północnej Austrii, pod Linzem. Podlegało mu kilkadziesiąt podobozów i filii, z których największym był obóz w pobliskim Gusen – założony w 1940 r. Więźniowie tego obozu pracowali w kamieniołomach, a także przy budowie podziemnych zakładów zbrojeniowych. Według przybliżonych ustaleń, przez KL Mauthausen i jego podobozy przeszło 335 tysięcy więźniów różnych narodowości, a z których zginęło około 122 tysiące. Obóz został wyzwolony 5.05.1945 r. przez wojska amerykańskie.

Podobóz w Ebensee – KONZENTRATIONSLAGER EBENSEE (filia KL Mauthausen) powstał w listopadzie 1943 r., był usytuowany w malowniczej miejscowości Ebensee w Górnej Austrii – w austriackich Alpach i w niedalekiej odległości  od jeziora Trausee. U podnóża Alp pracą tysięcy więźniów tego podobozu, drążono system sztolni, w których hitlerowcy planowali uruchomienie doświadczalnego ośrodka rakietowego – przeniesienie takiego ośrodka z Pennemünde do rejonów bezpiecznych od bombardowań. Niestety, działania wojenne na froncie wschodnim pokrzyżowały zamiary Niemców – więc w wydrążonych tunelach umieszczono rafinerię ropy naftowej i fabrykę części do czołgów Styer-Daimler-Puch AG. Praca więźniów przy drążeniu tuneli była jednak bezwzględnie egzekwowana, była katorżniczą pracą pod ziemią, przy wyjątkowo nędznych warunkach bytu więźniów. Nędzne obozowe zaopatrzenie przyczyniło się do zupełnego wycieńczenia, głodu, chorób i śmierci tysięcy więźniów. Z około 27 tys. więźniów, z tego 30% pochodzenia żydowskiego, do momentu wyzwolenia w dniu 6 maja 1945 r. przez wojska amerykańskie życie straciło ok. 8,5 tys. osób

Sie 112007
 

Dziś prezentujemy wspomnienia o rodzinie Jaszków – oczywiście przygotowane przez Pana Jerzego Klistałę.

Zajmując się zbieraniem materiałów o wydarzeniach z ponurego okresu 1939-1945, o okupacyjnych losach wielu bliskich mi „krajanów”, natrafiałem na powtarzającą się zbieżność pewnych faktów. Otóż, korzenie patriotyzmu osób o których opracowuję wspomnienia, wywodzą się z jakże wielkiego zaangażowania w walkę o polskość już w powstaniach śląskich  1919-1921 (by nie zagłębiać się w odleglejsze wydarzenia). Z rodzin o takich tradycjach, wywodzili się młodzi a waleczni bohaterowie, dla których wzorem byli ich dziadowie i ojcowie. Wielu mężczyzn, zaangażowanych w ruchu oporu – organizacjach konspiracyjnych (szczególnie urodzeni przed 1900 rokiem), to członkowie POW czy POW Górnego Śląska. Natomiast młodzież urodzona po powstaniach śląskich, oprócz wzorców jakie czerpali z zachowań rodziców, pogłębiała patriotyczne wartości przez przynależność do harcerstwa, kształtującego wyjątkowo „pro narodowościowo” charakter swoich członków przed 1939 rokiem. Stąd i tak wielka aktywność harcerzy w Szarych szeregach i innych organizacjach konspiracyjnych w okresie okupacji hitlerowskiej jak: Siła Zbrojna Polski (SZP), Polska Organizacja Powstańcza (POP), Polska Tajna Organizacja Powstańcza (PTOP), Związek Walki Zbrojnej/Armia Krajowa (ZWZ/AK).

Należy jednak zdecydowanie podkreślać przy pisaniu o zasługach męskiej części śląskiej społeczności – kobiecą jej część, która okazała także przeogromną ilość przykładów heroizmu w walce z najeźdźcą hitlerowskim, za co doznała prześladowań, i oczywiście także ginęła w obozach koncentracyjnych. Często lubię posługiwać się jakże wymownymi cytatami z książki Innocentego Libury „Z dziejów domowych powiatu – gawęda o ziemi rybnickiej”. To On jakże wspaniale wypowiada się o śląskich kobietach: „Sławne matrony śląskie, matki licznych rodzin, strażniczki mowy ojczystej, wiary i obyczaju, towarzyszki swoich mężów i braci w walce o wolność. Im to w wielkiej mierze należy zawdzięczać zachowanie polskości na Górnym Śląsku”.
Ten przydługawy wstęp, wykonałem dlatego, że po pomyłce dokonanej w książce „Martyrologium mieszkańców Ziemi Rybnickiej, Wodzisławia Śl, Żor i Raciborza” (na co zwrócono mi uwagę po wydrukowaniu książki), postanowiłem nieco dokładniej „rozpracować” okupacyjną działalność rodziny Jaszek. Przepraszam więc za popełniony błąd i wyjaśniam właściwe funkcje braci Pawła i Józefa Jaszek w strukturach ZWZ. Muszę jednak z oczywistych powodów rozszerzyć to opracowanie także o rodziców obu braci.


JÓZEF JASZEK (ojciec) urodzony w 1888 r. zamieszkiwał w Markowicach k.Raciborza. Tam wstąpił do POW Górnego Śląska, brał udział w powstaniach śląskich, był także bardzo aktywnym, działaczem plebiscytowym. Po powstaniach, ze względu na prześladowania i intrygi niemieckich osadników w Markowicach, zmuszony był wraz z żoną Franciszką i czwórką dzieci uchodzić stamtąd i osiedlił się w Rybniku, gdzie w 1930 r. wybudował dom.
Józef Jaszek z małżonką Elżbietą

Józef Jaszek z małżonką Elżbietą

Cały okres do 1939 r. był pracownikiem PKP – na różnych stanowiskach, a w czasie okupacji został z kolei wyrzucony przez Niemców za działalność patriotyczną i za to że był powstańcem śląskim, pracował więc jako księgowy we młynie. Ojciec, będąc u Niemców na „cenzurowanym” i nie mogąc sam aktywnie włączyć się w działalność ruchu oporu, wspierał „duchowo” działalność synów – szczególnie Pawła i Józefa, którzy w pracę konspiracyjnej ZWZ wnosili szczególne zasługi


PAWEŁ JASZEK, urodzony 1917 r., zaangażowany był w tworzoną przez Stanisława Sobika organizację ZWZ. W czasie okupacji hitlerowskiej, w związku ze swoją pracą agenta handlowego w holenderskiej firmie Romenhellera, która handlowała gazami technicznymi i odczynnikami chemicznymi, mógł poruszać się po terenie Generalnej Guberni. Zaangażowany przy Sobiku – w ZWZ, wykorzystywał więc swoje możliwości do pracy kurierskiej, a także do kontaktów i łączności z komendą wojewódzką tej organizacji. Po masowych aresztowaniach jakie miały miejsce w Rybniku – w lutym 1943 r., Paweł wyjechał do Łodzi i tam przeczekał okres okupacji, uniknął więc aresztowania
Paweł Jaszek

Paweł Jaszek

Po wyzwoleniu, powrócił do Rybnika i pracował w Gazach Technicznych w Rybniku i Pszczynie. Zmarł w 1988 roku.


