hawk

Lip 142007
 
Chciałem zaprezentować artykuł Pana Jerzego Klistały, który ukazał się nakładem „Gazety Krakowskiej” z dnia 25.06.2007. Jak zwykle Pan Jerzy porusza temat smutny, zachęcający do głębokich przemyśleń.
Skorzystałem z wyjazdu na warsztaty edukacyjne do Niemiec, przygotowane przez Zarząd Główny Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, któremu prezesuje Stefania Kozioł. Pani prezes, dzięki aktywności i sprawności organizacyjnej, gromadzi wokół siebie coraz liczniejsze grono zapaleńców, zaangażowanych w pracę nad czczeniem pamięci o byłych więźniach hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Wyjazd też był perfekcyjnie przygotowany.
Ze smutkiem dzielę się refleksjami z tej pielgrzymki do miejsc kaźni Polaków – Dachau, Mauthausen, Ebensee. Przekazuję je w formie listu, pozostali uczestnicy warsztatów tłamszą je w sobie.
W wymienionych miejscowościach muzea byłych obozów koncentracyjnych o takiej samej nazwie pobierają opłatę za wstęp. Nie wiadomo, czy czynią to z nadmiaru dobrobytu obywateli Austrii, czy Niemiec, ale wśród zorientowanych w tej problematyce naszych rodaków, budzi to niedowierzanie i frustrację, ponieważ w Polsce pobieranie takich opłat jest nie do pomyślenia.
Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu odwiedza rocznie około miliona osób różnej narodowości. Muzeum ma wiele problemów, a jednym z nich jest ograniczona możliwość publikowania -prac o charakterze naukowym ze względu na brak funduszy, ale wstęp do Muzeum jest bezpłatny. Tak więc z jednej strony stać nas na gest nie pobierania nawet złotówki od każdego zwiedzającego największe cmentarzysko świata, z drugiej – nie stać na wspieranie inicjatyw związanych z upamiętnianiem (w różnej formie) ofiar tego miejsca kaźni.

*    *    *

Powstają różne instytucje, które w założeniu posługują się szczytnymi frazesami o upamiętnianiu ofiar drugiej wojny światowej. Inicjatywy te firmuje autorytet wielu znanych i utytułowanych osób, ale stale polega to na „konstytuowaniu się” tych jednostek, natomiast mało czytelne są ich praktyczne działania.
Oczywiście, za tworzeniem tych „szczytnych” przedsięwzięć i instytucji, idzie liczba nowych etatów, ustala się niemały budżet, a praktyczna działalność jest skromna. Tymczasem na prężnie działający Zarząd Główny Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, nie można się doprosić przyznania dwóch pełnych etatów, zabezpieczających płacę dla prezesa i sekretarza Towarzystwa. Czy ktoś pomyślał z czego ma być dokonywana opłata za telefon niezbędny w komunikacji związanej z działalnością, na oświetlenie w biurze, na wysyłanie poczty do byłych więźniów itp.?
Wraca więc ponownie kwestia rezygnacji z opłat za wstęp do muzeum, przy jednoczesnym braku zainteresowania, skąd mają pochodzić fundusze na płatności i widoczną, praktyczną działalność Towarzystwa. Chyba że obciąży się ponoszeniem kosztów tych, którzy walczyli o przetrwanie i życie w obozach koncentracyjnych, czyli byłych więźniów oraz osoby zaangażowane w ochronę pamięci o miejscach zagłady.
Jest i kolejna bulwersująca sprawa, jak instytucje wyższego szczebla włączają się w czczenie miejsc za granicą, gdzie także masowo ginęli Polacy. Nie umniejszając zaangażowania w czczenie miejsc pamięci na Wschodzie, chyba zapomniano o podobnych miejscach, położonych na terenie Czech, Niemiec, Austrii.

*    *    *

Ośmielam się poddać w wątpliwość, czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych słyszało o takiej miejscowości jak Ebensee w Austrii, gdzie mieścił się jeden z podobozów Mauthausen.
Moja wątpliwość wynika stąd, że były więzień Ebensee a wcześniej Auschwitz i Mauthausen – Władysław Żuk, po wyzwoleniu Ebensee, nie mając nikogo z rodziny w Polsce, osiadł tam na stałe, założył rodzinę i opiekuje się inicjatywy i na swój koszt miejscem, w którym tak ginęli jego koledzy więźniowie. Pozostaje w tym przedsięwzięciu sam i musi dosłownie żebrać u polskich władz o jakąkolwiek pomoc – udzielaną zresztą bardzo niechętnie.
Może przemówi do kogoś taki oto fragment książki byłego więźnia Ebensee – Michała Rusinka „Z barykady w dolinę głodu”. W swoich wspomnieniach Rusinek pisze: „kilka trupów przyniesionych do pieca miało wydarte serca”. Nieco dalej, jest kolejne, jakże makabryczne zdanie: „A dnia 24 kwietnia i akurat na 24 bloku, dziesięć metrów na przeciw naszego baraku, przyłapuję dwóch ludzi jedzących ciepłe jeszcze krwawe pośladki”.
Można by zakończyć tak makabrycznymi zdaniami niniejszy list, ale nadal i głośno pytam – jaka musi być znieczulica u osób odpowiedzialnych za pamięć o ludziach, którzy przechodzili takie piekło – by tak opieszale zajmować się problematyką pamięci o byłych obozach koncentracyjnych, by nie angażować się w pomoc takim opiekunom, jakim jest np. w Ebensee Władysław Żuk, mający dziś 88 lat.
Dodam jeszcze, że w byłym obozie koncentracyjnym w Mauthausen, w którym zginęło tak wielu Polaków, film o historii tego obozu wyświetlany jest w wersjach: włoskiej, francuskiej, angielskiej i niemieckiej. Nie ma tłumaczenia na język polski. Brak jest również w muzeum Mauthausen książek o martyrologii Polaków w tym obozie.
Jak reagują na to nasze przedstawicielstwa zagraniczne i owe wyżej wspomniane instytucje, powołane do zadbania o obsługę tych miejsc i pomocy pielgrzymom z Polski?

 

O podróży Pana Jerzego można przeczytać tutaj: http://zapomniany.rybnik.pl/wyprawa-niemiec-austrii/

 Zamieszczone przez o 00:00
Cze 302007
 
Rozpoczynam ten artykuł, od tego – jakże szczerego skrótu myślowego byłej więźniarki, a użytego podczas rozmowy, gdy pytałem o Jej okupacyjne przeżycia i powód uwięzienia w KL Auschwitz.

Bronisława Winnicka z d. Machulik

Bronisława Winnicka z d. Machulik

MACHULIK BRONISŁAWA z d. WINNICKA, urodzona 18.12.1921 r. w Pakoszówce, pow. sanocki, a następnie zamieszkała w Rybniku-Chwałowice, niestety, zmarła 21.05.2007 r. Przekazuję szczere wyrazy współczucia rodzinie, a w mojej pamięci, pozostaje bardzo pogodny wyraz twarzy, spokojny sposób zachowania, mówienia – gdy rozmawiałem z Panią Bronisławą, by dowiedzieć się czegoś o Jej pobycie w obozie. Wówczas właśnie, z rozbrajającą szczerością wypowiedziała słowa zawarte w tytule, i rozpoczęła swoją wzruszającą relację, od jakże ciężkich lat dzieciństwa i później panieństwa.

