Paź 292007
 

Wielu z Nas kupowało książki w popularnej  kiedyś księgarni „Basista” – a ilu z Nas wie kim był ów Basista? Zapraszam do przeczytania informacji na temat tego wspaniałego polskiego patrioty – rybniczanina.

Maksymilian Basista podczas 1 wojny śwatowej

Maksymilian Basista podczas 1 wojny śwatowej

Basista Maksymilian pseud. „Kwiecień”, „Gołucki”,

Więzień więzienia Montelupich w Krakowie, KL Auschwitz nr 152740.

Urodzony 7. 08. 1883 r. w Górkach pow. raciborski, syn Jana i Franciszki z d. Kałuża (Maksymilian był jednym z dziewięciorga dzieci Basistów). Od najmłodszych lat pomagał rodzicom w pracach gospodarskich. W latach 1889 – 1896 chodził do szkoły ludowej – niemieckiej, a po jej ukończeniu, w czternastym roku życia podjął pracę w hucie „Silesia” jako pracownik fizyczny. Po dwóch latach, zwolnił się z „Silesii” i w 1899 r. wyjechał z kolegami do Westfalii, gdzie został górnikiem w kop. Prosper II w Bottrop. Dodać należy, że w owym czasie Westfalia była ośrodkiem skupiającym wyjątkowo dużą ilość polskiej emigracji zarobkowej. Maksymiliana Basisty oprócz pracy w Bottrop, zdobył dla siebie podatny grunt – dla działalności kulturalnej i społecznej. Pełen zapału, wyróżniający się intelektualnie, zajął się niemal natychmiast działalnością kulturalno – oświatową wśród zbiorowości polskiej. Chłonny na wiedzę, przystąpił do intensywnej pracy nad sobą, do samokształcenia. W 1903 r. został powołany do wojska i wcielony do 56 pułku piechoty w Cleve i Wessel nad Renem. Po powrocie z wojska na początku 1906 r., zainteresował się nim Wincenty Lutosławski, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Spotkanie to spowodowało wstąpieniem Maksymiliana do „Eleusis”1 i miało wielki wpływ na kształtowanie się jego młodej osobowości. Dzięki wsparciu kolegów z pracy, w lutym 1906 r. rozpoczął kształcenie się w Seminarium Wychowania Narodowego im. A. Mickiewicza które prowadził W. Lutosławski w Krakowie.

Po ukończeniu Seminarium nie wracał już do Bottrop, lecz odbywał praktykę w słynnej księgarni firmy Gebethner i Wolf w Krakowie, a od 1907 r. rozpoczął naukę rzemiosła drukarskiego w firmie W. L. Anczyca i Spółki. Po trzech latach tj. 15. 01. 1910 r. został czeladnikiem sztuki drukarskiej. Ukończywszy ostatecznie naukę zawodu u Anczyca, powrócił w rodzinne strony – do Rybnika, gdzie prowadził intensywną działalność polityczną a zwłaszcza kulturalno – oświatową, organizując front oporu przeciw napływowi tzw. niemczyzny. Znamienna to data 14. 04. 1910 r., gdyż Maksymilian Basista otworzył w Rybniku księgarnię polską oraz skład materiałów piśmiennych. W tym też 1910 r. zawarł związek małżeński z Marią z d. Burda. W 1911 r. nawiązał kontakt z dyrektorem Towarzystwa Czytelni Ludowych (TCL) ks. Antonim Ludwiczakiem i jako dobry organizator sprawił, że w Rybnickiem powstała gęsta sieć bibliotek TCL, a on sam został wybrany na prezesa TCL w Rybniku (funkcję tę sprawował do 1938 r.). Ważnym akcentem jest założenie w tymże 1911 r. pierwszej polskiej gazety w Rybniku o nazwie „Straż nad Odrą”. W tym okresie stronił od polityki, niemniej, w 1912 oraz 1913 r. wspierał strajki rybnickich górników. Najwięcej jednak czasu oraz zabiegów organizacyjnych poświęcił utworzeniu amatorskiego ruchu śpiewaczego i powiązanego z nim amatorskiego ruchu teatralnego. Dzięki jego staraniom 18. 05. 1913 r. powołano do życia Towarzystwo Śpiewu „Seraf” w Rybniku – został jego prezesem i funkcje te sprawował do 1929 r.

Wybuch pierwszej wojny światowej spowodował zaprzestanie przez Maksymiliana działalności społecznej a także zawodowej. Został zmobilizowany do armii pruskiej i walczył pod Verdun, gdzie w lutym 1915 r. odniósł ciężkie rany. Po szpitalnym leczeniu, niezdatny do służby frontowej, został skierowany do kompani roboczych budujących umocnienia wojskowe, drogi, mosty w okolicach Brześcia, na Litwie, Łotwie, Estonii. Pracując w jednej z tych miejscowości 20. 09. 1918 r. otrzymał telegramem (telegram był fortelem) od chorej żony, wzywający do pilnego przyjazdu do domu. Otrzymał więc urlop z którego do kompanii roboczej już nie wrócił.

Od listopada 1918 r. wspólnie z Ludwikiem Piechoczkiem organizował wśród młodzieży rybnickiej oddziały bojowe, a 18. 01. 1919 r. gdy powstała Polska Organizacja Wojskowa – został jej członkiem. Jego dom i księgarnia stały się ośrodkiem działalności kierownictwa POW w Rybniku. Niestety, 23. 03. 1919 r. został aresztowany wraz z kilkoma innymi członkami POW i 14. 04. 1919 r. sądzony przez Nadzwyczajny Sąd Wojskowy w Raciborzu, że „z bronią w ręku usiłował oderwać Śląsk od Niemiec i udostępniał lokal księgarni dla zbrodniczej działalności organizacji polskich”. Otrzymany wyrok 3 lata więzienia, później sąd przysięgłych złagodził na karę 9 miesięcy, a ponieważ był bardzo schorowany, po wpłaceniu kaucji w wysokości 5000 marek został wypuszczony na wolność.