JÓZEF JASZEK pseud. „Gawron”, urodzony 31.08.1914 r. w Markowicach pow. raciborski, syn Józefa i Franciszki z d. Cyfka, zamieszkały w Rybniku. Jako jedyny z rodzeństwa, uczęszczał do rybnickiego gimnazjum i ukończył je maturą w 1935 r. W 1936 roku odbył roczne przeszkolenie w Szkole Podchorążych, a szkołę tę ukończył w stopniu starszego kaprala. W 1938 roku pojechał na studia prawnicze do Poznania, lecz studia przerwał wybuch drugiej wojny światowej. Wróciwszy do Rybnika, podjął pracę u fotografa, którego pracownia znajdowała się tuż przy zakładzie szklarskim Andrzeja Kaszuby bardzo zaangażowanego w działalność konspiracyjną.
Józef Jaszek

Józef Jaszek

Od początku okupacji szukał kontaktów z ruchem oporu, więc przez znajomość z Andrzejem Kaszubą wstąpił do ZWZ. Sztab ZWZ miał początkowo siedzibę  w mieszkaniu Kaszubów – do ich aresztowania 23.09.1942 r. W mieszkaniu tym składali także przysięgę nowo wstępujący do organizacji. Mając ukończone przeszkolenie wojskowe i kontakty z kolegami z gimnazjalistami (Sztajerem, Frosem, Kożdoniem), przydzielony został do struktur wojskowych tej organizacji i pełnił funkcję Zastępcy Dowódcy Kompanii na Okręg Rybnicki. Na krótko przed aresztowaniem (ok. maja 1943 r.) otrzymał oficjalną nominację na zastępcę dowódcy kompani Antoniego Sztajera – ZWZ na okręg Rybnicki, a już po aresztowaniu Józefa, nadszedł z Krakowa jego awans na podporucznika. W związku z tym, że w więzieniu mysłowickim podczas przesłuchań ujawnione zostało jego nazwisko, został aresztowany 25/26.06.1943 r. i przewieziony do więzienia śledczego w Mysłowicach gdzie przebywał od czerwca 1943 r. do stycznia 1944 r. Po śledztwie przesłany do więzienia policyjnego we Wrocławiu, gdzie przebywał kilka dni. Stamtąd, przesłany został do KL Gross-Rosen, i tam zarejestrowano go w obozowej ewidencji jako więźnia nr 18473. Po kilku dniach, przeniesiony został do KL Buchenwald i tam zarejestrowano go jako więźnia nr 38545. Dla uściślenia faktów – był w różnych podobozach m.in. pracował w zakładach remontowych lokomotyw i w podziemnej fabryce samolotów Junkers, oraz przy produkcji pierwszych niemieckich odrzutowców, a fabryka ta mieściła się w podziemiach kopalni soli. W KL Buchenwald przebywał od marca 1944 r. do kwietnia 1945 r. – do wyzwolenia obozu.

W końcowym okresie funkcjonowania obozu, kiedy jednostka SS ewakuowała więźniów na zachód, i wówczas Józef, żeby nie dostać się w ręce Rosjan, wraz z kilkoma współwięźniami dokonali ucieczki (z noclegu w stodole, w której byli na noc zamknięci i tak stłoczeni, że drzwi się nie domykały). Dostali się do jakiegoś ogrodnictwa w którym były brogi z ziemniakami. Zrodzona świadomość że są w pobliżu tak wielkiej spiżarni z artykułami spożywczymi (ogromne ilości ziemniaków w kopcach), nie chcieli się oddalać od tego miejsca. Trudno jednak dziwić się tak wygłodniałym więźniom, skoro Jaszek wspomina, że po powrocie do domu, jako 31 letni mężczyzna przy wzroście 167 cm ważył zaledwie 29 kg. Z okresu obozowego – gdy opowiadał swoim bliskim, zawsze podkreślał doskwierający głód oraz psy, którymi ss-mani straszyli więźniów – „szczując” więźniów. Świadomość Jaszka była tym straszeniem tak wypełniona, że jeszcze wiele lat po powrocie do domu, budził się w nocy z przerażeniem – chcąc uciekać przed goniącymi go psami ss-manskich wartowników! Po wyzwoleniu obozu, przebywał w amerykańskim obozie przejściowym w Zagłębiu Ruhry. Do Polski wrócił w 1947 r. Ożenił się w 1948 r. z Joanną Palica, a z małżeństwa tego urodziła się czwórka dzieci: Danuta, Czesław, Adam i Stanisław. Do renty, na którą przeszedł w 1975 r., pracował w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Hurtu Spożywczego w Rybniku. Zmarł w 1981 r.

Postscriptum

Wielokrotnie opowiadał rodzinie o spotkaniach konspiracyjnych w zakładzie szklarskim Kaszuby i w Zebrzydowicach u Kufiety. Z opowiadań tych wymieniał znajome nazwiska Kuczaty, Paszek, Miczajka. Przedstawiał także wersję wydarzeń do okoliczności aresztowań członków ZWZ w lutym 1943 r. Na początku lutego, miało się odbyć zebranie ZWZ  – na osiedlu Maroko albo w Zebrzydowicach. Wówczas, złe przeczucie nakazywało mu zrezygnować z udziału w tym zebraniu, a jak się okazało, uczestniczył w nim zdrajca Ziętek. Józef Jaszek zdecydowawszy się jednak na uczestnictwo w tym spotkaniu – spóźnił się, a któryś z jego kolegów ciągle mówił „Jaszka jeszcze nie ma i nie ma” (mimo, że każdy posiadał pseudonim, na zebraniach, używali prawdziwych nazwisk co okazało się błędem w tamtejszej konspiracji). Zdrajca Zientek, nie znał Jaszka osobiście, ale znał osobę o nazwisku Paszek, i wskutek podobieństwa nazwisk pomylił oba nazwiska – podając (prawdopodobnie) do gestapo zamiast Jaszek – nazwisko Paszek, mimo że Paszek nie działał w konspiracji. Znamiennym jest fakt, że właśnie wszyscy uczestnicy tego zebrania zostali aresztowani w pierwszych masowych aresztowaniach w lutym 1943 r., z tą poprawką, że zamiast Jaszka – aresztowany został Paszek.
Trzeci syn Józefa (ojca) – LUDWIK JASZEK, w okresie okupacji nie był zaangażowany w działalność konspiracyjną, a po wyzwoleniu pracował – do emerytury w rybnickiej RYFAM-ie. Zmarł w 1982 r.

Nie można oczywiście pominąć w tym rodzinnym zespole, teścia Józefa Jaszka (syna) – TEODORA PALICĘ,

Teodor Palica

Teodor Palica

Urodzony w 1890 r. w Markowicach, członek POW Górnego Śląska, powstaniec śląski i działacz plebiscytowy. Z Markowic musiał się „wynieść” z powodu prześladowań tych, którzy nie mogli mu darować udziału w powstaniach i opowiedzenia się w plebiscycie za Polską. Osiedlił się w Rybniku i w 1936 r. wybudował tam dom. Przed wojną pracował w PKP jako maszynista parowozu, a po wyzwoleniu 1945 r. pracował w parowozowni w Rybniku i został jej kierownikiem w końcu lat 50-tych. W okresie okupacji pracował także na kolei, lecz Niemcy znając jego przeszłość powstańczą, zdegradowali go do „pomocnika robotnika”. Nie mogąc się osobiście angażować w działalność konspiracyjną – był przecież także na cenzurowanym, służył doradztwem młodszym kolegom z ruchu oporu.

