Lis 212007
 

Od września 1945 r. zacząłem chodzić do szkoły – Szkoły Powszechnej Nr 2 na „Smolnej” – przy ulicy Wodzisławskiej. Ponieważ w czasie okupacji byłem już uczniem drugiej klasy, więc po wyzwoleniu, rozpocząłem naukę od klasy trzeciej.Pierwszą wychowawczynią naszej klasy, była wspaniała nauczycielka o nazwisku tak doskonale zapamiętanym do dnia dzisiejszego – Nowakowska. Okazywała nam dzieciom bardzo dużą serdeczność, chciała przekazać wiele wspaniałej wiedzy, a ponieważ potrafiła ładnie rysować, przekazywała nam wiele podstawowych wiadomości szkolnych w sposób obrazowy – poprzez rysunek.

Kiedy patrzę na zdjęcie które na całe szczęście nam wówczas zrobiono, ogarnia mnie tęsknota za tamtym czasem, od którego upłynęło tyle lat. Zdjęcie było zrobione 20. 05. 1946 r., miałem więc 10 lat i 5 miesięcy. Pozostali koledzy i koleżanki z tego wspólnego zdjęcia także mieli około 11 lat. Niektóre nazwiska po 50 – ciu latach pamiętam nawet do dnia dzisiejszego: Janek Halamoda, Janek Klimek, Jerzy Kuwaczka, Ledwoń, Grzonka, Urszula Sładkówna, Tomczyk, Tomanek, Nokielska, Podleśny, Grzesik, Trelówna i -… niestety, to chyba wszystkie nazwiska jakie zapamiętałem. Jak ułożyły się losy tych koleżanek i kolegów, co porabiają?

klistala_szkola

W szkole o której tyle co wspomniałem z taką nostalgią, chyba byłem mało komunikatywny z innymi koleżankami i kolegami. Mama bardzo zwracała uwagę na czystość wymowy, stąd różniliśmy się wymową od innych dzieci nie używając nadmiaru wtrąceń gwarowych podczas wspólnych zabaw. Przez to właśnie uważano mnie za „gorola”, a to znaczyło, że traktowano mnie za przybysza z „centralnej polski”, nie „swojaka”, gdy faktycznie jestem rodowitym rybniczaninem – Ślązakiem z krwi i kości, urodzonym w Rzędówce, portem nazywano ten teren Kamień pow. rybnicki, później Leszczyny a teraz teren ten należy bezpośrednio do Rybnika. W szkole, w dalszym ciągu używaliśmy tabliczek – jak w okresie okupacji, a jak pamiętam, bardzo dużo się ich rozbijało. Wystarczyła drobna niezgrabność by tabliczka spadła na podłogę, a wówczas trzeba było zbierać jej kawałki. To samo było, gdy nieostrożnie niosło się torbę lub uderzyło nią o coś twardego. Dopiero w czwartej klasie zaczęliśmy używać zeszytów z wąskimi liniami do języka polskiego i w kratkę do rachunków, a do pisania używaliśmy ołówków. Co zaś do moich postępów w nauce, były takie sobie – dostateczne. Byłem mało ambitnym uczniem i nie potrafiłem się zdobyć na lepsze oceny w szkole. Mijały dosyć wolno dni, tygodnie i miesiące od „powojennych” wydarzeń. Skromne odszkodowanie jakie mama otrzymała z tytułu poniesionych szkód wojennych szybko stopniały, bo i dużo trzeba było dokupić przedmiotów codziennego użytku oraz odzieży. Renta po ojcu z kolei – PKP, była dosyć niska. Zatrudnienia mama nie mogła otrzymać, więcmusieliśmy się liczyć z tzw. każdym groszem. Może niezbyt zrozumiałe jest odczucie biedy dla kogoś kto nigdy jej nie zaznał. Ja stykałem się z nią co chwilę, a żeby nie posądzano mnie o gołosłowność, przytaczam kilka przykładów. Bez wątpienia nie tylko ja, od rozpoczęcia się ocieplenia na dworze, przestawałem ubierać obuwie i chodziłem na „bosaka” do późnej jesieni – także do szkoły. Jedynie na okazję pójścia do kościoła a następnie przez okres zimowy do wiosny, ubierałem buty, które otrzymywałem od dziadka (ojciec mojego ojca) o on dostawał je na kolei z tzw. sortów mundurowych. Były to zatem zwyczajne robocze buty – ale na ich wygląd nie miałem żadnego wpływu. Byłem szczęśliwy niemniej od mamy, że mam w czym chodzić. Gdy więc mama spełniwszy moje świąteczne marzenia (święta Bożego Narodzenia) i dała mi w prezencie pod choinkę piękne chromowane łyżwy, mogłem nimi tylko sycić wzrok, gdyż o przymocowaniu ich do jedynych butów jakie miałem nie było mowy. A nuż urwała by się podeszwa – ich mocowania były na tzw. ściski żabkowe z boku dokręcane.