Po opisanych powyżej perypetiach, Maksymilian Basista opuścił Rybnik i aby uniknąć ponownego aresztowania, ukrywał się w Piotrowicach na Śląsku Cieszyńskim, skąd już 17. 08. 1919 r. wraz z zorganizowanym oddziałem szturmowym, wyruszył na teren powiatu rybnickiego by nieść wsparcie dla miejscowych powstańców. Niestety, silny opór Grenzschutzu zmusił oddział do odwrotu, i w taki to sposób znalazł się nadgranicznych wówczas Dziedzicach. Tam dotarł do niego rozkaz zorganizowania punktu powstańczego i utworzeniu grup bojowych, które odpowiednio przeszkolone, miały prowadzić działania destrukcyjne – antyniemieckie na Górnym Śląsku. Gdy powstanie się zakończyło, w pierwszych dniach września 1919 r. znalazł się w Sosnowcu i powołano go do służby w Milicji Górnośląskiej jako kierownik oddziału aprowizacyjnego, a nominacje tę wydał kierownik Ekspozytury Oddziału II Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego. Końcem listopada tegoż roku, powrócił do Rybnika i zabrał się za uporządkowanie zniszczonej księgarni – przenosząc ją początkiem 1920 r. do własnego domu. Z wielkim zapałem organizował koła śpiewacze, zespoły teatralne, wiece i uroczystości narodowe. To z inicjatywy Maksymiliana Basisty rozpoczęły (przerwaną na czas wojny) działalność chóry: „Słowiczek” w Wielopolu, „Harmonia” w Jejkowicach, „Paderewski” w Grabowni, „Orzeł” w Ochojcu, „Kościuszko” w Zamysłowie, „Kochanowski” w Czuchowie, „Mickiewicz” w Chwałęcicach, „Gwiazda” w Zebrzydowicach. Powstawały też gniazda Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. W lutym 1920 r. założył oddział Związku Śląskich Kół Śpiewaczych i jako prezes kierował jego działalnością, zaś w czasie kampanii plebiscytowej był założycielem i redaktorem „Gazety Rybnickiej”.

Basista przed swoją księgarnią na ulicy Kościelnej.

Basista przed swoją księgarnią na ulicy Kościelnej.

Podczas trzeciego powstania, Maksymilian Basista bez reszty zaangażował się w kolejne ważne wydarzenia na ziemi rybnickiej – był bowiem członkiem komendy powiatowej, odpowiedzialnym za akcję propagandową. W 1923 r. powołano Komisaryczną Radę Miejską pod przewodnictwem A. Prusa, a Basista wszedł w skład pięcioosobowej rady jako sekretarz. W 1930 r. za ogromne zasługi w krzewieniu idei Towarzystwa Czytelni Ludowych, nadano mu godność członka honorowego TCL. W 1934 r. został wiceburmistrzem w Rybniku, stając się bliskim współpracownikiem Władysława Webera. W zakres jego kompetencji wchodziły sprawy gospodarcze i kulturalne. Jako prezes Stowarzyszenia Kupców i członek Izby Przemysłowo – Handlowej w Katowicach (także Zarządu Wojewódzkiego Kupiectwa Polskiego), doprowadził do powstania w Rybniku Szkoły Handlowej. W latach 1936 – 1938 organizował Targi Rybnickie. Gdy 1. 09. 1939 r. około godz. 5: 00 oddziały Wehrmachtu wkraczały do Rybnika, po namowach przychylnych przyjaciół, uchodził z rodzinnego miasta a także Śląska. Jego nazwisko jeszcze przed wybuchem wojny (w 1939 r.) wpisane było do „księgi gończej” Sonderfahndungsbuch Polen (strona zarejestrowania 9B) – czyli przewidziany przez hitlerowców do „likwidacji” w pierwszej kolejności. Przedostał się do Krakowa, skąd 4 września ruszył na dalszą tułaczkę na wschód, docierając do Żółkiewki w Lubelskiem, jednak obawiając się nacjonalistów ukraińskich, powrócił do Krakowa. Miał jednak świadomość, że i to miasto – stolica Generalnego Gubernatorstwa nie jest dla niego bezpieczna. Przybierając więc fałszywe nazwiska „Kwiecień” lub „Gołucki” ukrywał się w okolicznych wioskach – w Mnikowie, Wielkiej Wsi, Ojcowie, Nowym Kościele.

Powojenne zdjęcie Basisty w pasiaku.

Powojenne zdjęcie Basisty w pasiaku.

Niestety, 3. 09. 1943 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu krakowskim – na Montelupich, skąd przesłano go do KL Auschwitz i tam został zarejestrowany jako więzień nr 152740. Dnia 11. 11. 1944 r. transportem zbiorowym przesłany do obozu pracy w Bawarii, lecz po likwidacji tego obozu 2. 04. 1945 r. dostał się do obozu leśnego w Mattenheim. Mimo trudnych warunków panujących w obozach w których przebywał, przeżył i odzyskał wolność 5. 05. 1945 r. – wyzwolony przez wojska amerykańskie. Po powrocie do Rybnika (miał już 62 lata), przystąpił kolejny raz do odbudowy księgarni i prowadził ją do 1948 r. Wówczas to, w związku z upaństwawianiem niemal wszystkiego, jego księgarnia przejęta została przez Spółdzielnię Spożywców.

Legitymacja Maksymiliana Basisty.

Legitymacja Maksymiliana Basisty.