Bronisława Machulik z d. Winnicka

Bronisława Machulik z d. Winnicka

Pochodziła z małej wioski, z wieloosobowej rodziny rolniczej – małorolnej, posiadała liczne rodzeństwo. Matka zmarła gdy Bronisława miała 6 lat, więc po skończeniu szkoły powszechnej, musiała jak najszybciej podjąć pracę zarobkową by pomóc ojcu w wychowania tak licznej rodziny. Wykonywała różne ale przeważnie ciężkie prace: sprzątaczki, pomocy domowej, aż zawędrowała do Krynicy-Górskiej, gdzie otrzymała zatrudnienie jako sprzątaczka, w słynnej „Patrii” Jana Kiepury. Tam zastał Ją wybuch wojny 1939 r. więc wróciła do Sanoka. Nie zabawiła jednak długo w rodzinnym domu, gdyż mając 16 lat, otrzymała z Arbeitsamtu skierowanie do pracy przymusowej w miejscowości Bëmish Leipa (obecnie Czeska Lipa – Czechy) – wioska Oberlibich, gdzie pracowała u rodziny posiadającej duże gospodarstwo rolne, piekarnię i sklep. Praca w polu oraz w sklepie była dosyć ciężka, od świtu do zmroku, niemniej – nie narzekała na otrzymane wyżywienie.
W miejscowości tej były koszary wojskowe, co stało się okolicznością do poznania chłopaka – Ślązaka z Chwałowic k.Rybnika – przymusowo wcielonego do niemieckiego wojska. Po kilku spotkaniach, chłopak ten zwierzył się, o zamiarze zdezerterowania z wojska, co zyskało aprobatę Bronisławy, a nawet zapewniła go o pomocy w tym przedsięwzięciu. Gdy więc zaczął się ukrywać, pomagała mu w dożywianiu – wynosząc potajemnie artykuły spożywcze, „organizowane” od swoich zamożnych chlebodawców.
Sytuacja pary kochanków zmieniła się jednak, gdy ktoś nieżyczliwy doniósł o powyższym fakcie na policje. Za pomoc ową – dezerterowi z wojska niemieckiego, Bronisława została aresztowana 10.11.1943 r. i więziona w Bëmish Leipa, skąd 27.12.1943 r. przewieziono ją do więzienia w Dreźnie (transport z przystankami w różnych miejscowościach trwał około dwóch tygodni). Z Drezna, transportem zbiorowym (pociągiem), przewieziona została do KL Auschwitz. Zapamiętała szczególnie z tego zetknięcia się z twardą obozową rzeczywistością to, że po wprowadzeniu ich ok. godz. 11 do łaźni w Birkenau, wszystkie kobiety z tego transportu, musiały się porozbierać do naga, zabrano im cały osobisty bagaż, i tam w nie ogrzewanym pomieszczeniu (był mroźny miesiąc luty), przebywały do rana dnia następnego. Dopiero więc dnia następnego ostrzyżono im głowy, poddano zbiorowej kąpieli pod prysznicami – z bardzo zimną wodą, otrzymały więźniarski przyodziewek. Stały się więźniarkami, wpisanymi 12.02.1944 r. w obozowej ewidencji, i wówczas Bronisława otrzymała numer obozowy 75306 wytatuowanym na lewym przedramieniu. Wreszcie też, po trzech dniach głodowania, dostarczono więźniarkom kocioł jakiejś lurowatej zupy, a do jej nabierania była tylko jedna miska. Gdy więc nabrano w nią zupę z kotła, dosłownie wyrywały sobie miskę – by zaspokoić głód chociaż kilkami łykami bardzo niesmacznej lury.
Po przekazaniu do baraków mieszkalnych (ulokowana została w bloku nr 8), otrzymały tzw. przydział na pryczach do spania, a gdzie panowała wielka ciasnota. Na pryczy czteroosobowej, ulokowano po osiem więźniarek, co skutkowało tym, że obrót z boku na bok, wymagał wykonania tego manewru niemal na „rozkaz” lub wówczas, gdy któraś z więźniarek wychodziła „za potrzebą”. Dodać jeszcze należy, że sienniki ułożone na pryczach wypełnione były wiórami drzewnymi, lub więźniarki spały bezpośrednio na deskach stanowiących tzw. podstawę legowiska.
W obozie obowiązywał bezwzględny nakaz pracy w komandach roboczych – w otwartym terenie i w bardzo lichutkim odzieniu. Zimno (pamiętać należy że był mroźny miesiąc luty) i głód były wszechobecne. Prymitywnej konstrukcji piec w pomieszczeniu baraku, nie był w stanie go ogrzać. Chyba właśnie  przeziębienie podczas wykonywanej pracy lub kąpiel przy przyjęciu pod lodowatą wodą z prysznica, spowodowały, że Bronisława zachorowała i została odesłana do szpitala obozowego. Wówczas to dowiedziała się, że jest w ciąży, więc po powrocie do bloku – trafiwszy na dosyć „ludzką” blokową, od tej pory wyznaczona była do pracy wewnątrz bloku do prac porządkowych. Zbiegło się to zresztą ze szczęśliwą okolicznością, że wydane zostało zarządzenie władz obozowych o złagodzeniu rygoru dla więźniarek ciężarnych – po inspekcji w obozie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Niemniej, obowiązywały ją wszystkie inne obozowe rygory. Musiała brać udział w codziennych porannych i wieczornych apelach. Po apelu porannym więźniarki otrzymywały kawałek chleba i czarną kawę, a później następował wymarsz do pracy wyznaczonej przez blokową – do pracy w pobliskiej fabryce, do prac w polu poza terenem obozu, lub do różnych prac na terenie obozu. Za każde najmniejsze uchybienie, więźniarki były surowo karane – nie mając absolutnie żadnych praw, skazane na humor blokowej czy władz obozowych.
Z powodów ograniczeń dla niniejszego opracowania, pomijam opis ekstremalnych warunków życia więźniarek i więźniów w tej „fabryce śmierci”. Chcącego otrzymać więcej informacji na ten temat, odsyłam do bardzo obszernych relacji byłych więźniów – dostępnych w biuletynach TOnO lub indywidualnie opisanych w książkach o obozowej tematyce.
U Bronisławy, urodzenie dziecka miało miejsce 21.07.1944 r., urodziła syna któremu nadała imię Ryszard, zarejestrowanego w obozowej ewidencji, a na nóżce wytatuowano mu numer 189678. Na bloku rewirowym zatrzymana była nieco dłużej, gdyż dziecko dosyć mocno chorowało (choroba kokluszu, niechęć do przyjmowania pokarmu i wykonana transfuzja krwi).
Po  zwolnieniu na blok, dzięki pomocy współwięźniarek udało jej się dziecko utrzymać przy życiu, lecz i tak było narażone na niepewną reakcję służb obozowych, mógł przecież zostać zabity, jak miało to miejsce w przypadku innych noworodków.  Wzruszające jest zdanie wypowiedziane z jakąż wielką matczyną czułością przez Bronisławę: Gdy uznano mnie za zdrową, wróciłam na blok nr 8, podejmując ciężką pracę i żyjąc życiem obozowym, ukrywając jednak mojego synka przed służbą obozową. Nauczyłam go nawet po cichu płakać, nie chcąc by jego płacz kogoś zdenerwował, gdyż było to zabronione i groziło jego śmiercią. Odczuwam wielką wdzięczność dla obozowej położnej Stanisławy Leszczyńskiej, która bardzo serdecznie się mną zaopiekowała – a miała wielkie uznanie także u niemieckiej służby medycznej. Gdy dostawałam się dzięki niej na blok rewirowy ze względu na mój zły stan zdrowia, pomagałam jej jak mogłam w opiece nad matkami z dziećmi które się tam także znajdowały – a przez to miałam możliwość większego opiekowania się moim synkiem.
W nawiązania do strachu matek o swoje dzieci, muszę przy okazji dopowiedzieć dla uzmysłowienia wielkości tego strachu, bólu i cierpienia jakie matki przeżywały. Matki te, niejednokrotnie były świadkami makabrycznych scen jakie rozgrywały się w obozie, kiedy zwyrodniałe bestie w mundurach SS, wyrywały bezsilnym matkom ich dzieci i zabijały uderzeniem o ściany baraku, lub zadawały śmierć w inny sposób ….
Bronisława wytrwała ze swoim maleństwem do stycznia 1945 r., w różnych warunkach obozowej egzystencji – złych czy gorszych i do czasu, gdy z oddali słychać było odgłosy zbliżającego się frontu.
Niemiecka obsługa obozu niemal „topniała’ z dnia na dzień. SS-owscy oprawcy opuszczali w pośpiechu obóz, a pozostali w nim tylko niższej rangi wartownicy. Pozostawali jednak w obozie ci z więźniów, których nie wyprowadzono w marszu ewakuacyjnym, a więc chorzy, kalecy i matki z dziećmi. Wówczas to, dosyć pospiesznie zaczęła się pojawiać w obozie ludność z terenów przyobozowych, by nieść pomoc więźniom. Uległa wraz z kilkoma innych matek namowom, by opuścić teren obozu. Załadowawszy na obozową rolwagę dzieci i jakieś zdobyczne zapasy chleba czy dostarczone przez ową okoliczną ludność produkty spożywcze, wyjechały poza bramy tak znienawidzonego miejsca oraz cmentarzyska tylu milionów ludzi. Niestety, radość ich trwała dosyć krótko, gdyż na którymś odcinku drogi ku wolności, uchodźcy owi natrafili na „zabłąkanych” SS-manów, którzy przekopawszy bagaże na rolwadze, zaczęli także sprawdzać ich tożsamość, podejrzewając (słusznie) że są uchodźcami z obozu. Dzięki przytomności umysłów znajdujących się między nimi osób z poza obozu – to oni odsłaniali przedramienia rąk, udowadniając że nie są więźniami, gdyż nie mają wytatuowanych numerów. Uznając więc tę grupkę osób za „miejscową ludność”, wyrazili zgodę na dalszą ewakuację, zabrali jednak wszystkie zapasy produktów spożywczych. W ten sposób więźniarki dotarły do miejscowości Brzeszcze, skąd tamtejszy wójt w geście dobroci spowodował odwiezienie ich wozem konnym do Krakowa, a stamtąd każda matka ze swoim maleństwem udała się w rodzinne strony.
W ten oto sposób Bronisława dostała się do rodzinnej wioski Pakoszówka w pow. sanockim, odnalazła ojca i rodzeństwo i …. rozpoczęła przystosowywanie do życia na wolności, chociaż przychodziło to bardzo trudno, ze względu na stale tkwiący w świadomości bagaż przeżyć obozowych.

Jerzy Klistała

Maj 302007
 

Zapraszam do ostatniej już części historii Pana Jerzego Klistały o rybnickich harcerzach. Z poprzednią częścią można zapoznać się tutaj.

 

RODZINA BUCHALIKÓW,
Kolejna wielodzietna rodzina, zamieszkała w Gotartowicach k.Rybnika, o tradycjach patriotycznych, sprawdzonych w powstaniach śląskich, a później w walce z okupantem hitlerowskim. Wilhelm Buchalik, członek POW Górnego Śląska, były uczestnik trzech powstań śląskich i działacz ze strony Polski w agitacji plebiscytowej, został aresztowany w kilka dni po wkroczeniu wojsk hitlerowskich na ziemię rybnicką – we wrześniu 1939 r. Matka – Franciszka Buchalik, działaczka Koła Przyjaciół Harcerstwa w Gotartowicach, od początku okupacji hitlerowskiej wraz z synami Ernestem i Franciszkiem zaangażowała się w działalność konspiracyjną w organizacji PTOP – utworzonej przez Alojzego Frelicha (byłego ucznia gimnazjum w Żorach), zamieszkałego w Gotartowicach. Celem i zadaniem PTOP (jak podawał raport gestapo) było „ …utworzenie w wyniku zbrojnego powstania noewgo państwa polskiego i oderwanie przemocą od niemieckiej rzeszy terenów wschodnich – wcielonych do tej Rzeszy”.
PTOP zbierała fundusze na pomoc rodzinom, których członkowie zostali uwięzieni lub przekazani do obozów. Tą działalnością kierował Paweł Buchalik kuzyn Franciszka i Ernesta. Od początku okupacji zaangażowany w ruchu oporu w sztabie kierowniczym PTOP, kierował akcją pomocy dla rodzin uwięzionych Polaków (zasiłki pieniężne, karty żywnościowe i odzieżowe – zdobywane nielegalnie w urzędach).

Po zdobyciu w lipcu 1941 r. maszyny do pisania, powielacza oraz aparatu radiowego, rozpoczęto druk i kolportaż pisma „Zew Wolności”. Pismo to zawierało wiadomości radia londyńskiego, a przede wszystkim wzywało do wytrwałości w okupowanym kraju, i walki z wrogiem w każdy możliwy sposób. Kolportażem gazetki zajmowali się byli harcerze – między innymi Ernest Buchalik.

Inną dziedziną działalności PTOP było prowadzenie sabotaży, a więc utworzono grupy sabotażowe którymi dowodził Franciszek Buchalik. Kierowano się jednak rozsądną zasadą, by uszkodzenia maszyn i różnego rodzaju urządzeń, nie powodowały za ich powstanie – karania pojedynczych osób czy grupy osób. Wykonywano owe uszkodzenia w taki sposób by wyglądało to na naturalne awarie, np. samoczynne spięcia w instalacji elektrycznej, zerwanie przewodów telekomunikacyjnych wyglądające jako zaistniałe w czasie wichury czy śnieżycy, przepalanie się silników elektrycznych wynikłe z ich przegrzania, zamrażanie lub zatykanie się przewodów rurowych w wyniku mrozów itp. Franciszek skierowany przez Arbeitsamt do pracy przymusowej nad Kanałem Gliwickim, tam wykorzystał sposobność do zadawania Niemcom straty w wyniku sabotażu. Ale podobne działania odbywały się w innych zakładach pracy np. w gotartowickiej hucie, w kopalniach rybnickich, w hucie „Silesia” na Paruszowcu czy Odlewni Żeliwa w Żorach.

Niestety, gestapo wpadło na trop działalności PTOP po znalezieniu jednego numeru pisma „Zew Wolności” (z widocznymi inicjałami wydawcy gazetki – PTOP), w wyniku czego rozpoczęły się masowe aresztowania. Aresztowano wówczas ok. 87 osób, z których większość zginęła w KL Auschwitz.

Losy Buchalików zostały jednak tragiczniej zapisane w pamięci mieszkańców Gotartowic. Po aresztowaniu, przekazani zostali do więzienia śledczego w Mysłowicach, a po śledztwie do KL Auschwitz. Wyrokiem sądu z dnia 2.07.1942 r. został skazany na śmierć przez powieszenie, więc 22.07.1942 r., przewieziono Franciszka i Pawła z KL Auschwitz do Gotartowic, by tam, na oczach mieszkańców Ich rodzinnej miejscowości (spędzonych pod terrorem na placyku obok remizy strażackiej), odbyła się publiczna egzekucja harcerzy Franciszka i Pawła Buchalików – przez powieszenie.
Do dzisiaj pozostała pamięć w Gotartowicach o tym, jak postawa młodych skazańców, mimo tortur i wielkiego wycieńczenia, była do końca bohaterska. Ostatnie słowa Pawła Buchalika, wykrzyczane były donośnym głosem: „Jestem niewinny! Matko Boska, ratuj nasze rodziny”! Natomiast Franciszek, już z pętlą na szyi, zawołał: „Jeszcze Polska nie zginęła … ”!BUCHALIK WILHELM,
Urodzony 25.12.1897 r. w Gotartowicach k.Rybnika, mieszkaniec tejże miejscowości, ojciec Franciszka i Ernesta. Członek POW Górnego Śląska, były powstaniec – uczestnik trzech powstań śląskich i działacz ze strony Polski w agitacji plebiscytowej. Za przedwojenną aktywność społeczną i jako powstaniec, został aresztowany w kilka dni po wkroczeniu wojsk hitlerowskich na ziemię rybnicką tj. we wrześniu 1939 r. i wywieziony do więzienia w Bydgoszczy. Tam, na wieść o publicznej egzekucji synów, zmarł na atak serca 27.10.1942 r.