W maju 1946 r., po ukończeniu nauki katechetycznej u OO Franciszkanów przy ul. Wodzisławskiej, przystąpiłem do Komunii Świętej tymże kościele OO Franciszkanów. Gdy porównuję obecne imprezy odprawiane z tej to okazji, tamto moje przyjęcie komunijne, było nad wyraz skromne. Warto też poruszyć sprawę prezentów, jakie otrzymałem z tej okazji. Najwartościowszym dla mnie prezentem, była książeczka do nabożeństwa Droga do Nieba, którą otrzymałem od dziadków (rodziców i rodzeństwa ojca). Innych „rzeczowych” prezentów nie otrzymałem. Poza tym, byłem obdarowany paroma symbolicznymi złotówkami, które natychmiast oddałem mamie. My dzieci brat i ja) nie mieliśmy nigdy własnych pieniędzy. Nikt nas nimi nie obdarowywał, ale ze wzglądu na skromne dochody, jakimi nasza mama dysponowała – na życie, było nie do pomyślenia, byśmy mieli jakiejś skarbonki czy oszczędności, którymi moglibyśmy dowolnie dysponować. Wszystko co powinniśmy mieć „do życia”, zabezpieczała nam mama. Stąd nawet te ewentualnie otrzymane przy jakiejś nadzwyczajnej okazji grosze, były mamie oddawane bez przymusu.

By zamknąć tą część wspomnień, bardzo istotną dla mnie jest sprawa mojego wstąpienia w szeregi Związku Harcerstwa Polskiego. Otóż, wstąpiłem do harcerstwa początkiem 1949 r., do zastępu będącego częścią składowa istniejącej drużyny harcerskiej przy Szkole Podstawowej Nr 2 w Rybniku. Było to na krótko przed decyzją ówczesnych władz politycznych, podporządkowujących harcerstwo pod organizację młodzieżową ZMP i w następstwie tych zmian dotychczasowe ZHP przyjęło nazwę „Organizacja Harcerska”. Jak wielu moim rówieśnikom, marzyłem o ubraniu mundurka harcerskiego i zasłużeniem na noszenie przymocowanego do lewej kieszeni bluzy mundurka – jakże zaszczytnego symbolu – krzyża harcerskiego. Niestety, nie złożenie Przyrzeczenia Harcerskiego, uniemożliwiało realizację tego marzenia, mimo że wszedłem w posiadanie takiego krzyża – otrzymawszy go w prezencie od wujka, przedwojennego harcerza. Pojmowałem bowiem, że upoważniać może do jego noszenia, to szczególne i wyjątkowe przyzwolenie – złożenie Przyrzeczenia. Gdy więc nasza drużyna (i składające się na nią zastępy) rozwiązała się wraz przerwaniem istnienia harcerstwa na przedwojennych tradycjach, byłem bardzo rozgoryczony, że moje marzenie ubrania mundurka i noszenie krzyża harcerskiego nigdy nie zostaną zrealizowane. Jak zaś rozgoryczenie to było głębokie, niech świadczy fakt, że trwało ono przez cały okres mojego dojrzałego życia, czułem się stale harcerzem niepełnoprawnym.

Dodam nawiązując do tamtych czasów, że dopiero po 55 latach, 15. 12. 2004 r., na spotkaniu w Hufcu Beskidzkim – spotkaniu opłatkowym szacownego Kręgu Seniora „Orla Brać”, doznałem nie lada zaszczytu i wzruszenia. Zorganizowano dla mojej skromnej osoby uroczystość wielkiego formatu, miałem bowiem możliwość złożenia Przyrzeczenia Harcerskiego, a druhna Ewa Kossowska przypięła mi w klapę marynarki – tak upragniony Krzyż Harcerski. Wzruszenie nie pozwoliło wypowiedzieć nawet słów podziękowań dla organizatorów tak ważnej dla mnie uroczystości. Ten skromny dla innych gest, był dla mnie wyjątkowej miary wydarzeniem. W świadomości – przeleciał jak na ekranie kinowym tekst Bronisława Janika „Droga do Krzyża” (opisałem to w książce: Harcerstwo w miastach i powiatach Bielska i Białej w latach 1925 – 1949. Relacje, wspomnienia, życiorysy. W tych wspomnieniach Janik wiernie opisał dzieciństwo i przeżywaną przygodę poprzez przynależność do harcerstwa i jakże ambicjonalne pojmowanie zdobycia uprawnień do noszenia Krzyża Harcerskiego. Wśród uczestników spotkania opłatkowego był druh hm. Bronisław Wyrwicz, z którego osobą mam inne miłe skojarzenia. W krótkiej Jego pisemnej relacji znalazłem fragment przeżyć wigilijnych z 1931 r.:

„Wychowywano młodzież w duchu patriotycznym, przysposabiając ją do życia obywatelskiego. Patron drużyny, słynny rycerz Zawisza Czarny, stanowił wzór wszelkich cnót. Słowa Przyrzeczenia i treść Prawa Harcerskiego wryły się w pamięć każdego z nas, stając się przewodnią ideą w codziennym życiu. Częstokroć zbiórki odbywały się zwoływane systemem alarmowym. Pamiętna była Wigilia – 24. 12. 1931 r. Po wigilijnej wieczerzy otrzymałem alarmową wiadomość, że mam zgłosić się na Pasterce w zabytkowym kościele w Mikuszowicach. Stamtąd cala drużyna udała się na Błonia, gdzie rozpalono ognisko, a na rosnącym świerku zapalono świeczki. Po odśpiewaniu kilku kolęd i harcerskich pieśni, phm. Leon Łaciak wezwał niektórych z nas do złożenia Przyrzeczenia Harcerskiego na sztandar Hufca. Były to niezapomniane chwile. Hymnem harcerskim drużyna zakończyła wzruszającą uroczystość. Do domów wracaliśmy prawie nad ranem”.