Wznowił wprawdzie działalność społeczną, z której jednak wycofał się zdecydowanie w 1950 r. W uznaniu zasług – odznaczony Orderem Polonia Restituta. Zmarł 3. 11. 1967 r. w Rybniku.

Informacja dodatkowa. Gdy zbliżały się do Oświęcimia wojska rosyjskie (a więc pod koniec funkcjonowania KL Auschwitz), władze obozowe SS niszczyły dowody popełnianych zbrodni na więźniach, niszczono także dokumentację obozową. Skutkiem tego, nie było śladu pobytu w tym obozie Maksymiliana Basisty. Autor niniejszego opracowania dostarczył do APMA – B wiarygodne informacje na ten temat – w oparciu o zdobyte zeznania świadków. Zdjęcie w ubraniu obozowym nie jest typowym zdjęciem wykonywanym w obozie, lecz wykonanym na własny użytek przez Maksymiliana Basistę po powrocie do domu.

Bibliografia: L. Musiolik Śląscy patroni rybnickich ulic, 1994 r. s. 1; L. Musiolik Rybniczanie słownik biograficzny, Rybnik 2000, s. 14; I. Libura Z dziejów domowych powiatu – gawęda o ziemi rybnickiej, Opole 1984, s. 127 – 140; Ziemia rybnicko – wodzisławska, red. J. Ligenzy, Katowice 1970, s. 186 – 188, 199, 201, 202, 293 – 295; A. Mrowiec Z dziejów okupacji hitlerowskiej w rybnickiem, Katowice 1958, s. 29, I. Libura Maksymilian Basista rybnicki księgarz i społecznik (1883 – 1967), Zeszyty Rybnickie nr 2, rok 1991, s. 37, 38.

Zdjęcia Maksymiliana Basisty pochodzą ze zbiorów archiwalnych Muzeum w Rybniku (fotografia z ksiegarnią to MRy/H/616 i legitymacja MRy/ADH/415).