Często w rodzinnym gronie wspominał osobę Stanisława Sobika, gdyż znał go z okresu przedwojennego i jak wielu znajomych – znał jego niemal wzorcowe pojmowanie patriotyzmu. Spotykał się także z Sobikiem w początkowym okresie okupacji – gdy wyrzucony z pracy na poczcie, zatrudniony był w kasie biletowej na kolei (stacja Obszary).

Teodor Palica do 1951 był kierownikiem parowozowni, lecz na skutek donosu (powstańcy śląscy byli szykanowani) został aresztowany przez UB i w tymże 1951 r. skazany na 1 rok więzienia pod wymyślonym pretekstem „sabotażu”. Po wyjściu z wiezienia przeszedł na emeryturę, a w 1959 zastał zrehabilitowany. Został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Można jedynie dodać jako ciekawostkę to, że zaraz na początku okupacji został wyrzucony ze swojego budynku (obecnie ul. Mariańska) więc zamieszkał w malutkim mieszkaniu w dzielnicy Rybnika – Meksyko,  zaś w jego domu zamieszkał znany gestapowiec Mańka.


Jerzy Klistała

Lip 072007
 

Jakiś czas temu opublikowaliśmy artykuł: … znalazłam się w lagrze bo się zakochałam.

Autor niniejszego opracowania, nie może jednak pozostawić czytelnika z niedomówieniami o… ojcu dziecka Bronisławy i dalszych Jej losach.

Otóż, ojcem Ryszarda był ów dezerter z wojska Alojzy Machulik.

Urodzony 27.06.1919 r. w Jankowicach k.Rybnika, syn Konstantyna i Marii, mieszkaniec Chwałowic k.Rybnika. Po ukończeniu szkoły powszechnej – do dwudziestego roku życia nie mógł znaleźć pracy. 25.11.1939 r. wysłany przez Arbeitsamt na roboty przymusowe do Niemiec – pracował w kopalni węgla brunatnego. 18.4.1943 r. powołany do wojska niemieckiego (Werhmacht), jednostka stacjonowała w Bëmish Leipa (obecnie Czeskiej Lipie – Czechy). Zdezerterował z wojska i przez jakiś czas ukrywał się dzięki pomocy Bronisławy Winnickiej, dziewczyny wysłanej z Polski na roboty przymusowe – w miejscu stacjonowania jego jednostki wojskowej.
Alojzy Machulik

Alojzy Machulik

Po aresztowaniu Bronisławy przyjechał do Rybnika, gdzie za dezercję z wojska został aresztowany 22.11.1943 r. przez Gestapo w Rybniku, a doraźny sąd specjalny skazał go na karę śmieci. Wyrok miał być wykonany przez powieszenie w egzekucji publicznej w Jankowicach. Upomniał się jednak o niego Werhmacht – jako o żołnierza, więc przekazany został do więzienia w Dreźnie, gdzie wojskowy sąd polowy orzekł karę trzech miesięcy ciężkiego więzienia. Odesłano go do więzienia w Meiszen nad rzeką Elbą. Po trzech miesiącach, wysłany został z jednostką wojskową do Grecji, następnie do Albanii, do Bułgarii i do Jugosławii – gdzie zastało go zakończenie wojny. Po miesięcznym pobycie w obozie dla niemieckich żołnierzy, przedostał się do Włoch i 18.06.1945 r. wstąpił do armii gen. Andersa, a do kraju – do Jankowic powrócił 6.12.1945 r. Od stycznia 1946 r. podjął pracę jako górnik w kop. „Chwałowice”. Oczywiście po wojnie tak on jak i Bronisława czynili starania o nawiązanie  kontaktu. Z chwilą zaś odnalezienia się, zawarli związek małżeński (3.03.1946 r.) i zamieszkali w Chwałowicach k.Rybnika. Od 18.02.1953 r. podjął pracę w Gminnej Spółdzielni w Jankowicach, od 31.12.1954 r. ponownie pracował w kop. „Chwałowice”. W czerwcu 1962 r. uległ wypadkowi, po okresie leczenia wykonywał pracę jako instruktor szkoły górniczej – gdzie pracował do przejścia na emeryturę w 1974 r.
Dodam na zakończenie, że ta bez wątpliwie szczęśliwa para małżonków, miała jeszcze piątkę dzieci – urodzonych już w innych warunkach bytu.
Alojzy Machulik

Alojzy Machulik

Ryszard Machulik

Ryszard Machulik

Państwo Machulikowie

Państwo Machulikowie

Jerzy Klistała

Maj 092007
 

Poświęcam matkom, siostrom i żonom – byłych więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych…

MARZENIE

[Jak?] ja mieć będę dwadzieścia lat,
[Zacznę?] oglądać nasz piękny świat.
[Usiądę?] w wielkim ptaku motorze
[I wzniosę się?] w wszechświata przestworze.
Popłynę, pofrunę w świat piękny, daleki.
Popłynę, pofrunę przez morza i rzeki.
Chmura siostrzycą, wiatr będzie mi bratem.
Się będę zdumiewał na Nilem, Eufratem.
Zobaczę sfinksy i piramidy
W prastarym kraju boskiej Izydy.
Przepłynę nad ogrom wody Niagary.
Kąpać się będę w słońcu Sahary.
Przez szczyty Tybetu, co w obłokach giną,
Nad cudną, tajemną magów krainą.
A wydostawszy się spod skwarów mocy
Będę szybował nad lodem Północy.
Przefrunę nad wielką wyspą kangurów
I nad szczątkami Pompei murów.
Nad świętą Ziemią Zakonu Starego
I nad ojczyzną Homera słynnego.
Się będę zdumiewał nad pięknym światem-
Chmura siostrzyca, wiatr będzie mi bratem.

wiersz Abrahama Koplowicza
(zginął w KL Auschwitz mając 13 lat)