Lis 172007
 

Minęła kolejna rocznica zbrodni katyńskiej. Pomimo tylu lat od całego wydarzenia, nadal nie jest znana cała prawda. Chcieliśmy przedstawić takie małe podsumowanie całej sprawy.
W Starobielsku stracił życie rybniczanin, powstaniec śląski Nikodem Sobik

Raport Katyński

1. Warunki życia w obozach.

Obóz w Starobielsku znajdował się w dawnym klasztorze żeńskim. Większość budynków była murowana. Jeńcy mieszkali też w zbudowanych przez siebie dwóch drewnianych barakach. Sale były na 20 – 25 osób. Jeńcy spali na piętrowych pryczach, z siennikami. Przykrywali się kocami. Sami dbali o czystość. Mimo ostrej zimy (25 stopni mrozu) mieli ciepło, tylko około trzeciej nad ranem trochę marzli, zanim rano dyżurni nie napalili w piecach. Obóz tonął w błocie, więźniowie pobudowali więc chodniki z desek. Obóz okalał wysoki mur z wieżami strażniczymi. Naprzeciwko bramy stała cerkiew z obłamanymi krzyżami, służąca jako skład zboża. Dostawali dwa główne posiłki. Rano kaszę z olejem, o 16: 00 zupę z mięsem lub tłuszczem, czasami kluski. Chleb był smaczny (razowy lub pytlowy, żytni z domieszką mąki kukurydzianej) i w dostatecznej ilości. Dwa razy w miesiącu więźniowie otrzymywali cukier, herbatę, suszone owoce, mydło do prania, mydło toaletowe, zapałki jednak w niezbyt wystarczającej ilości. Opieka lekarska była dobra, higiena znośna, nie licząc pierwszych tygodni, gdy plagą były wszy. Więźniów nie zmuszano do pracy, wielu zgłaszało się dobrowolnie, bo praca była odtrutką na obozową nudę i odciągała od ponurych myśli. Kupować można było tylko w obozowym sklepiku, gdzie wybór był marny, bez tłuszczu i nabiału. Bułka kosztowała 65 kopiejek, kotlet siekany 1, 65, śledź 40 – 60 kopiejek. Papierosy były kiepskie i drogie. Kurs rubla w Starobielsku dochodził nawet do 18zł. Wszędzie stały głośniki, które bębniły antypolskimi audycjami przeplatanymi muzyką Chopina. Głośnik z radiem Moskwa wisiał na słupie telegraficznym pod cerkwią. Parę razy w tygodniu wyświetlano filmy, głównie propagandowe. W styczniu 1940 roku obóz odwiedził delegat Amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Był w barakach, rozmawiał po angielsku i francusku z jeńcami, którzy tego dnia dostali kakao, biały chleb i mięso. Korespondencji długo nie było, potem jedni dostawali dużo listów, inni mniej, niektórzy prawie wcale. Mówiono, że to zależało od NKWD i właśnie tym, którzy najbardziej okazywali tęsknotę, dawano mniej listów. Depesza kosztowała 30 kopiejek za słowo. Jeńcy martwili się o głód w Polsce. Myśleli, że oni odżywiają się lepiej niż ich rodziny. W Kozielsku jeńcy również mieszkali w budynkach poklasztornych. Obóz składał się z dwóch zasadniczych części klasztoru i tzw. skitu. Klasztor liczył kilkanaście budynków, przeważnie murowanych, w tym kilka cerkwi. Otoczony murem i fosą. Skit znajdował się w niedużym lasku. Kiedyś mieszkali w nim pustelnicy, potem powstały tam domy zajezdne dla pielgrzymów, w większości drewniane. W grubych murach klasztornych zimą (mróz przekraczał 40 stopni), mimo pieców było zimno. Listy wolno było pisać raz na miesiąc. Więźniowie musieli podać swój adres pocztowy jako „dom wypoczynkowy imienia Gorkiego” w Kozielsku, co czasami prowadziło do groteskowych nieporozumień. Jeden z oficerów dostał od żony list, że zażywa sobie wczasów, kiedy cała rodzina niemal głoduje. Więźniowie mogli słuchać wyłącznie radia moskiewskiego. Potajemnie wydawano gazetę obozową, dopóki władze jej nie wykryły.