Paź 062007
 
Jesienią 1944 r., coraz częściej słyszalny był „na niebie” warkot silników samolotowych, a po nasileniu się owego warkotu, pojawiały się widoczne z ziemi srebrzyste sylwetki alianckich  „bombowców”. Niezliczona ilości srebrzystych punkcików, kierowała się  nad Kędzierzyn – noszący wówczas nazwę „Hajdebrek”. Leciały tam by bombardować Zakłady Chemiczne, w których Niemcy produkowali materiały wybuchowe na użytek wojska niemieckiego. Kiedy zaś samoloty przelatujące nad olbrzymimi połaciami pól uprawnych i lasów „Maroka” ginęły na horyzoncie, od Kędzierzyna dały się słyszeć wybuchy bomb, zrzucanych na wyznaczony cel. Po około półgodzinnych bombardowaniach, samoloty wraca­ły tym samym „kursem” skąd przyleciały. Czasem, pod wysoko lecącymi bombowcami, odbywała się walka powietrzna, szybciej i zwinniej poru­szających się „myśliwców” tzn. ochrony alianckiej – z myśliwcami niemieckimi. Zbliżające się do siebie z wiel­ką szybkością samoloty, oddawały w kierunku przeciwnika serie, co z dołu wyglądało jak wypuszczane dużej ilości przerywanych ogników, ale wyraźnie słychać było ów charakterystyczny jazgot karabinu maszynowego. Nie widziałem jednak, by któryś samolot spadł – pikując w kierunku ziemi.
Parę razy, kiedy wysoko na niebie pojawiały się alianckie bombowce, zaczęły z nieba opadać srebrne pasemka podobne do choinkowej lamety. Baliśmy się dotykać tych świecidełek, gdyż propaganda niemiecka chcąc w ludziach wzbudzić gniew wobec aliantów, podpowiadała różne nonsensy na ten temat. Opowiadano więc, że sreberka te posiadają właściwości wybuchowe lub samozapalające się przy dotyku, że są silnie trujące itd. Gdy jednak teraz o tym myślę, najprawdopodobniej były to przeciwzakłóceniowe sposoby mylenia namiarów radiowych, ułatwiających bezpieczny przelot bombowców.
W końcowych dniach listopada lub na początku grudnia, coraz  głośniej mówiło się o zbliżających się (od wschodu) działaniach wojennych, a skutkiem tego, niedale­ko naszego domu – kawałek za skrzyżowaniem obecnej ulicy Obrońców Rybnika i ulicy Wieczorka, niemieccy żołnierze zaczęli ustawiać działo. Nie znam technicznych określeń, jakiego typu było to działo, tyle że miało koła na oponach gumowych, posiadało pokrętło do podnoszenia lub opuszczania dosyć długiej lufy (około trzy metrowej), a jego obsługę stanowiło około ośmiu żołnierzy. Świadczyły te przygotowania o zbliżających się działa­niach wojennych, więc to o czym mówiło się dotychczas szeptem, teraz przybrało postać realną.
Ewidentne znaki zbliżającego się frontu do Rybnika spowodowały, że moja mama, po wcześniejszych przygotowaniach, podjęła decyzję przeniesienia się na okres działań wojennych – do piwnicy. Przygotowała tam legowiska do spa­nia, zniosła stół kuchenny, krzesła, oraz zmagazynowała zapasy żywności. Nie pamiętam jak przyrządzane były gorące posiłki, czy gotowała je w kuchni (w naszym mieszkaniu), czy też był jakiś prowizoryczny piecyk w piwnicy, ale jadaliśmy i ciepłe posiłki.
Wraz z nami, w pi­wnicy – tyle że w swojej części, przebywała rodzina P. – lokatorów z piętra. Mąż Pani P. był Niemcem i powołany został do wojska. Był w pełni tego słowa znaczeniu prostackim fanatykiem hitlerowców. Pracował jako pracownik fizyczny w rybnickim browarze. Jako Niemiec i wielki zwolennik hitlerowców, otrzymał zezwolenie na posiadanie radioodbiornika, więc w niedzielne dni, od rana rozbrzmiewały przez na oścież otwarte okna jego mieszkania – melodie niemieckich marszów i hitlerowskich pieśni! Jego żona także była prostą kobietą, ale zachowywała się rozsądnie. Z wyrozumiałością znosiła fanatyzm męża i odczuwała wobec naszej mamy coś w rodzaju zakłopotania głupotą męża. Wręcz zdawało mi się, że ulżyło jej, kiedy P. zabrano do wojska, tyle, że sama musiała się opiekować czwórką dzieci. Z naszą mamą żyła w zgodzie, a w piwnicy wzajemnie sobie pomagały. Oczywistą natomiast sprawą było, że my dzieci bawiłyśmy się razem.
Gdy front zbliżał się do przedmieścia Rybnika, a i wybuchy bomb oraz nalo­ty samolotów było coraz głośniej słyszalne, mama wraz z P. poszły na strych, skąd można było lepiej ocenić bliskość działań wojennych. Przyleciały jednak dosyć szybko do piwnicy i były bardzo wystraszone, a z późniejszych opowiadań wyniknęło, że podczas ja­kiegoś wybuchu bomby – gdy były na strychu, jeden z odłamków rozpalony do białości, spadł tuż obok mamy i byłby Ją zabił. Od tego czasu, ani mama ani P. nie na strych nie wychodziły.
Po jakimś czasie przebywania w piwnicy, słyszeliśmy nad sobą (w naszym mieszkaniu na parterze) kroki w wojskowych butach, co świadczyło, że wchodzą do budynku żołnierze, a z usłyszanej mowy zorientowaliśmy się, że są to żołnierze niemieccy. Po krótkiej strzelaninie z okien naszego mieszkania, żołnierze ci wyszli, ale po chwili znowu słychać było odgłos kroków, znowu odbywała się strzelanina, a tym razem dolatywała do piwnicy mowa rosyjska. Znaczyło to, że front już przebiega przez nasz teren.
