Małgorzata Płoszaj

Kwi 012016
 

Zgony 1911 (1)Czasem kopiąc w archiwach można znaleźć stary dokument, który intryguje i nie daje spokoju i człowiek stara się czegoś dowiedzieć więcej, by jakoś wyjaśnić sekrety takiego kawałka papieru.  Niestety wielokrotnie się zdarza, że tajemnica pozostaje tajemnicą i nie udaje rozwiązać zagadki, która może się kryć pod zdaniami napisanymi czyjąś ręką na pożółkłej kartce.

Tak miałam i w tym przypadku, który chcę Wam opisać. Od czasu do czasu jeżdżę do Archiwum Państwowego, by sobie dokumentować dzieje rybnickich Żydów. Kanapki, mineralka, jabłuszko, aparat i heja do Raciborza. Tam, w spokoju i w miłym towarzystwie pomocnych archiwistów, przeglądam akta urzędu stanu cywilnego dla miasta Rybnika i wyłuskuję te, które dotyczą obywateli wyznania izraelickiego. W zasadzie polega to na szybkim wertowaniu byczych ksiąg i wyszukiwaniu słowa: Religion. Protestantom i katolikom z reguły nie robię zdjęć, bo nie są w moim kręgu zainteresowań. Karczycho boli, kręgi w nim trzaskają, zarazki ze starych ksiąg wchodzą w płuca, ale co tam – ma się mus w głowie i się to robi i tyle. Księga za księgą, rok za rokiem, urodzenia, małżeństwa, zgony. Czasem przy kimś się dłużej zatrzymuję, czasem zrobię mu więcej zdjęć, na ogół jednak lecę na akord. W domu dopiero jest czas na analizowanie i zastanawianie się.

Tak było i tym razem. Poprosiłam o księgę zgonów za rok 1910, potem 1911. W obu akta spisane po polsku, podpisane „w zastępstwie Weber”. WeberW tamtym okresie byliśmy miastem niemieckim, więc widać, że były przepisywane jakiś czas później.  Gdyby nie ten polski, to być może szukałabym jak zwykle tylko słowa Religion. A tak, zaczęłam czytać. No i zastanawiać się. Tu akt zgonu z psychiatryka, tu z Juliusza, tu ze szpitala brackiego. Nagle patrzę… wyznanie grekokatolickie. U nas? No, ki pieron? Czytam: 27 lutego 1911 roku Administracja lecznicy Spółki Brackiej zawiadamia pismem z dnia 25 lutego 1911 r., że górnik Iwan Wachulla, w wieku 28 lat, greko katolickiego wyznania, zamieszkały w Niedobczycach powiat Rybnik, urodzony w Jarzowie powiat Jaworów w Galicji, żonaty z Marią rodzoną Jaworzek (?), syn rolnika Wasyla Wachulla, zamieszkałego w Jarzowie i jego żony Joanny, nazwisko rodowe nieznane, zmarłej i nieznanego ostatniego zamieszkania, umarł w Rybniku w lecznicy Spółki Brackiej, dnia dwudziestego piątego lutego 1911 r., po południu o godzinie drugiej i trzy kwadranse.

Zgony 1911 (29)

widokSuche fakty. 28-letni  Iwan syn Wasyla. Górnik z tak daleka. Co go przygnało do kompletnie innego kraju jakim, w porównaniu z Galicją, były Niemcy? Zapewne praca. Jak odnalazł się w obcym dla siebie środowisku? Na pewno nie było mu łatwo. Czy przyjechał z żoną? Kto wie… Na której grubie pracował? Pojęcia nie mam. Można typować, że na Römer-Grube, skoro mieszkał w Niedobczycach. Puszczając dalej wodze fantazji można nawet przyjąć, że na naszym niedawno odnowionym Ignacym. Jeśli mieszkał  tu ze swoją Marią, to może przechadzał się z nią po śląskich polach i opowiadał jej o tym jak ciężka jest praca na dole? Czy Hanysy zapraszały po szychcie swego ukraińskiego kolegę na sznapsa? Czy chodził z nimi na piwo? A może koledzy straszyli go utopcami? Czy Skarbnik się takim dalekim przybyszem zaopiekował i czuwał nad nim, gdy ten zaiwaniał w przodku?

Na pewno miał problemy z praktykowaniem religii. Grekokatolików u nas nigdy nie było, więc i nigdy cerkwi tu nie wybudowano. Mieścina, z której pochodził Iwan właściwie nazywa się Jażów. Były (no i są) dwie wsie o tej nazwie – Jażów Nowy (Новий Яр) i Stary (Старий Яр). Bez względu na to, w którym Jażowie Iwan się urodził, to podlegał diecezji lwowskiej. Jak podaje Internet, księgi metrykalne  parafii wyznania greckokatolickiego z archidiecezji lwowskiej się zachowały, więc te jażowskie też. Jazow StarySkoro nasz ukraiński górnik urodził się w którymś Jażowie, to na pewno przed przyjazdem na Śląsk chodził się modlić do drewnianej cerkwi p.w. św. Paraskewy. Nowy Jażów to wieś, która liczy obecnie 65 mieszkańców i raczej należy przyjąć, że nie ma tam już rodziny Iwana, bo wieś chyba jest na wymarciu.  Stary Jażów jest o wiele większy, bowiem zamieszkuje go prawie 1330 obywateli. I tu Internet mi sugeruje, że tam krewni Iwana, zmarłego w Rybniku w 1911 r., mogą mieszkać. Otóż, można założyć, iż jego nazwisko po przyjeździe do nas zniemczono. I z Wachuły, bowiem uważam, że tak się nazywał, zrobiono Wachullę. „Ł” w niemieckim języku nie istniało, a w ukraińskiej mowie jest ono często słyszalne.

Roman WachulaO Wachułach w Jażowie Starym wspominają strony genealogiczne oraz… Wikipedia. Tak, tak! W Jażowie Starym urodził się w 1985 r. Roman Ihorowycz Wachuła ukraiński futsalista (cokolwiek to oznacza), reprezentant tego kraju na Mistrzostwach Europy i Świata, a nawet zawodnik jednej z polskich drużyn ekstraklasy w tej dziedzinie sportu.

Z Jażewa Starego pochodził też żołnierz 24. Brygady Zmechanizowanej, nota bene też Iwan Wachuła, zabity w walkach pod Donieckiem w 2014 r. Może ów Iwan, odcięty przez separatystów w tzw. „kotle” w pobliżu Ługańska, dostał imię po naszym Iwanie? Ponoć był bardzo lubianym skromnym starym kawalerem, mieszkającym z matką. Na jego pogrzebie była cała wieś. O pogrzebie niedobczyckiego Iwana nic nie wiemy.

Widzicie, ile można ciekawych wiadomości odkryć, analizując tylko jeden akt zgonu. Niestety, wiele rzeczy pozostanie owianych tajemnicą, jak choćby to, na co zmarł nasz Iwan, czy może uległ wypadkowi na dole? Nie wiemy gdzie został pochowany, czy na jego pogrzebie było dużo ludzi i czy pozostawił jakieś dzieci. Gdyby tak totalnie już pofantazjować, to można przyjąć, że dzieci miał, żona z nimi wróciła w swoje strony, a futsalista to jego prawnuk. Bardziej smutną wersją byłoby założenie, iż jego wnukiem był żołnierz, pochowany na cmentarzu we wsi, w której urodził się bohater mojej opowieści –  ukraiński górnik Iwan Wachuła vel Wachulla, o śmierci którego 105 lat temu poinformowała administracja Lecznicy Brackiej w Rybniku.

Aaa, nie bierzcie całej opowieści tak całkiem na serio. W końcu dziś Prima Aprilis 😉 Wszystkie trzy postacie są prawdziwe (górnik Iwan, futsalista Roman i żołnierz Iwan). Prawdziwe są również fakty z życia żołnierza i futsalisty, no i akt zgonu górnika. Reszta to bujanie w obłokach, które czasem jest potrzebne  :mrgreen:

Małgorzata Płoszaj

Fotografia drewnianej dzwonnicy przy cerkwi w Jażowie pochodzi z serwisu Narodowego Archiwum Cyfrowego, zaś zdjęcie Romana Wachuły ze strony http://futsal.sport.ua/news/130575 .

Mar 082015
 

Dzień Kobiet… a ściślej Międzynarodowy Dzień Kobiet ustanowiono ponad 100 lat temu. Nie interesują nas polityczne aspekty tego święta a jedynie panie, którym ten dzień jest poświęcony i którym dedykujemy nasz kolejny album. Dzięki zdjęciom, które przesłaliście do nas oraz dzięki przekopaniu własnych zasobów, Zapomniany Rybnik może pokazać najpiękniejsze z pięknych, czyli nasze rybniczanki.

Zaczynamy od bardzo znanego obrazka. Większość naszych czytelników go kojarzy. To rybniczanki-emancypantki. Ta stara pocztówka pokazuje jak śmiałe były mieszkanki naszego miasta i jak dobrze radziły sobie z nowymi technologiami. Do sklepu Noah Leschczinera podjeżdżały po ciuchy automobilem  :mrgreen:

emancypantki

 ____________________________________________________________________________

Skoro zaczęliśmy od najbardziej reprezentacyjnej ulicy miasta, na której rybnickie elegantki zaopatrywały się w stroje, to pokażemy jak wyglądały, gdy już były wystrojone i niezwykle eleganckie. Zdjęcie przesłała nam pani Małgosia. I znowu widzimy tłumy na ulicy Sobieskiego. Ehh, czy to se vrati?od Malgosi Mioduszewskiej

 ____________________________________________________________________________

Cztery niesamowite zdjęcia dostaliśmy od pana Mariana. Nie wiemy kim są panie z tych zdjęć, ale czujemy, że to były niezwykłe kobiety. Najpierw dwie gracje w strojach jesienno-zimowych. Jak widzicie kapelusze były obowiązkowe w tamtych czasach.

od Mariana Grodonia 3

 

Dwie kolejne rybniczanki to dziewczyny na luzie, czyli fajne, zwyczajne i bez pozy. Nam bardzo podoba się pani w sukience w groszki siedząca na stopniach domu pod winoroślą. Ponoć to gdzieś na Meksyku zrobiono. Widzicie te klaperlacze? Genialne!

od Mariana Grodonia 1

Relaks w fotelu…

od Mariana Grodonia 2

Ostatnie zdjęcie od pana Mariana, to grupa pań siedząca pod budynkiem starostwa. Być może pracownice tego urzędu. Super, nie?

od Mariana Grodonia 4____________________________________________________________________________

Donata przesłała nam 4 fotografie swojej cioci Hildegardy. Ciocia przyszła na świat na Emmie (dziś to Radlin), ale wiele lat pracowała i mieszkała w Rybniku. Jak zobaczycie Hildegarda była bibliotekarką – pracowała m.in. w bibliotece przy ul.Kościuszki (poniższe zdjęcie zrobiono w innej bibliotece). Ktoś jeszcze pamięta w którym  budynku była biblioteka na Kościuszki?

Hildegarda od Donaty 1

Hildegarda od Donaty 2

 

A tu zwracamy uwagę na fryzurę cioci Hildegardy. Zdjęcia zrobiono pod koniec lat 40-tych XX wieku.

Hildegarda od Donaty 3

 

Hildegarda od Donaty 4_______________________________________________________________________________

Były emancypantki, elegantki, intelektualistki, zalotne panienki. Czas na coś, co dla większości kobiet jest najważniejsze w życiu, czyli macierzyństwo. Na zdjęciu chwałowiczanki z dziećmi. Fotografię wykonano w połowie lat 30-tych.

chwalowiczanki

 

____________________________________________________________________________

Macierzyństwo to wynik miłości. A takim uczuciem na pewno była darzona babcia pani Marty, gdy fotograf cykał zdjęcie.  Marta tak do nas napisała: „

Jako załącznik przesyłam Wam zdjęcie mojej babci – Aleksandry „Oleńki” Ptaszyńskiej. Babcia na tym zdjęciu ma około dwudziestu lat. Chyba wtedy już znała dziadka Stanisława, bo ma taki błysk w oku, jaki mają zakochane i szczęśliwe kobiety. Niestety, nie ma jej już wśród nas… Zmarła w kwietniu ubiegłego roku, ale zostawiła wiele pięknych wspomnień….” Ocieram łezkę wzruszenia. Pani Marto, babcia na pewno teraz patrzy na niebiańskiego laptopka i się tak samo pięknie uśmiecha, bo rozpiera ją duma z wnuczki. A dziadka znamy i serdecznie pozdrawiamy 🙂

Babcia Oleńka Aleksandra Olenka Ptaszynska

___________________________________________________________________________

Następna zakochana rybniczanka to mama Anastazja. Marianie, po raz kolejny dziękujemy Ci za zdjęcia! Mamę miałeś szlangówę!

Anastazja Fojcik od Mariana

 

_______________________________________________________________________________

Z zasobów własnych wykopaliśmy trzy wizerunki kobiet, które należały do klanu, który żył w Rybniku i służył mu przez prawie 150 lat. To trzy panie Haase. Pierwsza – Eva raczej nie należała do urodziwych  😉 Co nie przeszkodziło jej zostać żoną jednego z Pragerów.

Haase Eva

Następna pani, to Bertha Haase – żona Juliusza, któremu zawdzięczamy największy rybnicki park, czyli Hazynhajdę. Bertha nie była rybniczanką z urodzenia, a z zamieszkania. Pochodziła z Krotoszyna. Eva ze zdjęcia powyżej była ciocią męża Berthy.

Haase Berta Ruhmann zona Julisza

 

 

Ostatnia z pań Haase, to Sonia. Sonia była synową eleganckiej Berthy, bowiem wyszła za mąż za ostatniego z rybnickich Haasych – Feliksa. Na zdjęciu Sonia (oficjalnie Sara) stoi ze swym małym synkiem Fritzem. Jak widzicie zdjęcie zrobiono 110 lat temu w pracowni mistrza Otto Schwittay’a.

Haase Sonia 1905 rok______________________________________________________________________________

W tym samym atelier uchwycono dwie nastolatki, o których niczego nie wiemy, za wyjątkiem tego, że są urocze i chyba były siostrami.

Otto Schwitay Atelier________________________________________________________________________________

Do uśmiechniętej babci Oleńki przysiadła się Babcia Ania. Nasz forumowy kolega tak ją opisał: „Moja Babcia Ania, która zmarła przed 2 laty. Za jej dobroć, mądrość i bezgraniczną miłość św. Pyjter pewno na rękach ją nosi.”  Na 100%! Ze zdjęcia widać, że była niesamowicie sympatyczna, więc ją w niebie uwielbiają.

Babcia AFRO

 ______________________________________________________________________________

Trzy dziewczyny, z których jedna to też Babcia. Tym razem to Babcia naszego kolegi Alojza 😉 Łatwo odgadniecie która to Salomea, gdy porównacie zdjęcie przed kościołem z następną fotografią .

Babcia Alojza

Salomea solo i poważnie.

Babcia Alojza 2________________________________________________________________________________

Teraz będzie smutno. Przedstawiamy Wam dwie rybniczanki, których za bardzo nie ma kto wspominać. Obie zginęły w obozie zagłady. Pierwsza to Geila Majerowicz, rybniczanka z wyboru, mieszkała przy ul.Powstańców. Niezwykłej urody była, nieprawdaż?

Geila Mayerovich

Druga, już o mniej intrygującej twarzy, to Flora Kaiser. Rybniczanka od pokoleń, miała kamienicę przy ulicy Sobieskiego.

Kaiser Flora_______________________________________________________________________________

Coś z zasobów pewnego serwisu aukcyjnego. Uczennice szkoły prowadzonej przez Urszulanki. Nie ośmielam się komentować.

Urszulanki 2_______________________________________________________________________________

Dziewczyny idące ulicą Zamkową wyglądają na niezwykle zadowolone. Chyba fotograf był szykowny 😉 Jak one przeżyły to, że miały te same płaszczyki?

Ogrodzenie synagogi

 

___________________________________________________________________________

I na koniec pytanie do panów rybniczan. Wolicie brunetki czy blondynki?

Mezczyzni wola blondynki

Czyż rybniczanki nie są równie piękne co gwiazdy z Hollywood? Na ostatnim, czyli ponownie bardzo osobistym zdjęciu, przyjaciółki jako druhny.  Moja Mama – rybniczanka z wyboru i moja przybrana ciocia Ela – rybniczanka z urodzenia. Zdjęcie z końca lat 50-tych. mama i ciocia Ela

Druhny mają bukiety z goździków, które dziś znowu wracają do łask tak samo jak i Dzień Kobiet. Wszystkim paniom rybniczankom życzmy, by zawsze były uwielbiane, szanowane i podziwiane tak, jak dziewczyny z naszego albumu.