2. Na Pożegnanie „Kawior Wino Kotlety

Likwidacja więźniów była perfekcyjnie przygotowana. Już od lutego administracja sowiecka rozpowszechniała plotki, że jeńcy zostaną odesłani do Polski, a nawet do Francji. W Starobielsku więźniowie dostali mapkę z trasą podróży przez Mołdawię. Z niecierpliwością oczekiwali na swoją kolej i zazdrościli tym, którzy wyjeżdżali wcześniej. W pierwszych transportach wywieziono generałów, którzy wyjeżdżali po obiedzie z „kawiorem winem i kotletami„. W Kozielsku oficerowie żegnali ich, ustawiając się w honorowy szpaler. Również strażnicy urządzili im „prawdziwą owację„. Wyjeżdżający dostawali na drogę żywność starannie zawiniętą w biały papier, który wcześniej był niedostępnym luksusem. Jeńcy opuszczali obozy w grupach od 50 do 360 osób. Oficerowie starali się rozgryźć system podziału na te grupy, doszli jednak do wniosku, że żadnego systemu nie było. Przemieszane były wiek, stopnie wojskowe, zawody, miejsca zamieszkania, poglądy polityczne. System jednak był i polegał właśnie na przypadkowości, co sprawiało, że każdy transport był jedynie zbieraniną byłych żołnierzy, a nie zwartą grupą, która mogłaby na przykład zorganizować opór. Oprócz generałów, w pierwszych transportach wywożono oficerów o wyróżniających się zdolnościach przywódczych. Rozdzielano również braci czy ojców z synami. Gdy w Starobielsku oficerowie próbowali zmieniać skład grup, władze obozowe odpowiedziały im „Wkrótce się wszyscy spotkacie„. Listę osób przeznaczonych w danym dniu do transportu władze obozowe dostawały przez telefon z Moskwy. Procedura się przeciągła, bo strażnicy musieli spisywać ze słuchu nazwiska, które często były dla nich trudne. Polscy oficerowie podsłuchiwali pod oknami biura, jeżeli lufcik był otwarty, mogli nawet zidentyfikować nazwiska. To, że rozkazy o wyjeździe w sprawie każdego więźnia przychodziły z Moskwy, dla wielu oficerów było znakiem, iż o ich losie decyduje jakaś komisja, aliancko sowiecka lub niemiecko sowiecka.

katyn_oficerowie

3. Jak mordowano.

W Katyniu znaleziono osiem masowych grobów. Ciała leżały warstwami, od sześciu do dwunastu, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała związanymi z tyłu. Niemal wszyscy zginęli od strzału w tył głowy. Strzelano kulami kalibru 7, 65mm (niekiedy 6, 35) amunicją niemiecką (znaleziono też łuski sowieckie), firmy Gustawa Genschowa „Geco” z Durlach. Amunicja ta była od końca lat 20 masowo eksportowana do Polski krajów bałtyckich (Litwy Łotwy i Estonii) oraz do ZSRR. Powszechnie uważa się, że jeńców mordowano bezpośrednio nad grobami w pozycji klęczącej lub leżącej. Odkrycie w latach 90. grobów polskich jeńców z Ostaszkowa i Starobielska wskazuje, że chyba było inaczej. Więźniów z tych dwóch obozów przetransportowano do wewnętrznych więzień NKWD – z Ostaszkowa do Tweru (wówczas Kaliniana), a ze Starobielska do Charkowa. Pod pozorem czynności administracyjnych wprowadzano ich do piwnic, gdzie znienacka (zwykle w chwili, gdy jeniec odpowiadał na pytanie o nazwisko) strzelano im z pistoletu w tył głowy. Ściany piwnic były specjalnie wyciszone, a podłogi wyłożone trocinami, które wchłaniały krew. Czekający na swoją kolej na zewnątrz niczego się nie domyślali. Następnie zwłoki wywożono do oddalonych miejsc pochówku (Miednoje i Piatichatki) i wrzucano warstwami do wykopanych dołów. W Miednoje pomordowani policjanci często mieli głowy owinięte w płaszcze, aby w czasie transportu nie sączyła się krew. W lesie katyńskim znajdowała się willa NKWD, z dużymi piwnicami. Po wojnie została rozebrana, a na jej fundamentach w latach 60 postawiono sanatorium. W piwnicach jest kotłownia centralnego ogrzewania. Polscy uczeni, którzy w latach 1994 1995 badali groby katyńskie, nie uzyskali zgody na zbadanie tych piwnic.

4. Trzy komisje.

Groby polskich oficerów w Katyniu odkryli latem 1942 roku polscy robotnicy przymusowi, którzy dowiedzieli się o tym od miejscowej ludności. We wskazanym miejscu wykopali zwłoki ubrane w polski mundur. Niemcy początkowo się tym nie zainteresowali, ale po klęsce pod Stalingradem postanowili wykorzystać odkrycie grobów do skłócenia aliantów. 13 kwietnia 1943 roku niemieckie radio poinformowało, że jedno sprzymierzone państwo wymordowało niemal połowę korpusu oficerskiego innego sprzymierzeńca. Moskwa zareagowała dwa dni później, oskarżając Niemców o zbrodnię i prowokację. Rząd RP w Londynie zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie z prośbą o zbadanie tej sprawy. O to samo poprosili Niemcy, co Stalinowi dało pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych z Polską pod absurdalnym zarzutem, że rząd w Londynie współpracuje z hitlerowcami. 2. Trzy Komisje Poszukują Prawdy Wobec sprzeciwu Związku Sowieckiego, Międzynarodowy Czerwony Krzyż odrzucił prośby Polski i Niemiec o przysłanie komisji międzynarodowej. Niemcy utworzyły więc międzynarodową komisję złożoną z wybitnych specjalistów medycyny sądowej z 12 państw Belgii, Bułgarii, Danii, Finlandii, Włoch, Chorwacji, Holandii, Protektoratu Czech i Moraw, Słowacji, Rumunii, Węgier i Szwajcarii. Był też obserwator z Francji. Wszystkie te kraje, poza neutralną Szwajcarią, w 1943 roku były zależne od Niemiec, mimo to komisja miała całkowitą swobodę badań, co jej członkowie potwierdzili później po wojnie. Komisja przesłuchała okolicznych mieszkańców, przeprowadziła sekcję dziewięciu uprzednio nienaruszonych zwłok oraz przebadała 982 ciała ekshumowane wcześniej. Niemcy powołali też własną komisję lekarską którą kierował prof. Gerhard Buhtz. Badania prowadziła też 12 – osobowa komisja Polskiego Czerwonego Krzyża wysłana tam na żądanie Niemców, ale działająca w tajnym porozumieniu z Armią Krajową. Polacy również mieli swobodę badań. Te trzy komisje działały osobno i każda opracowała własne raporty, które jednoznacznie wskazują iż zbrodni dokonali Sowieci.