Nie wiem, ile dni czy tygodni przebywaliśmy w piwnicy, ale któregoś rana usłyszeliśmy łomotanie w drzwi wejściowe do piwnicy, a gdy mama je otworzyła, wszedł do piwnicy rosyjski oficer w jasnym kożuchu z dużym futrzanym kołnierzem. Kożuch przepasany był pasem wojskowym, przy którym przyczepiona była kabura z dosyć długim pistoletem. Na głowie miał baranicę ze sre­brnych karakułów z wpiętą z przodu czerwoną gwiazdą. Za nim weszło chyba pięciu szeregowych żołnierzy z pistoletami maszynowymi (pepeszami) gotowymi do strzału.
Germańcy u was jest”? – zapytał oficer!
Nie,- prawie z krzykiem odpowie­działa mama i P.!
A wy czto suda rabotajecie”? – zapytał ponownie oficer.
Mama i P. chcąc by ich Rosjanin zrozumiał, tłumaczyły pomagając sobie rękami, że schowaliśmy się w piwnicy przed strzelaniną i działaniami wojennymi. Oficer ten, oceniając naszą sytuacja jako niebezpieczną, oświadczył że nie możemy nadal przebywać w tej piwnicy, że jego żołnierze wywiozą nas w bezpieczniejsze miejsce.
Zgodnie z tą decyzją, przyjechały za około pół godziny dwa wozy konne i w asyście chyba dziesięciu żołnierzy ulokowano nas na wozach i wie­ziono poza linię frontu – w to bezpieczniejsze miejsce. Pamiętam, że jechaliśmy polnymi drogami w kierunku ulicy Gliwi­ckiej, potem przez Wielopole, przez Wilczę, Rudy do wioski Pilchowice, – niedaleko Knurowa, a dojeżdżając w okolice Rud, przeprawialiśmy się przez jakiś mostek nad niewielką rzeczką. Przed mostkiem i w koło niego, leżały trupy ludzi cywilnych, żołnierzy, oraz kilka zabitych koni i krów.
Pozostaje w mojej świadomości znamienne wydarzenie z tego okresu – wydarzenie wręcz symboliczne, że nie wolno w „czambuł” potępiać wszystkich Rosjan, dla prymitywnego koniunkturalizmu. Otóż, w pewnym momencie, rozległa się strzelanina krótkimi seriami oraz pojedyncze strzały, a gdzieś dalej słychać było wybuchy granatów. Gdy rozległa się ta strzelanina, żołnierze eskortujący nas – a idący obok wozów (by ulżyć koniom ciągną­cym wozy), wskoczyli na wozy i nakryli nas swoimi ciałami, chroniąc przed zranieniem. Konie spłoszone tą strzelaniną stawa­ły dęba, woźnica popędzał je do biegu i cała sytuacja wyglądała bardzo groźnie. Chociaż byłem wówczas zaledwie 9–cio letnim dzieckiem, odczuwałem wielką wdzięczność wobec tych rosyjskich żołnierzy. Z takim poświęceniem bronili życia zupełnie obcych dla nich lu­dzi – ludzi spotkanych przecież tak przypadkowo.
Przejeżdżając przez Rudy, mijaliśmy zabudowania du­żego Szpitala Psychiatrycznego i oczom naszym ukazał się makabryczny widok. Na dziedzińcu szpitala, le­żały trupy kilkudziesięciu pacjentów szpitala, ubranych w pasiaste piżamy. Wynikało z tego, że wygnano wszystkich pacjentów na dziedziniec i rozstrzelano z karabinu maszynowego. Leżeli w pozycjach, w jakich dosięgła ich kula. Jedni leżeli rozciągnięci na wznak, inni na brzuchu, a jeszcze inni wsparci o ściany budynków (okalających podwórze) – w pozycji półstojącej. Nie było jednak czasu na dłuższe obserwacje, gdyż musieliśmy jechać dalej, a zwłoki te leżały tam chyba od kilku dni.
Dojechaliśmy wreszcie do jakiejś wioski koło Pilchowic czy Szczejkowic. Tam zeszliśmy z wozów – z tym skromnym dobytkiem jaki mama mogła w pośpiechu zabrać. Na dobytek ten składała się: pierzyna, jakiś przyodziewek dla nas i dla mamy, i – ….. był także budzik (ślubny prezent mamy), który jechał z nami w czasie ewakuacji do Iłownicy (w sierpniu 1939 r.), a tym razem ukrywany przed Rosjanami, którzy z wielką zachłannością zabierali zegarki, traktując je jako cenną zdobycz.
Żołnierze rosyjscy oczywiście natychmiast odjechali, a my zostaliśmy przygarnięci „pod dach” przez nieznajomych ale przyjaźnie do nas nastawionych ludzi, mieszkających w wiejskim parterowym domu, z trzema pokojami i kuchnią wewnątrz. Jeden z pokoi oddali do naszej dyspozycji.
Tam, żyliśmy przez jakiś czas w ewakuacyjnych niedogodnościach, biorąc pod uwagę opuszczenie własnego mieszkania z niewielkim dobytkiem (prawie żadnym), z niepewnością czy wojnę przeżyli dziadkowie którzy opiekowali się dziećmi cioci Sobikowej – uwięzionej ze swoim mężem i moim ojcem. Mama szczęśliwa była, że nikomu z naszej trójki nic się nie stało. Wprawdzie kule nieraz latały nam koło głowy i tylko Opatrzności Bożej można być wdzięcznym, że nas omijały nieszczęścia! Dorośli mówili wprawdzie o gwałce­niu kobiet i kobiety chodziły przestraszone, (mama tak­że), ale ja byłem za mały by zdawać sobie sprawę o co chodzi – w naszym otoczeniu do niczego takiego nie doszło.
W pierwszej dekadzie marca 1945 r. coraz rzadziej słyszalne w oddali pojedyncze strzały karabinowe oraz wybuch bomb, świadczyły o końcu działań wojennych i możliwym powrocie do domu – do Rybnika. Powrót ten odbywał się na piechotę więc i z bardzo małym tobołkiem – niemal tą samą ilością rzeczy z jaką opuszczaliśmy nasze mieszkanie w Rybniku na „Maroku”.
Paź 032007
 