Dużo dobrego od zespołu Zapomnianego Rybnika! gozdzik

Dziękujemy czytelnikom i fanom za nadesłane zdjęcia. Gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć nasz poprzedni album, to znajdzie go tu: Wielki album zakochanych rybniczan. Tam też pokazywaliśmy przecudne dziewczyny 🙂

 

Lut 142015
 

Walentynki… ani śląskie, ani polskie święto, ale jednak już na tyle zadomowione, że należy przestać się na nie obruszać. Poza tym skoro ma ono promować miłość i kochanie się, to mówimy dobra 😉  niech będzie.

Nie chcieliśmy jednak robić z okazji tego dnia jakiejś kiczowatej i serduszkowej atrakcji, ale coś co wpisze się w nasze pasje i sposób patrzenia na otaczający świat. Dlatego też kilka dni temu poprosiliśmy naszych fejsbukowych fanów o nadsyłanie starych zdjęć, na których są kochający się rybniczanie. Po cichu marzyliśmy o większym zainteresowaniu naszymi planami stworzenia Wielkiego albumu zakochanych rybniczan, ale nie narzekamy i bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy nam zaufali i przesłali zdjęcia pradziadków, dziadków, rodziców, czy też innych rybniczan. To dzięki Wam możemy przedstawić zakochane (czy zawsze?) pary.

Zapraszamy!

Na początek zdjęcie przesłane przez pana Stanisława, a na nim jego babcia Rozalia i dziadek Wincenty spacerujący przed wojną ulicą Sobieskiego. Uwielbiam to zdjęcie! Jaki Rybnik był pełen ludzi w niedzielę!

1

 

_______________________________________________________________________________

Kolejne dwa zdjęcia nadesłał nam Alojz. Na pierwszym jego dziadkowie na zdjęciu ślubnym z początku lat 40-tych ubiegłego wieku…

2

… na następnym zaś rodzice żony w 1970 roku (kiedyś to dziewczyny miały nogi!). I nieśmiertelne w tamtym czasie goździki  :mrgreen:

3

____________________________________________________________________

Z czasów wczesnego Gierka przenosimy się do późnych lat 20-tych XX wieku. Heinrich und Anna, czyli wujek Henryk i Tante Ana. Do końca życia ciotka Ana liczyła po niemiecku  😀 Była silnym charakterem, w odróżnieniu od delikatnego i niezwykle ciepłego wujka… był piekarzem i smak jego kołoczyków pamiętam do dziś.

4

Heinrich miał brata, który chyba kochliwy był, bo raz z jedną dziewczyną, a raz z wieloma…

moje (2)

 

Popatrzcie na te zalotne spojrzenia dziewczyn. Jeden z młodych mężczyzn to właśnie brat Heinricha-piekorza. Czasem więcej miłości, czy choćby delikatnego flirtu widać na zdjęciach, których nie robił zawodowy fotograf w swoim atelier.

5________________________________________________________________________________

Marian, którego serdecznie pozdrawiamy, czasem podsyła nam takie zdjęcia, że tygodniami kombinujemy, gdzie je zrobiono. Tak na pewno będzie i w tym przypadku. To ślub w latach 1945-1948 w Rybniku.

Marian F

Od Mariana mamy też zdjęcie jego rodziców, czyli Anastazji i Pawła (ok.1950 r.)

Anastazja i Pawel

______________________________________________________________________________

Dla równowagi zdjęcie z randki pod wiaduktem. Jest niezwykłe i chyba pierwsze dotychczas, na którym widać zakochanie. Na pewno zrobiono je w czasie II wojny. randka

________________________________________________________________________________

Aż 4 zdjęcia dostaliśmy od pani Katarzyny. Najstarsza fotografia wyszła z zakładu samego Otto Shwittay’a. To ślubne zdjęcie Antoniny i Augustyna Wieczorków, czyli pradziadków pani Katarzyny. Wzięli ślub  25.01.1922 r.

6

 

Antonina i Augustyn po 25 latach pożycia wyglądali tak:

7

Ich córki brały śluby dzień po dniu w lutym 1949 roku. Delikatna Gabriela z poniższego zdjęcia 64 lata temu założyła firmę FOTO-Hojdys, istniejącą do dziś przy ul.Gliwickiej 8.

8

9

Pani Kasiu! Bardzo, bardzo dziękujemy za te fotografie!

__________________________________________________________________________

Teraz pokażemy hit! Pani Agnieszka przesłała nam zdjęcie ślubne pradziadków (para z prawej), ale również zdjęcie prababci z galanem, jak byśmy to określili, który zabiegał o jej względy zanim pokochała innego i wyszła za niego za mąż.

galan

od Agnieszki_____________________________________________________________________________

Trzy zdjęcia par z Orzepowiec mamy od naszego kolegi z forum. AFRO! Dzięki 😉 To podkolorowane jest super! Na nim Klara i Ludwik Ogonowie (ok. 1950 r.). Klara ma kapitalną fryzurę, a Ludwik ciut wystraszony. Sukienki zazdroszczę, bo jest tak klasyczna, że można w niej śmiało iść nawet teraz na wesele.

od AFRO (2)

Maria i Bronisław Witoszowie (ok. 1950 r.) – Maria była chyba u tej samej fryzjerki.

od AFRO (3)

I najstarsze z przekazanych przez AFRO, bowiem z 1925 r. Na tej fotografii Agnieszka i Franciszek Ogonowie.

od AFRO (1)

____________________________________________________________________________

Na pewno najstarsze walentynkowe zdjęcie to jest te poniżej. Para ze zdjęcia to Regina i Isidor Jacobowitz. Rybniczanką była tylko Regina – jej rodowe nazwisko to Aronade. Fotografię zrobiono w Rybniku, krótko po ich ślubie, który miał miejsce 18 marca 1890 r. w rybnickiej synagodze.

Regina  Aronade i Isidor Jacobowitz

_______________________________________________________________________

Na koniec bardzo osobiste zdjęcie, bowiem są na nim moi rodzice. Byli wtedy młodym małżeństwem. Fotografię zrobiono ponad 50 lat temu w trakcie spływu po Dunajcu.

moje (3)

 

______________________________________________________________________________

Jeszcze raz dziękujemy wszystkim, którzy odpowiedzieli na nasz apel i zapraszamy do oglądania oraz komentowania. Równocześnie wszystkim naszym fanom życzymy dużo dojrzałej miłości, jak i  tych motylków w brzuchu, które mogą świadczyć o wstępnej fazie zakochania.  KOCHAJMY SIĘ  😀

 

Małgosia vel __hipcia

Lis 242014
 

rabin Daniel Fraenkel (1)

Gdy w styczniu tego roku temu zaczynałam szukać informacji o rybnickich rabinach wydawało mi się, że jestem w ciemnej d…   :oops: i za Chiny Ludowe nie znajdę ciekawych informacji, które nadawałyby się na konferencję o życiu religijnym w naszym mieście, czy też na mini artykulik w internecie.

Jednak dzięki temu internetowi i dobrym ludziom internautom (tu dziękuję Beacie, Donacie i Klimkowi) udało mi się w przybliżeniu odtworzyć życiorysy naszych siedmiu rabinów, wyszukać wiele niezwykłych dokumentów (niestety ich pokazanie wymagałoby wyłożenia parę setek dolarów z uwagi na konieczność opłacenia praw do publikacji, więc ich tu nie zobaczycie), a nawet znaleźć potomków czy dalszych krewnych kilku z nich. Do dwóch z rabinów poczułam ciut więcej sympatii dlatego założyłam im osobne szufladki z notatkami.

Jedną z nich otwieram w tą ponurą listopadową noc, bo właśnie w listopadzie 1821 roku, czyli 193 lata temu, urodził się:

                                                                    Daniel Fraenkel rybnicki rabin w latach 1855-1879

Daniel przyszedł na świat w pobliżu Rybnika czyli w Żorach, gdzie jego ojciec Hirsch był kupcem. Hirsch z żoną Leą mieli trzech synów, ale myślę, że tylko Daniel miał ciągoty do nauki. Przynajmniej ja sobie stworzyłam taki obraz Daniela-kujona, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Całe jego późniejsze życie oraz to jak wykształcił dzieci potwierdza moją teorię. To musiał być niezwykle ambitny zdolniacha, który chciał zostać rabinem. Szkołę elementarną skończył w Żorach i po bar micwie, w wieku ok. 14 lat opuścił rodziców i wyjechał do Wrocławia, by dalej się uczyć w gimnazjum, którego ani w Żorach, ani Rybniku nie było.

rabin Daniel Fraenkel (7)Dziewiętnastowieczny Wrocław to był ważny ośrodek dla chcących pogłębiać wiedzę. Również i dla młodych żydowskich chłopców marzących o byciu rabinem.

Daniel zamieszkał w stolicy prowincji śląskiej w niezwykle ciekawym czasie. Wtedy bowiem doszło w tamtejszej gminie do rozłamu, w wyniku którego we Wrocławiu wybierano dwóch naczelnych rabinów – konserwatywnego i liberalnego (postępowego). Pierwszym liberalnym rabinem został wówczas Abraham Geiger – wybitny żydowski teolog i orędownik judaizmu reformowanego, którego wybór wielce zaniepokoił ortodoksyjne środowiska i wielu kaznodziei. Jednym z jego przeciwników był m.in. ówczesny rabin rybnicki Lazarus Karfunkel, poprzednik naszego Daniela, który w tamtym kończył wrocławskie gimnazjum i przenosił się do Berlina.

 

Tam rozpoczął studia na królewskiej szkole talmudycznej oraz w kolegium nauczycielskim. Tam też został uczniem wielkiego ortodoksyjnego rabina Elchanana Rosensteina, który po jakimś czasie z nauczyciela stał się jego teściem. Daniel bowiem poślubił jego córkę Julię- młodszą od siebie o 9 lat. I znowu tak sobie wymyśliłam, iż Rosenstein wybrał na zięcia najlepszego ze swoich studentów  ;-) Mistrz wybrał sobie zięcia rabina. W kontrakcie zaręczynowym zobowiązał się do zapewnienia córce posagu w wysokości 1000 Reichstalarów. Zanim jednak doszło do ślubu Daniel przez dwa lata pracował jako zwykły nauczyciel religii we Frankfurcie nad Odrą. Od 1852 roku był już głównym nauczycielem i kaznodzieją w tym mieście. We Frankfurcie, w 1855 roku Danielowi i Julii urodził się pierwszy syn – Siegmund. Przed narodzinami pierworodnego Daniel Fraenkel uzyskał promocję oraz tytuł doktora filozofii. Prawdopodobnie wtedy zaczął się starać o objęcie gdzieś rabinatu. Dlaczego padło na Rybnik? Być może ciągnęło go w rodzinne strony, czyli na Górny Śląsk. Kto wie. Na pewno nasza gmina była wówczas na tyle zasobna, że stać ją było na zatrudnienie swojego rabina, a od 1848, tj. od odejścia Lazarusa Karfunkla funkcja ta była u nas nieobsadzona.

rabin Daniel Fraenkel (8)

 

Daniel Fraenkel objął rabinat w Rybniku 1 czerwca 1855 roku. Został też nauczycielem w rybnickiej szkole żydowskiej. Jako rabin miał „pod sobą” ponad 500 dusz. Jego rabinat trwał u nas 24 lata, czyli najdłużej z wszystkich rabinatów i były to lata wyjątkowego rozkwitu zarówno gminy żydowskiej, jak i całego miasta. Mieliśmy wówczas największy odsetek ludności żydowskiej (ponad 15%), w Radzie Miasta zasiadali prominentni przedstawiciele gminy m.in. fabrykanci Haase, browarnicy z rodziny Müllerów, kupcy z rodu Pragerów, Leuchterów, Altmannów, czy Lustigów.

 

Nowa synagoga wybudowana za poprzednika Fraenkla, rabina Lazarusa Karfunkla, na pewno była pełna w szabaty i święta żydowskie.

rabin Daniel Fraenkel (12)

Zarząd gminy działał zgodnie ze statutem uchwalonym w 1855 r. i jego władza rozciągała się na miasto Rybnik, oraz Czernicę, Czuchów, Czerwionkę, Gaszowice, Orłowiec, Piece, Przegędzę, Paruszowiec, Pilchowice, Rybnik Zamek, Radoszowy Królewskie, Smolną, Suminę, Kamień, Górną Wilczę, Ligotę, Nieborowice, Zamysłów oraz Żytną. Był to całkiem spory kawałek naszego podrybnickiego Śląska.

rabin Daniel Fraenkel (2)

 

rabin Daniel Fraenkel (3)

 

W 1866 roku powstało Bractwo Pogrzebowe Chewra Kadisza. Ale zanim nasi Żydzi dostawali się pod krótką opiekę Bractwa, to się rodzili, uczyli, następnie żenili, pracowali, rodziły im się dzieci. Rabin Daniel Fraenkel w trakcie swego rabinatu udzielił ponad 400 ślubów, co wskazuje, że średnio mieliśmy jedną uroczystość weselną w miesiącu. Pod chupą w jego obecności stawali członkowie rodzin, które wiele znaczyły dla Rybnika, dla przykładu tu pokażę choćby wpis o ślubie Abrahama Pragera z Marianną Schweitzer, czy Jonasa Aronade z Dorotą Rahmer.

rabin Daniel Fraenkel (11)

rabin Daniel Fraenkel (10)

A skoro śluby to i dzieci. Sam rabin i jego żona mogli służyć za wzór dla swoich współwyznawców, bowiem w Rybniku urodziło im się 11 dzieci. Między innymi Anna, której 148. rocznicę urodzin będziemy obchodzić 2 grudnia, a która przyszła na świat parę dni przed jednym z synów Hermana Müllera. Zapewne Julia i Linna Müllerowa, jesienią 1866 roku, razem sobie siadały i snuły plany dla swych jeszcze nie narodzonych dzieciątek. Eh, gdyby Julia wiedziała jaki los spotka jej córkę Annę w małym czeskim miasteczku, którego nazwa pochodziła od imienia jednej cesarzowej…  Fraenklowie mieli łącznie tuzin dzieci.

rabin Daniel Fraenkel (6)

 

rabin Daniel Fraenkel (4)

 

Jestem przekonana, że rabin Fraenkel cieszył się niezwykłym poważaniem i gdy opuścił Rybnik, to była to ogromna strata dla gminy. Nieźle go sobie idealizuję, co? Nic nie poradzę, że go polubiłam, mimo jego konserwatywnych przekonań, którym chyba tak do końca nie był wierny. A przynajmniej ja czuję, że w duchu był liberałem. Choćby po stroju to wnoszę  ;-)

Jaki był powód wyjazdu Daniela niestety nie wiem. Opuszczał nasze miasto w wieku 58 lat, czyli gdy nie był zbytnio stary. W 1879 roku został mianowany nauczycielem religii w szkole religijnej we Wrocławiu. Tam też zastępował w czasie choroby (oraz po jego śmierci) ortodoksyjnego rabina Gedalię Tiktina.

Daniel Fraenkel zmarł 1 kwietnia 1890 roku we Wrocławiu. Został pochowany na starym cmentarzu żydowskim przy dzisiejszej ulicy Ślężnej. Wnet obok niego spoczęła żona Julia.

rabin Daniel Fraenkel (5)

Na pewno i we Wrocławiu był otoczony estymą i szacunkiem. Jego grób przetrwał do naszych czasów. Gdyby ktoś, przy okazji pobytu we Wrocławiu, chciał podumać przy grobach Fraenklów, to na planie cmentarza znajdzie drogę do kwatery IX, gdzie leży nasze „rabinostwo”. Dodam, że cmentarz ten to obecnie Muzeum Sztuki Cmentarnej i jest wg mnie najciekawszym miejscem na mapie miasta.

rabin Daniel Fraenkel (13)

 

Ponoć Churchil powiedział, iż prościej jest rządzić narodem, niż wychować czwórkę dzieci. A co dopiero wychować ich ponad dwa razy tyle  :mrgreen:  Daniel na pewno przekazał swojej gromadce (urodzonej w większości w Rybniku) pęd do wiedzy, pracowitość i inteligencję. Geny Julii też swoje zrobiły.

Dzieci tej pary naprawdę daleko zaszły i jako rybniczanie możemy być dumni, że urodziły się w naszym mieście. W najbliższym czasie postaram się opowiedzieć m.in. o Siegmundzie (ten co prawda był frankfurcki, ale wychowywany u nas), Martinie, Jakubie, Maksie, Annie, Ernście no i o Mecie, dzięki której udało się po kądzieli przekazać pałeczkę rabina Daniela Fraenkla ;-)

Śledźcie Szufladę Małgosi oraz Zapomniany Rybnik – wnet dalszy ciąg historii rodu Fraenklów.