BUCHALIK FRANCISZKA z d. DZIWOKI,
Urodzona 22.01.1900 r. w Gotartowicach k.Rybnika, córka Franciszka i Joanny z d. Steuer. Działaczka Koła Przyjaciół Harcerstwa w Gotartowicach. Od początku okupacji hitlerowskiej zaangażowała się w działalność konspiracyjną w szeregach PTOP. W wyniku częściowego rozpracowania struktur organizacji przez Gestapo, została aresztowana 22 na 23. 05.1043 r. i przewieziona do więzienia śledczego (Ersatzpolizeigefängnis) w Mysłowicach, a po śledztwie przekazana 15.09.1942 r. do KL Auschwitz-Birkenau, gdzie zarejestrowano ją jako więźniarkę nr 19714. Zginęła w tym obozie 16.10.1942 r. Według wystawionego aktu zgonu nr 36288/1942 – potwierdzonego przez lekarza obozowego, zmarła o godz. 9:55, określenie przyczyny zgonu to „akuter Magendarmkatarrh” (ostry katar/nieżyt żołądkowo jelitowy).

BUCHALIK FRANCISZEK,
Urodzony 15.07.1922 r. w Gotartowicach k.Rybnika (brat Ernesta), syn Wilhelma i Franciszki z d. Dziwoki. Po ukończeniu szkoły powszechnej, pracował u gospodarza w Szczejkowicach, gdyż w rodzinie było dziewięcioro dzieci, a ojciec przez kilka lat nie miał pracy. Harcerz, –  z drużyny harcerskiej i z domu rodzinnego wyniósł głęboką miłość do Polski. W czasie okupacji hitlerowskiej pracował przy budowaniu fabryk zbrojeniowych nad Kanałem Gliwickim, zaangażował się  także w działalność ruchu oporu. Współorganizował PTOP w Gotartowicach – zastępca dowódcy, był odpowiedzialny za dywersję. W wyniku częściowego rozpracowania struktur organizacji przez Gestapo, aresztowany w nocy 22 na 23.05.1942 r. i przesłany do więzienia śledczego w Mysłowicach, a po śledztwie przekazany do KL Auschwitz. Dnia 27.07.1942 r. wraz z kuzynem Pawłem przewieziony z KL Auschwitz do Gotartowic, gdzie zginął w egzekucji publicznej – przez powieszenie.

BUCHALIK ERNEST
Buchalik Ernest zdjęcie z Oświęcimia

Buchalik Ernest zdjęcie z Oświęcimia

Urodzony 7.09.1925 r. w Gotartowicach k.Rybnika, syn Wilhelma i Franciszki z d. Dziwoki, mieszkaniec Gotartowic. Harcerz XIII Drużyny Harcerzy im. Witolda Regera w Gotartowicach. W okresie okupacji hitlerowskiej zaangażowany w działalność organizacji konspiracyjnej – Polskiej Tajnej Organizacji Powstańczej. Był kolporterem gazetki konspiracyjnej „Zew Wolności”. Niestety, PTOP została zdekonspirowana, a jej członkowie aresztowani – między innymi Ernest. Po aresztowaniu w nocy z dnia 22 na 23.05.1942 r., przekazany do więzienia śledczego w Mysłowicach, a stamtąd do KL Auschwitz i zarejestrowany 17.07.1942 r. w obozowej ewidencji jako więzień nr 47692. Na podstawie decyzji policyjnego sądu doraźnego zginął dnia 5.09.1942 r. Według wystawionego aktu zgonu nr 28174/1942 – potwierdzonego przez lekarza obozowego, zmarł o godz. 9:20, określenie przyczyny zgonu to „Herzschwäche bei Darmkatarrh” (niewydolność serca przy nieżycie jelit).

BUCHALIK PAWEŁ,

Buchalik Paweł

Buchalik Paweł

Urodzony 8.09.1922 r. w Gotartowicach k.Rybnika, syn Józefa i Marii z d. Reclik. Harcerz XIII Drużyny Harcerzy im. Witolda Regera w Gotartowicach – zastępowy. Od początku okupacji hitlerowskiej działał w ruchu oporu w sztabie kierowniczym PTOP, kierował akcją pomocy dla rodzin uwięzionych Polaków (zasiłki pieniężne, karty żywnościowe i odzieżowe – zdobywane nielegalnie w urzędach). W wyniku częściowego rozpracowania struktur organizacji przez Gestapo, aresztowany w nocy z dnia 22 na 23.05.1942 r., przetransportowany wpierw do więzienia śledczego w Mysłowicach, a po śledztwie przekazany do KL Auschwitz. Dnia 27.07.1942 r. przewieziony został wraz z Franciszkiem z KL Auschwitz do Gotartowic i tam powieszony w publicznej egzekucji.

Jerzy Klistała

Maj 282007
 
W sobotę 26 maja po długim oczekiwaniu ruszyły wreszcie prace rewitalizacyjne na Naszym schronie.
W ciągu kilku godzin udało się nam odkopać praktycznie całą strzelnicę, usunęliśmy stare, uschnięte krzaki, wyeksmitowaliśmy trzmiele (do lasu). Dotarliśmy do poziomu z roku 1939 – świadczą o tym resztki oryginalnego piecyka ze schronu oraz kilkanaście innych rzeczy, które będziemy prezentować na wystawie w schronie. Wywieźliśmy kilkadziesiąt taczek ziemi, troszkę śmieci i  złomu Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć
Ekipa podczas pracy

Ekipa podczas pracy

Wywozimy ziemię

Wywozimy ziemię

Odkopany róg

Odkopany róg

Podkop

Podkop

Marcoon wycina krzaczyska

Marcoon wycina krzaczyska

Kosmetyka

Kosmetyka

Maj 232007
 

Część 4 historii bohaterskich harcerzy z Rybnika. Z poprzednią częścią można zapoznać się tutaj.

 

Kolejna, niemniej liczna rodzina, której nazwiska i imiona wyryte są na pomniku w Chwałowicach, to rodzina Tkoczów. O ile jednak miałem szczęście rozmawiania z Franciszkiem Kożdoniem o Jego rodzicach i rodzeństwie, to w przypadku Tkoczów, mogłem opierać się jedynie na tym, co było osiągalne z poskładanych zdań, opublikowanych w różnych książkach. Jakże jednomyślne są jednak opinie autorów tych publikacji, że atrybutem ich wielkości, były: skromność, religijność i poczucie patriotyzmu, że aż sześć osób z tej rodziny należało do ZWZ/AK.

Jan Tkocz (ojciec)

Jan Tkocz (ojciec)

Urodzony 29.08.1886 w Chwałowicach, pracownik kopalni „Chwałowice”. Był członkiem POW Górnego Śląska, uczestniczył w powstaniach śląskich. Działacz ruchu oporu w POP, ZWZ/AK. Aresztowany dnia 13.07.1944 r., w dniu 14.09.1944 r. wysłany został przez gestapo w Katowicach do Gross-Rosen, następnie 18.09.1944 przetransportowany do KL Mauthausen gdzie otrzymał numer 58487 i P/105183. Zginął 28.02.1945 w KL Mauthausen-Gusen.
Tkocz Maria (matka)

Tkocz Maria (matka)

Urodzona 21.03.1888 r w Jankowicach Rybnickich, z domu. Zniszczoł, żona Jana Tkocza, matka ośmiorga dzieci. Przed wojną zrzeszona w organizacji „Matka Polka”, „Towarzystwo Przyjaciół Harcerzy”. Pomagała materialnie żonom uwięzionych i podtrzymywała je na duchu. Współuczestniczyła w ruchu oporu ZWZ/AK. Była duchem opiekuńczym całej rodziny. Aresztowana 13.07.1944 r., po przesłuchaniach wywieziona została do KL Ravensbrück, gdzie zmarła 3.02.1945 r.
Tkocz Alojzy, pseud. GRUSZKA

Tkocz Alojzy, pseud. GRUSZKA

Urodzony 12.08.1910 r., pracownik kopalni „Chwałowice”. Należał do IX Drużyny ZHP im. Tadeusza Kościuszki w Chwałowicach. Uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Z nastaniem okupacji działał w Szarych Szeregach, POW, ZWZ/AK. Został aresztowany przez gestapo 25.06.1943 r. zwolniony, i ponownie aresztowany 13.07.1944 r. Przewieziony do KL Mauthausen-Gusen, gdzie zginął dnia 23.04.1945 r.
Tkocz Alfred

Tkocz Alfred

Urodzony 27.05.1914 r. Należał do IX Drużyny ZHP im. Tadeusza Kościuszki w Chwałowicach. Był uczniem Seminarium Nauczycielskiego w Pszczynie a następnie uczestniczył w kampanii wrześniowej w 1939 roku. Z nastaniem okupacji współorganizator Szarych Szeregów, działacz POP, ZWZ/AK. W stopniu kapitana pełnił funkcję zastępcy dowódcy kompanii AK w rejonie rybnickim. Aresztowany 9.02.1944 r. Więziony w KL Auschwitz i tam zginął na krótko przed wyzwoleniem obozu.
Tkocz Ryszard

Tkocz Ryszard

Urodzony 18.07.1916 r. Należał do IX Drużyny ZHP im. Tadeusza Kościuszki w Chwałowicach. Ochotniczo wstąpił do Wojska Polskiego, w 1939 r. uczestniczył w kampanii wrześniowej w stopniu sierżanta. Z nastaniem okupacji, działał aktywnie w Szarych Szeregach, POP, ZWZ/AK. W działalności konspiracyjnej współredagował (z pozostałym rodzeństwem) podziemne pismo „Zryw”. Dowódca plutonu AK w Chwałowicach. Aresztowany przez gestapo w lipcu 1944 r. i w tymże roku powieszony w publicznej egzekucji w Tychach.
Tkocz Klara, pseud. Paula

Tkocz Klara, pseud. Paula

Urodzona 24.09.1918 r. Należała do Drużyny Harcerek im. Królowej Jadwigi w Chwałowicach. Z nastaniem okupacji razem z braćmi i siostrą Jadwigą działała w Szarych szeregach, POP, ZWZ/AK. Aresztowana w lipcu 1944 r., osadzona została w KL Auschwitz-Birkenau. Wywieziona do KL Ravensbrück. Doczekała się wyzwolenia w 1945 r. przez wojska alianckie. Przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż wysłana została na rekonwalescencję do Szwecji, gdzie osiedliła się na stałe i założyła rodzinę. Zmarła 23.01.1996 r. – pochowana w Fritzaf

Tkocz Jadwiga,
Urodzona 9.10.1922 r. Należała do Drużyny ZHP im Królowej Jadwigi w Chwałowicach. Z nastaniem okupacji działała w Szarych Szeregach, POP, ZWZ/AK. Aresztowana 13.07.1944 r., wysłana została do KL Ravensbrück, gdzie zginęła w dniu 13.01.1945 r.Tkocz Anna z d. Stefek,
Urodzona 23.07.1919 r. w Dąbrowie k.Karwiny, córka Henryka i Anny z d. Poczesny, mieszkanka Chwałowic k.Rybnika – żona Alfreda Tkocza. Harcerka – przyboczna Drużyny Harcerek im. Królowej Jadwigi w Chwałowicach. Uczestniczka pogotowia harcerek w 1939 r. Z nastaniem okupacji hitlerowskiej członkini Szarych Szeregów, POP i ZWZ. Była łączniczką, kolporterką i współautorką pisma konspiracyjnego „Zryw”. Po aresztowaniu cioci Stefanii Stefek musiała się ukrywać. Wpadła jednak w ręce Gestapo 10.04.1942 r. i wpierw przetrzymywana była w wiezieniu cieszyńskim, a następnie przewieziona do więzienia śledczego (Ersatzpolizeigefängnis) w Mysłowicach. Po śledztwie przetransportowano ją 18.12.1942 r. do KL Auschwitz gdzie po zarejestrowaniu otrzymała numer więźniarki 27673. Wyrokiem policyjnego sądu doraźnego w dniu 22.10.1943 r., skazana została na śmierć, wyrok ten wykonany był 25.10.1943 r. Według wystawionego aktu zgonu nr 30857/1943 – potwierdzonego przez lekarza obozowego, zmarła o godz. 10:45, określenie przyczyny zgonu to „Tuberkulose” (gruźlica).