Nie pamiętam, w jakich okolicznościach nauczyłem się niemieckiej mowy, gdyż od momentu rozpoczęcia się okupacji Polski przez Niemców, taki język obowiązywał w miejscach publicznych. Niemniej, przez naszą rodzinę, był to język używany wyłącznie w owych miejscach publicznych, zaś w naszym mieszkaniu czy w mieszkaniu dziadków (tak z mamy strony jak i ojca), mówiliśmy wyłącznie po polsku i było tak przez cały ok­res okupacji.
W moim dziecięcym życiu, po bardzo bolesnym fakcie śmierci ojca w czerwcu 1943 r., z bezwzględną brutalnością zaistniało kolejne poważne wydarzenie. Otóż, we wrześniu 1943 r. obowiązywało mnie pójście do szkoły, skończyłem bowiem w grudniu 1942 r. siódmy rok życia. Informuję przy okazji, że według ówczesnej rejonizacji, dzieci z „Maroka” obowiązane były uczyć się w Szkole (obecnie nr 2) na Smolnej
Nie ukrywam swoich tamtejszych i do dzisiaj zapamiętanych odczuć, że bardzo bałem się pójścia do szkoły, pierwszego samodzielnego wejścia w obce otoczenie nie tyle moich rówieśników, ile zetknięcia się z osobami o groźnie dla mnie brzmiącej nazwie – nauczyciele. Przerażała mnie myśl, że będę musiał wykonywać w szkole polecenia obcych osób, bez bliskości mamy, bez Jej troskliwości i opiekuńczych „skrzydeł” – gdy zaistnieje taka potrzeba!
Przyjemniejszą okolicznością dla pierwszoklasistów była tradycja, otrzymywania w ten pierwszy dzień rozpoczęcia nauki, dużej stożkowej i bardzo kolorowej torby papierowej wypełnionej słodyczami. Niestety, ja takiej torby nie otrzymałem, ale dosyć rozsądnie łagodziłem „ból niespełnienia”, uznając jak i w innych przypadkach, że widocznie jakiejś ważne okoliczności lub brak pieniędzy wpłynęły na to, że moja mama nie mogła mi takiej torby ze słodyczami wręczyć.
Otrzymałem jednak – jak inne dzieci, wyposażenie w przybory szkolne, składające się z: tekturowego tornistra, tabliczki do pisa­nia (zamiast zeszytu), drewnianego piórnika, rysika i gąbki („szwamki”) do ścierania zapisanych na tabliczce liter czy cyfr. Tabliczka wykonana była z tworzywa bardzo kruchego, szybko tłukącego się porcelitu. Pisało się na tabliczce rysikiem z tworzywa podobnego jak tabliczka, a pozostawiał on na tabliczce jasno szare rysy – stąd nazwa rysik. Wyglądem przypominał szarą świecową kredką.
Nauka polegała na poznawaniu liter niemieckiego alfabetu, a po paru dniach od przepisywania liter i cyfr ze ściennej tablicy – na własne tabliczki. W następnej kolejności, poznawałem litery łączone w bardzo proste słowa, zdania i tak dalej. To samo było z wykonywaniem działań matematycznych w najprostszej postaci. Zapisywanie znaków czy zdań na tabliczkach, miało jednak charakter krótkotrwały, gdyż zapis rysikiem był łatwo ścieralny. Nieumiejętne wkładanie zapisanej tabliczki do torby, mogło spowodować rozmazanie się lub starcie tego co było na niej zapisane. Inny jej mankament, że niewłaściwe obchodzenie się z tornistrem (uderzenie nim o coś, lub wywrócenie się) powodowało rozbicie tabliczki. W czasie przerwy między lekcjami, trzeba było zadbać by namoczyć gąbkę, którą w razie potrzeby ścierało się z tabliczki to, co zetrzeć należało. Ścieranie śladów pisania rysikiem„na sucho”, było mało skuteczne.
Wychowawczynią tej naszej pierwszej klasy, była nauczycielka o nazwisku Kreyder, mieszkająca na Smolnej (obecnie ul. św. Jadwigi) obok budynku dziadków – w dużym budynku dla niemieckich urzędników i nauczycieli. Miała dwójkę dzieci – chłopca i dziewczynę w wieku ok. 9 i 13 lat, lecz charakteryzował ją dosyć specyficzny sposób zachowania się – typowo męski. Ubierała się w męskim stylu – zielony kostium z wy­łogami brązowymi na kołnierzyku (chyba styl tyrolski), przeważnie ubierała się w tzw. spodium (spódnica zszywana w kroku jak spodnie). W kontaktach z ludźmi, była bardzo oschła. Ilekroć zamieniała parę słów z babcią, zawsze używała wyniosłego sposobu rozmowy. Uczniowie bali się jej, ponieważ bardzo często stosowała karę bicia. Za najmniejsze przewinienie, otrzymywało się uderzenia trzciną na otwartą dłoń lub na tyłek, a obrywali w jednakowym stopniu tak chłopcy jak i dziewczęta. W zależności od wielkości winy, wyznaczana była ilość uderzeń. Były jednak i takie przypadki, że do bicia służył rdzeń drewniany ze stojaka od zawieszania mapy (o przekroju 3×3 centymetry, i długości około półtora metra) i takim to drągiem biła po tyłku chłopaków. Winowajca musiał się „prze­wiesić” przez ławkę, by spodnie na tyłku były mocno napięte, i wówczas padały uderzenia! Gdy jednak chłopak nie wytrzymywał i wy­rywał się z tej pozycji, to i na plecy lądowały uderzenia, gdyż nauczycielka nieczuła na strach dziecka – w zdecydowany sposób postanowiła orzeczoną karę wykonać.
W nawiązaniu do tych jej męskich cech, przytaczam takie oto zachowanie, że po sprawdzeniu obecności uczniów, nauczycielka przyniosła w białej por­celanowej miseczce – ciepłą wodę z umy­walni mieszczącej się na korytarzu szkoły. Następnie, poleciwszy któremuś dziecku pisanie liter lub pełnych słów na tablicy, wyjmowała ze swojej torby przybory do golenia, namydliła sobie twarz i goliła maszynką do golenia (na żyletkę). Po ogoleniu się, wytarła ręczni­kiem twarz do sucha i dalej prowadziła lekcje.
Nie byłem najbystrzejszym uczniem, więc parę razy na moją ociężałość w postępach uczenia się, nauczycielka ta skarżyła się babci. Przebrnąłem jednak przez ten pier­wszy rok szkolny, oberwawszy – czego nie ukrywam, kilka razy trzciną w rozwarte dłonie i po tyłku.
* * *
W pierwsze wakacje szkolne, pojechaliśmy zgodnie z decyzją mamy do poznańskiego – do Dobrzyca, skąd mama zdobywała nielegalnie artykuły żywnościowe dla przeżycia naszej rodziny oraz Jej rodziców. Dla mojego brata i dla mnie, był to pierwszy wyjazd w tzw. „świat” – na dalszą odległość od Rybnika, a jazda pociągiem wraz z przesiadkami trwała ponad osiem godzin.
Okoliczność korzystania z kolejowego środka transportu, a więc pierwsza jazda pociągiem osobowym, poszerzyła moją wiedzę o zróżnicowaniu komfortu jazdy wynikłego z podziału wagonów na klasy. Nie mogłem sprawdzić jaki standard miała klasa pierwsza, gdyż z tych luksusowych wagonów (a w nich przedzia­łów) korzystali wyłącznie Niemcy „Nur für Deutsch”. Wagony drugiej klasy zwane „pulmanami”, także były do dyspozycji podróżujących Niemców, lecz chyba mniej zamożnych lub mniej „ważnych”. Natomiast wagony trzeciej klasy, przeznaczone były dla pospolitych podróżnych – także dla Polaków. Ich wygląd był zdecydowanie różniący się od poprzednio wymienionych, gdyż wzdłuż wagonu było sporo wejść, a jedno wejście prowadziło do jednego przedziału ośmiooso­bowego, z możliwością przejścia już wewnątrz wagonu, do sąsiednich przedziałów. Siedzenia drewniane odpowiednio profilowane, były z bardzo twarde – bardzo niewygodne do odbywania dłuższych podróży.