Małgorzata Płoszaj vel  _hipcia

Fot. M.Płoszaj, Zapomniany Rybnik

Źródła: Archiwum Państwowe w Raciborzu, Instytut LeoBaecka, Yeshiva University, Biographisches Handbuch der Rabbiner

Mar 302014
 

Od jakiegoś już czasu poszukuję potomków rybnickich Żydów, bo to na mnie padło, gdy w niebie przydzielali trudne zadania detektywistyczne. Ktoś tam zrobił wyliczankę:

Ene due rabe
połknął bocian żabę,
a żaba Chińczyka –
Co z tego wynika?
Raz dwa trzy – szukasz  ty!

Czasem mi się to udaje, a czasem dochodzę do muru i nie wiem jak w nim znaleźć dziurę, by przejść dalej. Taką ścianę natrafiłam przy Leschczinerach – rodzinie, która mieszkała w Rybniku od mniej więcej pierwszej połowy XIX wieku. Raciborskie archiwa pokazują, iż ta familia przyprowadziła się do nas z Kamienia (onegdaj osobnej wsi o nazwie Stein). Wielce prawdopodobne, iż przybyli do nas z Leszczyn, co sugerowałoby ich nazwisko. Jeden z pierwszych rybnickich Leschczinerów – Mojżesz był prawdopodobnie arendarzem, a może i właścicielem Świerklańca, gdyż jego podpis widnieje na cenniku z 1827 roku.50bda054eadeb_o

Jednak najbardziej znamienitym członkiem tej rodziny był Noah. To on właśnie miał jeden z pierwszych wielkopowierzchniowych sklepów w Rybniku.  Ten dwupiętrowy sklep mieścił się w kamienicy przy ulicy Sobieskiego. Budynek do dziś jest jednym z piękniejszych w naszym mieście. Zbudowany został w 1903 roku, o czym zaświadcza data na jego szczycie. Rzadko rybniczanie podnoszą głowę tak wysoko, bo na ogół mają nad sobą smogowe niebo, więc przedstawiam dowód na wiek kamienicy.24.03.2011 (15)Leschcziner

Noah był członkiem zarządu gminy żydowskiej, był także radnym miejskim, o czym wspomina na stronie 140 swojej kroniki, Artur Trukhardt. Zresztą to nie był jedyny żydowski radny w naszym mieście. Było ich całkiem sporo na przestrzeni lat, podam tylko nazwiska: Prager, Müller, Schäfer, Haase, Katz, Richter, Levy, Leuchter, Altmann, Glogauer, i wielu innych.Radni

Noah był kupcem, a to wówczas nobilitowało i plasowało wysoko wśród mieszkańców Rybnika.Leschcziner telefony

Rybniccy Żydzi nie byli zbyt liczną społecznością, ale na pewno trzymającą się razem i współpracującą ze sobą. Niech zaświadczy o tym wspólna reklama, a raczej informacja o zamknięciu sklepów z okazji świąt żydowskich – tu z okazji Nowego Roku. Noah podpisał się pod tą informacją wraz z  innymi żydowskimi biznesmenami (i biznesmenkami, a jakże).Nowy Rok zamkniecie 1905 Rybniker Kreisblatt

Noah i jego żona Anna z domu Frankel, mieli 4 dzieci, z których jedno zmarło w dzieciństwie.Rybnik ur. 1874-1901 A-L (172)

Syn Alfred urodzony w 1883 roku zginął w trakcie I wojny światowej. Zanim poniósł śmierć jako żołnierz niemiecki 21 czerwca 1915 roku też był młodym kupcem, a jego tata czyli Noah przekazywał pieniądze na Czerwony Krzyż, o czym można przeczytać w Rybniker Kreisblatt z sierpnia 1914 r. Obydwa te fakty świadczą o tym, iż rodzina Leschczinerów była wierna ówczesnemu państwu czy Cesarstwu Niemieckiemu. Córka, urodzona w 1884 roku wyszła za mąż za któregoś z Priesterów. Jej losów jeszcze nie analizowałam, ale mam podejrzenia, że zginęła w trakcie II wojny. Czwarte dziecko Noah i Anny, tj. Max urodzony w 1888 roku, prowadził z tatą rodzinny interes, po jakimś czasie przejął ten geszeft i handlował konfekcją męską. Ożenił się z Małgorzatą (w niektórych dokumentach figurującą jako Maria),  po plebiscycie nie wyjechał do Niemiec, jak duża część rybnickich Żydów, a został w Rybniku. Zarówno Noah, jak i Max w okresie międzywojennym należeli do loży masońskiej Concordia, której siedziba znajdowała się w Katowicach.Stowarzyszenie Humanitarne Concordia

Noah w 1921 lub 1922 roku sprzedał swoją kamienicę przy ulicy Sobieskiego kupcowi przybyłemu do nas z Wielkopolski o nazwisku Beyga. Stąd też wielu z rybniczan do dziś na ów budynek mówi „na beygowym”.

Po sprzedaży przeniósł swój interes do kamienicy położonej bliżej Rynku, czyli pod numer 2. Kamienica ta była w posiadaniu Priesterów (być może tylko częściowo), więc w pewien sposób rodzinnie była związana z Leschczinerami.

 Leschcziner telefony miedzywojnie

W 1934 roku Noah i Max przekazali znaczną kwotę na rzecz Komitetu Niesienia Pomocy żydowskim uchodźcom z hitlerowskich Niemiec, o czym informowała Urzędowa Gazeta Gminy Izraelickiej w Katowicach.

I od połowy lat 30-tych reszta opowieści o tej żydowskiej familii, to jedynie moje przypuszczenia i domniemania. Jestem w posiadaniu kopii testamentu Max’a, sporządzonego pod koniec czerwca 1939 roku. W tej swej ostatniej woli Max wydziedzicza żonę, a wykonawcą testamentu ustanawia swojego przyjaciela Samuela Młynarskiego, również masona, oraz siostrzeńca Eryka Priestera. Równocześnie zwalnia z tego obowiązku Gerharda Bohma. Czym mu Gerhard podpadł? Może go oszukał w interesach? Wnioskował zarazem o rozwód z Małgorzatą. Z jakiego powodu? Czy może był to fikcyjny rozwód? Kto wie… W 1938 roku, czyli rok przed sporządzeniem testamentu, on i żona unieważnili swoje dowody osobiste z powodu ich zgubienia. Czy się to jakoś wiąże? Wojna była za rogiem, może Max chciał chronić majątek? Spadkobiercami ustanawiał swoje dzieci, tj. Horsta, urodzonego w 1927 oraz Ewę, która przyszła na świat w 1924.Podpis Leschczinera na testamencie

Z niepotwierdzonych informacji wiem, że Max miał też udziały w kamienicy na naszym rynku, które fikcyjnie (a może nie) sprzedał krótko przed wybuchem wojny. Chodzi o dzisiejszy Dom Towarowy.

Z kolei od historyka z muzeum w Żorach jakiś czas temu usłyszałam, iż Noah, czyli senior rodu zmarł, albo krótko przed wybuchem wojny, albo na samym jej początku i prawdopodobnie został pochowany na cmentarzu komunalnym przy ul.Rudzkiej, w części wydzielonej dla Żydów. Dziś w tym miejscu leżą żołnierze Armii Czerwonej, którzy zginęli w naszych okolicach w 1945 roku.

Tajemnicą jest dla mnie w jaki sposób Max przetrwał wojnę. Ponoć mieszkał w Krakowie przy ulicy Loretańskiej 3. Według informacji, które uzyskałam od wnuka wspomnianego powyżej Samuela Młynarskiego, być może w Krakowie mieszkała też jego żona Małgorzata (Maria). Zginęła od przypadkowej kuli pod sam koniec wojny 17 stycznia 1945 roku. Jak udało im się przeżyć te potworne czasy jest dla mnie wielką tajemnicą. Od tego samego informatora z Izraela, czyli wnuka żydowskiej rodziny Młynarskich z Rybnika, dowiedziałam się niedawno, iż Max poniósł śmierć w latach 50-tych w wypadku samochodowym. Jako wiekowy już pan dostał prawo jazdy i zginął prowadząc swego Opla. Ale gdzie to miało miejsce, tego niestety nie wiem. Czy było to w Polsce? Raczej nie sądzę.

Dzieci Max’a czyli Ewa i Horst są na liście ocalałych z Holokaustu. Ujęci są w wykazach „Pinkas HaNitzolim” opublikowanych w Jerozolimie w 1945 roku. By sprawę zagmatwać, to dodam, iż wykazano ich jako ocalałych w Rzymie. „”Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie karczmy babińskie”, czyli gdzie Rzym, gdzie Kraków, a gdzie Rybnik?

I tu dochodzę do muru, o którym wspomniałam powyżej. Stoję przed nim i w żaden sposób nie potrafię go przejść. Czuję, że na świecie gdzieś żyją potomkowie Max’a, czyli wnuki Noah, w którego dawnej kamienicy nadal robimy zakupy, ale nie umiem ich odszukać. Może kiedyś stanie się cud i na jakimś drzewie genealogicznym znajdę po nich ślad. Kto wie…

A tak przy okazji Leschczinerów, to czy kiedykolwiek spojrzeliście na kamienicę, w której handlował Noah, od tyłu? Jest zupełnie inna niż od strony reprezentacyjnej. Chuda, ceglasta i mało elegancka. Czasem warto patrzeć na pewne rzeczy, czy sprawy od drugiej strony. Hmmm, może więc jeszcze raz pokopię w necie, od innej strony i coś jednak znajdę…8.02.2013 (35)24.03.2011 (13)

Małgorzata Płoszaj

Oryginalny tekst ukazał się na Szufladzie Małgosi, która jest technicznym dziełem i przybraną córką  „Zapomnianego Rybnika”.

Lut 022014
 

Publikujemy dla Państwa pierwszą część wspomnień pana Stanisława Ptaszyńskiego, rybniczanina, który jako nastolatek znalazł się wraz z rodziną prawie na linii frontu zimą 1945 roku.

Zapraszamy do lektury

Zespół Zapomnianego Rybnika

 

Zbliża się 25 stycznia kolejna rocznica Bitwy o Rybnik.

Tęgi mróz, dużo śniegu. Mam 12 lat, mieszkam na dzisiejszej ulicy Wyzwolenia. Od kilku dni od strony Gliwic zjeżdżają niemieckie wojska, okopują się od południowej strony stawów Ruda. Szpital psychiatryczny zamieniony w twierdzę. Na ulicy Rudzkiej powstaje barykada przeciwczołgowa.

15.02.2013 (22)

Niemcy rozdają ludności maski gazowe, pompy wodne (ręczne), wydają żywność z magazynów – ja dostałem wiadro sztucznego miodu. Starsi bardziej obrotni dostawali nawet kawały mięsa z rzeźni miejskiej. Obok naszego domu przy obecnej ul. Wyzwolenia – wylot ul. Świętego Antoniego Niemcy ustawiają działo. Robi się ciemno, jest późny wieczór. Wszystko zamarło, trwa absolutna cisza.

Matka przygotowała kolację i oznajmia, że zaraz po zjedzeniu schodzimy do piwnicy. Nie dojedliśmy kolacji. Ciszę przerwał narastający szum nadjeżdżających czołgów. Jeszcze słyszę pierwszy wystrzał, chwila i eksplozja. Pierwszy pocisk w bitwie o Rybnik trafił w nasz dom. Momentalnie rozpętało się piekło. Miałem starszego kolegę, był moim guru (Zefek Krok). Zabrał mnie w miejsce (do Szulika – dzisiejszy budynek, w którym mieści się redakcja rybnickich Nowin). Na skrzyżowaniu Wyzwolenia-Gliwicka płonie radziecki czołg – trafiony z działa, które stało przed naszym domem. Za pierwszym czołgiem płoną następne w odstępach około 50 metrów. Eksplozja płonącego czołgu potworna. Przed czołgiem leży czołgista, chyba motorniczy, próbował wyskoczyć, ale nie zdążył. Leżał tak parę miesięcy.tank

Bardzo ciężkie walki. Przez piwniczne okno widzimy sylwetki rosyjskich żołnierzy jak próbują wedrzeć się do miasta. Rosjanie prowadzą intensywny ostrzał artyleryjski, wyją katiusze. Łuny pożarów z okolic ul Rudzkiej, Raciborskiej. Płoną domy trafione pociskami zapalającymi.
Niemcy nie ustępują i ataki zostają odparte. W naszym domu, na czas bitwy, dowódca obrony Rybnika – pułkownik urządził swoją kwaterę. Pierwsza linia obrony Niemców znajdowała się na wysokości dzisiejszej ulicy Żużlowej. Byliśmy więc w zasięgu pierwszej linii. A w chlewie był koń, krowa i inne zwierzęta, które należało nakarmić i napoić, ale to będzie przedmiotem następnego opowiadania. Publikuję te moje przeżycie, bo widzę, że są młodzi ludzie, których interesuje historia naszego miasta. Więc ku pamięci.

Ciąg dalszy tych moich „pokudlonych”przez czas wspomnień. Pierwsze natarcie Rosjan zostało wprawdzie odparte, ale bitwa o Rybnik trwała. Ciężkie walki o szpital psychiatryczny. Potężne murowane ogrodzenie szpitala jest skuteczną barierą. Cmentarz przechodzi z rąk do rąk. Od żołnierza-łącznościowca dowiadujemy się, że Rosjanie wymordowali całą rodzinę grabarza. Jego dom stoi do dzisiaj dokładnie na przeciw pomnika bohaterów – wyzwolicieli Armii Czerwonej. Starszy o kilka lat Zefek postanawia podkraść się do domu grabarza by zobaczyć, co zrobili żołnierze sowieccy rodzinie tego grabarza. Idziemy przez „gliniok”. Dzisiejsza ulica Kotucza wtedy była w środku dołów, z których wybierano glinę. Na końcu „glinioka” był dom Kuligowskich stamtąd tylko skok przez ulicę Cmentarną i doszliśmy do domu grabarza. Potworność!  W małej szklarni obok domu zastrzelony gospodarz (leżał pomiędzy grzędami). Na schodach przed domem obnażone zwłoki młodej dziewczyny. Znałem ją z widzenia. W kuchni na podłodze zastrzelona pani domu. Byliśmy tam bardzo krótko. Ostra strzelanina trwała po drugie stronie cmentarza wokół kaplicy cmentarnej ewangelików. Tam dzisiaj stoi pomnik bohaterów.

Powrót tą samą drogą, przez”gliniok”. Wróciłem do piwnicy w naszym domu na ulicy Wyzwolenia. Opowiedziałem mamie o morderstwie na grabarzu i jego rodzinie. Nasz dom „zafasował” drugie trafienie. Tym razem katiusza przez dach wpadła do naszego mieszkania. Nie wybuchła. Wisiała w przedpokoju (długa rura z lotkami i kulistym pociskiem na przedzie). Do piwnicy wpada żołnierz łącznościowiec – ten sam, którego spotkaliśmy wcześniej.

Mówi, że Rosjanie ponownie zajęli cmentarz, spalili wóz pancerny i działo niemieckie ulokowane na wysokości dzisiejszego parkingu przy ulicy Rudzkiej. W piwnicy panuje strach i modlitwa. Lokatorzy, którzy często darli ze sobą koty teraz skupieni wokół „petronelki” pokornie szepczą różaniec. Tacy, którzy nie chodzili do kościoła też się modlą zawzięcie.

To dopiero początek. Czeka nas pełne dwa miesiące życia pod ciągłym ostrzałem.

Finałem tego wspomnienia związanego z 25 dniem stycznia 1945 roku było zdarzenie, które o mało nie zakończyło się śmiercią moją, mojej siostry i kuzynki. Ranek 26 stycznia 1945. Ustał ostrzał artyleryjski, aktorzy pewnie byli zmęczeni. Ranek wstawał bardzo mroźny. Słońce wstawało różową zorzą. Przestrzeń od ulicy Poniatowskiego do Strzeleckiej była zupełnie odsłonięta. Od naszego domu do domu pana Trybusia zupełnie odsłonięta. Rosjanie widzą każdą osobę jak na dłoni. Krowa buczy, siwek niecierpliwie domaga się picia. Wszyscy chcą pić. Najbliższa studnia jest w domku na końcu naszej ulicy. Decyzja: Stasiek (ja), Teresa (siostra starsza) i kuzynka starsza biorą duże sanki, gar do gotowania prania i konwie na mleko i jadą po wodę. Dorośli naiwnie uznali, że do dzieci nie będą strzelać.

cdn.