Uniknęli aresztowania:

Tkocz Kazimierz,
Urodzony 11.01.1925 r. w Chwałowicach. przed wojną należał do Drużyny ZHP im. T. Kościuszki w Chwałowicach. W czasie wojny pracował w fabryce sygnałów kolejowych w Gotartowicach. Z nastaniem okupacji działał w Szarych Szeregach, ZWZ/AK. Po aresztowaniu rodziców, ukrywał się w różnych miejscach aż do zakończenia wojny. Po wojnie znowu był czynnym harcerzem. W 1947 r. został powołany do czynnej służby wojskowej. Po odbyciu dwuletniej służby wojskowej, wrócił do domu i przyjął pracę na kopalni „Chwałowice”, gdzie pracował do przejścia na emeryturę w roku 1982. Mieszka w swoim domu w Chwałowicach.

Tkocz Łucja
Urodzona 22.06.1926 r. w Chwałowicach. Przed wojną należała do żeńskiej Drużyny Harcerskiej w Chwałowicach. W czasie wojny pracowała u rolnika w Żorach, co uratowało ją przed aresztowaniem w 1944 r. Brała czynny udział w ruchu oporu. Po wojnie przez jakiś czas pracowała w sklepie i równocześnie brała czynny udział w odradzaniu się harcerstwa w Chwałowicach. Była drużynową żeńskiej Drużyny Harcerek im. Królowej Jadwigi, do czasu zlikwidowania harcerstwa w 1948 r.. W 1948 r. wyszła za mąż za Jana Morgałę. od tego czasu zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. W maju 1995 r. została wdową i mieszka samotnie w Chwałowicach.

Tkocz Józef

Urodzony 5.03.1929 r. w Chwałowicach. Przed wojną był członkiem ZHP w Chwałowicach, tak jak jego starsi bracia. W czasie wojny pracował w firmie budowlanej, równocześnie biorąc czynny udział w działalności konspiracyjnej, szczególnie jako łącznik pomiędzy poszczególnymi członkami ruchu oporu. Członek Szarych Szeregów, ZWZ/AK. Po wojnie był aktywnym członkiem harcerstwa w Chwałowicach. Po wojnie pracował na kopalni „Chwałowice”. W 1954 r. ożenił się i został ojcem dwójki dzieci. Po 40 latach pracy zawodowej, przeszedł na emeryturę w roku 1982. Od maja 2002 r. wdowiec. Mieszka w Chwałowicach.*

Mieszkali w Chwałowicach pod lasem, w niewielkim budynku z czerwonej cegły, przy domu była stodoła, kawałek ogrodu i pole. Ziemi było jednak za mało by z niej wyżywić 10 osobową rodzinę, więc głównym źródłem utrzymania była pensja ojca Jana Tkocza i starszych synów – za pracę w górnictwie.

Jan Tkocz, był aktywnym uczestnikiem powstań śląskich, brał udział w tych samych wydarzeniach politycznych – które opisałem w poprzednim rozdziale, gdy wyjaśniałem sytuację na Śląsku w okresie od 1918 do 1921 r.

O Marii Tkocz, jakże ciepło wypowiada się Innocenty Libura1 – „Duchem opiekuńczym i źródłem siły moralnej była Maria Tkoczowa, matka ośmiorga dzieci”. Nie można bowiem w prostszy sposób wyrazić słów wielkiego uznania wobec matki, która przekazywała swoim dzieciom aż tyle patriotycznych wartości. Od najmłodszych lat, wszystkie dzieci Tkoczów miały związek z harcerstwem, w którym uczyły się miłości do Ojczyzny – ponad to, co codziennie podpatrywały u rodziców.

W przeddzień spodziewanego napadu hitlerowców na Polskę, zgodnie z zaleceniem władz ZHP, Tkoczowie czynnie włączyli się w przygotowania na ewentualność wojny. W porozumieniu z kierownikiem szkoły w Chwałowicach, zabezpieczyli bibliotekę Towarzystwa Czytelni Ludowych (TCL), ukrywając część księgozbioru w domach zaufanych osób z Chwałowic, a część ukryli we własnym domu. Pomagali w ukryciu dokumentacji harcerskiej by nie umożliwiała okupantowi represji wobec członków ZHP i innych miejscowych aktywistów. Oczywiście, jest to bardzo skromnie przedstawiony zakres poczynań przyszłych i bardzo skutecznych konspiratorów.

Zgodnie z nakazem Naczelnych władz ZHP, drużyny miały zaprzestać oficjalnej działalności, przygotowując się do działalności konspiracyjnej. Gdy więc czarny scenariusz czyli napaść Niemców na Polskę stał się faktem, od pierwszych dni okupacji, powstała w Chwałowicach konspiracyjna drużyna harcerska, z centrum dowodzenia w domu Tkoczów. W piwnicy ich domu pod lasem urządzono schron podziemny. Tam zainstalowano radio, wniesiono powielacz. Przez radioodbiornik wysłuchiwano wiadomości ze świata, a na podstawie informacji uzyskanych tą drogą, redagowano gazetki i ulotki.

Starsi synowie – Alfred, Alojzy i Ryszard Tkoczowie, od pierwszych dni istnienia organizacji konspiracyjnej Polska Organizacja Powstańcza, – zaangażowali się w działalność tej organizacji. Po dekonspiracji POP, działali równie aktywnie w ZWZ/AK. Byli redaktorami gazety podziemnej „Zryw”, którą drukowano właśnie w piwnicy ich domu. Zasięg kolportażu obejmował miejscowości powiatu rybnickiego. W chlewie (pod żłobem), urządzono drugi schron – umożliwiający ukrycie się w nim kilku osób. W schronie tym ukrywali się okresowo poszukiwani „spaleni” Polacy a także zbiegli z obozów – więźniowie lub jeńcy wojenni. Zgromadzony w schronach księgozbiór, wypożyczano osobom godnym zaufania.

Bardzo przemyślnie urządzone schrony, były wręcz niewykrywalne mimo obserwacji budynku przez gestapo, policję, przez sprowadzone specjalnie wyszkolone psy śledcze. Nawet zaufani sąsiedzi i znajomi Tkoczów, nie znali wszystkich członków tej konspiracyjnej grupy i nie mieli pojęcia o zakresie działalności w budynku Tkoczów. Przybywający tam kurierzy, musieli znać hasło, by przekazać potrzebne materiały lub zabrać przygotowane ulotki i gazetki a następnie znikali niespostrzeżenie. Do konspiracyjnej drużyny harcerskiej, obok Tkoczów, Kożdoniów, należał Konrad Brachman (jako drużynowy), Anna Stefek (narzeczona, a później żona Alfreda Tkocza), Józef Lazar, Gerard Motyka i inni młodzi zapaleńcy.

Strzegącym niemal codziennie domu Tkoczów, był członek tej grupy konspiracyjnej i otrzymał zadanie zaskarbienia u Niemców zaufania, umożliwiającego „zaciągnięcia” się do hitlerowskiej formacji S.A.2, by móc ostrzegać konspiratorów przed niebezpieczeństwem. Częste przebywanie w domu Tkoczów miał tłumaczyć tym, że zakochał się w Klarze Tkocz. Musiał niestety znosić niemało pogardy od mieszkańców Chwałowic, chodząc ulicami tej miejscowości w brązowo-żółtym mundurze. Nie wtajemniczeni w jego konspiracyjne zadanie – dawne koleżanki i koledzy z harcerstwa, okazywali mu pogardę jako zdrajcy i kolaborantowi.

Wspominałem już w opracowaniu o rodzinie Kożdoniów, że Franciszka Kożdoń znalazła schronienie z dziećmi w domu Tkoczów, po wyrzuceniu jej z familoków jesienią 1941 r. Mieszkała tam około dwóch lat, do czasu jej aresztowania z synami i wywiezieniu do więzienia śledczego w Mysłowicach, a następnie do KL Auschwitz.

Niemal przez pięć lat okupacji, rodzina i dom Tkoczów były ośrodkiem konspiracyjnej działalności, ale – … terror i represje okupanta dosięgły i tą rodzinę. Dnia 9.02.1944 r. wpadł w ręce żandarmów Alfred, ukrywający się po kampanii wrześniowej w rodzinnym domu, u teściów w Marklowicach i innych znajomych w okolicy Chwałowic. Od dłuższego czasu poszukiwany przez Niemców, miał na sumieniu niemało antyhitlerowskich przewinień. Był między innymi łącznikiem pomiędzy rybnicką komórką obwodową ZWZ/AK a Cieszynem i Raciborzem. Utrzymywał łączność z harcerzami w powiecie cieszyńskim. Aresztowanie miało miejsce w Pawłowicach, gdy jechał ze swym dowódcą Antonim Sztajerem (ps. „Lew”, „Feliks”) na spotkanie z inspektorem ZWZ por. Kuboszkiem (ps. „Bogusław”, „Kuba”, „Rokosz”, „Robak”). Sztajerowi udało się uciec, natomiast Alfred dostał się w ten sposób do KL Auschwitz. W krótkim jednak czasie został wysłany „na przymusowe roboty” w okolice Bremen i tam zginął.
W wyniku zorganizowanej zasadzki 12 lipca w nocy, został zatrzymany (na drodze ze Świerklan do Żor) przez żandarmów Ryszard Tkocz. Następnego dnia tj. 13.07.1944 r., przed domem Tkoczów zjawili się gestapowcy i aresztowali matkę z córkami Jadwigą i Klarą. Jan Tkocz – ojciec, tego samego dnia został aresztowany na kopalni, zaś w szpitalu gestapowcy aresztowali syna Alojzego, który leżał tam po wypadku w pracy. Ojciec i syn Alojzy po przesłuchaniu w więzieniu w Mysłowicach, zostali przekazani do KL Auschwitz, stamtąd do KL Gross-Rosen, i 18.09.1944 r. do KL Mauthausen a 6.02.1945 do KL Mauthausen-Gusen. Tam obydwaj zginęli. Marię Tkocz i jej córkę Jadwigę, po aresztowaniu i kilkutygodniowym pobycie w więzieniu śledczym w Mysłowicach, wysłano do obozu KL Ravensbrück, gdzie obie zmarły. Ryszarda, – za przynależność do „polskich band zbrojnych”, powieszono w publicznej egzekucji w Tychach dnia 22.09.1944 r. Przeżyła obóz tylko Klara, którą po wyzwoleniu – Czerwony Krzyż wysłał do Szwecji.

Z rodziny liczącej dziesięć osób uniknęło aresztowania troje najmłodszych dzieci Tkoczów: Łucja, która służyła od dłuższego czasu u gospodarza pod Żorami, Józef pracujący z cieślami poza terenem Chwałowic oraz Kazimierz. Kazimierz wracając do domu nad ranem (po nocnej zmianie) z fabryki w Gotartowicach, zobaczył kilku mężczyzn koło domu. Wyczuł w tym zasadzkę, więc nie poszedł w kierunku budynku. Ukrył się u znajomych i tam dowiedział się o aresztowaniu rodziców i rodzeństwa. Od tego momentu ukrywał się do końca okupacji.

Dom Tkoczów, gestapo opieczętowało i zamknęło. Trudna jest dzisiaj do sprawdzenia wersja, jak to faktycznie było ze zburzeniem domu Tkoczów. Podobno gestapowcy z zemsty że nie potrafili sobie dać rady z wykryciem tak prężnej działalności konspiracyjnej w domu Tkoczów, budynek ten przekazali hitlerowskiej organizacji młodzieżowej Hitlerjugend (HJ), a po splądrowaniu budynku, członkowie tej organizacji – hajoty3 budynek podpalili i wysadzili w powietrze. Tak czy inaczej, dnia 8.12.1944 r. budynek został faktycznie wysadzony w powietrze. Według relacji Franciszka Kożdonia, budynek został zniszczony „pancerfaustem”.