Z tego pierwszego pobytu w Dobrzycy, zapamiętałem, że oswajaliśmy się z wiejskim domem cioci – domem drewnianym z dachem krytym słomą, gdzie woń naftaliny w połączeniu z wilgotnością wnętrza, nie dawały zbyt przyjemnych skojarzeń zapacho­wych. Przytłaczająco działało też bardzo stare umeblowanie wnętrza odziedziczone przez ciocię po jej rodzicach. Nie było w budynku prądu, więc po zapadnięciu zmroku, do oświetlenia pomieszczeń mieszkalnych służyła lampa naf­towa.
Wieczorami przebywaliśmy w malutkiej kuchni, gdyż było tam i cie­pło od pieca kuchennego, a do oświetlenia służyła wspomniana już lampa naftowa. Chyba ze względów oszczędnościo­wych nafty, w użytku była tylko jedna lampa. W kuchence było jednak dosyć ciasno, mogła mieć około dwóch metrów kwadratowych, a do ogrzania oraz gotowania posiłków, służył ustawiony tam piecyk opalany przeważnie drzewem, a do drzewa dokładano bardzo małą ilość węgla – żeby podtrzymać żar w piecu. Nie będę się rozpisywał o rozmieszczeniu niewielkiej ilości mebli jakie się tam znajdowały, ale – było tam bardzo ciasno.
Gdy przycho­dziła pora układanie nas dzieci do spania, mama przeno­siła lampę do pokoju w którym sypialiśmy (sąsiadującego z kuchnią), i po ułożeniu nas w łóżku zabierała lampę do kuchni. Przedostawały się zatem przez niedomknięte drzwi kuchni jedynie bardzo słabe promienie światła, a dla mnie i brata rozpoczynał się stale ten sam problem z zasypianiem. Powód był dosyć oczywisty, gdyż po zapadnięciu zmroku, ciocia, mama brat i ja rozsiadaliśmy się w tej ciasnej kuchence, a wówczas ciocia i mama rozpoczynały opowiadania o duchach i rzekomych faktach – jak to w tym budynku krytym słomą straszyło, „hen dawniej” gdy jeszcze żyli rodzice cioci. Oczywiście my dzieci chętnie wysłuchiwaliśmy tych opowieści, skutkiem czego, wyobraźnia dziecięca nasycona tego typu opowiadaniami oraz panującą ciemnością w pokoju, powodowała, że ze strachu wsuwaliśmy pod pierzynę także głowy. Niestety, dosyć szybko robiło się za gorąco i za duszno, więc trzeba było głowę wynurzać nad pierzynę, dla zaczerpnięcia „świeżego powietrza”. W taki to sposób przeżywaliśmy niemal co wieczór koszmar zasypiania, aż umęczeni takim zachowaniem, w jakimś momencie zapadaliśmy w „twardy” sen.
Ponieważ w letnie dni zwyczajem panującym u cioci – drzwi kuchni wychodzące na przydomowe podwórko były stale otwarte, więc budziliśmy się przy dolatującym od tegoż podwórza – pianiu kogutów, gda­kaniu kur, „gawędzeniu” kaczek. Dodać do tego należy odgłosy „tłuczenia” przez ciocię garami czy wiadrami, w których przygotowywała żarcie dla owej przydomowego zwierzyńca i gawiedzi tj. kóz, świń, kur i kaczek.
Kolejne dosyć osobiste i humorystyczne wspomnienia, dotyczą epizodu z kozami. Przyznaję samokrytycznie, że aby w jakiś sposób okazać swoją dziecięcą przydatność w „gospodarskich” zajęciach cioci, ochoczo oferowałem swoje usługi do tzw. wypasu kóz. Ciocia i mama z pochwałami zaakceptowały tak szczere chęci i zgodziły się na moją rolę pastucha. Ale, … to co wpierw wydawało się prostą czynnością, po kilku zaledwie razach wyprowadzania kóz na wypas, stawało się czynnością dosyć nudną i uciążliwą. Kozy szarpały się na łańcuchu, wymuszały prowadzenie ich tam, gdzie chciały skubać coś do zjedzenia, a trzeba było się nimi zajmować co najmniej przez dwie lub cztery godziny dziennie. Stawało się to dla mnie na tyle uciążliwe i ograniczające czas na zabawę, że czyniłem różne zabiegi by zdjęto ze mnie ten dobrowolnie przyjęty na siebie obowiązek. Kozy zatem ponownie były przymocowywane do „kołka”, a ja w ten sposób odzyskałem „wolność”.
Poznaliśmy wiele atrakcyjnych miejsc Dobrzycy, poznaliśmy bardzo dużo i bardzo przyjaznych nam ludzi z tej wioski, ale czas szybko upływał i trzeba było wracać do domu – do Rybnika. Od miesiąca września 1944 r., znowu musiałem chodzić do szkoły, tyle że już do drugiej klasy, a więc i nauka była na nieco wyższym poziomie.
Droga z dzielnicy „Maroko” do dzielnicy „Smolna”, wynosiła około trzy kilometry, a zatem tam i z powrotem pokonywałem codziennie sześć kilometrowy odcinek drogi. Dodam z pewnego rodzaju samochwalstwem, że mama odprowadziła mnie tylko kilka razy do szkoły – gdy rozpocząłem naukę w pierwszej klasie, a następne dni i lata, niezależnie od pory roku, pokonywałem samodzielnie ten odcinek drogi.
W okresie letnim i w dni pogodne, uczęszczanie do szkoły nie było uciążliwe i można było chodzić na tzw. skróty – drogami bocznymi i ścieżkami między polami. Gorzej było w dni deszczowe i zimowe. Deszcz rozmywał ścieżki polne, więc o chodzeniu na skróty nie było mowy. Zimą, trzeba było chodzić ścieżkami wydeptanymi w śniegu przez dorosłych, którzy wcześnie rano musieli udawać się do pracy. Odśnieżane były jedynie główne drogi na szerokość około 4 metrów. Taką bowiem szerokość można było uzyskać przy pomocy drewnianego pługa śnieżnego, zaprzęgniętego w konie. Może i mnie tak się tyl­ko wydawało, ale opady śnieżne były bardzo obfite, chodziło się w wą­wozach śnieżnych co najmniej metrowej wysokości.
I znowu w tym miejscu wtrącę osobisty epizod – w nawiązaniu do okresu zimowego. Nie otrzymywaliśmy przydziału na kupno wielu rzeczy – jakie przysługiwały tylko Niemcom. Ubranka dla brata i dla mnie przeszywała mama z ubrań kolejarskich jakie otrzymywała od dziadka (ojca mojego ojca), zaś dziadek dostawał je na kolei w ramach tzw. okresowych przydziałów pracowniczych. Z takiego więc kolejarskiego płaszcza, mama uszyła mi kurtkę bym zimowe dni miał w czym chodzić do szkoły. Do kurtki tej przyszyła metalowe guziki srebrnego koloru, bardzo podobne do guzików, jakie nosili niemiec­cy żołnierze przy wojskowych płaszczach. Chyba tylko sam Bóg wie ileż ja musiałem walczyć ze strachem nosząc tę kurtkę! Obawiałem się, że za noszenie takich guzików poli­cjant niemiecki („szupok”) zaaresztuje mnie. Czy jednak miałem inny wybór? Musiałem ten lęk wewnętrzny tłumić w sobie i w takiej kurtce niestety chodzić!
Paź 012007
 