Stacja Gniezdowo

Stacja Gniezdowo

5. Czwarta komisja nieudolnie kłamie.

Komisja sowiecka składała się ze specjalistów z zakresu medycyny sądowej oraz znanych osobistości, jak pisarz Aleksy Tołstoj czy metropolita Mikołaj. Przewodniczył jej doktor N. Burdenko, główny chirurg – konsultant Armii Czerwonej. Komisja przesłuchiwała świadków od 26 września 1943 do 24 stycznia 1944 roku, ale groby badano tylko przez tydzień, od 16 do 23 stycznia 1943 roku. Ekshumowano 925 ciał, ale przez obliczenie określono liczbę zwłok na 11 tysięcy, powtarzając tezę niemiecką. Według komisji, tuż przed agresją niemiecką na ZSRR, polscy jeńcy budowali drogę pod Smoleńskiem i wpadli w ręce hitlerowców. Dom wypoczynkowy NKWD stał się kwaterą niemieckiego 537 pułku łączności. Dowódcą był płk. Ahrens i to on, pomiędzy wrześniem a grudniem 1941 roku, dowodził rozstrzeliwaniem polskich jeńców, co komisja ustaliła z całą pewnością. W roku 1943 Niemcy postanowili urządzić prowokację. Ekshumowali wszystkie 11 tysięcy ciał, usunęli z ubrań dokumenty z datami późniejszymi niż kwiecień 1940 roku i ponownie zakopali zwłoki. Użyli do tego 500 sowieckich jeńców, których następnie rozstrzelali. Komisja nie wyjaśniła, gdzie są zwłoki tych 500 jeńców.

6. Czas zbrodni wskazuje mordercę.

Ustalenie, jak długo zwłoki znajdowały się w grobach, automatycznie dawało odpowiedź na pytanie, kto popełnił tę zbrodnię, Niemcy czy Sowieci. Wszystkie trzy komisje orzekły, że ofiary zabito i pogrzebano trzy lata przed ekshumacją, w przybliżeniu wiosną 1940 roku. Dowody na to były wielorakie analiza lekarska ciał (stopień zwapnienia czaszek i mózgowia, zmiany w mięśniach), daty ostatnich zapisków w pamiętnikach, sowieckiej prasie i dokumentach wydanych przez władze sowieckie (nie znaleziono daty późniejszej niż 6 maja 1940), wiek posadzonych na grobach sosen. Poza tym zabici mieli na sobie zimowe mundury, a w grobach nie było martwych owadów, co wykluczyło sowiecką wersję, iż zrobili to Niemcy latem lub wczesną jesienią 1941 roku.

7. Liczba ofiar

Niemcy powiedzieli, że Polacy poszukują 15 tysięcy oficerów, dlatego od razu ogłosili, że w Katyniu leży 10 – 12 tysięcy zabitych. Tymczasem każda z trzech komisji wyliczyła, że ciał jest około 4, 5tysiąca. Naciskano na polską komisję, by podała, że ciał jest 12 tysięcy, ale Polacy odmówili. Zatrudniono więc 50 jeńców sowieckich, aby szukali następnych grobów. W czerwcu ekshumacje przerwano. Oficjalnie z powodu upałów (fetoru i milionów much, a fetor był nie do wytrzymania) i zbliżającej się Armii Czerwonej. Pozwoliło to Niemcom twierdzić, że grobów jest więcej. W obozach Starobielskim, Ostaszkowskim oraz Kozielskim wiosną 1940 roku wymordowano dokładnie 14 587 osób. Inne grupy jeńców skierowano do budowy magistrali komunikacyjnej Równe – Lwów, do pracy w kopalniach wapienia i żelaza Zjednoczenia „Nikopol – Marganiec” , do systemu łagrów tzw. Północnego Obozu Kolejowego „Siewżełdorłag” w dorzeczu Peczory. Straszne warunki pracy powodowały wielką śmiertelność wywołaną wyczerpaniem i epidemiami, jednak łączne straty wśród jeńców nie są możliwe do oszacowania. Wiadomo jedynie, że musiały to być straty dotkliwe.

Marcin Skowronek

Lis 142007
 

Z krótkotrwałej „ewakuacji” (na czas działań frontowych) wracaliśmy do Rybnika przez Rudy, Wilczę, Wielopole. Zmierzaliśmy wprost na Smolną, spodziewając się odnaleźć tam dziadków (rodziców mamy) – w miejscu ich zamieszkiwania podczas okupacji. Niestety, jak się okazało, nie mogli wrócić do mieszkania w „pawilonie sklepowym”, gdyż budynek ten był uszkodzony – miał wyrwę po bombie w jednej ze ścian. Ich sąsiedzi wiedząc gdzie dziadkowie znaleźli dla siebie nowe mieszkanie, przekazali tę informację mojej mamie.