Gdy Rybnik, a z nim Chwałowice zostały wyzwolone spod okupacji, troje rodzeństwa Józef, Łucja i Kazimierz Tkoczowie, którzy przeżyli okupację, spotkali się przy gruzach rodzinnego domu pod lasem. W resztkach spalonej stodoły urządzili się na tyle, by można było przebywać tam przez jakiś czas. Kazimierz otrzymał wkrótce zatrudnienie przy prowadzeniu sklepu, przy którym był pokój z kuchnią, więc tam się przenieśli na pierwszą powojenną zimę. Po siedmiu latach, wspólnym wysiłkiem wybudowali skromny barak na fundamentach dawnego chlewu i stodoły. Urządzili się w nim Łucja z Józefem, zakładając własne rodziny. Kazimierz został kawalerem, ale z nadejściem lepszych czasów zbudował sobie w pobliżu ojcowizny własny dom. Klara zamieszkała na stałe w Szwecji, wyszła za mąż, urodziła trzech synów.  Odwiedzała Ojczyznę i rodzeństwo od czasu do czasu – do 1996 r.

Jerzy Klistała

Maj 212007
 
Huta „Silesia”, w której produkcję wznowiono już w połowie września 1939 roku, stanowi najlepszy przykład rabunkowej gospodarki okupanta w pierwszych latach okupacji. W 1941 roku została unieruchomiona walcownia blach cienkich, a zdemontowane urządzenia wywieziono w głąb Rzeszy lub też wyrzucono. W pomieszczeniach walcowni uruchomiono warsztaty dla uczniów. Ze względu na brak cyny oraz blachy do produkcji wyrobów ocynkowanych zastawiona została również cynownia, a jej pomieszczenia przekształcono na lakiernię konwi i wiader do mleka.
Teren zakładu

Teren zakładu

Niepowodzenia hitlerowców na froncie wschodnim i kontrofensywa armii radzieckiej w 1941 roku wpłynęły na zmianę polityki gospodarczej. Niemcy uświadomili sobie konieczność prowadzenia długotrwałej wojny, co spowodowało zmianę profilu produkcji m.in. w Hucie „Silesia”. W tym czasie przestawiono część wydziałów huty na produkcję zbrojeniową.
W najdłuższej hali produkcyjnej wyburzono wszystkie piece i usunięto urządzenia, a opróżnione pomieszczenie przeznaczono na montażownię specjalnych kapturów ochronnych do bomb lotniczych. Reorganizację podobnego rodzaju przeprowadzono we wszystkich gałęziach przemysłu zdolnych do produkcji zbrojeniowej.
Obok wspomnianych już kapturów ochronnych w hucie przygotowywano wiele innych produktów dla Wehrmachtu. Profil produkcji zbrojeniowej obejmował łuski do pocisków artyleryjskich, pewne części do samolotów i czołgów, kasetki i skrzynki do przewożenia amunicji, piecyki żelazne używane w okopach, hełmy, puszki do masek gazowych, specjalne podstawy do zamontowania dział przeciwlotniczych o średnicy 20 mm, których w 1942r. wyprodukowano 275 sztuk o łącznej wadze 330 ton. W ostatnim okresie okupacji, pod koniec 1944 roku, w hucie przystąpiono do produkcji specjalnej broni przeciwczołgowej, tzw. Panzerfaustów.
Dnia 18 października 1944 roku odbyło się w „Silesii”, z zachowaniem pełnej tajemnicy wojskowej, specjalne posiedzenie dyrekcji huty, w którym uczestniczyli również przedstawiciele Wehrmachtu i SS. Narada w całości była poświęcona podjęciu przez hutę produkcji tzw. pięści pancernych. W wyniku narady w hucie przystąpiono do produkcji tej broni, kosztem likwidacji produkcji naczyń emaliowanych. W czasie tej narady dyrekcja huty została zobowiązana także do likwidacji produkowanych kasetek amunicyjnych i podjęcia w ich miejsce również produkcji Panzerfaustów. Przewidywano, że huta wyprodukuje w ciągu kilku miesięcy 150 tyś. sztuk Panzerfaustów. W hucie „Silesia” powstawał produkt finalny Panzerfaustów, przy czym poszczególne elementy dostarczały Huta Bankowa i Zakłady Metalowe w Olkuszu.
Sposób przygotowania produkcji Panzerfaustów, broni konstrukcyjnie jeszcze nie dopracowanej (zbyt duża siła odrzutu), jest klasycznym przykładem charakteryzującym poczynania władz hitlerowskich w ostatnim etapie wojny: broń ta była nie tylko niebezpieczna dla czołgów, ale również i dla samych strzelców. Jest szczególnie istotne, bo w Panzerfausty uzbrajano oddziały Volkssturmu, czyli rezerwistów rekrutujących się spośród mężczyzn powyżej 50 roku życia oraz kilkunastoletniej młodzieży, a więc ludzi ze względów fizycznych nie będących w stanie obsługiwać tej broni. Młodzi chłopcy posługując się tą bronią ginęli, co jest jeszcze jednym przykładem na zbrodniczą politykę hitleryzmu, który w obronie własnych interesów świadomie przeznaczył na zagładę ludzi faktycznie nie przygotowanych do walki, z których w ostatnim etapie wojny tworzono oddziały Volkssturmu.
Oprócz elementów zbrojeniowych w hucie nadal produkowano towary potrzebne ludności cywilnej. Profil produkcyjny obejmował następujące półfabrykaty i artykuły gotowe: różnego rodzaju rury i blachy, wiadra ocynkowane, brytfanny, lakierowane konwie do mleka, garnki emaliowane, konwie do wody. Proporcje między produkcją zbrojeniową, a cywilną kształtowała się na poziomie pół na pół. Zmiany produkcyjne dokonane w hucie „Silesia”, podobnie jak i w pozostałych hutach górnośląskich, były bardzo opłacalne dla okupanta.
Przerzucając w dużym stopniu wysiłek zbrojeniowy na polskie załogi hutnicze, mogli w większym stopniu mobilizować własnych ludzi do Wehrmachtu.
W poszczególnych latach okupacji zmieniała się również i struktura zatrudnienia w hucie. W styczniu 1941 roku huta zatrudniała łącznie 2467 robotników i 67 uczniów. W ciągu roku liczba zatrudnionych mężczyzn zmieniała się. Podczas gdy liczba kobiet stale kształtowała się w granicach 700 osób, to zatrudnienie mężczyzn zmniejszyło się w czerwcu do 1395 osób. W latach 1943-1944 liczebność załogi huty znowu się zwiększyła i w grudniu 1943 roku wynosiła 2387 osób, w tym 1042 kobiety, a w marcu 1944 roku liczba ta doszła do 2433 osób. Coraz częstszym zjawiskiem był pobór mężczyzn do Wehrmachtu. Podczas gdy w początkowym okresie uwzględniano jeszcze reklamację zakładu, któremu potrzebni byli robotnicy wysoko kwalifikowani, zwłaszcza przy uruchamianiu nowej produkcji, to w latach 1943-1944 mobilizacja stała się masowa. Fragmentaryczna dane dotyczące huty „Silesia” pozwalają częściowo przynajmniej zobrazować sprawę poboru do Wehrmachtu. W 1942 roku z terenu zakładu zmobilizowano 246 mężczyzn, poza tym 22 osoby zostały z wojska skutecznie reklamowane, natomiast w połowie 1943 roku liczba zmobilizowanych podwoiła się i w wojsku niemieckim znajdowało się 507 mężczyzn pracowników „Silesii”. W kolejnych latach liczba zmobilizowanych zwiększała się, gdyż sytuacja wojenna powodowała gwałtowne zapotrzebowanie na żołnierzy. W związku z tym zmieniała się struktura zatrudnienia w hucie, stale wzrastała liczba pracujących tam kobiet, mimo że praca ta była bardzo ciężka. Kobiety stanowiły 50% załogi.
Polaków, którzy odmówili podpisania niemieckiej listy narodowościowej, a zostali w okresie wcześniejszym zatrudnieni w hucie, traktowano odmiennie od pozostałych członków załogi. Z miesięcznego zarobku potrącano im stały 15% podatek tzw. Polensteuer, co przy bardzo niskich płacach było olbrzymim uszczerbkiem w budżecie domowym robotnika. Na podstawie źródeł pohitlerowskich ustalono, że średnia płaca robotników w hucie „Silesia” w 1942 roku wynosiła ok. 50 fenigów na godzinę, co w przeliczeniu na miesiąc dawało marne 120 marek. Po odtrąceniu od tej sumy 15% otrzymujemy bardzo niską kwotę – płacę robotnika polskiego; warto dodać, że stawki godzinowe dla Polaków były jeszcze niższe. Miesięczne zarobki wystarczały jedynie na wykupienie niskich przydziałów żywnościowych.
Bardzo niskie były również przydziały odzieży i obuwia; robotnicy i członkowie ich rodzin chodzili często w drewnianych butach, które było znacznie tańsze. Był to także swoisty sposób szykanowania i poniżania ludności polskiej, która w oczach hitlerowców stanowiła kategorię ludzi o wiele gorszych od Niemców uważających siebie za „rasę panów”.
Polaków dotyczyły w zakładzie pracy jeszcze inne ograniczenia. Podczas gdy Niemcom przysługiwał 30-dnoiwy urlop wypoczynkowy, Polacy (i to nie wszyscy) otrzymywali tylko 7-10 dni urlopu. Dla pracowników, którzy odmówili podpisania listy narodowościowej, przeznaczono niższe kategorie kartek żywnościowych i odzieżowych. Przeciętnie otrzymywali o 20% niższe deputaty od pracowników wpisanych na Volkslistę.
Już we wrześniu 1939 roku utworzono w Rybniku Urząd Pracy, który przez cały okres okupacji decydował między innymi o zatrudnieniu, przechodzeniu robotników z jednego zakładu do innego oraz przydzielał poszczególnym fabrykom robotników przymusowych. Przy Urzędzie Pracy działał tzw. Sąd Pracy, który surowo karał za opuszczanie dniówek oraz wszelkie przejawy „niedbałej” pracy. O działalności Urzędu Pracy na terenie huty świadczą pewne dane liczbowe z 1942 roku. W ciągu całego roku z nakazu Urzędu zatrudniono w hucie 262 osoby, natomiast zwolniono – celem przesunięcia do innego zakładu lub wysłania na przymusowe roboty w głąb Niemiec – 148 osób. Na skutek nie wywiązywania się z obowiązku pracy (bez sprecyzowania przyczyn) zwolniono w 1942 roku 221 osób.
Do huty „Silesia” przez wszystkie lata okupacji hitlerowskiej nie skierowano jeńców wojennych. Natomiast liczna była grupa robotników przymusowych. Pierwszy transport w liczbie 202 osób przybył do „Silesii” w czerwcu 1942 roku; były to wyłącznie kobiety, które przywieziono z okupowanych terenów Związku Radzieckiego. W 1944 roku w hucie pracowało 237 przymusowych robotnic.
Inną formą nacisku i represji było przesuwanie na gorsze stanowiska pracy oraz zwolnienia z pracy. W 1942 roku zwolniono za pracy 114 osób ze „szczególnych powodów”, których jednak kierownictwo huty bliżej nie sprecyzowało. Jedną z najłagodniejszych form kary było wysyłanie na roboty przymusowe do Rzeszy, najgorszą – obóz koncentracyjny. Spośród pracowników huty kilkadziesiąt osób zginęło śmiercią męczeńską w różnych obozach koncentracyjnych. W Dachau zginęli: Jan Depta (senior) –pracownik umysłowy, nr obozowy 30924, zginął 12 października 1942 roku; Jan Depta (junior)- pracownik umysłowy, nr obozowy 15025, zginął 31 stycznia 1942 roku; Teodor Kulik- hutnik, nr obozowy 31026, zamęczony 12 października 1942 roku w transporcie inwalidów; Franciszek Sobik –hutnik, zginął w 1943 roku; Alojzy Stękała-hutnik, zginął 25 czerwca 1943 roku. Do obozów koncentracyjnych wywieziono także między innymi: Wilhelma Woźnicę, Józefa Smołkę, Alojzego Kuźnika, Franciszka Kuśkę. Po zakończeniu działań wojennych powrócili oni do huty. Niektórzy spośród zatrudnionych w „Silesii” Polaków, traktowanych przez hitlerowców jako osoby szczególnie niebezpieczne, zmuszeni byli do codziennego meldowania się w komendzie policji w Rybniku. Przykładem takiego obowiązku jest karta meldunkowa znaleziona w aktach hitlerowskich, a dotycząca Pawła Mencika.