 

 

Gru 302013
 

Odchodzący rok dla Chińczyków, to był rok węża (niby wodnego )

Wąż

Wąż

A dla nas to był rok śledzia – na 100% wodnego. Ponoć w roku węża udają się m.in. „przeprowadzki, zakładanie firmy, realizowanie szczytnych idei, pomaganie innych”. Gdyby tak pod tym kątem przeanalizować nasze działania w 2013 roku, to nam się ten horoskop sprawdził.

Ale po kolei.

Otóż od dłuższego czasu w środowisku naszych adminów i ogołooadminowego gremium mówiło się o zmianie serwerów, migracji, updejcie forum , rebrandingu, i innych skomplikowanych sprawach, o których filozofom się nie śniło, a co dopiero zwykłym userom.

Już w końcówce ubiegłego roku rozpoczęły się gorące dyskusje gdzie migrujemy, joomla, czy beton, kto odpowiedzialny, kto chętny do ciężkiej pracy za friko. Północ pyknęła, nadszedł Nowy Rok i się zaczęło

Dla mnie, jako zwykłego użytkownika, najbardziej spektakularne było przedstawienie nowego loga
I to było takie współczesne „ŁAŁ”, takie politykierskie „YES! YES! YES!”, takie staromodne „BOMBA!”, takie na fali „ZAJEBISTE”, takie z filmu Testosteron:”MASAKRA!”. Wszystkie te określenia i tak nie potrafią opisać tego, co wymyślił AFRO.
W styczniu 2013 pokazał nam śledzika

Logo Zapomnianego Rybnika

Logo Zapomnianego Rybnika

W kuluarach forum nadal trwały narady na temat przenosin i ostatecznie w styczniu forum zostało zmienione, przeniesione i totalnie odmłodzone i to wsio dzięki pracy hawk’a, woytas’a, MarcooN’a, AFRO, czyli adminów od rzeczy trudnych i niemożliwych.

W styczniu też po raz drugi braliśmy udział w wielkim (jak na Rybnik) przedsięwzięciu pt. „Przewodnik czeka w …”. Organizatorem którego jest Wydział Promocji UM oraz rybnicki PTTK. Około 70 osób spacerowało – w śniegu i mrozie, z nami śladem zapomnianych nekropolii.

Na cmentarzu żydowskim

Na cmentarzu żydowskim

Cmentarz psychiatryczny

Cmentarz psychiatryczny

Spacer ten był taką ciuchutką zapowiedzią tego, co się będzie dalej działo w ciągu nadchodzącego roku. Tu nie mogę nie wspomnieć o ważnych „nabytkach” Zapomnianego Rybnika, czyli Piotrku, który dołączył do forum w październiku 2012 roku i mamy nadzieję długo z nami jeszcze pozostanie.

Piotr Polak

Piotr Polak

oraz o… oj, oj, tak nie mogę zapomnieć o Zrzędzie, czyli Lucynie, bez której ZR nie miałby tej siły przebicia, którą miał w 2013 r. Zrzęda bowiem ją wspomogła swą urzędniczą mocą.

Pod koniec stycznia MarcooN założył Fanpage’a dla Rybnickiego Schronu Bojowego na Wawoku (polecamy polubianie) Zapoczątkował tym samym właściwe podejście do mediów społecznościowych dostrzegając w nich wielką siłę.

W lutym staro-nowe forum śmigało aż miło. W międzyczasie, po śmiałym okrzyku „CRAZY’go!!!!
Cytuj:
fajneeee te logo zróbcie takie koszulki
Słowo ciałem się stało i dzięki biker’owi forumowicze zostali wyposażeni w koszulki (z napisami i na cyckach i na pleckach), w nalepki, smycze i takie cuda na kiju, jakich na żadnym rybnickim forum nie ma.
Zamówiono też pieczęć „śledzika”.

Koszulka

l

l

Są pewne plany, by pójść dalej, ale na razie nas wstrzymuje rybnicka „afera gender”, tym bardziej, że nasz model/modelka poniżej właśnie dżenderowy jest, bo bez talii i bez …

Plany na 2014 rok

Plany na 2014 rok

Wczesna wiosna, czyli marzec i kwiecień, przebiegła nam pod znakiem różnych spotkań.
1 marca doszło do wymiany koszulek (choć nie na boisku) i abcybildrów Oczywiście przed zapłatą należało sprawdzić gatunek tkaniny Po zapłacie należało to wsio opić, czyli oprzeć o bar w Sękatej.

1

1

1

No, a potem zaczęły się przygotowania do wielkiego wydarzenia, czyli następnego spaceru z przewodnikiem, tym razem pod hasłem „Wyzwolenie (? ), czy też marzec 1945”. Przewodnikami od nas byli Piotr44 i woytas.

Nais przewodnicy: Piotr44 i woytas.

Nasi przewodnicy: Piotr44 i woytas.

Ale oni to byli małe pikusie w porównaniu z forumowiczami, którzy wzięli udział w inscenizacji historycznej. W moim wieku pamięć lekko szwankuje, więc mnie poprawcie gdybym o kimś zapomniała. Otóż aktorami na scenie na Wiśniowcu byli: biker76, aw68, ramzes94, Klaus BOLS, Olo, i wielu, wielu innych, dla których ponownie należą się brawa!

1

 1

Wtedy też po raz pierwszy polała się krew. No, ale walki o Rybnik to nie przelewki…

1

Rybniczanie z wielką radością zaczęli brać udział w konkursie wiedzy historycznej na zakończenie spaceru, czemu nie należy się dziwić, gdyż nagrody były cud-malina.

1

Mapki i dokumenty opieczętowane naszym logo

Mapki i dokumenty opieczętowane naszym logo

Spacer odbił się echem w mediach, o „Zapomnianym Rybniku” było wszędzie głośno w bardzo pozytywnym znaczeniu. Niestety… życie nie składa się z samych przyjemności, nie zawsze ptak przeleci, nie zawsze są na obiad kości, jak mawiał Ferdynand Wspaniały.
Grupa dziuplowa, czyli forumowicze, którym bardzo na sercu leży stan schronu na Wawoku pod koniec marca odkryła iż:
Cytuj:
jakiś łobuz NASROŁ na murku przy drzwiach wejściowych i NAJSCOŁ na kłódki, pełno kipów i syfu wokół.

Na Forum pojawili się też „Młodzi”, miłośnicy schronów, bunkrów oraz wszelakich innych obiektów związanych z Obroną Cywilną w powiecie rybnickim z Damianem, czyli balkantone na czele.

W kwietniu woda pośniegowa zalewała schron, chłopaki walczyli z remontami i naprawami, wandale jeszcze bywali nocami przy schronie, nowe forum nadal działało cudnie, a przed nami był następny spacer, tym razem „Szlakiem rybnickich Żydów”, czyli takim, które tygryski, raczej hipcioszki lubią najbardziej  😉

Hipcia obgadżetowana "Zapomnianym Rybnikiem".

Hipcia obgadżetowana „Zapomnianym Rybnikiem”.

Ojjj, powiem Wam szczerze, że bardzo, bardzo, bardzo się do tego przygotowywałam. Był to dla mnie duży stres. Wyśmienicie mi pomogła Bożena Fojcik z ramienia PTTK-u.

q

Na spacer szlakiem naszych Żydów przyszło łącznie ok. 150 osób, czyli ogromne tłumy. Przyjechał, zaproszony rabin Śląska – Yehoshua Ellis, który był najbardziej obfotografowaną osobą na spacerze.

Fot. Remigiusz Baliczak

Fot. Remigiusz Baliczak

Rabin przy miejscu gdzie stała synagoga Fot. Renata Sosna

Rabin przy miejscu gdzie stała synagoga Fot. Renata Sosna

Fot. Remigiusz Baliczak

Fot. Remigiusz Baliczak

A odkryciem byli uczniowie gimnazjum nr 5, którzy pod okiem swej nauczycielki Gabrysi Chraboł, opowiedzieli o cmentarzu żydowskim i pokazali spacerowiczom jak wyglądają odzyskane nagrobki z naszego cmentarza (tym samym nie musieliśmy angażować muzeum).

Chłopaki

Chłopaki

Zanim jeszcze przebrzmiały ostatnie słowa o Mannebergach, Haasych, czy Müllerach, to już staraliśmy się, by media napisały coś o wandalach na schronie. Zależało nam, by te ciuhle wiedziały, że czuwamy i że schronu tak łatwo nie oddamy!

Art. w Nowinach - początek maja

Art. w Nowinach – początek maja

Nastał piękny maj, a wraz z majem deszcze niespokojne, które zalewały uczestników następnego spaceru, tym razem szlakiem „Szczęścia Beaty”, czyli szlakiem zapomnianej kopalni. Niestety nie mogę przedstawić zdjęć, gdyż jak ustaliliśmy z Alojzem spacerowicze ich nie dostarczyli, bowiem zostali
Cytuj:
1) Zatopieni
2) Zjedzeni przez wilka (tego od Czerwonego Kapturka)
3) Wszyscy na pogotowiu wyciągają kleszcze
4) Wciągnął ich do starego szybu Skarbnik
5) Znaleźli szczęście i poszli z Beatą na piwo (oczywiście grzane)

Z naszej strony ZR reprezentował Piotr44 – jako przewodnik (tym razem bardziej w cieniu i w deszczu).

Muszę tu teraz zrobić wstawkę kulinarną. Ale jak zobaczycie zdjęcie wygłodniałego wielkiego ssaka, a potem spojrzycie na krauzki, to zrozumiecie, że „Januszowe grzybki” są ważnym i niezwykle istotnym elementem w mijającym roku

Głodomór, potem nie dziwota, że dupsko rośnie.

Głodomór, potem nie dziwota, że dupsko rośnie.

 Przyczółek z Rajchu też był ;-)

Przyczółek z Rajchu też był 😉

Grzybki (ciut halucynogenne)

Grzybki (ciut halucynogenne)

Trykoty ZR przez cały rok widoczne były w różnych częściach Rybnika i świata  :mrgreen:

Sękata

Sękata

Malta (ta z Poznania?)

Malta (ta z Poznania?)

W owym czasie wiadomo już było, iż „Zapomniany Rybnik” będzie we fragmencie uczestniczyć w Dniach Rybnika, choć wtedy jeszcze nie było wiadomo w jakiej formie. Głównym macherem od rozmów z urzędnikami był niezawodny w tych sprawach biker.

Czerwiec to w zasadzie było jedno wielkie wydarzenie, które wsio przyćmiło.

1

1

15 czerwca 2013 roku gościliśmy na schronie zwiedzających z Rybnika, z okolicy, z daleka, a nawet z bardzo, bardzo daleka Braliśmy bowiem udział w obchodach Dnia Rybnika, w ramach których do naszego miasta zjechały delegacje z zaprzyjaźnionych miast całej Europy.

q

To był wielki dzień!
Były tłumy zwiedzających, byli rekonstruktorzy wszystkich maści, był fet, chleb, napitki trabant, sanitariuszki, dziennikarze najróżniejsi (ci słabsi i ci lepsi), dzieci, starziki, laski eleganckie, chopy roztomajte, nooo wiele, wiele narodu.

1

1

Może miast się chwalić, wkleję linki, pod którymi o tej imprezie można było przeczytać:

http://rybnik1.pl/rybniczanie-beda-mogli-zwiedzic-schron/

http://www.nowiny.rybnik.pl/artykul,31650,zwiedzalismy-schron-na-wawoku.html

http://rybnik.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1897431,dni-rybnika-2013-zwidzalismy-schron-bojowy-na-wawoku,id,t.html

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/921352,dni-rybnika-2013-zwiedzalismy-schron-bojowy-zdjecia,id,t.html

http://rybnik1.pl/w-rybniku-padly-strzaly/

1

1

1

Nasza Zrzęda :-)

Nasza Zrzęda 🙂

 1

1

1

1

1

No, a potem… a potem to jeszcze wygraliśmy w głosowaniu internetowym na najlepszą imprezę w trakcie Dni Rybnika 2013. Cóż, nie od dziś wiemy, że rybniczanie lubią słuchać o historii, lubią się wgryzać w dawne czasy i lubią dobrze zorganizowane eventy.

Głosowanie

Głosowanie

W trakcie Dni Rybnika miały miejsce jeszcze trzy, takie same tematycznie spacery z przewodnikiem. Z naszej strony tym przewodnikiem był Piotrek Polak, czyli Piotr44 Rybniczanie mieli okazję posłuchać o dawnych burmistrzach.

Jezuuuniuuu, zapomniałam o dyplomie  🙂

1

 Lato, jak to lato – sezon ogórkowy nawet na forach. Nie oznacza to jednak, że zaprzestaliśmy działalności. O nie
Nadal zajmowaliśmy się wspominaniem browarów, analizowaliśmy stare mapy, szukaliśmy przybrudzonych upływem czasu zdjęć, kombinowaliśmy nad śladami wojny w Rybniku, mieliśmy przez moment nadzieję, że uda się w naszym mieście upamiętnić społeczność żydowską.

Uprawialiśmy też grzybiarstwo rowerowe, zwiedzaliśmy okolicę i nie tylko, ot takie zwykłe bycie tu i teraz i tam i kiedy indziej.

Jednak underground coś się już wykluwało… jeśli nie fizycznie, to w umysłach adminów : PLAN UPDATE

Tym razem chodziło o stronę – naszą wizytówkę.

W sierpniu, pod wpływem upałów, powstał Fejsbookowy Fanpage Rybniccy Żydzi (też zapraszamy do polubienia)

1

W czasie kanikuły było o nas głośno w różnych mediach i telefonach urzędniczych, bo w końcu to kiedyś był czas igrzysk, więc jakieś atrakcje trza było ludziom zaserwować.

A co się stało wtedy? Otóż te typy (jak ZR) tak mają, że reagują, gdy kości przodków mogą być narażone na wykopanie przez zwierzęta, zniszczenie przez nieznających tematu spacerowiczów, bądź napranych imprezowiczów wracających przez park nad ranem do domu. W sierpniu jeden z naszych forumowiczów zaalarmował nas zdjęciami kości wystających z nieznanego wykopu na starym cmentarzu.

2
Tak po cichu nadal myślimy, że larmo było słuszne. Choć dzięki temu służby archeo (bo to one kopały) zabezpieczyły wykop.

Gdy zakończyły się wakacje przestaliśmy mieć nadzieję, że uda się w naszym mieście upamiętnić społeczność żydowską  😐

woytas'owy komentarz - wielce dosadny: "A co się tyczy względem tego, to i owszem, gdyż z punktu patrzenia na punkt widzenia, kwintesencja omawianego zagadnienia jest nam bardzo dobrze znana, lecz jeśli o mnie chodzi, to nie wiem, o co chodzi."

woytas’owy komentarz – wielce dosadny: „A co się tyczy względem tego, to i owszem, gdyż z punktu patrzenia na punkt widzenia, kwintesencja omawianego zagadnienia jest nam bardzo dobrze znana, lecz jeśli o mnie chodzi, to nie wiem, o co chodzi.”

Wrześniowa pora była idealna do następnego spaceru, choć tym razem była to jakby wyjazdówka mało chodzona Przewodnik czekał na rybniczan w Niewiadomiu na Ignacym. Padł rekord frekwencji, czyli ok. 200 ludzi chciało obejrzeć zabytkową kopalnię i wieżę ciśnień.
Zdjęć niestety nie pokażę, gdyż choroba zmogła kilku z nas i jakoś własnych, tj. forumowych fot nie mamy.

Zanim dojdę do następnego jesiennego spotkania rybniczan z historią, to muszę wspomnieć o działalności „schronowców cywilnych”. Ci młodzi ludzie przez cały rok penetrowali wszelakie szczeliny cywilne, pokazywali je u nas na forum oraz w mediach (tu pełen szacun za działania marketingowe – tak trzymać!) i w końcu się pokazali, tak już total oficjalnie, na październikowym „Spacerze śladami rybnickich parków, skwerów i zieleńców”. Czyli imprezie tradycyjnie już organizowanej przez Wydział Promocji i Informacji Urzędu Miasta Rybnika, rybnicki oddział PTTK i serwis „Zapomniany Rybnik”.

1

1

Schron na Chrobrego

Schron na Chrobrego

(a w podziemiu zaczynały się światłowody przegrzewać od koncepcji, myśli, działań i wersji związanych z kompletną zmianą naszej strony).