Rozmyślając o treści wiersza „Marzenie”, w nieco inny sposób przyglądam się dorastającym dziewczynom, ich rozpromienionym w uśmiechu buziom pełnym optymizmu w przyszłość. Zastanawiam się bowiem, w jakie realia przekształcą się ich marzenia. Często wyłania się z wyobraźni obraz innej dziewczyny, o rysach twarzy jakże mi znajomych i bliskich – wizerunek mojej mamy. Ona także miała swoje piękne marzenia, „dom” na miarę własnych wyobrażeń, rodzinę, dziecko i – … wielką nadzieję na pomyślną przyszłość. Wszystko jednak się zmieniło, gdy 1 września 1939 r., wojska hitlerowskie wkroczyły do Polski.
… Nie tylko jej plany „na przyszłość” się zmieniły, zmieniło się tak wiele w życiu milionów polskich rodzin. Terror i ciężkie przeżycia, nie tylko dotknąły mężczyzn ale i matki, siostry, żony, – gdy mężów, synów, ojców braci wepchnięto w piekło walki, lagrów, obozów koncentracyjnych. Nie mogę więc ograniczyć swoich relacji do wspomnień o ludziach „zza drutów kolczastych”, gdy przed tymi drutami niemniej boleśnie przeżywały sadyzm niemieckiego okupanta wymienione wcześniej przedstawicielki rodu kobiecego. Nie tylko przeżywały ciężar brutalnego rozstania ze swoimi bliskimi, ale podjąć musiały walkę o przetrwanie tych bliskich w obozach, swoich rodzin na wolności i bardzo często pomagać znajomym w równie ciężkiej sytuacji materialnej.
 HELENA  KLISTAŁA z d. Żurek, urodziła się 9.11.1912 r. w Rauxel (Westfalia), z ojca Stanisława i matki Tekli z d. Mocydlarz. Szkołę powszechną ukończyła w Krotoszynie (woj. poznańskie). W 1924 r. wraz z rodzicami przeprowadziła się do Rybnika, gdzie w latach 1928/29 uczęszczała do Szkoły Zawodowej Sióstr Urszulanek. Następnie pracowała w Zakładzie Psychiatrycznym w Rybniku. Wyszła za mąż w 1935 r. i urodziła dwóch synów: Jerzego i Henryka.
Klistała Helena
Jak wynika z bardzo skróconej części życiorysowej, krótko mogła cieszyć się z założonego ogniska rodzinnego. Już bowiem od 1939 r., a więc od rozpoczęcia się okupacji hitlerowskiej, zmuszona była, jak wiele innych Polek, dostosować się do rygorów okupacyjnych.
Gdy aresztowano Jej męża 11.02.1943 r., musiała pokonywać trud utrzymania swojej rodziny, a także pomagać swoim rodzicom i dzieciom siostry które po aresztowaniu Zofii i Stanisława Sobików zostały pod opieką dziadków (rodziców Zofii i Heleny).
Mimo upływu wielu lat od tamtej ponurej rzeczywistości, nie mogę zapomnieć jakże wielkiego zaangażowania mamy, w pomoc aresztowanym: mężowi, siostrze i szwagrowi. Już następnego dnia tj. 12 lutego, wcześnie rano, udała się na Gestapo, z Gestapo do swoich rodziców na Smolną, później do rodziców ojca na „Meksyko”, by wraz z dziadkiem (ojcem mojego ojca) ponownie wrócić na Gestapo. Miesiąc luty w 1943 r., był bardzo mroźny, a mama chcąc się koniecznie zobaczyć z aresztowanym ojcem, musiała działać bardzo szybko. Zostaliśmy wówczas pod opieką lokatorki mieszkającej w naszym budynku. Mama oczywiście niewiele mogła ojcu pomóc, lecz nie ustawała w nadziei, że może uda się wydostać najbliższych z rąk niemieckich oprawców.
Dnia 13 lutego 1943 około godziny 12,00, w okolice wejścia do budynku Gestapo, podjechały samochody ciężarowe, wyprowadzano aresztowanych i kazano im wchodzić na skrzynie załadunkowe samochodów. Mogła jedynie z oddali obserwować załadunek aresztowanych – była jedną z wielu osób, które przyglądały się wywożeniu działaczy rybnickiego ZWZ/AK do KL Auschwitz.
Widziała się wówczas z ojcem po raz ostatni! Pod koniec czerwca 1943 r., otrzymała wyjątkowo bolesny cios, gdy nadeszło zawiadomienie o śmierci ojca 25.06.1943 r. w KL Auschwitz!
*

„Mamusia”, – tak zwracaliśmy się do Niej z bratem od momentu, gdy Ta właśnie mamusia nauczyła nas wymawiać pierwsze słowa, aż po ostatnie dni Jej życia – do 22 sierpnia1985 r. Było w tym określeniu zawarte osobiste i najserdeczniejsze uczucie do naszej rodzicielki, niezależnie od tego, czy komuś postronnemu zwrot ten wydawał się zbyt zdrobniale wymawiany, lub używany z dziecinnego nawyku.

Jak to już wspomniałem, Mamusia od momentu aresztowania ojca, wyjątkowo mocno zaangażowana była w działania, by nasza rodzina przeżyła okres okupacji. Podjęła heroiczną walkę o przetrwanie najbliższych, a trzeba pamiętać, że pomagała także i tym członkom rodziny – więzionym w KL Auschwitz!
Ojciec był jedynym żywicielem rodziny. Obowiązywały kartki żywnościowe, ubraniowe, a kartki przysługiwały tylko pracującym i ich rodzinom. Jako Ślązacy a szczególnie ojciec – jako pracownik niemieckiego przedsiębiorstwa, z „urzędu” (na siłę) otrzymali volkslistę III grupy – wg klasyfikacji społeczności niemieckiej. Była także IV-ta grupa (nazywana „bezgrupowcy”), do której należeli ci, którzy na terenach okupowanych nie chcieli przyjąć czy podpisać grupy III-ciej. Do takich właśnie bezgrupowców należeli rodzice mamy, u których zostały dzieci Zofii i Stanisława Sobików. Gdy więc ojca aresztowano, zostaliśmy bez środków do życia, a okupant ani myślał zabezpieczyć pomoc socjalną czy materialną rodzinie wroga Niemiec.
W pierwszej kolejności, na miarę swoich możliwości, przyszła nam z pomocą materialną rodzina ojca. Nadal aktywna (choć częściowo rozbita) organizacja konspiracyjna ZWZ/AK, także okazywała pomoc w różnej postaci dla rodzin, których członkowie zostali skrzywdzeni przez okupanta. Wielokrotnie podczas Mszy św. w kościele O.O. Franciszkanów przy ulicy Wodzisławskiej, podchodziła do mamy jakaś nieznana osoba i dyskretnie wsuwała Jej w rękę zawiniątko. Wewnątrz były pieniądze albo kartki żywnościowe, ubraniowe, lub i jedno i drugie. Czasem pieniądze były dostarczane przez kogoś ze znajomych – ze wskazaniem, dla kogo są przeznaczone. Trzeba jednak było uważać, by okupant nie zorientował się, że taka forma pomocy jest nam udzielana, a szczególnie z jakiego źródła.
Mama była główną „organizatorką” artykułów spożywczych, inicjująca wysyłkę paczek do obozu dla ojca, cioci Zosi i wujka Staszka. Gestapowcy interesowali się rodzinami, które zostały bez środków do życia, a pomagają bliskim osadzonym w obozach. Nie mogąc osobiście wysyłać za dużo paczek, żeby nie wzbudzać podejrzeń, upraszała znajomych Niemców, by swoim nazwiskiem wysyłkę paczek „firmowali”.
Produkty żywnościowe – a więc „wsad” do paczek, „organizowała” mama aż z poznańskiego – od siostry babci. Siostra ta hodowała kozy, drób. Nadto, okoliczni sąsiedzi cioci (gospodarze), przynosili mamie masło, wędliny i słoninę z zabijanych nielegalnie prosiaków. Jeden z sąsiadów pracujący w młynie zbożowym, przynosił pszenną i żytnią mąkę do wypiekania chleba i ciast, a była to mąka najwyższego gatunku – jaką okupant wysyłał do Niemiec.
Mama musiała osobiście przewozić ciężkie walizki wypełnione cennymi produktami spożywczymi, gdyż Jej ojciec (a nasz dziadek) był człowiekiem bardzo schorowanym, niezdatnym do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Ponadto, uzmysłowić sobie trzeba tamte realia i ryzyko, które mama ponosiła. Niemcy byli zorientowani, że Polacy aby przetrwać w okupowanym kraju, uprawiają szmugiel na wielką skalę. Policja okupanta organizowała łapanki, przy każdej podejrzanej sytuacji. Przeprowadzane były rewizje bagażów, rewizje osobiste, rewidowano w domach, pociągach i innych środkach lokomocji, bezpośrednio na ulicy, a za znalezienie przy sprawdzanej osobie trefnego towaru, groził także KL Auschwitz. Nie tylko więc za działalność polityczną można było dostać się do obozu koncentracyjnego!
W nawiązaniu jeszcze do losu jaki Niemcy przygotowywali rodzinom byłych więźniów politycznych dodam, że po wyzwoleniu Rybnika, odnaleziono w byłym budynku Gestapo wykazy osób, które miały być wysłane do KL Auschwitz i tam uśmiercone gazem. Dzięki przyspieszonym o parę tygodni działaniom wojennym zamiar ten nie został zrealizowany. Były na tych wykazach wpisane osoby z rodzin, z których kogoś wcześniej aresztowano czy uśmiercono, członków konspiracyjnych organizacji ruchu oporu, a więc wrogów Rzeszy. Na listach tych były wpisane i nasze nazwiska .
W rzeczywistości polityczno – społecznej po wojnie czyli po 1945 r., Jej dola niewiele się zmieniła. Z jednej strony, w ramach przeprowadzanej w maju 1945 r. akcji rehabilitacyjnej osób wpisanych do trzeciej grupy niemieckiej (grupy narodowej lub do grupy tzw. „Leistungs – Pole”), mama była wezwana do Starostwa w Rybniku i musiała składać „deklarację wierności Narodowi Polskiemu i demokratycznemu Państwu Polskiemu”. Było wręcz upokarzające, że po takiej krzywdzie doznanej od okupanta, w wyzwolonej już Ojczyźnie (za którą nasi najbliżsi złożyli ofiarę życia), mama musiała składać „deklarację wierności”! Z drugiej strony, jako wdowa po „Akowcu” także była na tzw. cenzurowanym. Miała poważne problemy z otrzymaniem nawet fizycznej pracy, a praktycznie „dorabiać” musiała się wszystkiego od nowa. Po ewakuacji do innej miejscowości na okres działań frontowych, wróciliśmy do mieszkania splądrowanego w takim stopniu, że trzeba było kupować wszystko do domu, począwszy od podstawowych przedmiotów.
Bolesne są te wspomnienia, gdy w kilka lat po wyzwoleniu, mama nadal nie wierzyła w śmierć męża, a naszego ojca. Żyła złudną nadzieją, że otrzymane powiadomienie o Jego śmierci w KL Auschwitz to pomyłka. Nadzieję te budzili „życzliwi” znajomi, przytaczający przykłady z historii osób, o których śmierci informowano rodzinę, mimo, że żyły i po jakimś czasie wracały.
Brutalna rzeczywistość okazała się nieubłagana – Jej mąż nie wracał. Zbolała psychicznie, nie zawarła drugiego związku małżeńskiego. Zabiegając o środki na skromne utrzymanie domu, ani przez moment nie zaniedbywała pomocy innym. Przede wszystkim skupiała się na właściwym wychowywaniu synów – wpajając w nich patriotyczne wartości, uczciwość, sumienność. Pomagała swoim rodzicom i siostrze Zofii, która wróciwszy z obozu, długo musiała się przyzwyczajać do „normalnego” życia.
Helena Klistała zmarła 22.08.1985 w Rybniku, spoczywa na miejscowym cmentarzu.
Kwi 302007
 