Pismo dotyczące Pawła Mencika

Pismo dotyczące Pawła Mencika

Po raz pierwszy zgłosił się on w komendzie policji dnia 8 października 1939 roku i odtąd codziennie, także w niedzielę i święta, musiał potwierdzić swój pobyt w Rybniku.

Pismo dotyczące Pawła Mencika - zawiera godziny zgłaszania się na komisariacie

Pismo dotyczące Pawła Mencika – zawiera godziny zgłaszania się na komisariacie

Stosunek kierownictwa huty do poszczególnych Polaków pracujących w zakładzie uzależniony był od opinii powiatowych organów NSDAP. Dyrekcja zwracała się do NSDAP w Rybniku o wydanie opinii politycznej o poszczególnych pracownikach i w zależności od jej treści odpowiednio ich traktowano.
Przykładem tego rodzaju działalności NSDAP są opinie charakteryzujące dwóch pracowników huty „Silesia”. W jednej, dotyczącej Jana Wawocznego, stwierdzono, że jest on Polakiem i to wrogo nastawionym do III Rzeszy. Podobną opinię wystawiono Pawłowi Groborzowi, który w hucie był ślusarzem. Ponieważ opinia NSDAP była decydująca, należy przypuszczać, że obu wkrótce zwolniono z pracy. Oto – w tłumaczeniu na język polski – korespondencja kierownictwa „Silesii” z władzami NSDAP w sprawie Jana Wawocznego.

Rybnik, 31.10.1939

 

Do Powiatowego Kierownictwa NSDAP Rybnik

Prosimy o wystawienie opinii politycznej lub zaświadczenia o niezależności politycznej Jana Wawocznego, który jest u nas zatrudniony.

Rybnik, 12.01.1940
Powiatowe Kierownictwo NSDAP Rybnik

 
Jan Wawoczny z Rybnika jest polskiego przekonania. Nie należał ani do niemieckich, ani do polskich organizacji. Jego stosunek do niemczyzny był zawsze bardzo wrogi. Należy przypuszczać, że on nigdy nie będzie służył Rzeszy Niemieckiej. W stosunku do jego dalszego zatrudnienia istnieją zastrzeżenia.
 Kierownik NSDAP

Pismo NSDAP dotyczące Pawła Groborza

Pismo NSDAP dotyczące Pawła Groborza

Działacz lewicowy z okresu międzywojennego, Józef Zieleźny, wspominał w rozmowie z kolegami o nieuniknionej klęsce hitlerowskiego gada, za co wkrótce został aresztowany w swoim mieszkaniu w Wielopolu i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Gross- Rosen, gdzie zginął zamordowany przez Niemców.
Odpowiedzią na całokształt polityki okupanta, na terror i represje, była walka hutników polskich zmierzająca do osłabienia produkcyjno-zbrojeniowego potencjału III Rzeszy w pierwszym rzędzie, a w konsekwencji do ostatecznego wyzwolenia i zwycięstwa nad faszyzmem.
Olbrzymią rolę w walce z okupantem odegrała akcja sabotażowa. Spontanicznym, a jednocześnie masowym przejawem walki z hitlerowcami w hucie było celowe opóźnianie robót, zwolnione tempo pracy, co miało olbrzymie znaczenie przy wzrastającym zapotrzebowaniu na produkty zbrojeniowe.

Pismo dotyczące Pawła Sztuły

Pismo dotyczące Pawła Sztuły

Inną, bardzo skuteczną walką z okupantem stanowiły wszelkie akcje sabotażowe i dywersyjne, które w latach 1939-1941 miały w hucie na ogół charakter żywiołowy, były prowadzone przez część hutników samorzutnie w odpowiedzi na masowe i krwawe represje hitlerowców, którzy próbowali w ten sposób złamać ducha oporu i zmusić hutników do wydajniejszej i szybkiej pracy. Pomimo ciągłego nadzoru nie udało się Niemcom ustrzec przed akcjami sabotażowymi. Z dnia na dzień mnożyły się w hucie sabotaże, którymi polscy robotnicy na własnym odcinku pracy starali się przeszkodzić w funkcjonowaniu machiny wojennej. Codziennie niemal hitlerowcy stwierdzali obecność piasku i żelaznych opiłków w spalonych silnikach, co wyłączało na pewien czas maszynę z produkcji. Robotnicy celowo łamali noże tokarskie, wiertła, uszkadzali inne narzędzia pracy, dążąc w ten sposób do opóźnienia produkcji wojennej.
W samym Rybniku i na terenie ziemi rybnickiej działało w okresie okupacji wiele organizacji podziemnych, które łączył wspólny cel – walka z okupantem do ostatecznego zwycięstwa. Tworzone były przez przedwojennych działaczy robotniczych i ludowych niemal już od pierwszych dni okupacji hitlerowskiej. Jako przykład można wymienić następujące organizacje: Czerwona Pomoc, Polska Organizacja Powstańcza, Były Związek Rezerwistów, Siła Zbrojna Polska, Polska Tajna Organizacja Powstańcza czy Związek Walki Zbrojnej przekształcony w 1943 roku w Armię Krajową. Zasięgiem swojej działalności obejmowały one wiele zakładów przemysłowych istniejących na tym terenie. W hucie „Silesia” do Rewolucyjnego Ruchu Oporu należeli Franciszek i Agnieszka Dominowie. Robotnica Agnieszka Domin do chwili aresztowania pełniła w organizacji funkcję kurierki. W 1942 roku została aresztowana i osadzona w rybnickim więzieniu. Stamtąd wkrótce została wywieziona do obozu w Oświęcimiu-Brzezince, gdzie zginęła.
Na uwagę zasługuje również udział pracowników huty „Silesia” w walkach z faszystowskimi Niemcami na różnych frontach II wojny światowej, którzy poprzez swój wkład przyczynili się również do rozgromienia III Rzeszy. A oto kilka przykładów. W jednym z pododdziałów Pierwszej Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki walczył Leon Fojcik z Paruszowca. Wraz z 50-osobową grupą rybniczan wędrował Józef Kurpanik, który przez Bałkany dotarł do Syrii, by tam zaciągnąć się ochotniczo w 1940 roku do szeregów Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. W jej szeregach przeszedł szlak bojowy od Tobruku poprzez Monte Cassino. Podobną drogę odbył Jan Ościk. Wszyscy uczestnicy walk frontowych dokumentowali, że tamtędy też prowadziła droga do „wolnej” Polski.
Zgodnie z sporządzonym tajnym planem najbardziej wartościowe maszyny i urządzenia hutnicze zamierzano wywieźć w głąb Niemiec, pozostałe zaś mienie wysadzić w powietrze. Realizację tego planu, o którym wiedziało wąskie grono hitlerowców, przewidywano na ostatni moment przed opuszczeniem śląska. Dnia 20 stycznia 1944 roku gauleiter rejencji katowickiej, Bracht, wydał rozkaz wykonania przygotowanego wcześniej planu. W różny sposób starano się zapobiec w przygotowaniach do wywozu maszyn i urządzeń technicznych. Przechwytywano pocztę przeznaczoną dla dyrekcji, a zwierającą rozporządzenia hitlerowskie dotyczące akcji dewastacji i demontażu maszyn. W hucie „Silesia” dzięki ofiarności robotników udało się ukryć przed wywiezieniem w głąb Rzeszy kilkanaście silników. Nie udało się jednak zapobiec zniszczeniu w dużym stopniu zakładu oraz zagrabieniu części urządzeń.
Teren huty był ponad sześć tygodni w obrębie bezpośrednich działań wojennych. W samej hucie Niemcy urządzili punkt wypadowy dla swoich czołgów, natomiast w halach produkcyjnych i biurach zakwaterowano wojsko. Wycofujący się Niemcy spowodowali pożar kilku budynków, zniszczono urządzenia elektryczne i aparaturę laboratoryjną. Szacunkowe obliczenia szkód wyrządzonych przez hitlerowców w hucie „Silesia” według cen z 1939 roku wyniosły straty w wysokości 4 mln złotych.
W styczniu 1945 roku wojska radzieckie wkroczyły na teren powiatu rybnickiego, oczyszczając z wojsk hitlerowskich jego część wschodnią . Niemcy, aby nie dopuścić wojsk radzieckich do Bramy Morawskiej, która była dla nich jedyną drogą odwrotu, stawili zaciekły opór, w wyniku czego linia frontu ustaliła się na dwa miesiące w rejonie od Rybnika poprzez żory do Cieszyna. W rezultacie walk toczących się w tym rejonie Rybnik został wyzwolony dopiero 26 marca 1945 roku.

Valjean i Biker76

Bibliografia: ”Huta Silesia 1753-1978” Janina Molenda


Na tematy związane z „Hutą Silesia” można podyskutować na naszym forum.

Maj 192007
 

Część 3 historii bohaterskich harcerzy z Rybnika. Z poprzednią częścią można zapoznać się tutaj.

KOŻDOŃ JERZY, Urodzony 20.04.1934 r., w Rybniku. Aresztowany 25.06.1943 r. przez hitlerowców wraz z członkami rodziny, lecz przekazany do dyspozycji miejscowej policji. Zwolniony z posterunku policji ukrywał się – u krewnych do końca wojny. Po wojnie ukończył studia uzyskując dyplom inżyniera górnika. Pracował w Przedsiębiorstwie Robót Górniczych do przejścia na emeryturę. Działacz społeczny, radny w gminie Pawłowice*Wstęp do tragicznych przeżyć rodziny Kożdoniów wymaga przypomnienia wydarzeń z przeszłości nieco odleglejszej, a to z tej prostej przyczyny, że w latach 1918 do 1922 gdy Ślązacy walczyli o wolność w powstaniach śląskich i poprzez plebiscyt, dziwnym zbiegiem okoliczności walczyli z okupantem niemieckim – który zjawił się ponownie na polskiej ziemi w latach 1939 do 1945. W swoich patriotycznych sumieniach mieli więc zakodowaną potrzebę walki o wolność Ojczyzny – Ojczyzny śląskich Polaków! Jest i taki znamienny fakt, że wielu działaczy organizacji konspiracyjnej ZWZ/AK, w tamtej przeszłości roku 1919, należało do tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej – POW!

Paweł Kożdoń (ojciec), urodził się w Karwinie na Śląsku Cieszyńskim. Dzieciństwo spędził w Pielgrzymowicach, gdzie od dwóch pokoleń osiedleni byli jego przodkowie. Zgodnie z wolą swojego ojca, Paweł mimo że chciał zostać nauczycielem, musiał kontynuować tradycję rodzinną i podjąć pracę w górnictwie. Mógł zatem realizować swoje chłopięce marzenia – kupując książki za mozolnie zaoszczędzone grosze z bardzo skromnego kieszonkowego, i ucząc się grać jako samouk na skrzypcach, fisharmonii i trąbce. W okresie Plebiscytu, jako 31 letni już mężczyzna, wykazywał wyjątkową aktywność patriotyczną, skutkiem czego Niemcy nadali Mu przydomek „polski król”. Po powstaniach, z uwagi na nienajlepszy stan zdrowia, pracował w kopalni jako palacz. Doceniony był jako wielki społecznik, został wybrany na wiceprzewodniczącego Rady Zakładowej w kopalni, a także jako starszy (członek) Spółki Brackiej. Jak znamienne było to wyróżnienie, niech świadczy fakt, że funkcję Starszego Brackiego pełnił przez 3 kadencje po 5 lat – aż do wybuchu wojny w 1939 r. Został wybrany jako zastępca naczelnika gminy, a gdy naczelnik gminy szedł na urlop, wówczas Paweł brał urlop i zastępował naczelnika. Gdy powstał Związek Obrony Kresów Zachodnich, działał w tym związku. Do Jego kolejnych zasług zaliczyć należy i to, że był organizatorem „Sokoła”, wprowadzając w ten sposób formę zrzeszania się polskiej młodzieży, w miejsce dawniej działającego „Turnverein” – niemieckiego towarzystwa gimnastycznego. Był założycielem Towarzystwa Czytelni Ludowych na terenie Chwałowic. W skromnym mieszkaniu, jakie zajmowała jego rodzina w familoku kopalnianym (dwa pokoje i kuchnia), wygospodarował trochę miejsca na szafę biblioteczną i urządził wypożyczalnię książek dla miejscowej ludności.