Zbliżam się do końca podsumowań mijającego roku, czyli dochodzę do clou, do wisienki na torcie, do kwintesencji, czyli do naszej nowej, zmienionej po 7 latach, strony internetowej, która zrodziła się po zmieszaniu m.in. słów: wordpress, import, pluginy, podkatalogi, pop-upy, Która powstała w wyniku pracy zespołu, może i historyków amatorów, ale za to webmasterów profesjonalistów (AFRO i hawk – szacun!)
Strona powstała, bowiem „Zapomniany Rybnik” miał w tym roku zrealizować szczytny cel (według horoskopu chińskiego)

Zapominalskim przypominamy jej adres to: Zapomniany Rybnik – Rybnik, ocalić od zapomnienia

1

Równolegle z powstaniem nowej strony, nasz profil fejsbukowy został przekształcony w regularny fanpage pod adresem ZapomnianyRybnik.Pl (zapraszamy do polubienia). Jak widać, nasi fani to nie tylko rybniczanie.
Załącznik:

Fani

Fani

Na stronę sukcesywnie są przenoszone stare artykuły, pojawiają się na niej arty-nówki pisane przez zakochanych w Rybniku ludzi, można w niej pokopać jak w albumie prababci i można na niej znaleźć i stare i nowe, a czasem stare wkomponowane w nowe (przy okazji brawa dla MarcooN’a za metamorfozy i kolaże) Ot, taki misz-masz dla ludzi zakręconych, kochających stare, ekstraordynaryjne, ale i zapomniane czy oldskulowe rzeczy oraz historie.

Metamorfoza

Metamorfoza

Mamy nadzieję, że wszystkie szczytne cele jakie sobie postawiliśmy na początku roku udało nam się zrealizować. Nieśmiało przypominamy, iż całość naszych działań (ochrona i prace na schronie, spacery z przewodnikiem, prowadzenie forum i strony, pisanie artykułów, itp.) to działania pro bono, czyli dla dobra publicznego – dla dobra „zapominanych fragmentów Rybnika”, które staramy się przypominać.

Cieszymy się, że jesteście z nami i zapraszamy w 2014! Jesteśmy pewni, że będzie równie ciekawie!

_hipcia

Paź 272013
 

Fragmenty wywiadu z Dawidem Danielskim (obecnie Dawidem Danieli) przeprowadzonego kilka lat temu w Izraelu. Wywiad na język polski przetłumaczył i przesłał mi Nahum Manor, jeden z ocalałych z „Listy Schindlera” – wieloletni przyjaciel Dawida.
Dawid Danielski (ur.1932 r.) mieszkał przed wojną w Rybniku w rodzinie żydowskiej. Jego rodzice zginęli w obozie Auschwitz-Birkenau, a on sam przeżył wojnę dzięki śląskiej rodzinie Kapiców.

O niesamowitym życiu Dawida dowiedziałam się pod koniec sierpnia tego roku i z ręką na sercu przyznaję, iż jest to chyba najbardziej przejmująca i ciekawa historia z wszystkich, z którymi się dotychczas spotkałam. Przez ten krótki okres znajomości miałam przyjemność rozmawiać z Dawidem wiele razy na skyp’ie. To niezwykły człowiek. Wierzę, że uda mi się go nakłonić, by jeszcze raz przyjechał do Rybnika – do miasta, które na wiele lat wyparł z pamięci, ale którego nazwa teraz powoduje, że wilgotnieją mu oczy.

Mam nadzieję, że historia ocalenia żydowskiego chłopca w Rybniku Państwa zaciekawi.

Małgorzata Płoszaj

__________________________________________________

• Z punktu widzenia Dawida, rocznik 1932, wojna rozpoczęła się rankiem w dniu, w którym był gotowy iść do szkoły w Rybniku w Polsce, gdzie zamieszkiwał z rodzicami. Rok później cała rodzina musiała opuścić mieszkanie i przenieść się do jednego pokoju z kuchenką w innej dzielnicy. Dawid uczył się w domu za pomocą matki, bo żydowskie dzieci nie chodziły więcej do szkoły, jakkolwiek w owym czasie nie dokuczano im jeszcze. Ojciec posiadał cukiernię, aż nadeszła chwila, że nadesłano mu “Treuhandera” (komisarza), a on sam zamienił się w jednego z pracowników. Sytuacja pogorszyła się znacznie i rodzice zaczęli sprzedawać różne przedmioty domowe, ażeby mieć na życie. Ojciec dowiedział się, że ma się odbyć akcja przeciwko Żydom.

Miałem około 9 lat. Rodzice dali mi pieniądze i posłali pociągiem z Rybnika w góry, do uzdrowiska, w którym spędzaliśmy wakacje. Spędziłem tam trzy tygodnie, aż miejscowy, u którego przebywałem kazał mi jechać do domu. Wróciłem i nie zastałem nikogo…Mieszkanie było zamknięte i zapieczętowane przez gestapo. Więcej nie widziałem moich rodziców.
Podczas naszego pobytu w nowej dzielnicy (przy ul. Zebrzydowickiej), matka zaprzyjaźniła się bardzo z pewną polską kobietą o nazwisku Marta Kapica. To była jedyna rodzina, którą tam znałem. Poszedłem do nich i zapytałem, czy wiedza coś o moich rodzicach…Oni powiedzieli, że wzięto wszystkich Żydów w nieznanym kierunku. W naszym mieście nie było getta. Wszyscy miejscowi Żydzi zostali wywiezieni i nie wrócili więcej.

Dawid

Dawid w czasie wojny

• Co czuje dziecko powracające do domu i znajduje zapieczętowane mieszkanie bez rodziców? Co ono rozumie? Przecież nawet i dorośli, posiadający wiedzę i doświadczenie, nie zrozumieli i nie wiedzieli, co począć.

Nie wpadłem w panikę. Poszedłem do rodziny Kapica i zapytałem, a oni mi odpowiedzieli. Pani Kapica zaproponowała mi bym pozostał u nich, aż się sprawa wyjaśni. Oni byli bardzo prostymi ludźmi. Zrozumiałem to dopiero w czasie późniejszym. Pani domu była kobietą inteligentną i bardziej wykształconą; uczyła się po niemiecku przed zamążpójściem. Pan domu był człowiekiem prostym. Wyobrażam sobie, że nie dostali żadnych pieniędzy od moich rodziców z góry na taki wypadek, bo rodzice nie mieli pieniędzy.

• Jakby nie było, oni się narażali?

Owszem, oni się bardzo narażali, ale dopiero po długim czasie to zrozumiałem. Byłem w takiej sytuacji, że niczego nie posiadałem; byłem bez niczego. Wiedziałem, że można otworzyć pewne okno w naszym mieszkaniu, znajdującym się na parterze. W nocy wskoczyłem do mieszkania, wszystko tam było porozrzucane, podeptane i rozwalone. Wziąłem pościel, dwie kołdry puchowe i fotografie rodziców leżące na podłodze…i trochę sztućców. Między innymi znalazłem tackę z sześcioma kieliszkami i udekorowana flaszką. Myślałem, że jest zrobiona z kryształu i może ma wartość pieniężną. Nie pamiętam czy coś odczuwałem; nie płakałem… Dopiero po wojnie, kiedy powróciłem do życia miedzy Żydami, płakałem po raz pierwszy…Zaświecono szabasowe świeczki i ja wybuchnąłem płaczem i uciekłem… Słyszałem jeszcze jak nasz wychowawca powiedział: ‘”Zostawcie go. Należy mu się wypłakać”… Tam wróciły do mnie wspomnienia.

Dawid z wnukiem przed mieszkaniem na zebrzydowickiej

Dawid pokazuje swojemu wnukowi w jaki sposób wszedł do zaplombowanego przez gestapo mieszkania przy ul. Zebrzydowickiej

• Dawid zatrzymuje się i powraca do okresu, w którym przebywał w rodzinie Kapiców.

Pewnego dnia, w marcu 1942, pojawiło się w dzielnicy auto gestapo. Pani Marta podejrzewała, że przyjechali mnie szukać i obawiała się, że coś się może wydarzyć. Powiedziano mi, że powinienem pojechać gdzieś daleko od domu, ażeby mnie nie znaleźli. Dostałem od nich pieniądze i adres w Niemczech i ruszyłem w drogę na rowerze, przez pola wraz z “bratem” Ernestem, pierworodnym synem Kapiców, który mnie odprowadzał. Na stacji kolejowej rozstaliśmy się, on powrócił do domu, a ja wsiadłem do pociągu. Musiałem w drodze przesiadać się trzy razy.

• Dziesięcioletnie dziecko, niewystraszone zniknięciem rodziców, niepłaczące, same jedno w środku wojny, w drodze do Niemiec – co ono wie? Jak sobie daje radę?
Dawid mówił płynnie po niemiecku, które było jego matecznym językiem; do dziś przekłada ten język nad polski, który uważa za swój drugi język. Płynny niemiecki był mu bardzo pomocny w owych czasach.

Urodziłem się w Pszczynie, po zgonie w młodym wieku mojego brata. Dorastałem w Rybniku, jako dziecko rozpieszczone i otoczone opieka, ale rzeczywistość mnie zahartowała i stałem się dzieckiem samodzielnym… Przybyłem na końcową stację i musiałem jeszcze iść w śniegu kilka kilometrów aż do wsi. Szedłem wzdłuż słupów telegraficznych. Przybyłem do dużego folwarku o wielkości kibucu, położonego w pobliżu obozu koncentracyjnego (Gross Rosen – obecnie Rogoźnica); wtedy nie wiedziano jeszcze o obozach zagłady. Odszukałem polska rodzinę, niestety nie pamiętam dzisiaj ich nazwiska. Dopiero później okazało się, że wywiezieni tam na roboty ludzie znali moją rodzinę jeszcze w Rybniku. Zostali zaaresztowani przez Niemców i wtedy mężczyźni zostali posłani do folwarku w ramach pracy przymusowej. Przypomniałem sobie, że jeździłem z moją matką do obozu pod Rybnikiem i zawoziliśmy im jedzenie. Widocznie oni zrozumieli i mieli pewne poczucie długu moralnego i dlatego mnie przyjęli. Dopiero teraz, podczas naszej rozmowy wiążę ich moralny dług z ich stosunkiem do mnie. Nie myślałem o tym wcześniej…Pamiętam, że ich syn, trochę starszy ode mnie bronił mnie przed innymi dziećmi w dzielnicy.
Tam, na Dolnym Śląsku zapisałem się do nauki w szkole i na zapytanie odpowiadałem, że zostałem uratowany podczas bombardowania, lecz rodzice zostali zabici. Podczas bytności w folwarku, uczyłem się przez trzy miesiące.

Folwark koło Strzegomia

Folwark pod Strzegomiem

Po pewnym czasie pojawił się jakiś problem, niewiadomy mi, i musiałem powrócić do mojego miasta. Powróciłem do rodziny Kapica w Rybniku i zapisałem się do klasy czwartej w niemieckiej szkole. W dniu zapisu do szkoły, zażądano ode mnie świadectwa chrztu lub karty identyczności. Ja nie posiadałem żadnego dokumentu. Pani Marta poszła do kościoła i poprosiła o fałszywe świadectwo. Ksiądz się zgodził, ale pod warunkiem, że przejdę chrzest.

franciszkanie

Kościół Franciszkanów, w którym Dawid został ochrzczony oraz przystąpił do pierwszej komunii

• Myślisz, że ksiądz wiedział, kim ty jesteś?

Przypuszczam, że ksiądz wiedział. Nie wiem z pewnością. Przeszedłem chrzest, a następnie uczyłem się podstaw wiary do ceremonii komunii, która jest odpowiednia do “bar-micha” w wierze żydowskiej.
Ponieważ byłem już zapisany, jako chrześcijanin, byłem ostrożny i nie rozbierałem się w gromadzie dzieci, kiedy skakaliśmy do rzeki. Dzieci się śmiały:, „co tam masz? Czego tam nie masz? Chodźmy zobaczyć!…” Ale byłem silny i pobijałem ich. Najpierw biłem, a potem się pytałem…

• Dawid mówi to z uśmiechem. Jest wysoki i barczysty, widać po nim, że był chłopcem silnym i zahartowanym. Cieszę się, że czuł się dość pewnym, aby się móc bronić i że mu się nic złego nie stało. Mało, kto odważył się bronić – w większości wypadków drogo za to płacili.

Aby pomóc trochę w wyżywieniu rodziny, rozdzielałem wczesnym rankiem przed pójściem do szkoły około 400 gazet. Byłem łobuzem i niesfornym w gromadzie dzieci, ale w domu byłem posłuszny. Rozdzielanie gazet nie było moim pomysłem. Pani Kapica była osobą bardzo dominującą; powiedziała, że należy zrobić tak i tak i wszyscy działali tak jak się od nich spodziewała. Ze wszystkimi dawałem sobie radę oprócz Gertrud, mojej starszej o dziesięć lat “siostry”. Stale było jakieś napięcie miedzy nami. Dopiero dużo później zrozumiałem, że ona żyła stale w niepokoju, myśląc, co by się mogło stać rodzinie z powodu mojej obecności. Ona umierała ze strachu…To naprawdę było śmiertelne niebezpieczeństwo.

• Ci wszyscy, którzy ryzykowali, chowając Żydów, życiem swoim, swoich dzieci i swoich rodzin są godni czci i poszanowania. Nawet, jeśli dostali za to pieniądze, to było związane z wielkim niebezpieczeństwem dla nich.

Tak. I przecież gestapowcy przyszli mnie szukać i przesłuchiwali panią Kapicową, podczas kiedy ja siedziałem w pociągu w drodze do Niemiec. Ona im powiedziała, że ukradłem pieniądze i dlatego mnie wyrzuciła. Muszę przyznać, że logicznie rzecz biorąc nie mogę sobie wytłumaczyć faktu, że ja tu dzisiaj siedzę. Oprócz niebezpieczeństwa bycia Żydem, były bombardowania w okolicy, były zamieszki. Cokolwiek się działo naokoło dawało poczucie, że to sprawa “więcej szczęścia niż rozumu” … Całkiem po prostu.
Spędziłem u rodziny Kapiców cały czas wojny. Cokolwiek oni posiadali – miałem w tym i moją część, na dobre i na złe… Nigdy nie głodowałem. Pani Marta umiała się zorganizować.

• Ty wymieniasz tylko ją. A gdzie był pan domu?

On tam był, ale w cieniu. Ona była panią domu. Ona trzymała w ryzach całą rodzinę.

• Dawid przerywa i kontynuuje opowiadanie.

W roku 1991 mój syn Ofer, żyjący dziś w Austrii, wyraził życzenie zorganizowania wyjazdu rodzinnego do Polski, celem “odkrycia korzeni”. Odmówiłem i powiedziałem, że ja nie jestem gotowy jechać do Polski. Ofer poprosił o spis miejsc i fotografie. Posłałem mu i on pojechał sam. Zaczął szukać i nie znalazł rodziny według przesłanego mu adresu. W kościele ( O.O. Franciszkanów), w którym przeszedłem chrzest, okazało się, że tamten ksiądz już nie żyje. Rożnymi drogami udało mu się kogoś napotkać. Ofer zatelefonował mi i powiedział, że mówi do mnie z Zabrza z mieszkania Ernesta, tegoż “brata”, który odprowadzał mnie na rowerze do stacji w drodze do Niemiec, wtedy w owych ciężkich czasach. Kiedy to usłyszałem, stopniały moje wszystkie sprzeciwy? Natychmiast zorganizowaliśmy się i do miesiąca pojechałem tam wraz z moją żoną Ruti. Jakież to było spotkanie! I także nawiązały się kontakty z rodzina mojej “siostry” Gertrud…Jej córki nazywają mnie teraz “wujek”…jesteśmy “braćmi”. Wtedy dopiero dowiedziałem się, że moja matka zaprzysięgła ich matkę, że o ile coś się stanie, ona się mną zaopiekuje…i ona – Marta Kapicowa dotrzymała tej obietnicy. Już trzy razy pojechałem do Polski, aby uczestniczyć w uroczystościach rodzinnych mojej “siostry”. Ja jadę tylko do niej i z powrotem, nie podróżuję po Polsce.

• Dawid pokazuje mi fotografie “siostry”, z którą nie miał wtedy dobrego kontaktu.
Ona żyje, ale komunikuje się z trudnością z otoczeniem. On do niej dzwoni raz na miesiąc. Postarał się wpisać ją i jej rodzinę na listę Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata – to był proces przewlekły i uciążliwy. W następstwie zasadzili drzewka na imię rodziny Kapica. Pokazuje także dokumenty na imię ojca, łącznie z jego numerem obozowym, które odnalazł w archiwum oświęcimskim. Dokumenty potwierdzają, że tam zginął. Ojciec był uważany za więźnia politycznego, ponieważ posiadał obywatelstwo niemieckie. Posiada także fotografie ojca z okresu, kiedy wyglądał jak “muzułman”, według określenia Dawida. Posiada także dokument matki, ale bez fotografii i bez numeru osobistego. Ona po prostu nie wróciła.