Jak się później sprawa wyjaśniła, dziadkowie zmuszeni do zabezpieczenia sobie nowego lokum, znaleźli mieszkanie „poniemieckie” w budynku jednopiętrowym przy ulicy Piaskowej nr 49 – później zmieniono nazwę tej ulicy na Reymonta. Budynek był własnością Niemca Fojcika – zwolennika Hitlera, a na skutek przegranej wojny przez Niemcy, opuścił w czasie działań wojennych Polskę udając się prawdopodobnie do Niemiec. W budynku tym były cztery mieszkania składające się z pokoju i kuchni, a jedynie mieszkanie po właścicielu – Fojciku miało duży pokój, mały pokoik, kuchnię, przedpokój z „przeszkloną” werandą – oddzielającą przedpokój od klatki schodowej, oraz balkon. To właśnie mieszkanie zajęli dziadkowie. Budynek ten nie posiadał kanalizacji, instalacji wodnej, więc wodę wydobywało się za pomocą pompy ręcznej ze studni usytuowanej na podwórzu. Do ubikacji trzeba było chodzić na dwór – do murowanego wolno stojącego pomieszczenia, w którym mieściły się dwie „kabiny” z oddzielnymi wejściami. W dniu wzajemnego „odnalezienia” się z dziadkami, zostaliśmy u nich na noc, a dopiero następnego dnia mama ze swoim bratem poszła sprawdzić stan naszego mieszkania na „Maroko”. Niewiele było stamtąd do zabrania. Mieszkanie to było splądrowane, większość naszych rzeczy zostało skradzionych lub poniszczonych. Przywieźli więc na ręcznym – czterokołowym wózku to, co nadawało się do użytku, a było tego naprawdę niewiele. Zaistniała jednak okoliczność sprzyjająca i naszemu „urządzeniu” się w budynku zamieszkałym przez dziadków. Tuż obok nich, mieszkał tymczasowo rosyjski oficer, o dosyć specyficznych uprawnieniach. Nie miał dystynkcji na mundurze, lecz widać było po jego sposobie zachowywania się, że posiada dużo osobistej kultury i jest kimś znaczącym w wojsku. Babcia często zapraszała go na herbatę, więc przychodził wieczorami do dziadków i łamaną polszczyzną prowadził z nimi towarzyskie rozmowy o różnych życiowych sprawach. Gdy więc oficer ten podpowiedział dziadkom że za kilkanaście dni zwolni swoją kwaterę, a córka (moja mama) nie ma mieszkania, to „kwaterę” ową można będzie przejąć dla naszych potrzeb. O randze i uprawnieniach tego oficera, przekonaliśmy się po dosyć przykrym incydencie, gdy któregoś dnia po południu (oficer ten był gdzieś w „terenie”), przyszło do dziadków kilku podpitych oficerów rosyjskich wraz z dziewczynami w rosyjskich mundurach i żądali alkoholu. Gdy babcia odpowiedziała że wódki nie ma, zaczęli przeszukiwać mieszkanie, by zabrać coś wartościowego, co można by było wymienić na alkohol. Zauważywszy maszynę do szycia i parę innych przedmiotów, przywołali z przed domu kilku szeregowych żołnierzy i kazali wynieść wskazywane rzeczy. Bezskuteczne były protesty babci, a najmłodszy z oficerów (około 22 letni kapitan) postraszył Ją, że następnego dnia przyjdą znowu i zabiorą jeszcze więcej rzeczy. W ówczesnych warunkach, nie można było bagatelizować takich gróźb, gdyż wiadomo było do czego byli zdolni żołnierze, uzasadniający wszystko okolicznościami działań wojennych i „frontu”. Pod wieczór, zjawił się „nasz” oficer i po chwili zjawił się u dziadków na tradycyjnej herbacie. Zauważywszy ponury nastrój u dorosłych domowników, zagadnął o powód tego przygnębienia, a po babci wyjaśnieniach, skrócił wieczorne odwiedziny i powiedział, by się nie martwić, że wszystko będzie dobrze. Następnego dnia, ku naszemu zdumieniu, niemal zaraz po jego wyjściu z domu, podjechał ten sam wóz konny i dwaj rosyjscy żołnierze w pośpiechu wnieśli do mieszkania dziadków, rzeczy zabrane w dniu poprzednim. Zjawił się też ten młody kapitan wraz z pozostałymi uczestnikami buńczucznych zachowań. Byli bardzo trzeźwi, bardzo wystraszeni i pokornie przepraszali dziadków za swoje niestosowne zachowanie w dniu poprzednim.

Z tego, co dowiedzieliśmy się nieco później (po kilku miesiącach), „nasz” oficer był komisarzem politycznym – Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych. Tacy „wybrańcy” funkcjonowali w wojsku rosyjskim bez widocznych dystynkcji na mundurach, ale posiadali bardzo duże uprawnienia w zakresie utrzymywania porządku w wojsku. Pełnili funkcję sędziów, a za niesubordynację żołnierzy, za nie wykonanie rozkazu, za dezercję – mieli prawo orzekania kary do wyroku kary śmierci włącznie. W przypadku wyżej opisanego zdarzenia u dziadków, w sposób sobie wiadomy odnalazł tą grupę rozzuchwalonych oficerów musiał ich nieźle nastraszyć, że przyszli tacy skruszeni, z tak szczerymi przeprosinami. Po około trzech tygodniach od tego incydentu, „nasz” oficer przyszedł się pożegnać z dziadkami i odjechał wraz z wojskiem – przemieszczającym się w kierunku Berlina. Opuszczoną przez niego „kwaterę” (pokój z kuchnią) zajęła nasza mama i oczywiście natychmiast załatwiła wszystkie niezbędne formalności związane z oficjalnym przydziałem tego lokalu mieszkalnego.