Franciszka Kożdoń z którą Paweł ożenił się w 1914 r., mimo obowiązków w prowadzeniu domu i wychowywaniu licznego potomstwa, udzielała się także społecznie w Towarzystwie Polek i w Kole Przyjaciół Harcerstwa. Dodam, że córka i pięciu synów Kożdoniów, należało do Związku Harcerstwa Polskiego. Trudno o bardziej wyraziste przykłady propolskiej działalności, ale jakże brzemienne okazały się one w skutkach, gdy spadła na Polskę tragedia niewoli hitlerowskiej.

Tuż przed wojną, Paweł (ojciec) jako zastępca naczelnika gminy, bardzo negatywnie występował wobec działających w konspiracji volksbundowców1, – których wykaz udało mu się zdobyć w sobie wiadomy sposób. Wspomagali ojca w tej działalności antyniemieckiej nie tylko starsi synowie Franciszek, Władysław, ale także rodzina Tkoczów oraz Pukowców. Dlatego też, już w pierwszych dniach nastania okupacji hitlerowskiej, rodziny wymienione odczuły rewanż od miejscowych – hitlerowskich zwolenników. Okazywała bowiem wielką aktywność grupa donosicieli, którzy chcąc zrobić karierę, od pierwszych dni okupacji wskazywali na przedwojennych aktywistów, że robią coś niezgodnego z prawem. Wielu volksdeutschów, którzy już przed wojną nie ukrywali proniemieckich sympatii, z wejściem wojsk hitlerowskich do Polski, okazali się wyjątkowymi nikczemnikami! Władysław Kożdoń, był aktywnym członkiem drużyny harcerskiej, której drużynowym był nauczyciel chwałowickiej szkoły – Gawroński. Gdy Gawroński został powołany do wojska w 1939 r., licząc się z możliwością napadu Niemiec na Polskę, spakował kronikę harcerską oraz inne dokumenty do ocynkowanej skrzyni (zalutowanej), a następnie zakopanej na przykopalnianej działce Kożdoniów. Równocześnie jednak, zakopano tam drugą skrzynię drewnianą, w której były książki Pawła Kożdonia (ojca) o treści antyhitlerowskiej. Działkę tę Kożdoniowie dzierżawili od przedwojennych czasów – od Kopalni.

Miejscowy volksbundowiec – pałający zemstą wobec Kożdoniów, powiadomił gestapowców, że zakopano u nich w ogrodzie skrzynie z bronią i amunicją. Przeprowadzono dnia 10.09.1939 r. demonstracyjną akcję przeszukiwania ogrodu i odkopano owe skrzynie. Rozgłoszono jednak celowo pogłoskę, że w skrzyniach znajdowało się tyle broni i amunicji, że gdyby jej zawartość eksplodowała, cała kolonia wyleciałaby w powietrze. Chciano w ten sposób wyolbrzymić zawartość skrzyń, a zarazem wzburzyć miejscową ludność przeciw rodzinie Kożdoniów.

Zajście to, rozpoczynało serię tragicznych przeżyć okupacyjnych dla rodziny Kożdoniów, więc poświęcam mu nieco obszerniejszy opis – wg relacji Franciszka Kożdonia. Otóż, – w tym właśnie dniu 10 września w godzinach przedpołudniowych, znajdowali się na terenie działki ogrodowej – Paweł Kożdoń i jego syn Tadeusz. W pewnym momencie, niemal jak właściciele działki, weszli na nią dwaj „hilspolizaje2” w cywilnych ubraniach, z opaskami na rękawach marynarek – z widoczną hitlerowską swastyką, oraz z karabinami na ramionach. Okazując lekceważenie Pawłowi Kożdoniowi, zaczęli czegoś szukać, więc Paweł bardzo oburzony takim zachowaniem przybyszów, zapominając że rzecz dzieje się w okresie okupacji niemieckiej, w dosadnych określeniach powiedział co o owych „hilspolicajach” myśli. Oni jednak kontynuowali swoje poszukiwania. Natrafili wreszcie na miejsce, gdzie ziemia była mniej ubita więc kazali Pawłowi i synowi Tadeuszowi wybierać ziemię. Gdy odkryto dwie skrzynie (jedną blaszaną i zalutowaną a drugą drewnianą), „hilspolicaje” zapytali o Władysława, który według donosu, był sprawcą zakopania skrzyń. Pomocnik policji kazał Tadeuszowi przyprowadzić Władysława. Tadeusz i Władysław spotkali się „w drodze”, gdyż Władysław został w tym samym czasie wysłany przez matkę na działkę po warzywa. Gdy więc zjawili się na działce Władysław i Tadeusz, „hilspolizaje” wezwali gestapowców. Gestapo przyjechało samochodem – bagażówką, na której znajdowali się już wcześniej aresztowani Polacy. Kazali wejść do samochodu – ojcu Pawłowi Kożdoniowi i synowi Władysławowi pod zarzutem zakopania skrzyń. Tadeusza nie aresztowano, gdyż całą sprawę wziął na siebie Władysław. Zawieziono ich do więzienia w Rybniku, stamtąd do obozu jenieckiego w Zgorzelcu a następnie do Rawicza. 14.10.1939 r. obu przetransportowano do KL Buchenwald. Paweł Kożdoń (ojciec) został później przewieziony do Ravensbrück.

Matkę – Franciszkę Kożdoń, w wyniku ciągłych szykan przez miejscowych volksdeutschów, z czworgiem młodszych dzieci wyrzucono z familoków na bruk i dopiero po paru dniach znalazła schronienie w domu Tkoczów. Tkoczowie oddali Jej do dyspozycji jeden pokój, lecz na taką ilość osób był on za mały, więc córka Janina zamieszkała u sąsiadów Tkoczów o nazwisku File. Matka zabiegała o zwolnienie ojca z obozu, ale starania te były nieskuteczne. Wiosną 1942 r. otrzymała z KL Ravensbrück zawiadomienie o śmierci męża, że „zmarł na obrzęk lewego ramienia”.

Syn Franciszek, przebywał od 1937 r. na studiach politechnicznych we Lwowie. Właśnie we wrześniu 1939 r. przebywał na ćwiczeniach wojskowych, i w wyniku wybuchu wojny zwolniono uczestników ćwiczeń, lecz na uczelni zaczęły się między studentami konflikty na tle narodowościowym, postanowił więc wrócić do domu. Jego brat Józef tuż przed 1939 r. ochotniczo wstąpił do Wojska Polskiego, brał udział w kampanii wrześniowej i w domu zjawił się na początku 1940 r. Brata Tadeusza, wysłano na przymusowe roboty w głąb Niemiec, Józefa Kożdonia, gestapo aresztowało 1.05.1940 r. i wysłało do KL Dachau. Z tego obozu przekazany został dnia 26.06.1940 r. do KL Mauthausen, a 15.08.1940 do pracy w kamieniołomach w KL Mauthausen-Gusen, gdzie figurował jako numer obozowy 43706 i 5303.

Mieszkając u Tkoczów, Franciszek współpracował z Alfredem Tkoczem, – wykonując różne czynności konspiracyjne jakim całe rodzeństwo Alfreda się zajmowało. Spotykał się jednak dosyć często z Antonim Sztajerem3, z którym znał się od czasów szkolnych (siedzieli nawet w jednej ławce), więc wciągnięty został przez kolegę do działalności w organizacji konspiracyjnej ZWZ. Przed Sztajerem składał uroczystą przysięgę, – przed krzyżem i obok stojącymi świecznikami. Od tego momentu stał się pełnoprawnym członkiem Związku Walki Zbrojnej.

Członkowie ZWZ doświadczeni tym, jak miejscowi volksdeutsche i kolaboranci potrafią denuncjować Polaków pod byle pretekstem, zachowywali w swojej działalności bardzo wielką ostrożność. Spotykali się w bardzo wąskim gronie – w tak zwanych trójkach, które stanowiły trzy bardzo zaufane osoby. Franciszek przez dłuższy czas według tej reguły, „tworzył” taki zespół ze Sztajerem i Józefem Jaszkiem, ale przeszedł na studiach we Lwowie przeszkolenie wojskowe jako kapral, więc otrzymał polecenie zorganizowania plutonu – pełniąc funkcję dowódcy tego plutonu. Musiał w związku z tym przeprowadzać rozmowy z „pewnymi” kolegami – agitując ich do działania konspiracyjnego. Nie zdołał jednak utworzyć plutonu, gdyż aresztowanie przerwało Jego działania w tym zakresie.

Ze wspomnień Franciszka wynika, że dużo członków, gotowych na wielkie poświęcenie się dla walki z okupantem, trwało w oczekiwaniu na rozkaz do konkretnej czy wielkiej akcji. W Jego otoczeniu, działania ograniczały się do zrywania niemieckich afiszów, wykonywania w widocznych miejscach antyhitlerowskich napisów, wykonywanie drobnego sabotażu. Trwali w „oczekiwaniu” na ukształtowanie się prężnej organizacji, nie tak heroicznej o jakiej po wyzwoleniu się rozpisywano, ale prężnej na ówczesne możliwości. Podnosili „ducha polskości” w rozprowadzanych ulotkach, udzielali pomocy będącym w potrzebie znajomym Polakom. Przenosili w działalność organizacji ZWZ, system stosowany wcześniej w harcerstwie. Pamięta też, że w jakimś sensie byli nieufni wobec przemianowania ZWZ na AK. Myśleli, że AK będzie tworem organizacji o innym „odchyleniu” politycznym, pod zupełnie innym dowództwem i schematem organizacyjnym. Mimo, że ZWZ przemianowane było w 1942 r. na AK, fakt ten jeszcze do nich nie docierał. Bardziej liczyły się lokalne ambicje, że są członkami Związku Walki Zbrojnej, nie gorszymi od Armii Krajowej. Żyli w przekonaniu, że AK jest nowo utworzoną organizacją, do której mają się „przenieść”, więc bardzo się nad tym zastanawiali, a czas upływał na niezdecydowaniu i pewnej stagnacji.

W 1943 r. zwiększyły się represje okupanta wobec polskiej ludności. Prawdopodobnie z uzyskanej informacji w wyniku przesłuchań aresztowanych w lutym tegoż roku, miały miejsce aresztowania kolejnych konspiratorów z ZWZ/AK. Nazwisko Franciszka Kożdonia także dotarło do funkcjonariuszy gestapo, więc w nocy z 25 na 26 czerwca został aresztowany. Aresztowano wówczas także matkę – Franciszkę, braci: Pawła, Janka. Dopytywali się gestapowcy o siostrę Janinę której nie było z rodziną, a gdy matka oświadczyła że nie wie gdzie córka aktualnie przebywa, zaprzestano dalszych pytań o nią. Pewien problem zaistniał z najmłodszym bratem Jurkiem, gdyż miał zaledwie 9 lat, więc ostatecznie został zabrany przez szupoka (asystującemu podczas aresztowania) i odstawiony na posterunek policji.