• Nagle przerywa i mówi:

Opowiadałem ci przedtem o kieliszkach, które zabrałem wraz z innymi rzeczami z opieczętowanego domu…

• Dawid wstaje i wyciąga z szuflady dwa niebieskie kieliszki, pozostałość po owych sześciu wyciągniętych z ogołoconego mieszkania, wówczas w owym gorzkim dniu, kiedy powrócił i nikogo nie zastał. Wzruszenie do łez, nie wierzę moim oczom. Gdzie one były przez te wszystkie lata? Kiedy i jak je otrzymał?

Jeden kieliszek znajdował się u mojego “brata” Ernesta, a drugi u “siostry” Gertrud. Ponieważ nie miałem z nimi kontaktu, nie wiedziałem o ich istnieniu. Otrzymałem je dopiero po przyjeździe do Polski …

• Dawid pokazuje mi kieliszek, na którym wyrył imię ojca, datę urodzin i zgonu, według dokumentów. Na drugim kieliszku wyryte imię matki, data urodzenia i przypuszczalna datę zgonu.. Te kieliszki pozostają u mnie, a gdy nadejdzie dzień, jeden z nich otrzyma syn Ofer, a drugi córka Orit.

• Cos odczuwał, kiedy je dostałeś?

Nie płakałem wtedy, kiedy je otrzymałem, ale teraz kapią mi łzy…

• My milczymy. Trudno jest mówić dalej. Dawid wstaje przygotować herbatę i umożliwia nam się uspokoić. On mi wręcza prace o korzeniach rodzinnych p.t. “Opowiadanie przedmiotu” napisana przez jego wnuka w klasie siódmej. W Izraelu wykonują wszyscy uczniowie klasy 7-ej prace o rodzinnych korzeniach W tej pracy znajduje się zaskakujące opowiadanie o dwóch kryształowych kieliszkach. Po krótkiej przerwie, Dawid mówi dalej:

Byliśmy w Rybniku, miejscu znajdującym się miedzy wojskami niemieckim i rosyjskim. Żyliśmy pod bombardowaniem obu stron. Jeśli o mnie chodzi, w tych czasach właśnie Rosjanie byli tym okropnym postrachem, a nie Niemcy! Rosjanie dopuszczali się okropnych rzeczy: gwałt, rabunek, kradzież i zniszczenie… Oni nas wygnali z domu! Luty 1945; deszcz, śnieg, brak jedzenia, brak domu… Kręcimy się po wsiach, śpimy raz tu, raz tam. Kilka ziemniaków, garść żyta…Znalazłem jakąś opuszczoną mleczarnię; stały tam kadzie z mlekiem i śmietana – zamarznięte z zimna. Rozbiłem młotem zamarznięte bryły i przyniosłem do rodziny. Dzięki nim karmiła “siostra” swoje niemowlę przez dwa miesiące. Trzy miesiące wędrowaliśmy, cala rodzina, aż do oficjalnego zakończenia wojny. To był najcięższy okres w moim życiu. Okrutni Rosjanie byli tymi, którzy uczynili mi zło, nie Niemcy… Trudno opisać, czego się tam dopuszczali.

• Wspomniałeś przedtem akty gwałtu. Zdarzyły się także w twojej przybranej rodzinie?

Tak. Oni wzięli dwie szwagierki mojej “siostry” na strych stodoły i zgwałcili je po barbarzyńsku. Jedna z nich zaszła w ciąże. “Siostra” się uratowała, bo karmiła niemowlę…

• Ciężkie milczenie. Opowiadanie potwierdza fakty, o których wiemy, ale trudno
Słyszeć je znów. Co rozumie dwunastoletnie dziecko? Czy ono rozumie, co to jest gwałt? My wiemy, że rzeczywistość powodowała przedwczesne dojrzewanie I dwunastoletnie dziecko było już dorastającym chłopcem.

Słyszałem krzyki… Widziałem je schodzące i plączące… Nie myślę, że mogłem sobie pozwolić na luksus wybuchu emocji. Jednak wiedziałem, że co się tam działo, było rzeczą złą.

• Użyłeś teraz ważnego wyrażenia, które łatwo może służyć i do innych sytuacji – luksus wybuchu emocji…

Tak, przemilczałem wiele rzeczy. Nie było innego wyjścia.
Ponieważ uczyłem się w niemieckiej szkole w Rybniku, musiałem także należeć do Hitlerjugend. Inaczej zaczęłyby się pytania…Salutowałem wyciągniętą ręką i czułem się z tym w porządku. Nawet sprawiało mi to przyjemność; to była rozrywka towarzyska, był klub szybowcowy i jeszcze inne kluby; wszystko to była częścią walki o przetrwanie… Trudno wytłumaczyć to ścisłą logiką innej rzeczywistości.

• Ta sprawa jest jasna i zrozumiała. Ilekroć napotykam potrzebę tych dzieci, które przetrwały z trudem okropności wojny, wytłumaczyć i usprawiedliwić się, ubolewam wraz z nimi nad ich wielkim bólem.

Co do sprawy mojego chrztu; gdybym był starszy, musiałbym przejść komisje lekarska i wtedy wyszłoby na jaw, ze jestem obrzezany… Wszystko jest sprawa wypadku i szczęścia.

• Wspomniałeś negowanie uczucia; użyłeś wcześniej dokładnego wyrażenia “luksus odczuwania”…Nie wiem czy to po raz pierwszy, ale to jest dokładne.

Ja tak mówię po raz pierwszy, ale to zawsze tkwi we mnie. Zawsze poskramiałem uczucia, nawet do dziś. Także i w mojej rodzinie tak mi mówią. Interesują mnie szczegóły techniczne, ale nie strona uczuciowa.

• To uzmysławia, zaostrza i wyjaśnia ten fakt, że pośród zgorzeliska nie może dziecko pozwolić sobie odczuwać jakikolwiek ból i strach.

Kiedy wojna się skończyła, po tych wszystkich wędrówkach zachciało się Marcie, mojej polskiej “matce”, powrócić do swego miasta rodzinnego – Zabrza. Natomiast Anton, mój polski “ojciec” chciał powrócić do swojego miasta – Rybnika. Nawet ja, choć byłem przywiązany do Marty wybrałem powrót do Rybnika, mojego miasta, bo miałem nadzieję spotkać rodziców; przecież na to czekałem…Było mi jasne, że pierwszą rzeczą, którą zrobią, będzie powrót do Rybnika, ażeby mnie odszukać…
Wiedziałem już o obozach, ale to mi nie mówiło wiele; nie wiedziałem o istnieniu obozów masowego mordowania. Trzy tygodnie po wyzwoleniu byłem w Oświęcimiu/Auschwitz, oddalonym o 38 kilometrów. Widziałem wszystko… Stosy okularów, walizek, włosów…Nie z poza szyb jak dzisiaj, ale na zewnątrz, na otwartym polu. Jeszcze unosił się w powietrzu ostry zapach… Wiedziałem, że rodzice tam byli, poszedłem ich szukać… Nie wiązałem niczego miedzy objawami.

Maks Danielski

Ojciec Dawida – Maks Danielski

Anna Danielski

Mama Dawida – Anna Danielski

•Sam w Auschwitz. Dziecko-chłopiec. Jaki los pokierował rodzicami, tego nie wie od dnia rozłąki i oto on kroczy między stosami okropności i nie zdaje sobie sprawy?

Sam jeden… Wróciłem stamtąd, a następnie przez dwa miesiące, od pierwszego brzasku, aż do ostatniego promyka słońca urzędowałem na wysokim drzewie przy skrzyżowaniu rozstajnych dróg, którymi powracali uciekinierzy i wypatrywałem` może ujrzę powracających rodziców…. Gdy tłum powracających zmalał, zszedłem z drzewa. I już. Zrozumiałem, że już nie powrócą… I wtedy pojawiły się wiadomości o obozach śmierci, ale tak naprawdę – nie zrozumiałem.

• Dawid opowiada to w sposób rzeczowy, ale z odległości. Opowiadanie o dziecku siedzącym całymi dniami na drzewie i czekającym na rodziców…Mnie jest trudno zareagować i siedzę i wysłuchuję siedzącego naprzeciw mnie człowieka.

Anton Kapica i ja wróciliśmy razem do Rybnika. Byliśmy jedyni w całej dzielnicy. Dom był częściowo uszkodzony. Piwnica była zburzona. Ziemniaki zgniły. Kapusta z beczek – porozrzucana. Słoiki ze smalcem znikły. Zostaliśmy bez niczego. Anton był roztrzęsiony, oszołomiony. Zaczęliśmy remontować dom, a ja dbałem o wyżywienie. Wyrabiałem ciastka z czarnej maki, cienkie i twarde; ` sprzedawałem i znikałem, żeby mnie nie złapali gdyby nie potrafili ugryźć kęsa. One były jak kawałki dykty.

• On opowiada szczerze z szerokim uśmiechem. Rozumiemy naiwność chłopca i jego stanowczość kierować dalej własnym losem.

Po wojnie pojawił się w naszym domu pewien Żyd nazwiskiem Goldenberg. Powiedziano mu, że znajduje się tu żydowskie dziecko. On przyszedł i pytał się mnie, co ja pamiętam z żydostwa. Nie pamiętałem wiele. Pamiętałem święto ze świeczkami, chorągiewkę z jabłkiem, kilka liter hebrajskich, których mnie wyuczyła matka i “Szma Israel” On chciał się upewnić, czy jestem obrzezany.

• Nie rozumiem? Dlaczego należy podejrzewać dziecko, że się podszywa pod żydostwo?

Dawid uśmiecha się i mówi dalej: On prosił, więc mu pokazałem… Pytał się czy chce powrócić do żydostwa lub zostać miedzy Polakami. Powiedział, że mogę iść z nim. Poszedłem się spytać “ojca” Antona, co o tym sadzi.

• A czegoś ty chciał?
Chciałem powrócić do żydostwa…

• Ja naciskam na Dawida, żeby spróbował mi wytłumaczyć, co go skłoniło powrócić do żydostwa. Rodziców nie ma, on jest przywiązany do Antona. Ja próbuję wyostrzyć ten problem.

Zrozumiałem, że moich rodziców już nie ma i więcej nie wrócą. Anton i Marta, moi polscy “rodzice” stale byli skłóceni ze sobą, a teraz się rozeszli. Żyłem z Antonem i nawet nawiązały się między nami dobre stosunki, ponieważ przeszliśmy razem wspólne przeżycia po wojnie i on był za mnie odpowiedzialny Możliwe, że czułem nieświadomie, że nie mam tu, czego szukać…Anton powiedział: „Uczyń jak chcesz. Jesteś naprawdę Żydem. Jeśli chcesz, zostać ze mną – to jest w porządku. Jeśli chcesz powrócić do twojego narodu – to jest także w porządku… “ Nie wiedziałem dobrze, co to znaczy “mój naród”, “twój naród”, ale miałem przeczucie że należy powrócić. Poszedłem do Goldenberga. On mnie chciał zaadoptować i wziąć ze sobą do Ameryki, chociaż posiadał rodzinę. Posłano mnie do jakiejś instytucji żydowskiej wyuczyć się trochę “jidyszkajt” (żydostwa), bo według jego zdania wyglądałem i zachowywałem się jak “siajgec” (polski chłopak), co miedzy innymi pozwoliło mi przetrwać i przeżyć.
Goldenberg kupił mi ubranie, nowe cholewki. Uczyłem się o Palestynie i stałem się syjonistą. W pewnym momencie powiedziałem mu, że pojadę do Palestyny. On był bardzo zły. Mówił, że zainwestował we mnie i poczynił wszystkie kroki, aby mnie wziąć ze sobą. Ja zaś byłem zdecydowany jechać do Palestyny. Nie wiem, jaki on miał we mnie interes. Zerwałem z nim wszelki kontakt. Dopiero później dowiedziałem się, że pieniądze otrzymane celem przekazania Antonowi za ten cały okres opiekowania się mną – nie doszły do niego. To spowodowało, że widziałem w nim złodzieja i wzbudziło we mnie ciężkie uczucia gniewu. Taki “żydlak”… Pragnąłem wyjechać do Palestyny; nasiąkłem tym w Zakładzie, który mnie przekształcił w syjonistę. Tam płakałem po raz pierwszy podczas świecenia świec…

Dawid Danielski

Dawid w sierocińcu żydowskim w Zabrzu po wojnie – zdjęcie ze zbiorów Muzeum Bohaterów Getta

• Po chwili milczenia opowiada dalej:

Pojechaliśmy do Francji w drodze do Palestyny, duża grupa dzieci. Ja mówiłem po polsku i niemiecku. W tym czasie zerwałem wszelkie kontakty z Polakami. Nie chciałem widzieć, słyszeć ani wiedzieć o nich. Żadnego kontaktu. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak zrobiłem i o co bylem zły. Polska wydawała mi się szczytem zła. Myślałem, że Polacy są fałszywi. Dowiedziałem się o nich różnych rzeczy…

• Czy w tym okresie nie zauważałeś tego poświecenia ze strony tych Polaków, którzy ocalili ciebie i inne dzieci pod niebezpieczeństwem życia, nawet, jeśli to było związane z pieniężną zapłatą?

Nie, nie widziałem. Dopiero po drugim spotkaniu z moja polską “siostrą” i po rozmowie z nią zacząłem o tym myśleć. Zapisałem ich na listę “Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata” jeszcze wcześniej, bez względu na moje poglądy o Polakach.
We Francji zatrzymał się nasz wyjazd do Palestyny. Stanowiliśmy grupę siedemnastu chłopców. Zorganizowaliśmy się i ogłosiliśmy, że chcemy wyruszyć w drogę. Wsiedliśmy na okręt “Exodus” i dotarliśmy do Hajfy. Nosiłem majteczki kąpielowe, bo należałem do tych, którzy mieli dobrnąć do brzegu pływając. “Exodus” została zwrócona, jak wiadomo, do Niemiec a ja pozostałem w stroju kąpielowym.

(Wytłumaczenie: „Exodus” był okrętem-widmem, jednym z blisko stu nielegalnych statków próbujących przełamać angielska blokadę Palestyny i przywieźć żydowskich imigrantów, ocaleńców wojny światowej. Angielska flota wojenna opanowała okręt wraz z 4000 uciekinierami i przewiozła ich do obozu koło Hamburga. “Exodus” stal się symbolem żydowskiej walki o wolna “alije” – imigrację do Palestyny i służył za temat sławnego filmu o tej samej nazwie – przypisek tłumacza).

• Dzisiaj, oczywiście, pojawia się szeroki uśmiech na twarzy Dawida, gdy to wspomina.

W Niemczech grupa znowu się rozdzieliła i ja wraz z dwoma kolegami przyłączyliśmy się do zorganizowanej grupy młodzieży. Uczyliśmy się hebrajskiego i aż do naszego powrotu do kraju, umiałem już trochę mówić. Przyjechałem okrętem “Nieustraszeni”, małym, zaniedbanym i rozpadającym się. W ciągu jazdy skakaliśmy do morza, pływaliśmy i wracaliśmy na okręt.
W kraju zamieszkaliśmy w obozie dla nowo przybyłych w miasteczku Raanana. Od razu zacząłem szukać jakiegoś zajęcia, Po krótkim czasie znalazłem pracę w dużym przedsiębiorstwie budowlanym “Solel Boneh”. Kiedy już miałem trochę pieniędzy kupiłem sobie zegarek i odzież w duchu miejscowym: sandały, skarpetki, krótkie spodnie z nogawkami do podwijania?

• Śmiejemy się i wspominamy ów okres w stylu kibucowym i “Palmachu”.

Przeniesiono nas do obozu młodzieżowego w Karkur, a po trzech tygodniach zostałem posłany na przeszkolenie do znanej szkoły rolniczej Mikweh Israel. Tam spędziłem dwa lata (1948-1950) w grupie religijnej. To były najpiękniejsze I najlepsze czasy mojej absorbcji w kraju. Jedyne lata, w których uczyłem się w sposób zorganizowany. Następnie przyłączyliśmy się do religijnego kibucu – Masuot Jicchak. Tu poznałem Ruti, moją przyszłą żonę. Zmobilizowałem się do wojska do jednostki młodzieży rolniczej „Nachal”. Po służbie wojskowej, wróciłem do kibucu. Pobrałem się z Ruti i urodził nam się nasz pierworodny syn – Ofer. Chciałem prędko stworzyć rodzinę, zbudować dom. To było mi całkiem zrozumiale, wtedy…

Dawid w Izraelu

Dawid w Izraelu

Po wojnie bardzo zazdrościłem ludziom, którzy mieli jakiegoś brata; nawet jakiegoś krewnego trzeciego stopnia… Nie miałem żywej duszy na świecie…Nikt w ogóle nie przeżył z całej powiększonej rodziny matki czy ojca. Matka miała brata w Londynie, lekarza. Po wojnie, jeszcze w roku 1946 w Polsce próbowałem go odszukać i nie udało mi się. Możliwe, że nie prowadziłem dość intensywnego poszukiwania, ale nie szukałem więcej. Cały świat poszukiwał wtedy cały świat… Zerwałem kontakt z moją całą przeszłością… Z moim polskim “ojcem”, Antonem Kapica, prowadziłem korespondencje aż do roku 1956. Zaczęły się problemy w Polsce i on mi dał do zrozumienia, że lepiej żebym nie pisał. Przestałem na jakiś czas, a kiedy ponownie zacząłem pisać – nie było już odpowiedzi. Z Martą Kapica nie było żadnego kontaktu. Zwróciłem się do Czerwonego Krzyża, lecz nie znaleziono śladów Antona. Później okazało się, że zmarł.