Na podstawie pamiętnika Józefa Sobika – późniejszego więźnia kilku obozów koncentracyjnych, opracował Jerzy Klistała).

W ostatnich dniach sierpnia radiowe komunikaty o nasilonym naruszaniu granic przez Niemców nie wróżyły nic dobrego. Matka wraz z dwoma moimi siostrami i ich dziećmi, oraz szwagierka ze swoimi dziećmi, obawiając się działań wojennych w Rybniku, wywiezione zostały przez szwagra Wincentego Chrobota do miejscowości Iłownica koło Bielska. Były przekonane, że w tamtej okolicy będzie spokojniej i bezpieczniej. W domu zostaliśmy więc tylko we trójkę:
ojciec, młodszy brat Alojzy i ja.
Późnym wieczorem 31.08.1939 r. wracałem z kina do domu. Wieczór był bardzo ciepły i wypełniony spokojem. Spokój ten zakłócali jedynie nieco aktywniejsi i ruchliwsi członkowie formacji obrony cywilnej i przeciwlotniczej, w związku z niedawnymi prowokacjami bojówkarzy hitlerowskich w Gotartowicach, Szczygłowicach i Krywałdzie. Zmęczony ciężką, całodniową pracą w warsztacie udałem się na spoczynek i szybko zasnąłem. Obudziłem się jednak wcześniej niż zazwyczaj, gdyż ze snu wyrwał mnie odgłos wystrzałów i głośnych detonacji. Zerwałem się na równe nogi, szybko się ubrałem i wyjrzałem przez okno. Zobaczyłem ludzi uciekających w górę ulicy Wodzisławskiej. Kiedy wybiegłem przed dom, na ulicy było już pusto. W pewnym momencie usłyszałem głośniejszy wybuch. Jak się później dowiedziałem, wtedy właśnie wysadzony został most kolejowy na rzece Nacynie.
W górę ul. Wodzisławskiej, w kierunku szkoły nr 2, maszerowała kompania obywatelskiej formacji Obrony Narodowej. Chcąc sprawdzić, co dzieje się w dalszej części ulicy, pobiegłem Wodzisławską w dół, do Raciborskiej. Niedaleko kościoła Ojców Franciszkanów budowano zaporę przeciwczołgową. Na skrzyżowaniu zobaczyłem, że przy rozgałęzieniu Raciborskiej i Zebrzydowickiej część ulicy przegradzała zbudowana już zapora. Kilku polskich żołnierzy z ciągniętym przez dwa konie działkiem przeciwczołgowym przemieszczało się w kierunku rynku. Wybuchy pocisków i świst kul karabinowych stawały się coraz bliższe i intensywniejsze. Przestraszony tym, co się dzieje, postanowiłem wrócić do domu. Zapora przeciwczołgowa stawiana powyżej kościoła była już gotowa, więc tą częścią drogi nie dało się przejść. Musiałem zawrócić i przejść przez plac przykościelny do ul. Hallera, po czym Wiejską i Wincentego doszedłem wreszcie do budynku, w którym mieszkaliśmy. Po krótkim pobycie w mieszkaniu znowu wyszedłem przed dom. Stała tam już grupka osób równie zaniepokojonych jak ja. Zauważyłem pociski lecące od strony „Maroka” w kierunku szpitala psychiatrycznego. Zobaczyłem też, że czołgi uporały się z zaporą koło kościoła i jadą w górę ulicy, w kierunku szkoły. Ktoś wtedy powiedział, że są to czołgi francuskie, które przyjechały nam, Polakom, na pomoc. Serca nasze zabiły mocniej z radości. W miarę jednak ich zbliżania się nastąpiło rozczarowanie. Były to czołgi niemieckie, szybko więc rozbiegliśmy się do domów. W pobliżu szkoły, gdzie zapora była masywniejsza niż koło kościoła, jedna z maszyn unieruchomiona została celnym strzałem.