Po przewiezieniu na gestapo, przetrzymano aresztowanych w piwnicy budynku przy ulicy Św. Józefa w Rybniku. Nie zdjęto im nawet założonych podczas aresztowania samozaciskających kajdanek. Synowie mieli ręce skute z tyłu, natomiast matka z przodu. Następnego dnia odtransportowano ich do więzienia śledczego w Mysłowicach. Spędzili tam aż trzy miesiące, a jak straszne było to więzienie, wiedzą dobrze ci, którzy w nim przebywali. Każde z czworga dzieci i matka byli zamknięci w innej celi.

W książce „Więzienia hitlerowskie na Śląsku, w Zagłebiu Dąbrowskim i w Częstochowie 1935-1945”, Śląski Instytut Wydawniczy, Katowice 1983 r., praca zbiorowa pod red. A. Szefera, tak oto jest przedstawiony przykład znęcania się nad więźniami jednego z oprawców więzienia w Mysłowicach – Kapo Józefa Chejczyka, uczącego regulaminu nowo przybyłych więźniów na oddziale I:„Tu jest lager w Mysłowicach, tu robi się wszystko na komendę. Jak usłyszysz swoje nazwisko, to krzyczysz z całej siły „hier”. Na pytanie, jak ci się powodzi, krzyczysz „gut”. Innych słów nie ma. Za każdą rozmowę więzień otrzymuje 25 bykowców. Jak cię wezwą na przesłuchanie, to zeskakujesz z łóżka, stajesz na baczność i meldujesz głośno „Herr Oberwachmeister, ein Mann zur Verneh-mung”. Po powrocie z przesłuchania stajesz w rogu celi na baczność i meldujesz głośno: „Herr Oberwachmeister, ein Mann von Vernehmung zurück”. Potem wskakujesz na łóżko i kładziesz się na brzuchu z rękami z boku”.
Do łóżek – jak zeznał więzień Erwin Met – trzeba było wskakiwać przepisowo. Po odliczeniu przez kalifaktora do trzech i okrzyku „Ruhe”! więzień musiał już być w łóżku. Jeśli ktoś potem jeszcze się poprawiał, bito go bykowcem i otrzymywał do 25 uderzeń. Na łóżkach trzeba było leżeć w pozycji „na baczność”. Nie wolno było poruszać nogami ani rękami. Za poruszenie się kalifaktor bił bykowcem. W ciągu dnia przez 2 godziny każdy więzień musiał leżeć bez ruchu, a co 2 godziny wzywano do raportowego zejścia z łóżek na komendę i ustawiania się w szeregu. W grupach po 10 więźniów kazano biec do ustępów z podniesionymi do góry rękami i następnie biegiem ustawić się z powrotem w tym samym miejscu. Przy wskakiwaniu do łóżek więźniowie ranili sobie nogi i głowy o drewniane prycze”.Franciszek Kożdoń przebywał w Mysłowicach na bloku nr 1, gdzie całymi dniami trzeba było leżeć na brzuchu. Bardzo wielkie wzruszenie wywoływały w Nim wszelkie wspomnienia o matce. Stąd, mówiąc o pobycie w Mysłowicach, nie osobiste przeżycia były dla Niego ważne, lecz pełna bólu troska o matkę, o to czy zdoła wytrzymać ciągłe leżenie na brzuchu i nieludzkie traktowanie. Przypuszczał że w całym więzieniu obowiązuje taki właśnie rygor.

Po zakończeniu przesłuchań, a zarazem po około trzech miesiącach przebywania w więzieniu w Mysłowicach, przetransportowano go dnia 6.09.1943 r. do KL Auschwitz, gdzie przy formalnościach rejestracyjnych wytatuowano mu na lewym przedramieniu numer obozowy 146601. 7.12.1944 r. transportem zbiorowym przesłany został do KL Buchenwald, gdzie otrzymał numer obozowy 30076.

Matka została przetransportowana do Birkenau dnia 20.07.1943, a po zarejestrowaniu otrzymała numer obozowy 50195., a po jakimś czasie transportem zbiorowym wysłana została do Ravensbrück, i dalej do Neustadt Glewe, gdzie zmarła dnia 29.01.1944 r. Siostrę Janinę także aresztowano 6.09.1943 r. i przewieziono transportem zbiorowym do KL Auschwitz-Birkenau, gdzie otrzymała nr 58417. W Birkenau zachorowała na tyfus, leżała długo w gorączce – nieprzytomna. Wyzdrowiała jednak dzięki pomocy współwięźniarek.

Janina Kożdoń przetrwała w obozie do ostatnich dni jego istnienia, a następnie była jedną z wielu więźniarek – męczenniczek, biorących udział w styczniu 1945 r. w ewakuacji obozu – w „marszu śmierci” z KL Auschwitz do Wodzisławia. Z Wodzisławia wysłana została transportem zbiorowym do Ravensbrück i tam doczekała się wyzwolenia przez wojska amerykańskie.

Pawła Kożdonia (syna), – po przesłuchaniach w więzieniu śledczym w Mysłowicach, przewieziono dnia 23.07.1943 r. do KL Auschwitz i po zarejestrowaniu otrzymał nr 130970. Najpierw pracował w „Zementkomando”, a następnie w „Zimmermannkomando4”. Dowiedziawszy się o zgonie matki, postanowił uciec z obozu, by pomścić śmierć rodziców. Udało mu się to w czasie alarmu lotniczego dnia 29.08.1944, gdyż przebywał wówczas w Auschwitz III – Buna5. Ucieczkę zorganizował samodzielnie, bez liczenia na pomoc z wewnątrz czy zewnątrz. Przygotował sobie schowek pod stosem desek na składowisku drewna, postarał się o drelichowe ubranie robocze z czerwonym pasem na plecach. Pas był na szczęście namalowany farbą łatwo zmywalną – do usunięcia. Do schowka pod deskami wszedł w czasie nalotu i tam usunął farbę z ubrania. Pod deskami przeleżał jedną noc – do następnej nocy. Największy lęk przeżywał, gdy podczas przeszukiwania terenu za zbiegiem, obok jego schronienia (pod deskami) przechodzili SS-mani z psami. W drugą noc po ucieczce wyszedł z ukrycia pod osłoną ciemności nocy i przedostał się na tory kolejowe. Udając robotnika torowego kontrolującego szyny – z kluczem (do dokręcania nakrętek szyn kolejowych) w ręce, przedostał się w okolice Pszczyny. Tam znalazł pomoc u rodziny nauczyciela z Chwałowic – Wojciecha Tomasza. Przebywając u Wojciechów, otrzymał ubranie cywilne od Czesława Kempnego – brata matki. W ubraniu tym przedostał się do Pielgrzymowic w powiecie pszczyńskim. Tam ukrywał się przez kilka tygodni u krewnych ojca, u krewnych matki i znajomych w Pruchnej oraz Bziu Zameckim.

Oswoiwszy się z wolnością, udało się Pawłowi nawiązać kontakt z kompanią konspiracyjnej organizacji ZWZ/AK działającej w powiecie rybnickim, której dowódcą był Antoni Sztajer. Grupa ta przeprowadzała w owym czasie akcje sabotażowe, zdobywanie kartek żywnościowych, broni itp.

Gdy któregoś razu Sztajer otrzymał informację, że u hitlerowca Szewczyka, mieszkającego w Chwałowicach – na osiedlu Brzeziny, znajduje się broń, grupa partyzantów otrzymała polecenie zdobycia tej broni. W akcji brał udział także Paweł. Poszedł pierwszy – celem przeprowadzenia rozeznania, jednak trafił fatalnie, gdyż u Szewczyka przebywało akurat pięciu silnie uzbrojonych szupoków. Paweł posiadał tylko dwa pistolety. Gdy go zauważono, wywiązała się strzelanina, w wyniku której serią z automatu został ranny w nogę. Strzelał do ostatniego naboju, przy czym ostatni nabój zostawił dla siebie. W czasie walki zginął także jeden Niemiec, a drugi został postrzelony w kolano. Paweł Kożdoń zginął śmiercią bohaterską, osłaniając 12.12.1944 r. odwrót swojego oddziału.

W dniu pogrzebu Pawła, którego zakopano pod płotem miejscowego cmentarza, Hitlerjugend6 urządziło demonstrację siły w Chwałowicach, a kulminacyjnym punktem demonstracji było spalenie i rozbicie pancerfaustem7 domu Tkoczów, w którym i Kożdoniowie mieszkali do czasu aresztowania tj. do 1943 r.

Po kilku miesiącach – w wyzwolonej już Polsce, mieszkańcy Chwałowic urządzili Pawłowi Kożdoniowi uroczysty pogrzeb. W harcerskim namiocie ze strażą powstańców i harcerzy, wystawiono trumnę z jego zwłokami, zanim pochowano go na honorowym miejscu cmentarza w Chwałowicach.

Najmłodszy z aresztowanych – Janek Kożdoń, nie był członkiem ZWZ ze względu na swój młody wiek. Często jednak to on pomagał Franciszkowi w dostarczaniu informacji konspiracyjnych do różnych zaufanych osób. Aresztowany wraz z pozostałymi członkami rodziny i przewieziony do Mysłowic, po zakończeniu cyklu przesłuchiwań, został przetransportowany 30.07.1943 r. do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 132125. Był zatrudniony w „Nowej Pralni” na nocnej zmianie. Wraz z innymi więźniami roznosił mokrą bieliznę po blokach i rozwieszał ją na strychach tych bloków. Pracował także w Gemajnszaftslager8 – dla pracowników cywilnych, w Deutsche Ausrüstungswerke9. W dniu 24.06.1944 r. transportem zbiorowym dostał się do Buchenwaldu, gdzie spotkał brata Władysława, przebywającego tam od września 1939 r. Nieco później dotarł transportem zbiorowym do Buchenwaldu drugi brat – Franciszek.

Wiosną 1945 r. KL Buchenwald został wyzwolony przez wojska amerykańskie. Jakże wyczekiwali Franciszek, Władysław i Janek Kożdoniowie na klęskę hitlerowskiego zwyrodnialstwa. Nadzieja ta była główną ostoją spędzanych w obozach godzin, miesięcy i lat męczarni, aż – … nastał dzień wyzwolenia. Wielu jednak nie doczekało wolności.

Czy mogli się cieszyć, skoro przeżyte doświadczenia nakazywały niedowierzać, że to piekło na ziemi mogło przestać istnieć. Za bardzo przyzwyczajeni byli do cierpień, które musieli znosić jeszcze wczoraj, nadal żyli świadomością o utraconych najbliższych – którym nie było dane doczekać dnia wyzwolenia. Czy tak łatwo można uporać się z własnymi okaleczeniami? Każdy z więźniów marzył przecież o dożyciu dnia, kiedy się skończy piekło obozowej egzystencji, o powrocie do swoich domów, do bliskich, do normalnego życia. Gdy natomiast otwarły się bramy i przyszła wolność o której marzyli, nie potrafili się z tą prawdą uporać! Pojawiły się pytania: czy pozbędą się snów i widoków, które w obozie były jawą – o ogrodzeniu w którym płynął prąd elektryczny, o komorach gazowych, o krematoriach w których palenie zwłok było codzienną rzeczywistością? Czy wyzbędą się odczucia pokory wobec władzy absolutnej, jaką stanowiły potwory z SS? Czy będą umieli oddychać normalnym powietrzem, gdy tam w obozie oddychało się dymem i swądem z palonych ciał?

Trzej bracia Kożdoniowie – Władysław, Janek i Franciszek, mieli niestety świadomość, że ich rodzina nie spotka się w tym samym składzie osobowym. Ich rodzina została rozbita, zniszczona. Zginął ojciec, matka, brat Paweł, a i losy pozostałego rodzeństwa – siostry Janiny, braci Józefa i Jurka były nieznane. Czy przeżyli? Wróciwszy wreszcie do Chwałowic w maju 1945 r., los oszczędził im dalszych przykrych niespodzianek. Przeżyli obóz Janina i Józef, żył i najmłodszy z braci Jurek, Franciszka powitała zdrowa i cała – narzeczona. Udało Im się jakoś pozbierać psychicznie, a po czasie i fizycznie. Zawzięli się by żyć na miarę tego jak pragnęli tego rodzice.

Jerzy Klistała