Wspomniałem już, że z mieszkania na „Maroku”, tj. po pozostawionych tam meblach, przedmiotach codziennego użytku, bieliźnie i ubraniach, niewiele było do zabrania. Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych w Katowicach przydzieliła nam skromną miesięczną „rentę” po ojcu, i tak zaczęliśmy życie w pierwszych dniach i tygodniach po wyzwoleniu. Były jednak i przykrości, w tej nowotworzonej rzeczywistości polityczno – społecznej, gdyż w ramach przeprowadzanej w maju 1945 r. akcji rehabilitacyjnej osób wpisanych do trzeciej grupy niemieckiej (grupy narodowej lub do grupy tzw. „Leistungs – Pole”), mama była wezwana do Starostwa w Rybniku i musiała składać „deklarację wierności Narodowi Polskiemu i demokratycz­nemu Państwu Polskiemu”. Było wręcz upokarzające, że po takiej krzywdzie jaką doznaliśmy od okupanta – gdy nasi najbliżsi złożyli ofiarę życia za Ojczyznę, w tejże wyzwolonej ojczyźnie mama musiała składać „deklarację wierności”! W nawiązaniu do deklaracji lojalności, dowiedzieliśmy się, że po wyzwoleniu Rybnika, odnaleziono w byłym budynku gestapo wykazy osób, – które miały być wysłane do KL Auschwitz i tam uśmiercone gazem. Dzięki przyspieszonym o parę tygodni działaniom wojennym – zamiar ten nie został zrealizowany. Były na tych wykazach wpisane osoby z rodzin, z których kogoś wcześniej aresztowano czy uśmiercono – członków konspiracyjnych organizacji ruchu oporu, a więc wrogów Rzeszy. Na listach tych były wpisane i nasze nazwiska. Były także niepokojące okoliczności, dotyczące cioci Zofii Sobik, która nie zdążyła jeszcze wrócić z poobozowej „tułaczki” do domu, a już była poszukiwana przez rosyjskie jednostki „służby bezpieczeństwa”. Funkcjonariusze ci przyszli do dziadków i wypytywali o ciocię, a gdy nie zastali Jej u dziadków, poszli do jej teściów – Sobików, czy się tam nie ukrywa. Więźniarki z Auschwitz – Birkenau (między nimi Zofia Sobik) przesłane do Ravensbrück, stamtąd były ewakuowane w głąb Niemiec. W czasie kolejnej ewakuacji więźniarek, gdy kolumna przemieszczała się do następnej miejscowości, Zofia zdobyła się na odwagę i w dogodnym momencie wraz z koleżanką – współwięźniarką, wyskoczyła z kolumny. Po oddaleniu się kolumny więźniarek i eskorty SS, upewniwszy się, że jest już bezpiecznie, znalazły jakieś bezpieczne schronienie do spędzenia nocy, a w następnym dniu, po ustaleniu nazwy miejscowości w jakiej się znajdują, ruszyły w kierunku swoich domów. Nawiązując do poszukiwania Zofii Sobik przez Rosjan, prawdopodobnie dowiedziały się o tym („zbliżaniu” się do domu) osoby, dla których stanowiło to jakieś zagrożenie. Może sądziły, że po powrocie będzie mogła wskazywać „odpowiednim” służbom czy instytucjom, kto oprócz zdrajcy Zientka mógł donieść na gestapo o konspiracyjnej działalności jej męża Stanisława Sobika, że np. w ich mieszkaniu odbywały się konspiracyjne spotkania. Wiadome natomiast było, że funkcjonariusze rosyjskich służb bezpieczeństwa nie „bawili” się w drobiazgowe dochodzenie by ustalić prawdę. Aresztowali wskazanego osobnika i wysyłali w głąb Rosji. Zanim sprawa się wyjaśniła, lub gdy okazało się że zaistniała pomyłka w doniesieniu, często było za późno lub ciężko było z naprawieniem krzywdy wobec danej osoby. Tak więc, oczekując powrotu Zofii, dziadkowie i mama świadomi takich zagrożeń, mieli dużą obawę, czy Rosjanie nie pojawią się ponownie by Ją aresztować, a oficer który mieszkał obok w tym „naszym” mieszkaniu, i z którym można by wyjaśnić sprawę, już się wyprowadził i nie mógł nam pomóc.

W pierwszej połowie maja 1945 r., Zofia dotarła wreszcie do domu. W tym naszym budynku z mieszkania na parterze wyprowadziła się samotna starsza kobieta, więc ciocia postarała się o przydział na to mieszkanie i w ten sposób zamieszkaliśmy wszyscy w jednym budynku.

Lis 032007
 
Przedstawiamy dzisiaj kolejna postać społecznika z Rybnika -dzisiejszym bohaterem będzie Teodor Augustyn
Teodor Augustyn

Teodor Augustyn

Augustyn Teodor pseud. Tadeusz Twardowski,

Więzień więzienia Montelupich w Krakowie, KL Auschwitz nr 6164, KL Mauthausen nr 117524, podobozu Melk, podobozu Ebensee.