Od naszego pierwszego spotkania minęło pięć miesięcy. Spotkaliśmy się 1 maja 2007 roku przy schronie na Wawoku, aby się poznać, wymienić wiedzą i doświadczeniami z zakresu historii i fortyfikacji. Schron zastaliśmy zarośnięty, zasypany ziemią i śmieciami. Nie było go widać, zapomniany, zaniedbany, nikomu nie potrzebny. Ale wcale nas to nie zniechęciło, wręcz przeciwnie, szybko po załatwieniu wszystkich formalności 26 maja 2007 prace ruszyły.

schron1-1

Na początek trzeba było wyciąć wszystkie gałęzie i krzaki, żeby fortyfikacja wyszła w całej okazałości. Trochę taż przerzedzić dwa dęby rosnące przy tylnej ścianie schronu. Po tych zabiegach przyszedł czas na roboty ziemne. Chwyciliśmy za łopaty i zaczęliśmy odkopywać północną strzelnicę aż do poziomu z 1939 roku. Czyli jakieś 5 m sześciennych ziemi. W ten sposób powstała transzeja, którą zabezpieczyliśmy deskami a do środka okopu  zrobiliśmy schody. Powoli nabierało to wyglądu i przypominało budowle obronną. Roboty ziemne trwały dość długo, zaczęliśmy kopać od strony południowej, odsłaniając drugą strzelnicę. Ziemi jednak było tak dużo że trzeba było wynająć  transport.  Wywieźliśmy kolejne 5 ton ziemi i strzelnica została odsłonięta.
Kolejnym etapem prac było zabezpieczenie dachu przed przeciekaniem. Dach został posmarowany dwukrotnie lepikiem, później został nasypany piasek z wykopu i posiana trawa. Fundament obiektu także  zabezpieczyliśmy lepikiem. Na brzegu transzei poukładaliśmy worki z piaskiem, wszystkie elementy drewniane zostały zaimpregnowane drewnochronem, a ostatnio zamontowaliśmy komin. Jeszcze wstawimy piecyk i do zimy jesteśmy przygotowani. Sufit został częściowo wyszlifowany, trzeba go jednak mechanicznie dokończyć, potem pomalować szyny i zaimpregnować deski. Na południowej stronie fortu, zrobiliśmy schody do przelotni, ścieżki wokół schronu i główne dojście od strony drogi. Wszystkie brzegi i skarpy zabezpieczone zostały deskami. Pod strzelnicą południową została wysiana trawa, ścieżki i schody wysypaliśmy żwirkiem, a brzeg przy płocie, wyłożone korą i kamieniami dla ozdoby.

Jest to może i eklektyzm, ale nie da się  zrobić wszystkiego tak jak to było w 1939. Trzeba wygląd trochę dostosować do czasów obecnych, żeby było estetycznie i historycznie. Ma podobać się też sąsiadom, którzy są nam bardzo przychylni, za co im dziękujemy.

W ten sposób minęło pięć miesięcy prac. Można powiedzieć, że zostało bardzo dużo zrobione w tak krótkim czasie. Najważniejsze cele są wykonane. Została praktycznie kosmetyka, dlatego zakończymy sezon prac w tym roku i odpoczniemy przy lekturze (wiadomo jakiej) w zimowe wieczory. Na wiosnę znów wziąć się trzeba do pracy.

Wiosną najważniejszym zadaniem będzie pomalowanie schronu w ciapy, co poprawi efekt całkowity, pomalowanie wnętrza na biało, zrobienie światła i wstawienie drzwi metalowych. Później już tylko wyposażenie, przede wszystkim CKM na trójnogu + stół i eksponaty z prywatnych zbiorów. Planujemy także schron wyposażyć w gablotkę oszkloną na eksponaty, która będzie wisiała na ścianie.
W przyszłym roku powinniśmy zakończyć prace, wyznaczyć dni i godziny zwiedzania, ustalić dyżury i Veni Vidi Vici.

Osoby pracujące przy rewitalizacji schronu:

Valjean,
Biker 76,
Aw68 i córka Karolina,
Woytas,
Marcoon,
Ramzes,
White,
Arek-Strażak,
Saper,
Przemek Trzeciak,
Piotrek 675

Paź 012007
 

Żory, Wodzisław, Jastrzębie…

Poszukujemy osób z w/w miast gotowych współpracować z Nami przy tworzeniu strony – pragniemy stworzyć działy dotyczące tych miejscowości. Gwarantujemy prawie nieograniczoną przestrzeń dyskową do umieszczania artykułów, pomoc w redagowaniu, fotografowaniu, dostęp do potrzebnych map. Wszelkie opracowania będą publikowane z Nazwiskiem (nickiem) autora. Chętne osoby prosimy o kontakt z którymkolwiek administratorem serwisu. Serdecznie zapraszamy do współpracy!