Osiem lat temu przenieśliśmy się śladami córki do Binjaminy i tu zbudowałem mój dom. Dzisiaj jestem już na emeryturze, oczywiście. Mam dwoje dzieci i pięcioro wnuków, przyszli oni na świat dzięki temu, że mnie – żydowskiego chłopca uratowali Marta i Anton Kapicowie. 

Dawid usmiechniety

Dawid Danieli obecnie

_______________________________________________________

O Dawidzie pisaliśmy też na naszym forum:

http://forum.zapomniany.rybnik.pl/viewtopic.php?f=4&t=1629

Sty 272013
 
Od jakiegoś czasu starałam się odnaleźć potomków jednego z naszych najznamienitszych obywateli naszego miasta przed wojną, czyli Józefa Manneberga. Wiedziałam jedynie, iż krótko przed wybuchem II wojny rodzina Mannebergów sprzedała wszystkie swoje posiadłości w Rybniku i stąd wyjechała, prawdopodobnie do Palestyny.
Jesienią 2012 roku natrafiłam na jednym z drzew rodzinnych, jakie można spotkać w internecie, na ślad, który wydał mi się „tropem rybnickim”. Jak zwykle w takich przypadkach napisałam do administratora strony z prośbą o kontakt i cierpliwie czekałam na odpowiedź. Po około dwóch tygodniach przyszła odpowiedź, a w niej zdanie: „Tak, moim dziadkiem był Joseph Manneberg z Rybnika”. Owocem korespondencji między dwoma wnukami Józefa Manneberga, tj. Michaelem ze Szwajcarii oraz Eliezerem z Izraela a mną, jest poniższa historia tej rodziny, którą dla rybniczan (i nie tylko) spisał jeden z wnuków, Eliezer Manneberg i przesłał do mnie, wyrażając zgodę na jej publikację. Przetłumaczyłam ją dla Państwa z nadzieją, że zaciekawi, przybliży dawne czasy i pokaże losy rybniczan, którym udało się wyjechać z naszego miasta zanim weszli do niego naziści.
Oddaję więc głos potomkowi Józefa Manneberga, właściciela m.in. „Rybnickiego Handlu Żelazem”, który mieścił się przy ul.Sobieskiego 15. Życzę przyjemnej lektury i zapraszam do dyskusji na ten temat na naszym forum
Małgorzata Płoszaj
Josef Manneberg

Krótka historia rodziny Manneberg z Rybnika

Według mojego taty – Hansa Leopolda Manneberga nasza rodzina mieszkała w Rybniku i jego okolicy przez setki lat. W XIX wieku większość męskich członków mojej rodziny była nauczycielami. Mam pisemny dowód na to, iż 15 czerwca 1869 roku, Leopold Manneberg z Ragin (?) ożenił się z Rozalią Perl. Ślub miał miejsce w Beuthen (Bytomiu). Leopold i Rozalia mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu w samym centrum Rybnika, zwanym rynkiem.

Rozalia prowadziła maleńki sklep ze sprzętem dla domu i kuchni. Leopold zaś był nauczycielem. Po jakimś czasie został dyrektorem szkoły żydowskiej w Rybniku. Był też jednym z liderów miejscowej żydowskiej społeczności.

Para ta miała troje dzieci: m. in. jedną córkę, która urodziła się z upośledzeniem umysłowym, oraz syna Josepha (mojego dziadka), który urodził się 1 maja 1874 roku w Rybniku. Gdy dziadek zakończył podstawową edukację w Rybniku został wysłany do miasta Beuthen (Bytomia), gdzie zamieszkał w domu żydowskiego kupca, u którego odbywał praktykę ucząc się zarazem sztuki handlowania. Jego mama – Rozalia zmarła bardzo młodo. Joseph musiał więc wrócić do domu, by pokierować jej małym sklepem. Po jakimś czasie udało mu się znacznie ten interes rozwinąć. Joseph ożenił się z dziewczyną o imieniu Hedwig (po polsku Jadwiga, po hebrajsku Leah). Jej rodowe nazwisko było Schwartz.

Joseph i Hediwg mieli czwórkę dzieci.

Opa Joseph and Hedwig in Rybnik (1)

 

Pierwsza urodziła się Rozalia (Rozel). Drugim z rodzeństwa był urodzony w 1903 roku Ernst (po hebrajsku Menachem). Następne dziecko moich dziadków zmarło w niemowlęctwie. Ostatni urodził się Hans Leopolad (Jan po polsku, lub Yehudah po hebrajsku), czyli mój ojciec. Hans przyszedł na świat w 1918 roku, czyli wiele lat po swoim rodzeństwie.

Hans Manneberg jako dwulatek

Hans Manneberg jako dwulatek

 

Hans jako chlopak

 

Najstarsza córka, czyli Rozalia poślubiła Max’a Guttmanna, którego rodzina wywodziła się z Królewskiej Huty (dawniej Königshutte, obecnie Chorzów). Ernst z kolei ożenił się z Ilse Taterka, z którą miał dwóch synów Klausa (Jocoba) i Michaela. Klaus obecnie mieszka w Niemczech, a Michael osiedlił się w Szwajcarii.

Mannaberg telefony

Na początku XX wieku Rybnik był miastem należącym do Niemiec. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa mój dziadek Joseph Manneberg został powołany do armii niemieckiej. Służył na froncie w Belgii. Gdy wojna dobiegła końca powrócił do Rybnika i dalej rozwijał swoją firmę z materiałami budowanymi. Na pewno był przedsiębiorcą odnoszącym sukcesy.

Opa Joseph in Rybnik

Powinienem dodać, iż w plebiscycie, który przeprowadzono na Górnym Śląsku w marcu 1921 roku, Joseph oraz jego żona Hedwig (a tym samym, w sposób pośredni, ich najmłodszy syn, a przyszły mój ojciec – Hans) optowali za Polską. Zadecydowali również o przyjęciu obywatelstwa polskiego podczas, gdy reszta rodziny głosowała w plebiscycie za Niemcami. W okresie międzywojennym biznes Mannebergów się dalej rozwijał, dzięki czemu Rozalia Guttmann (córka Josepha) dostała swój własny sklep z galanterią w głównej kamienicy rodzinnej przy ulicy Sobieskiego 15 w Rybniku.

Sklep Rosel Manneberg Rybnik lata miedzywojenne

10.03.2014 (9)

Ernst Manneberg i jego szwagier Max Guttmann prowadzili interesy w Niemczech (granica niemiecka była bardzo blisko i obywatele niemieccy mieszkający w Rybniku mogli pracować po jej drugiej stronie). Hans, czyli mój tata uczęszczał do niemieckiego gimnazjum w Rybniku.

szkola

Po dojściu do władzy nazistów w Niemczech i wraz ze wzrostem antysemityzmu na tym terenie, mój dziadek Joseph zaczął myśleć o wyjeździe do Palestyny. Przedtem jednak, tj. w 1934 r. postanowił sprawdzić wszystkie możliwości emigracji. Dziadek był zwolennikiem syjonizmu jak i jego ojciec, a mój pradziadek Leopold. Leopold Manneberg brał nawet udział w Żydowskiej Konferencji Chowewej Syjon w 1884 roku w Katowicach. Konferencja ta popierała żydowskie osadnictwo w Palestynie, będącej wówczas częścią imperium osmańskiego. W swoją podróż „rozpoznawczą” Joseph zabrał zięcia Maxa Guttmanna. W tamtym czasie Ernst i jego żona Ilse byli w podróży poślubnej. Po powrocie dziadka z Palestyny cała rodzina się razem zebrała, by postanowić o emigracji bądź pozostaniu w Polsce. Mój dziadek zaakceptował to, że większość rodziny była przeciwna emigracji do Palestyny, która wówczas już była pod mandatem brytyjskim i zadecydował o pozostaniu w Rybniku oraz o dalszym rozwijaniu swej firmy, zajmującej się głównie sprzedażą materiałów budowlanych.

Manneberg z Trunkhardta

1929-1930 Rybnik budowlane

Niestety antysemityzm w Niemczech narastał i z jego powodu Ernst i Max musieli zrezygnować z pracy za granicą Polski. Przyłączyli się do interesów ojca i teścia, czyli Josepha (Józefa) Manneberga. Nazistowska propaganda stopniowo zaczynała wnikać i w niemieckojęzyczną społeczność Rybnika, przez co mój ojciec musiał zrezygnować z nauki w gimnazjum niemieckim. On również dołączył do pracy w rodzinnej firmie Mannebergów.

Manneberg 1931 Gazeta Urzedowa

W latach 1937 – 1938 większość rodziny wyemigrowała do Palestyny, mimo uprzednich wątpliwości. Tylko Józef, jego żona Jadwiga oraz ich najmłodszy syn Jan (Hans) pozostali w Rybniku. Wszyscy oni byli obywatelami polskimi. Biznes Józefa rozwijał się naprawdę wyśmienicie i rozszerzył się poza miasto. Józef cały czas starał się sprzedać swoją firmę oraz nieruchomości –  niestety bez rezultatu. W międzyczasie Jan (Hans) otrzymał zawiadomienie o poborze do polskiej armii. Coraz bliżej były słyszalne „bębny wojenne” i mój dziadek zaczął sobie zdawać sprawę z tego, iż rodzina jest w wielkim niebezpieczeństwie. Sprzedał więc wszystko na szybko, niestety wiele przez to tracąc. Na szczęście udało mu się wyjechać z kraju i dostać się do Palestyny wraz z żoną. Janek (Hans) – mój tata wyjechał do Palestyny na podstawie wizy turystycznej w maju 1939 roku, czyli wszystko odbyło się krótko przed wybuchem II wojny. Nieżydowski przyjaciel mojego dziadka z lat szkolnych, który w tamtym czasie był w Rybniku policjantem, pomógł mu uzyskać wszystkie niezbędne zezwolenia i tym samym ocalił jego życie, życie mojej babci Jadwigi oraz mojego taty, który wtedy miał 21 lat.

 

Jadwiga passport-2

Jadwiga passport-5

Mannaberg i inne

Kilka słów o siostrze mego taty, czyli Rozalii Guttmann która, jak już wspomniałem, prowadziła w Rybniku sklep z galanterią dla pań. Otóż Rozalia i jej mąż Max brali ślub w Bytomiu (wówczas Beuthen) w hotelu Kaiserhof. Mam u siebie kolekcję około 150 telegramów, które wówczas otrzymali.

Guttmann wedding telegram-2

Guttmann wedding telegram-5

Jak już wspomniałem rodzina Guttmannów nie pochodziła z Rybnika. Ciocia Rozalia (Róża) i jej mąż Max wyjechali do Palestyny w latach 1937 – 1938. Osiedlili się w Tel Awiwie. Mieli dobrze prosperującą klinikę kosmetyczną, specjalizującą się w pedicure, czyli w zabiegach kosmetycznych paznokci u stóp. Klinikę tą założyła szwagierka Maxa – Ilse Guttmann. To ona uzyskała licencję od angielskiej firmy Dr Scholl’s, co umożliwiło jej sprzedaż produktów tej marki.

To właśnie w tej klinice mój ojciec poznał moją mamę Sofie Oko, uchodźczynię z Niemiec. Mama bowiem, wtedy bardzo młoda dziewczyna, pracowała właśnie w klinice Guttmannów jako specjalistka od pedicure. Tata zaraz po przyjeździe do Palestyny udał się do kliniki, by odwiedzić swoją starszą siostrę Rozalię i tam doszło do pierwszego spotkania rodziców.

Moi rodzice pobrali się w 1940 roku w Tel Awiwie. Ja zaś przyszedłem na świat rok później. W 1948 roku, po powstaniu państwa Izrael, wszyscy członkowie mojej rodziny uzyskali obywatelstwo izraelskie. Rozalia i Max Guttmannowie nie mieli dzieci. Przez cały czas mieszkali w Tel Awiwie w tym samym mieszkaniu. Mój urodzony w Rybniku – dziadek Joseph Manneberg zmarł 15 sierpnia 1952 roku, w wieku 78 lat. Byłem na jego pogrzebie. Został pochowany w Tel Awiwie na cmentarzu Kirjat Shaul. Poniższe zdjęcie Józefa zostało zrobione w dniu złotych godów moich dziadków. 

Golden wedding anno 1950 (2)

Jego syn, czyli mój wujek Ernst wyjechał z Izraela do Niemiec w 1957 roku. Tam też jest pochowany wraz ze swoją żoną Ilse.

Kiedy dorastałem, mój ojciec nigdy nie rozmawiał o swoich wspomnieniach z Rybnika. Jeszcze gdy mieszkaliśmy z dziadkami słuchałem opowieści o Rybniku od dziadka Josepha. Pamiętał polskich rolników, którzy byli raczej biedni, a którym starał się pomagać sprzedając materiały budowlane „na kredyt”. Pamiętam jedną opowieść o biednej polskiej rodzinie, której dawał karteczki, z którymi szli do piekarza i kupowali chleb na rachunek dziadka. Niektórzy z miejscowych, którzy nie mogli zapłacić za towary, przynosili mu jajka, czy warzywa jako zapłatę. Wiele lat później mój ojciec opowiadał mi, jak to mógł sobie hodować kurczaczka, którego dostali w formie zapłaty. Opowiedział mi też historię o kozie, którą pozwolono mu trzymać na strychu w domu. Koza czekała na niego codziennie gdy wracał po szkole do domu. Niemiecka opiekunka o imieniu Anna, która mieszkała z rodziną, a która de facto była niańką mojego taty i go wychowywała, nie przepadała za kozą i jej obecnością w domu dziadków. Jednego dnia, gdy mój tato wrócił ze szkoły do domu powiedziano mu, iż kozę wywieziono do rzeźnika. Mój prawie 80 – letni ojciec miał łzy w oczach, gdy opowiadał mi tą historię z dzieciństwa.

Ojciec był raczej rozpieszczonym dzieckiem, późno wydanym na świat przez zamożnych rodziców. Przeprowadzka do Palestyny, czyli do kraju relatywnie wówczas zacofanego, status uchodźcy bez zawodu i pieniędzy, brak znajomości języka – to wszystko było dla niego bardzo trudne. Gdy chodził do niemieckiego gimnazjum w Rybniku, niektórzy z nauczycieli mieli antysemickie nastawienie. Jak już wspominałem, ojciec został w zasadzie zmuszony do przerwania szkoły. W tamtym okresie istniały również polskie środowiska proniemieckie, więc mój ojciec ostatnie lata w Rybniku spędził raczej odizolowany od społeczeństwa, spotykając się jedynie z grupą bliskich przyjaciół. Wiem, że ojciec miał kolegów i koleżanki w Rybniku, ale nigdy mi o nich nie opowiadał i przez to nic o nich nie wiem. Poniższe zdjęcie zostało zrobione w Rybniku, krótko przed jego wyjazdem. 

Hans z przyjaciolmi Rybnik 1939

 

W 2006 roku zdecydowałem wraz z moją żoną Ruth, że odwiedzimy Rybnik. Poprosiliśmy ojca (miał wtedy 88 lat), by nam towarzyszył. Odmówił i powiedział, iż to jest rozdział w jego życiu, który jest już zamknięty. Ale sądzę, iż był szczęśliwy, że pojechałem odwiedzić miejsce, w którym się urodził. Zadzwoniłem do niego z telefonu komórkowego siedząc na rybnickim Rynku w pobliżu fontanny. Powiedziałem mu gdzie jestem. Weszliśmy również do kamienicy pod numerem 15 przy ul. Sobieskiego. Zwiedziliśmy górne piętro, którego część została zaadoptowana na biuro architektoniczne. Chociaż prawie nikt z pracowników nie znał angielskiego, to uprzejmie pozwolono nam rozejrzeć się po biurach. Jedna osoba trochę znała angielski i zrozumiała kim jesteśmy. Moja żona Ruth mogła skorzystać z Internetu. Gdy byłem w Rybniku, to zdumiało mnie, iż leży on tak blisko Auschwitz. Ojciec o tym nigdy nie wspominał, choć na pewno o tym wiedział.