Urodził się 17. 04. 1895 r. w Rozbarku Bytomskim, w rodzinie robotniczej. Ukończywszy niemiecką szkołę powszechną i nie mając warunków do dalszego kształcenia się, podjął pracę zarobkową jako robotnik w górnictwie, a po jakimś czasie przeniósł się do pracy w hucie. W 1915 r. został powołany do armii niemieckiej – biorąc udział w walkach frontowych, skutkiem czego dwukrotnie ranny, jako inwalida został zwolniony z wojska (w 1917 r.) i wrócił do pracy w przemyśle – w hutnictwie, angażując się równocześnie w pracę konspiracyjną, mającą na celu szerzenie polskości na Śląsku. Współpracował z tak wybitnymi działaczami jak doktor Rostek1, doktor Hlond2 i profesor Ligoń3. W 1919 r. był organizatorem oddziałów POW Górnego Śląska w Rozbarku i Bytomiu, w miejscowościach tych organizował także oddziały bojowe. Uczestniczył we wszystkich trzech powstaniach śląskich. W pierwszym powstaniu, przy pomocy konfidentów prowadził wywiad, używając pseudonimu Tadeusz Twardowski. Był członkiem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”4 oraz chóru „Halka”. Od połowy grudnia 1919 r. do końca maja 1921 r. należał do kierownictwa Polskiego Komisariatu Plebiscytowego na powiat bytomski – sekretarz powiatowy. W okresie 1. 03 – 15. 06. 1922 r. pracował przejściowo pod kierunkiem doktora Emila Cyrana w PCK w Katowicach w charakterze rewizora, a po plebiscycie zamieszkał w Rybniku. Od 16. 06. 1922 r. został zarządcą administracyjnym Zakładu Psychiatrycznego w Rybniku. We wrześniu 1929 r. – po kursie wojskowym w Grudziądzu, otrzymał nominację na ppor. rezerwy WP. W 1930 r. został służbowo przeniesiony do Zakładu Psychiatrycznego w Lublińcu gdzie pracował jako zarządca od 1. 04. 1930 do 1. 07. 1937 r. Następnie, ponownie przeniesiono go do Rybnika gdzie pracował jako zarządca do ostatnich dni sierpnia 1939 r.

We wrześniu 1939 r., opuścił Rybnik, przebywał w Podhajcach, Lublinie i Lwowie, a następnie ukrywał się w Krakowie, pracując na stacji benzynowej. Przez przypadek aresztowany 2. 10. 1940 r. i więziony w więzieniu na Montelupich w Krakowie. Oskarżony wpierw niesłusznie o udział w zaginięciu kasy szpitala w Kobierzynie, po dokładniejszym sprawdzeniu jego akt personalnych, ujawniło się, że jest w „Specjalnej książce poszukiwawczej” miasta Bytomia – gdzie był znanym działaczem powstańczym. Z więzienia Montelupich 9. 11. 1940 r. w transporcie zbiorowym przewieziony został do KL Auschwitz, zarejestrowany w obozowej ewidencji jako więzień nr 6164. W obozie brał udział w obozowym ruchu oporu.

Zdjęcie obozowe Teodora Augustyna

Zdjęcie obozowe Teodora Augustyna

W styczniu 1945 r. (nocą 17/18) brał udział w marszu ewakuacyjnym więźniów z Oświęcimia do Wodzisławia Śl., a stamtąd w transporcie zbiorowym koleją (w wagonach towarowych) przewieziony do KL Mauthausen i zarejestrowany jako więzień nr 117524. Po jakimś czasie, przeniesiono go do podobozu Melk i Ebensee. Przeżył obóz, wrócił do Rybnika i uczestniczył w odbudowie Zakładu Psychiatrycznego ze zniszczeń wojennych. Na przełomie lat 1945 – 1946 r. przeniesiony do szpitala w Branicach na stanowisko kierownika administracji. W 1947 r. wrócił do Rybnika i pracował w Szpitalu Psychiatrycznym do 1962 r. Był członkiem Zarządu Miejskiego Związku Powstańców Śląskich, Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, brał czynny udział w pracach Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia. Za wybitne zasługi w walce o polskość Śląska, za osiągnięcia w pracy zawodowej i społecznej odznaczony wieloma odznaczeniami: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, dwukrotnie Złotym Krzyżem Zasługi, Śląskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Niepodległości. Zmarł 6. 11. 1963 r. – pochowany w Rybniku.

Teodor Augustyn w rozmowie z Rafałem Klistałą

Teodor Augustyn w rozmowie z Rafałem Klistałą

Bibliografia: L. Musiolik Rybniczanie słownik biograficzny, Rybnik 2000, s. 10; L. Musiolik Od Związku Powstańców Śląskich do Związku Kombatantów RP, s. 37; Tygodnik Rybnickiego Okręgu Węglowego i Ziemi Raciborskiej Nowiny, nr 24 (1401) z 1886 r.; Pismo Pracowników Służby Zdrowia Służba zdrowia, Nr 50 (746) z 1963 r.; Ziemia rybnicko – wodzisławska, pod red. J. Ligenzy, Katowice 1970, s. 304; Życiorys T. Augustyna (z archiwum rodziny T. Augustyna – dr S. Wyciszczoka)