Około godziny dziewiątej poszedłem ponownie na skrzyżowanie z Raciborską. Była tam już część niemieckiej dywizji pancernej. Wokół szwargocących żołnierzy i oficerów niemieckich zgromadzili się miejscowi Niemcy, przeważnie przedwojenni kupcy. Z wielką usłużnością znosili „zabiedzonym” żołnierzom żywność. Wśród tych nadgorliwców wyróżniali się m. in. rzeźnik J. Gomola, B. Nowak, P. Zimoń, P. Paluch. Prawdopodobnie użalali się przy okazji, jak źle było im pod rządami Polaków.Nie było wtedy jeszcze zakazu poruszania się, więc poszedłem na rynek. Oczom moim ukazał się bardzo przykry widok – na każdym z przylegających do rynku budynków, z okien ich górnych pięter lub z dachów, powiewały hitlerowskie flagi. W Hotelu Polskim urządziła się wojskowa komendantura. Skrzyżowania ulic obsadzone zostały niemieckimi żołnierzami z karabinami maszynowymi. Renegatów łatwo można było poznać po cywilnych ubraniach z opaskami ze swastyką na rękawach. Wierzyć się nie chciało, ilu poważanych obywateli Rybnika manifestowało teraz swoją sympatię dla Hitlera, jak szybko zamienili polską mowę na niemiecką. Na ulicy Hallera miejscowi wywrotowcy wywiesili transparent z napisem: „Dziękujemy naszemu wodzowi, który nas z wielkiej nędzy wybawił”.

Przez kilka pierwszych dni okupacji sklepy i zakłady pracy były zamknięte. Polacy, którzy przezornie wyjechali poza okolice Rybnika – jak moja matka, siostry i szwagierka – wracali już do swoich domów. Wielu z nich było przerażonych wprowadzonymi zmianami. W poszczególnych dzielnicach miasta. Niemcy utworzyli Ortsgrupy – sekretariaty dzielnicowe NSDAP. Rozpoczęły się aresztowania. Ze szczególną gorliwością zamykano byłych powstańców śląskich i inteligencję rybnicką.
Mój brat, Stanisław, ewakuowany został wraz z innymi pracownikami poczty na Węgry. Wrócił jednak, kiedy żona wysłała do niego listy z prośbą o powrót do domu. Mój drugi brat, Ludwik, służył w polskim wojsku. Po rozbiciu jego oddziału także i on powrócił do domu.
Niedługo po rozpoczęciu urzędowania władzy niemieckiej wezwani zostaliśmy wraz z innymi mieszkańcami naszej ulicy do szkoły nr 2, aby się zarejestrować. Rejestracji towarzyszyła tzw. palcówka (Fingerabdruck). W wypełnianym przez nas formularzu napisaliśmy, że jesteśmy Polakami, a naszym macierzystym językiem jest polski. Gdy Staszkowi zwrócono uwagę na to, że jest Ślązakiem – a więc Niemcem, odpowiedział: „Jeżeli murzyn jest czarny, to nie może mówić, że jest biały”. Po kilku latach, kiedy znalazł się w KL Auschwitz, Gestapo przypomniało mu na przesłuchaniu te słowa.
W czasie okupacji pracowałem nadal w kuźni ojca. Na szczęście Niemcy nie zabrali ojcu warsztatu, chociaż mieli taki zamiar. Polacy musieli oddać służbom okupanta swoje radia. Za posiadanie radioodbiornika bez zezwolenia i słuchanie zagranicznych stacji Niemcy grozili śmiercią. Mieszkania pozostawione przez Polaków, którzy nie wrócili z ewakuacji, zostały przez Niemców opieczętowane, a następnie ograbione z najbardziej wartościowych rzeczy. Z czasem wprowadzały się do nich niemieckie rodziny. Najwięcej takich mieszkań okradł handlarz meblami L. Damis. Inny renegat, kupiec Larisch, przywłaszczył sobie duży sklep po J. Wilczyńskim.
Terror władz okupacyjnych odczuwalny był na każdym kroku. Gdy jednostki SA maszerowały z hitlerowską flagą, a któryś ze stojących obok cywilów nie podniósł ręki w oznaczającym pozdrowienie hitlerowskie geście „Heil”, natychmiast był bity po twarzy przez funkcjonariuszy SA. Szczególnie gorliwi byli w tym Krakowczyk i Grabmeier. Pamiętam to tak dobrze, gdyż sam w takich właśnie okolicznościach dostałem w twarz od Grabmeiera.
Kiedy wprowadzono zakaz rozmawiania po polsku, niemieccy kupcy powywieszali w swoich sklepach tabliczki z napisem: „Tutaj obowiązuje tylko język niemiecki”. Niektórzy nadgorliwcy, jak np. Sladky, Mandrela, Larisch, Paluch, Sobczyk, Sodoman, Zimoń, Weigeman i wielu im podobnych, zakazywali pracownikom swoich sklepów i restauracji obsługiwać klientów, którzy rozmawiali po polsku, a nawet kazali takie osoby wyrzucać z lokalu.
Kwi 252007
 
Jego los – los wspaniałego patrioty i zaangażowanego konspiratora w szeregach ZWZ/AK, w porównaniu z dziejami innych aresztowanych i więzionych w obozach, jest spotęgowaną tragedią. Olbrzymie wzruszenie wywołuje poszarzała, odręcznie zapisana kartka papieru, na której ojciec moich serdecznych przyjaciół, zawiadamia rodzinę
Franciszek Ogon

Franciszek Ogon

Gusen, dnia 23 V 1945 r.Najdroższa Żono i Kochane Dzieci!Z największą radością mogę Wam zakomunikować, że zostaliśmy w dniu 5.5. przez Amerykanów z niewoli niemieckiej wyswobodzeni. Powodzi mi się dobrze i spodziewam się w najbliższym czasie do Was powrócić. Ciekaw jestem, jak się Wam powodzi, i czy jesteście wszyscy przy życiu. Tęsknota za Wami jest bardzo duża i chciałbym jak najprędzej Was uściskać i mocno ucałować. Przesyłam dla wszystkich najserdeczniejsze pozdrowienia, zaś Ciebie najdroższa Marysiu i drogie dzieci ściskam i całuję tysiąc razy. Wasz za Wami stęskniony i kochający

Franek

Niestety kilkanaście dni po napisaniu tej kartki – 17.06.1945 r. – Franciszek Ogon umiera w Gusen ze skrajnego wycieńczenia…

Nasuwa się refleksja, iż nie do zrozumienia jest to, że człowiek, który przeżył piekło KL Auschwitz, przeżył ewakuację w marszu śmierci, przeżył udręczenia i cierpienia w tak ciężkich obozach na terenie Austrii jak KL Melk i KL Gusen, doczekał się wyzwolenia… – a do ukochanej rodziny nie powrócił!

Urodził się 10.09.1907 r. w Rybniku jako syn Franciszka i Marianny. Po ukończeniu szkoły średniej został urzędnikiem w magistracie w Rybniku. Pracował tam do roku 1939.Niestety nie żyją już osoby, które mogłyby przekazać o Franciszku Ogonie więcej informacji z tamtego okresu. Od nielicznych żyjących  dowiedziałem się tylko tyle, że był człowiekiem bardzo inteligentnym i przedsiębiorczym. Chyba przez wrodzoną operatywność wynajął w 1938 r. lokal przy ul. Sobieskiego 20 – obok wspaniałego przedwojennego domu handlowego Beygów – i otworzył tam sklep papierniczo-księgarski. Do roku 1939 sklep ten prowadziła jego żona Maria, zaś on pomagał jej w sprawach zaopatrzeniowych.Gdy rozpoczęła się okupacja hitlerowska, został bez pracy. O zatrudnieniu w niemieckim urzędzie miejskim mowy być nie mogło, więc przejął prowadzenie sklepu – odciążając od tego obozku żonę. Żona pracowała w sklepie tylko wtedy, gdy mąż wyjeżdżał po towar.

Franciszek Ogon z małżonką przed ich sklepem.