Na pytanie o wspomnienia ojca z Rybnika, mogę powiedzieć, że były to dla niego dobre czasy, choć późniejsze straszne wydarzenia zablokowały go, uniemożliwiając tym samym rozmowy na ten temat.

Na koniec chciałbym powiedzieć, iż i ja byłem nauczycielem przez całe moje dorosłe życie, tak jak wielu moich przodków z rodziny Manneberg.

Dr Eliezer Manneberg, Izrael

 

Paź 192011
 

Gdy jakiś czas temu pisałam o biznesmenach i filantropach z żydowskiej rodziny Haase, moja wiedza o tej znamienitej rodzinie urywała się na 1921 roku. Wiele czasu spędziłam na poszukiwaniach jakichkolwiek śladów po ostatnim rybnickim Haase, czyli Feliksie. Przypomnę naszym czytelnikom, iż Feliks Haase, syn Juliusza – fundatora parku zwanego do dziś Hasynhajdą, był ostatnim właścicielem garbarni Haasych, która w 1921 roku przeszła w ręce braci Żurek.

Feliks miał trójkę dzieci, wszystkie one urodziły się w Rybniku. Najstarszym był Ernst Friedrich (ur. w 1904 r.), Rudolf Ferdinand był młodszy o niecałe dwa lata, ostatnia była Charlotte Käte.

Ernst, zwany Fritzem, Rudolf zwany Rudim i Charlotte

Ernst, zwany Fritzem, Rudolf zwany Rudim i Charlotte

W szukaniu informacji o tych honorowych obywatelach miasta pomagał mi koordynator ds. ziem pruskich i niemieckich ze strony JewishGen. W skrytości ducha marzyłam, że pewnego dnia znajdę gdzieś wiadomość, iż Feliks z rodziną zdołał uciec Hitlerowi i nie podzielił losu dużej części Żydów niemieckich. I pewnego dnia taka wiadomość przyszła! Dostałam maila ze Stanów zatytułowanego „Look what I’ve fund! ” (Patrz co znalazłem!). W załączniku była strona z jakiejś gazety z 1946 roku, w której zamieszczono informację o śmierci doktora Feliksa Haase z Rybnika. Feliks zmarł w Santiago de Chile7 listopada 1946 roku. To była cudowna wiadomość, mimo że dotyczyła śmierci.

Nekrolog w chilijskiej gazecie

Nekrolog w chilijskiej gazecie

Moim Haase udało się wyjechać z Niemiec do Chile! Założyłam, że musiało to mieć miejsce jeszcze przed wybuchem II wojny. Mając ten dowód w postaci nekrologu wiedziałam już na 100%, że gdzieś w świecie mieszkają potomkowie rybniczan. Przeszukiwanie różnych drzew genealogicznych przyniosło rezultaty. Dotarłam do dwóch wnuczek Feliksa, czyli córek Ernesta,  urodzonego w Rybniku w 1904 r. Dla obu pań to był spory szok, gdy otrzymały list od kogoś interesującego się ich rodziną w dalekiej Europie. Dodam, iż obie wnuczki mieszkają w Ameryce, jedna w Południowej, a druga obecnie w Północnej. We wspomnieniach rodziny Rybnik nie był dobrze postrzegany. Wprawdzie obie panie nigdy nie były w naszym mieście, ani nawet w Polsce, to jednak z przesyłanych listów wynikało, iż Rybnik był miejscem jakiejś rodzinnej tragedii i to stąd cała rodzina musiała wyjechać po plebiscycie. Na przesłanym mi drzewie genealogicznym widniały zapiski żony Feliksa, a zarazem babci obu pań. Z odręcznej notatki wynika, iż jeden z ich synów – Rudolf Ferdynand został zabity 15 maja 1921 roku przez polskich powstańców.

Rudolf na drzewie genealogicznym rodziny z dopiskiem jego matki

Rudolf na drzewie genealogicznym rodziny z dopiskiem jego matki

Jakie były okoliczności śmierci tego chłopaka wówczas jeszcze nie wiedziałam. Niestety, żadna z wnuczek Haase nie znała szczegółów. Enigmatycznie o takim fakcie wspominały niektóre niemieckie książki historyczne, które w internecie publikowane są jedynie we fragmentach. Wyjaśnienie przyszło po jakimś czasie z Izraela, gdzie mieszka część rodziny. Przesłano mi opis śmierci Rudolfa, sporządzony przez jego ojca na życzenie Niemieckiego Korpusu Skautów, niecały miesiąc po tej tragedii. Ta opowieść ojca, mimo że została spisana w formie suchej relacji pokazuje jakie dramaty były udziałem ludności naszych stron w czasie plebiscytu i powstań śląskich. Postaram się w miarę obiektywnie przekazać ją miłośnikom zapomnianych rybnickich historii, mając nadzieję, że postarają się zrozumieć motywy postępowania młodego niemieckiego Żyda, zarazem obywatela Rybnika. Rodzina Haase należała na początku XX wieku do najbogatszej, zarazem niemieckiej, części ludności Rybnika. Nie należy zapominać, iż byli to asymilowani Żydzi. Ich dom rodzinny stał (zresztą stoi do dziś) przy obecnej ulicy Rudzkiej (wówczas Raudnerstraße).

 

Willa Haasych przy ulicy Rudzkiej

Willa Haasych przy ulicy Rudzkiej

Rodzina ta mieszkała i prowadziła interesy w Rybniku od 150 lat, niewątpliwie przyczyniając się do rozwoju miasta. Obaj synowie Feliksa mieli w czasie powstań śląskich kilkanaście lat, czuli się Niemcami, być może i Ślązakami, na pewno chcieli zachowania na tym terenie państwa niemieckiego. Chłopcy należeli do korpusu skautów, co nie jest dziwne w ich wieku, a raczej jest naturalne. Wybuch ostatniego powstania, a przedtem plebiscyt, nagle zabawę w skauting zmienił w poważną służbę dla kraju, który był wówczas ich ojczyzną – dla Niemiec. Starszy z młodzieńców – Ernst Ferdynand, zwany przez rodzinę Fritzem, był prywatnym kurierem niemieckiego komisarza plebiscytowego w Rybniku, a później „Związku Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków”. Z kolei młodszy z chłopaków, Rudolf, zwany Rudim, kierował grupą młodzieży, do zadań której należało przyjmowanie Niemców przyjeżdżających tu na czas plebiscytu.

Ernst i Rudolf Haase

Ernst i Rudolf Haase

Polska prasa, również ta redagowana po niemiecku, nie pisała o tej młodzieży dobrze. Wielokrotnie grożono im śmiercią, zarówno słownie, jak i na piśmie. Feliks w swej relacji o śmierci syna napisał tak: „ Z powodu Rudolfa w dniach plebiscytu 40 uzbrojonych w karabiny członków polskiej policji plebiscytowej otoczyło niemieckie baraki dworca”. Udało mi się znaleźć w Sztandarze Polskim z 7 kwietnia 1921 roku opis tego zdarzenia:haase_sztandar_1

Fragment Sztandaru Polskiego z 1921 roku

Fragment Sztandaru Polskiego z 1921 roku

 

Feliks chciał chronić rodzinę i zaraz po plebiscycie zamierzał wyjechać z Rybnika. Zdecydował, że kupi dom w Berlinie i cała rodzina przeniesie się do stolicy Niemiec. Można założyć, że taka operacja finansowa wówczas nie była łatwa z uwagi na zawirowania na Śląsku. Przeprowadzka niestety nie doszła do skutku z powodu wybuchu III powstania. Piętnastoletni Rudi został aresztowany przez Polaków już pierwszego dnia powstania. Rodzinie na szczęście udało się go wykupić za 5000 marek. Czując zagrożenie, Feliks starał się w jakikolwiek sposób opuścić Rybnik. Jedyną szansą miał być tzw. „emigracyjny” pociąg dla uciekinierów. Skład ten miał przewieźć do Raciborza około 700 osób. Główne dowództwo wojsk powstańczych wyraziło na to zgodę. Pociąg wyjechał z Rybnika w sobotę 14 maja 1921 r. o godz. 11. 45, ale już w Nędzy został zatrzymany przez powstańców. Pasażerów zmuszono do opuszczenia pociągu. Tak to zdarzenie opisywał powstaniec Józef Połomski w 1936 roku: „Nadchodzi pociąg… Nie mając wjazdu, staje. Wtedy rozlega się komenda „wszyscy wysiadać, w dwuszeregu zbiórka”. Och, jakże pocieszne były wówczas miny pp. Oficerów „Apo”. Zaskoczeni zupełnie, zrazu pobledli. Wszakże wnet się opamiętali widząc tylko trzech dowódców powstańczych i nikogo więcej. A gdy miny ich zaczęły zdradzać animusz bojowy, posypał się nad ich głowami grad kul z ukrytych karabinów maszynowych. Wtedy to jeden wojownik za drugim pośpiesznie opuścili pociąg i rozpoczęło się rozbrojenie. Aż serce się śmiało na widok tylu broni i sprzętu wojennego.1

Feliks Haase relacjonował to zaś tak: „Znajdujący się w pociągu żołnierze francuscy zaprzyjaźnili się natychmiast z powstańcami; angielski kapitan czynił wszystko co było w jego mocy, aby uratować swoich podopiecznych. W końcu udało się wyjednać przyrzeczenie, że kobiety i dzieci oraz starsi mężczyźni zostaliby przewiezieni do Raciborza”. Wszyscy mężczyźni poniżej 40 roku życia mieli zostać z powrotem przetransportowani do Rybnika.

Fragment oryginalnej relacji Feliksa Haase, sporządzonej po śmierci syna

Fragment oryginalnej relacji Feliksa Haase, sporządzonej po śmierci syna

Niestety słowa nie dotrzymano i zostali wywiezieni do Wodzisławia. Zwolniono ich po wielogodzinnych pertraktacjach. Synowie Feliksa początkowo zostali w Nędzy przepuszczeni i mieli jechać do Raciborza. Oficer powstańczy o nazwisku Fritz pozwolił chłopakom jechać, gdyż czuł się zobowiązany do tego. Jakiś czas wcześniej straszy z synów, czyli Ernst uratował temu człowiekowi życie, gdy tonął. Rudi z bratem dotarł więc prawie do Raciborza. Pociąg zatrzymał się na stacji w Markowicach, gdyż dalsza podróż koleją nie była możliwa z uwagi na wysadzony most. Oddajmy ponownie głos ojcu: „Podczas, gdy Fritz (Ernst Ferdynand – przyp. M. Płoszaj) pewnej damie przenosił do samochodu ciężarowego walizkę, Rudolf został aresztowany przez komendanta dworca, tytułującego się kapitanem, pod zarzutem, że „terroryzował” on Polaków. Fritz chciał się za nim wstawić, ale został odpędzony uderzeniami kolb karabinów. Z wielu obecnych pań i panów nikt nie ośmielił się ująć za chłopakiem”. W Markowicach aresztowano również byłego przewodniczącego Rybnickiej Partii Socjaldemokratycznej F. Wasnera oraz kupca o nazwisku Niemietz. Ci dwaj ludzie byli świadkami śmierci młodego Rudolfa Haase. Do zabójstwa doszło 24 godziny po aresztowaniu – 15 maja 1921 r. Feliks tak zrelacjonował poszukiwania syna: „Miałem możliwość tylko krótko porozmawiania z Wasnerem, gdy we wtorek wieczorem z przywódcą Polaków dr. Białym i francuskim kapitanem Lalanne wyjechałem samochodem pod francuską flagą, aby szukać zwłok mojego chłopca. Przypadkowo odnaleźliśmy w szpitalu w Rydułtowach, również uważanego za martwego, ciężko rannego Wasnera. Został on później wywleczony ze szpitala i po wielotygodniowych męczarniach zamordowany. Dlatego nigdy niczego dokładnego nie dowiem się o ostatnich 24 godzinach życia mojego chłopca”. Komendant, który aresztował Rudolfa znał go z widzenia i wiedział kim jest, gdyż w czasie II powstania był jednym z tych, którzy plądrowali willę Haasych. Oddajmy jeszcze raz głos ojcu, który stracił swego syna: „Komendant wybrał specjalnie trzech złych drabów, którzy mieli jeńców przetransportować przed sąd wojenny, ale po około pięciokilometrowym marszu zostali w lesie, przy szosie Rybnik – Racibórz, około 2 kilometry przed Kornowacem, bez ostrzeżenia zastrzeleni. Na moje pytanie, czy Rudolf się bał, Wasner odpowiedział: ”Nie, on nawet śmiał się na tej ostatniej drodze!

Mapa z opisywanych terenów

Mapa z opisywanych terenów

Początkowo nie chciano ojcu wydać syna. Według orzeczenia lekarskiego Rudolf przed śmiercią nie był maltretowany. Zwłoki chłopca oraz kupca Niemietza zostały sprowadzone do Rybnika pod eskortą uzbrojonych Polaków. Uroczystości pogrzebowe były bardzo skromne. Nadal trwało powstanie i rodzinie doradzono, by nie prowokować powstańców. Dr Haase tak zakończył swoją relację: ”Zmarły spoczywa na żydowskim cmentarzu w Rybniku. Jeżeli Rybnik będzie utracony, to jednak jego ciało zostanie przewiezione do Niemiec. Również to piętnastoletnie dziecko stało się skautem na drodze, która musi doprowadzić do nowej odbudowy Niemiec”. Jakże dziwnie te słowa brzmią, gdy pomyślimy jakie życie, a raczej jaką zagładę te na nowo odbudowane Niemcy zafundowały swoim niemieckim obywatelom, modlącym się w synagogach, za ponad 10 lat od tego zdarzenia. Rudolf został ekshumowany i przewieziony do Berlina, gdzie jego grób do dziś istnieje na cmentarzu Weissensee. Na pewno ta decyzja była bardzo ciężka dla rodziców, bowiem z zasady religia żydowska nie dopuszcza możliwości ekshumacji. Gdyby szczątki Rudolfa zostały na naszym, rybnickim cmentarzu zostałyby zbeszczeszczone na początku 1940 roku przez hitlerowców. Dodam, że cmentarz w Berlinie nie został zniszczony w trakcie wojny, dlatego też grób Rudolfa przetrwał do czasów nam współczesnych. Feliks wraz z żoną Sonią oraz ocalałymi dziećmi, czyli Ernstem i Charlotte wyjechali z Rybnika do Niemiec. Ich fabrykę skór oraz willę kupili bracia Żurek.

 

Fragment Księgi Wieczystej z wpisem o sprzedaży nieruchomości

Fragment Księgi Wieczystej z wpisem o sprzedaży nieruchomości

Adres w Berlinie

Adres w Berlinie

Feliks w latach 1925 – 1927 pracował w Berlinie jako chemik, a następnie jako rzecznik patentowy. Państwo Haase opuścili z dziećmi Niemcy w drugiej połowie lat 30 – tych, sprzedawszy uprzednio cały swój dorobek. Te pieniądze pozwoliły im na uzyskanie wizy chilijskiej i na dotarcie do Ameryki Południowej. Feliks zmarł rok po zakończeniu II wojny, owdowiała Sonia wyjechała do Izraela, gdzie osiedliła się urodzona w Rybniku Charlotte. Jej brat Ernst przez wiele lat pracował jako prawnik, po wyborze prezydenta Allende na jakiś czas wrócił do Niemiec. Zmarł w Chile w wieku 74 lat, czyli w 1978 roku. Potomkowie naszych Haase mieszkają obecnie w różnych częściach świata, m. in. w Chile, Izraelu czy Stanach Zjednoczonych. Jak to napisała jedna z wnuczek Feliksa: „Haase mieli straszne przeżycia w Rybniku i Niemczech. Udało im się wszystko przezwyciężyć i swoim nowych ojczyznom dali to co mogli najlepszego”.  Warto pamiętać, że swej dawnej małej ojczyźnie, czyli Rybnikowi, też służyli przez wiele lat, a ślady po tej rodzinie, choć zapomniane, nadal istnieją.

 

Dawna willa rodziny Haase

Dawna willa rodziny Haase

 

Małgorzata Płoszaj

1 Józef Połomski „Mała chmura – wielki deszcz” Powstaniec Śląski Nr 5 1936 r. (Śląska Biblioteka Cyfrowa)

Dziękuję mojemu wielkiemu przyjacielowi Panu Henrykowi Wyciślikowi za przetłumaczenie z języka niemieckiego relacji Feliksa Haase oraz za duchowe wsparcie w poszukiwaniach.

Zdjęcia z archiwum rodziny Haase oraz ze strony http://gen.scatteredmind.co.uk/show_person/1183