Franciszek Ogon z małżonką przed ich sklepem.

Podobnie jak wielu patriotów ziemi rybnickiej, od pierwszych dni okupacji zaangażował się czynnie w konspiracyjną walkę z okupantem. W porozumieniu z kierownictwem ZWZ urządził w swoim sklepie – usytuowanym w centrum miasta – punkt kontaktowy organizacji. Było to bardzo dogodne miejsce, gdyż przychodziły tam po zakupy osoby różnej płci i wieku, Niemcy i Polacy (artykuły papiernicze czy książki niemieckie mieli prawo kupować i jedni, i drudzy). Kurierzy organizacji ZWZ nie różnili się wyglądem od innych kupujących, toteż mogli nie narażając się na jakiekolwiek podejrzenia przekazywać meldunki i rozkazy. Do sklepu przynosili zaszyfrowane informacje, stąd też zabierali je dla poszczególnych członków lub grup organizacyjnych. W przemyślny sposób zabezpieczono się przed ewentualną dekonspiracją. Ustalono bowiem, że – w razie zastawienia przez Niemców pułapki w sklepie – sygnałem ostrzegawczym będzie umieszczona w oknie wystawowym mapa lub globus z widoczną częścią Afryki. Nie mogło to budzić podejrzeń u hitlerowskich funkcjonariuszy, gdyż na kontynencie tym Niemcy także prowadzili działania wojenne.Punkt kontaktowy w księgarni funkcjonował sprawnie niemal od początku działania ZWZ w Rybniku aż do końca 1942 r. Wtedy to – w wyniku zdrady Jana Zientka – Gestapo dowiedziało się o jego istnieniu. Niemcy postanowili aresztować właściciela sklepu, jednak ktoś życzliwie nastawiony do Franciszka Ogona uprzedził go o planach Gestapo. Punkt kontaktowy został natychmiast zlikwidowany. Prowadzeniem sklepu zajęła się żona Maria, zaś Franciszek zniknął z Rybnika. Wyjechał do Brennej, gdzie ukryła go w swym domu rodzina Holeksów, a z którą od czasów przedwojennych utrzymywał bliską znajomość. Dodam przy okazji, że Brenna – mała wioska w Beskidzie Śląskim – była już przed wojną bardzo popularnym miejscem wypoczynku rybniczan. W czasie okupacji miejscowość ta dała schronienie wielu działaczom konspiracyjnych grup ruchu oporu oraz partyzantom z Rybnika i jego okolic, a przede wszystkim – z Podbeskidzia.Gestapo poszukiwało Franciszka z wielką determinacją, ale bez powodzenia. W mieszkaniu Ogonów zorganizowano więc tzw. „kocioł”. Gestapowcy przebywali tam kilka dni i nocy. Jedynie dzieci mogły wychodzić po zakupy spożywcze. Wtedy to zupełnie przypadkowo aresztowany został Hieronim Kolonko, który nie był członkiem ZWZ/AK. Był z zawodu ślusarzem i jeszcze przed ucieczką Franciszka Ogona umówił się z nim, że naprawi w jego mieszkaniu zamek w drzwiach. Gdy zjawił się u Ogonów, gestapowcy uznali go za członka organizacji lub łącznika Franciszka z rodziną. Nie pomogły tłumaczenia, że jest ślusarzem i przyszedł naprawić zamek. Kolonkę aresztowano, odwieziono na Gestapo i razem z pozostałymi aresztowanymi w dniach 11-13.02.1943 r. wywieziono do KL Auschwitz.

Gestapowcy, nie mogąc wpaść na trop Franciszka Ogona, próbowali zastosować pułapkę psychologiczną. Rozgłosili informację, że jeżeli sam nie stawi się na Gestapo, wywiozą jego żonę oraz dzieci do KL Auschwitz. Dopiero jednak 11 lub 12.02.1943 r. udało im się aresztować Ogona. Najprawdopodobniej Zientek zdobył w jakiś sposób informację o miejscu jego pobytu i przekazał ją gestapowcom. Aresztowali go w Brennej – w domu Holeksów. Stamtąd przewieziony został do siedziby rybnickiego Gestapo.Dnia 13.02.1943 r. wywieziony został transportem zbiorowym do KL Auschwitz. Rozpoczął tam swoją golgotę tak jak pozostali aresztowani z Rybnika – od bloku nr 2 i baraku Wydziału Politycznego. Podczas przesłuchań gestapowcy wyżywali się na nim brutalnie w odwet za problemy, jakie im stworzył ukrywając się tak długo. Gestapo posiadało jednoznaczne informacje o roli, jaką Franciszek Ogon spełniał w ZWZ/AK. On jednak wypierał się czynów, jakie mu zarzucano, i trzymał się linii obrony, którą zalecał Stanisław Sobik. Dnia 9,03.1943 r. przekazany został wraz z Sobikiem i kilkoma innymi aresztowanymi na pobyt w obozie. Procedurę przyjęcia rozpoczął od bloku 26, gdzie wydano mu obozowy pasiak, ostrzyżono głowę, zrobiono zdjęcie w trzech pozycjach, wpisano do obozowej kartoteki i wytatuowano numer obozowy na lewym przedramieniu. Od tego momentu stał się „häftlingiem” nr 107466.
Zdjęcie Franciszka Ogona z Oświęcimia.

Zdjęcie Franciszka Ogona z Oświęcimia.

Z informacji udzielonej przez współwięźnia, można się dowiedzieć, że przebywając w bloku nr 3a Franciszek pracował w paczkarni obozowej (Paketstelle), mieszczącej się w drewnianym baraku między blokami 25 i 26. W magazynie tym przyjmowane były przesyłki od rodzin dla więźniów. Pod nadzorem esesmanów kontrolowano tam skrupulatnie ich zawartość i sprawdzano, czy nie znajdują się w nich niedozwolone przedmioty lub alkohol. Dopiero potem dostarczano paczki więźniom, dla których były przeznaczone. Warunki pracy w tym komandzie były dość dobre – można było zorganizować dodatkową żywność dla siebie i współwięźniów.Rodzina Franciszka Ogona udostępniła mi listy pisane przez niego z obozu, lecz przedstawiam fragment jednego z nich …. wyrażający uczucia do żony i dzieci, a tego na szczęście nie zabraniała pisać obozowa cenzura. Niestety, na małym obowiązującym arkuszu listowym, niewiele można było zmieścić…Auschwitz, 20.06.43

[…] Kochane Dzieci! Bardzo mnie cieszy, że także Wy napisaliście kilka linijek, piszcie zawsze. Bardzo za Wami tęsknię, te kilka linijek uśmierza moją tęsknotę. Ciągle o Was myślę, moi kochani, oby Bóg sprawił, abyśmy wkrótce znów byli razem. Uspokaja mnie to, że mam tak dzielną i odważną żonę, jak Ty, kochana Mario, i za to wdzięczny jestem Bogu. […]

W czwartym kwartale 1944 r. esesmani opracowali plany ewakuacji więźniów w pieszych kolumnach. Wprawdzie transporty ewakuacyjne z KL Birkenau do obozów i podobozów na terenie Niemiec i Austrii wysyłane były już od połowy 1944 r., jednak gdy wojska radzieckie zbliżyły się do Krakowa, władze obozowe zadecydowały o ewakuacji więźniów także z obozu macierzystego. Zadbano również o zlikwidowanie – przy pomocy więźniów – dowodów obciążających Niemców, a więc obiektów, w których dokonywano ludobójstwa oraz dokumentacji obozowej.

Franciszek Ogon doczekał ostatnich chwil funkcjonowania fabryki śmierci w Oświęcimiu, ale nie był to koniec obozowego koszmaru – więźniów czekał jeszcze „marsz śmierci”. Ogon wychodził z KL Auschwitz w transporcie zbiorowym 18.01.1945 r., w tej samej – ostatniej – grupie więźniów, z którą obóz opuszczał jego znajomy z rybnickiego ZWZ/AK, Karol Miczajka. Na jego właśnie relacjach opieram poniższy opis marszu.

Około godziny 1.00 w nocy kolumna opuściła obóz. Kiedy więźniowie znaleźli się już za bramą obozową, uświadomili sobie, jak ciężkie będą warunki marszu w 20 stopniowym mrozie. Byli umęczeni wyczerpującą pracą, a do tego dochodził jeszcze głód, cóż bowiem znaczył dla tak wycieńczonych organizmów suchy prowiant, który otrzymali na drogę – bochenek obozowego chleba i około 300 gr margaryny na osobę. Trasa marszu do Wodzisławia Śląskiego wiodła przez Rajsko, Brzeszcze, Górę, Miedźną, Ćwiklice, Pszczynę, Porębę, Brzeźce, Studziankę, Pawłowice, Jastrzębie Górne, Jastrzębie Zdrój i Mszanę. Kolumna eskortowana była przez dobrze uzbrojonych esesmanów, którym towarzyszyły stale ujadające psy. Co chwilę słychać było odgłosy strzałów z karabinów. Więźniów, którzy nie nadążali za kolumną lub próbowali uciekać, esesmani od razu zabijali. Ich ciała zostawiano na poboczu drogi – tam, gdzie zostali zamordowani. Nic więc nie wstrzymywało hitlerowców od morderczych przyzwyczajeń, nadal bez skrupułów uśmiercali więźniów. Kto chciał przeżyć, musiał iść – o głodzie, bez względu na mróz i na stan zdrowia…

Esesmani widzieli, że więźniowie nie są w stanie iść bez przerwy, dlatego za Pszczyną, w miejscowości Poręba, zorganizowano nocleg. Cała kolumna liczyła około 2500 więźniów, więc tylko części z nich udało się znaleźć schronienie w stodole i w szopie miejscowego folwarku. Nie znaczy to jednak, że mróz w tych pomieszczeniach był mniej dokuczliwy. Karol Miczajka wspominał, że mocno przytuleni do siebie i z dachem nad głową byli w lepszej sytuacji od więźniów nocujących pod gołym niebem, mimo to wielu z nich – zarówno tych pod dachem, jak i na dworze – nie dożyło świtu.

Wczesnym rankiem 20 stycznia więźniowie wyruszyli w dalszą drogę. Po całodziennym marszu dotarli do drugiego miejsca noclegu w Jastrzębiu Zdroju. Podobnie jak pierwszej nocy, część więźniów znalazła schronienie w różnych pomieszczeniach gospodarczych przy folwarku, a część nocowała pod gołym niebem. Także tutaj wielu więźniów nie przeżyło nocy – zamarzali i umierali z wycieńczenia. Karolowi Miczajce przypadło podczas tych noclegów spać wraz z kilkoma innymi więźniami na gnojowisku obok folwarku. Leżeli przytuleni do siebie, a od dołu ogrzewał ich gnój. Było im na tyle ciepło, że Miczajka wspominał tę noc jako najprzyjemniejszą od momentu aresztowania!

Marsz z Jastrzębia do Wodzisławia Śląskiego odbywał się na odcinku zaledwie dziesięciu kilometrów, ale była to najtrudniejsza część drogi. Jak podają niektóre publikacje, po przejściu kolumny na tym tylko odcinku doliczono się 74 zastrzelonych więźniów. Do Wodzisławia dotarli około południa. Kolumnę zaprowadzono bezpośrednio na stację kolejową, gdzie załadowano więźniów do węglarek. Na jeden wagon przypadało około 100 osób.

W Wodzisławiu doszło do spotkania Franciszka Ogona z żoną. O jego przybyciu powiadomiła Marię Ogon siostra – Marta Piechaczek, która pracowała w czasie okupacji na stacji kolejowej w Rybniku, ale często przebywała służbowo w Wodzisławiu. Maria pojechała do Wodzisławia z synami Zbigniewem i Wenantym. Najmłodszy syn, Andrzej, został w domu – był bardzo chorowity, a troskliwa matka obawiała się, że na takim mrozie zdrowie malca może ulec pogorszeniu.

Maria Ogon zabrała ze sobą większą sumę pieniędzy na wypadek, gdyby zaszła możliwość przekupienia któregoś z esesmanów pilnujących więźniów i zwolnienia męża z dalszego transportu. W Wodzisławiu udało jej się przekupić czymś do jedzenia jednego z wartowników, dzięki czemu mogła zobaczyć się i porozmawiać z mężem. Maria wyjawiła Franciszkowi chęć przekupienia któregoś z esesmanów, by w ten sposób załatwić jego uwolnienie od dalszej ewakuacji. Ogon znał jednak dobrze mentalność niemieckich oprawców, odwiódł żonę od tego planu. Przekonywał ją, że wojna się kończy i nie ma sensu przekupywania kogokolwiek, można bowiem trafić na fanatyka i tylko pogorszyć sytuację. Jak się później okazało, ta krótka rozmowa małżonków – pierwsza po prawie dwóch latach – była też ich ostatnią.

Dnia 21.01.1945 r. około godziny 16.00 pociąg załadowany więźniami wyruszył z Wodzisławia w stronę Chałupek-Bogumina, a 26 stycznia dojechał do obozu KL Mauthausen w Górnej Austrii, w pobliżu miasta Linz.

W Mauthausen Franciszek Ogon przebywał tylko trzy dni na kwarantannie, trwającej w innych obozach znacznie dłużej. Otrzymał numer obozowy 118151, ale już nie wytatuowano mu go na ręce – wybity był na metalowej blaszce przymocowanej do kawałka drutu. Tak prymitywnie wykonana bransoletka musiała być noszona na przegubie ręki. Po trzech dniach wielu więźniów, w tym także Franciszka Ogona i Karola Miczajkę, ewakuowano do podobozu w Melk. Tam jednak zostali rozdzieleni – Ogon pozostał w KL Melk, natomiast Miczajkę przetransportowano do podobozu w Ebensee.

Trudno ustalić, jakie były dalsze losy Ogona w KL Melk – gdzie pracował i w jakich warunkach przebywał – gdyż nie udało mi się niestety dotrzeć do bezpośrednich świadków. Wiadomo jednak, że znajdował się między tymi, którzy przetrwali w ciężkich warunkach obozowej egzystencji. Wyzwolony cieszył się z przeżycia i bardzo tęsknił do domu – do żony i dzieci. Przez więźnia, który natychmiast po odzyskaniu wolności wracał w strony leżące niedaleko Rybnika, przesłał do żony list pełen optymizmu i radości z rychłego powrotu do domu. List ten zacytowałem na początku rozdziału. Niestety organizm Franciszka Ogona, skrajnie wycieńczony głodowaniem i ciężką pracą, nie wytrzymał. Franciszek znalazł się wśród tych, którzy zmarli z wyczerpania tuż po wyzwoleniu, nie zobaczywszy swych bliskich…